Niestety to juz nie jest ten pilkarz sprzed kilku sezonow, po prostu brakuje mu zwinosci, szybkosci. Bardzo dobry tekst niestety w 100% prawdziwy
QUOTE
Koniec mitu?
Real Madryt stracił szansę na potrójną koronę. Wszyscy doskonale wiemy, że jej zdobycie jeszcze się Królewskim nie udało. Nie boli to, że najzwyczajniej w świecie daliśmy się ograć słabej Zaragozie, ale to, że gra naszych ulubieńców od jakiegoś czasu jest wielką niewiadomą. Coraz częściej ich forma jest uzależniona raczej od pogody i ciśnienia atmosferycznego, aniżeli od nich samych.
Pozwolę sobie postawić dość kontrowersyjną tezę, iż mit Wielkiego Realu, tworu wszechmogącego Florentino Péreza, dobiega końca. Przeciwnicy oprócz tego, że specjalnie motywują się w meczach przeciwko Realowi, to jeszcze wiedzą, jak z Królewskimi wygrać. Ostatnio pokazały nam to takie ekipy, jak Bayern Monachium (w meczu u siebie), Sociedad, Valencia. Najboleśniej przekonaliśmy się o tym w finale Pucharu Króla z Zaragozą. Szkoda, bo to z nią mieliśmy największe szanse na wygraną i to w tak ważnym meczu. Niestety po raz kolejny okazało się, że zgrany kolektyw, ambicja i niesłychana rozwaga w grze to wartości, którym Realowi jednak brakuje do osiągnięcia celu. Do tego trzeba dodać też mierną umiejętność strategiczną trenera Queiroza, który coraz częściej jest określany mianem figuranta. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak jego poprzednik Del Bosque, po prostu nie myśli wystawiać do składu piłkarzy najlepszych. Za przykład tych, którzy wychodzą od pierwszej minuty w składzie niesłusznie, mogą posłużyć Raúl, Beckham, Figo, czy Salgado. Kto by pomyślał, że symbol Madrytu, \"cudowne dziecko\" będzie krytykowany za swoją grę?
Nie chodzi tu o wskazywanie kozłów ofiarnych, bo takim okrzyknąć można jedynie Queiroza tudzież pana prezydenta Floro. Chodzi tu o coś więcej. Dla nas kibiców najważniejszą sprawą wydaje się to, że wspomniana czwórka ostatnio jest po prostu przemęczona i coraz rzadziej radzi sobie na boisku. To wpływa na wyniki zespołu. Becks po świetnym początku sezonu ucichł, podobnie jak Raúl, który w tym momencie kompletnie przygasł. Salgado potrafi zagrać jeden dobry mecz na dziesięć rozegranych, co jest niedopuszczalne w takiej drużynie, jak Real Madryt. Figo od co najmniej dwóch sezonów nie jest tak szybki, błyskotliwy jak za czasów gry w Barcelonie (tak, te słowa niestety musiały tu paść). Częściej Luisowi przychodzi wąchać trawę, bowiem obrońcy znają już doskonale jego sztuczki.
Wszystko to jest pokłosiem polityki Péreza, która na początku miała sens. Teraz el presidente zdaniem wielu przesadza. Średnia wieku pierszego składu wynosi 28, wydawać by się mogło, że w sam raz. Jeśli jednak sprawdzimy średnią wieku Galaticós, sprowadzonych przez Florentino - 30,25, to uzasadnione są głosy, że czas odświeżyć drużynę. Już przed sezonem wielu dziennikarzy zapowiadało koniec ery Realu. Póki co nie można do końca się z tym zgodzić, bowiem wciąż Blancos liczą się w rozgrywkach o Mistrzostwo Hiszpanii i o Puchar Mistrzów. Jednak zgodnie z oczekiwaniami Real w drugiej części sezonu jest zwyczajnie przemęczony. Od początku swojej pracy w Madrycie Queiroz wystawia jedenastkę, którą potrafi wymienić bez namysłu cała Hiszpania (i nie tylko). Nie dziwota, że Galaktyczni są sobą znudzeni, co widać po ich grze. Brak im świeżości, motywacji do gry z mniej utytułowanymi przeciwnikami. Powodem takiego stanu rzeczy jest też polityka Péreza, która doprowadziła do \"krótkiej\" ławki rezerwowych. Co z tego, że realizowana jest polityka \"Zidanów i Pavonów\", skoro ci \"Pavoni\" to zbieranina piłkarzy z drużyny rezerw, którym brak ogrania i umiejętności. Czasem zdarzą się talenty czystej wody, jak Juanfran, czy Mejía, ale szczerze mówiąc reszta nie dorosła do gry w pierwszym składzie Realu. Automatycznie nasuwa się pytanie: kiedy oni mają do tego dojrzeć, skoro Queirozowi ani na myśl nie przychodzi dawanie szansy młodym. Zresztą, to nie dziwi. Nawet laik widzi, że nasza młodzież nie jest przygotowana, by stawić czoła wymaganiom piłki nożnej na światowym poziomie.
