[b]
Tekst zawiera lekkie spoilery
Heh, wreszcie uporałem się z drugim epizodem Sagi i choć zakończenie miażdży, to ogólne wrażenie pozostaje takie, że pod jakim kątem by na tą grę nie patrzyć, to i tak wyjdzie, że jest gorsza od poprzedniczki, ale po kolei.
Grafika. O tym już pisałem - zdecydowanie za rzadko mamy okazję podziwiać bardzo ładne, dokładnie wykonane modele postaci, jakimi Namco karmiło nas na trailerach. W zdecydowanej większości cutscenek straszą manekiny z grubo ciosanymi łapami (masakra, na psxie dłonie bywały już lepiej wykonane) i oczami oraz ustami wyciętymi z papieru kolorowego, które wyglądają strasznie sztucznie i plastikowo. Do tego w oczy kłują problemy z aliasingiem, których nie było przecież w części pierwszej. Jeżeli tak to ma wyglądac, to ja zdecydowanie wolałem stary design.
Z wykonaniem otoczenia bywa różnie. Niektóre otwarte lokacje prezentują się bardzo ładnie (Subconcious Domain Summer, Submerged City), z kolei zamknięte pomieszczenia są zaprojektowane i wykonane kompletnie bez polotu.
Całościowo rzecz ujmując oprawa graficzna Ep II to lekkie rozczarowanie. Po prostu nie widać jakoś, że oba epizody dzielą trzy lata (wręcz przeciwnie - w paru aspektach oprawa graficzna cofnęła się w rozwoju :roll: )
Muzyka. Zdecydowanie największy dramat tej gry. Gdyby nie świetny motyw przewodni, ze dwa, może trzy fajne kaw
ałki pasujące do klimatu, niezły ending song i nie najgorszy battle theme, to wypociny niejakiego Yuki Kajiury uznałbym za największe soundtrackowe padło w historii jrpg, seryjnie. Zkiepszczona, zupełnie nie pasująca do sytuacji muzyka potrafi zepsuć klimat i tak zdecydowanie zbyt rzadko występujących szybkich, dynamicznych scen walk (beznadziejne żępolenia chociażby podczas pojedynków Jina z Margulisem, zadymy na autostradzie czy ucieczki z Dammerunga)
Gameplay. System walk oparty na atakowaniu określonych stref przeciwnika zaimplementowany w drugiej Xenosadze jest całkiem udany, ale do najlepszych systemowo FF-ów (VII,X,X-2) i tak nie ma co startować. Niemniej, walki rozgrywałoby się bardzo przyjemnie, ale... No właśnie, jest pewien szkopuł, a mianowicie długośc trwania pojedynków. O ile długie zmagania z bossami (których nie da się zaciukać na pałę. Bez odpowiedniej taktyki ani rusz - to zdecydowanie na plus) to nic szczególnie dziwnego, to już ciągnące się jak krew z nosa walki ze zwykłymi pionkami są zwyczajnie irytujące i męczące. Wszystko się dogrywa po parę sekund, animacje wszystkich czarów i wiekszości wrogich ataków też swoje trwają. Żeby było weselej wrogowie mają bardzo dużo HP, co nie wpływa na poziom trudności, a tylko niepotrzebnie rozwleka i tak już za długie potyczki. Do tego trzeba jeszcze kombinować jak tu wykańczać ścierwa z event slotem ustawionym na Skill, bo wiekszośc skillów do odblokowania do najtańszych nie należy. To wszystko sprawia, że po stoczeniu kilkunastu walk z rzędu miałem po prostu serdecznie dość i z utęsknieniem upatrywałem wyjścia z dungeona -___-"
Z systemem rozwoju postaci to się panowie z Monolith specjalnie nie wysilili. Multum skilli pogrupowanych w 4 kategorie czekających na odblokowanie przy pomocy wysępionych w walkach skill pointów. Niby fajnie, ale czemu wszyscy członkowie drużyny mają takie same skille ? Zdecydowanie przydałyby się po kilka unikalnych umiejętności dla poszczególnych postaci. Co prawda są techniki zespołowe(za grosz w nich sensu, ale wiekszośc przynajmniej fajnie wygląda

) i ataki Erde Kaisera dla Shion, ale to i tak za mało. Do tego jakikolwiek brak inventory i już jest jasne, że nad tym aspektem gry nikt sobie za bardzo głowy nie łamał : /