Ciężko jest rozprawiać o ostatnich wyczynach Królewskich, bo jakby o nich nie napisano, zawsze spotka się to z kontrowersjami. Większość chyba pozostaje zgodna co do jednego, że brakuje nam klasowych obrońców. Pisanie setny raz o tym samym mija się z celem, toteż ten temat dyplomatycznie omijam. Przykro mi krytykować politykę prezydenta, który przecież wiele dla Realu zrobił. Trudno bowiem nie zgodzić się z tym, że za jego kadencji staliśmy się jedną z najlepszych drużyn w Europie. Szkoda tylko, że na krótko. Cały potencjał możemy sami roztrwonić, prowadząc nierozważną politykę. To też czyni Floro, który brnie w ślepy zaułek kupując kolejnych galaktycznych (celowo pisane z małej litery). Myśleliśmy, że znikną klapki z oczu prezydenta, kiedy w zeszłym sezonie Juventus ograł nas niemiłosiernie, tak się jednak nie stało. Na krótko cieszyliśmy się przejściem Gabriela Milito, który nie znalazł uznania w oczach... lekarzy madryckich. Wygnany ze stolicy pojechał do Zaragozy. Jak na złość, to właśnie Argentyńczyk był jednym z bohaterów spotkania finałowego Copa del Rey. O ironio, antybohaterami byli zaś galaktyczni. Okazuje się zatem, że prawdziwymi Galaktycznymi są solidni wyrobnicy, którym obca jest nonszalancja, natomiast nieobca jest walka na boisku, gdzie zostawiają serce i zdrowie. Czyż nie taki był Real od zawsze?
Pérez ma jeszcze inny ból głowy. Sam zresztą go u siebie wywołał nie wzmacniając składu przed tym sezonem. Nawet się nie spodziewa, jak szybko może się pozbawić ciepłego foteliku prezydenta. Wybory już na jesieni 2004. Jeśłi Floro-Team straci przewagę w La Liga (bardzo prawdopodobne patrząc już na ostatni spadek formy) i przegra rywalizację o Ligę Mistrzów to przeydent straci uznanie w oczach fanów i co za tym idzie, przegra batalię o prezydenturę w klubie. To by było smutne, bo do tej pory F.P. jawił się jako człowiek sukcesu, z którym co sezon zdobywaliśmy jakieś trofeum. Teraz zaś może się okazać czarną owcą, która podzieli los Joana Gasparta w Barcelonie, choć może niesłusznie. Sytuację Florentino może poprawić aktywność na rynku transferowym 2004, ale to już jest melodia przyszłości.
Oprócz pesymizmu trzeba tchnąć trochę optymizmu. Wciąż przecież możemy wygrać na dwóch frontach, a jak dobrze pójdzie, to również na kolejnych trzech (Puchar Interkontynentalny, Superpuchar Europy i Superpuchar Hiszpanii - z... Zaragozą). Do wygrania zatem wiele, choć nie oszukujmy się, że teraz potrzebny byłby mocny wiatr w żagle, żeby tego dokonać... Jednak pamiętajmy, że kibicujemy klubowi, który nie zawsze był na topie i liczmy się z tym, że mogą nadejść gorsze dni. To nie powinno wpłynąć na naszą miłość do Realu Madryt. Hala Madrid!