Aby jakoś zatuszować króciuteńki scenariusz postanowiono wrzucić do gry całą górę subquestów zebranych pod jakże debilną nazwą Global Samaritain Campaign. Byłoby super, tylko żeby jeszcze ilośc szła w parze z jakością. Niestety, nie idzie. Zadania polegają na rozwiązywaniu żałosno-debilnych problemów życiowych mężczyzn, kobiet i dzieci. Już kit z tym, że te subquesty mogą spokojnie kandydować do miana najbardziej absurdalnych (te akcje miały być chyba zabawne, ale coś nie zagrało :confused: ). Największym problemem jest to, że wiekszość z nich nie wykracza poza prosty schemat przynieś, zanieś, pozamiataj. Wszystko sprowadza się do latania jak kot z pęcherzem między Second Miltia, Kukai Foundation, Durandalem oraz Elsą i molestowania NPCów (którzy swoją drogą odpalają w wiekszości strasznie czerstwe gadki). Czasem w ramach urozmaicenia wejdzie jakaś pasjonująca ineczej minigierka polegająca albo na nawalaniu w kółko, albo na kręceniu prawą gałką analogową (załapało się nawet wyświechtane na wszelkie mozliwe sposoby łowienie ryb). Z tych ponad trzydziestu subquestów raptem ze trzy okazały się trochę ciekawsze, bo reszta bardzo szybko powoduje uczucie znudzenia. Dla osoby, która tak jak ja, jako xenofan przyjęła sobie za punkt honoru zaliczenie wszystkiego na 100%, "zabawa" z GS Campaign będzie prawdziwą drogą przez mękę. Jest jeszcze znana już zabawa z odnajdywaniem Segment Adresses i to jest akurat spoko, nic się nie zmieniło. Ja skończyłem grę robiąc niemal wszystko, co tylko można zrobić przy pierwszym podejściu (poza chorą akcją ze spłacaniem stumilionowego zadłużenia Matthewsa o_O) i cholernie mnie to zmęczyło.
Na tyle, że muszę trochę od tej gry odpocząć i dopiero wtedy wezmę się za dokończenie wszystkiego, co niedokończone.
Jak dla mnie, to GS Campaign jest marną popłuczyną naprawdę fajnych minigier z Ep I(Casino i Xenocards rOx).
W kwestii gameplayu warto jeszcze wspomnieć o napotykanych podczas eksloaracji zagadkach logicznych. Te są utrzymane w nieco oldschoolowym stylu i polegają przeważnie na zabawie z ustawianiem bloków. Nie powiem, zadania nie są zbyt proste i trzeba trochę pokombinować - zaliczam to na plus.
Fabuła. Najważniejsza część składowa gier z serii Xeno nie zawiodła, ale mam co do niej mieszane odczucia. O ile wątek relacji między U.R.T.V.s, Sakurą i MOMO jest świetny, a zakończenie po porostu wymiata, to wchodzący od początku drugiej płyty i trwający aż do wejścia do Time-Space Anomaly motyw pogoni za Zoharem jest po prostu słabszy. Nie dowiadujemy się praktycznieniczego niczego super zaskakującego i ogólnie wieje nudą. Po prostu spodziewałem się czegoś więcej po powrocie na Miltię i odnalezieniu oryginalnego Zohara. Do tego momentami narracja robi się jakaś dziwna. No bo najpierw rozwodzenie się nad tym, że naszej ekipie w drodze na Miltię drogę zablokował Ormus Stronghold, no i mamy parogodzinną wycieczkę po nudnawym dungeonie (ciągłe backtrackingi rox -_-") , z której tak na dobrą sprawę nic nie wynika i równie dobrze mogłoby tego wątku w ogóle nie być. Następnie dowiadujemy się o "mało znaczącym" wydarzeniu jak przełamanie się przez kolumnę Imigrant Fleet i wylądowanie na Old Miltii z tekstu przypominającego ostatnie wydarzena, pojawiającego się podczas ekranu ładowania. Kolejny przykład - po pokonaniu Patriarchy, KOS-MOS osłania wszystkich przed promianiami Proto Omegi, umożliwiając im ucieczkę. Następuje bardzo efektowna scena (szkoda, że w drugim epizodzie nie ma takich więcej) i nagle wszyscy znajdują się na Durandalu. Łącznie z KOS-MOS O_O....Czy tylko ja widzę tutaj brak konsekwencji ?
Inna sprawa, że skupienie się na określonych postaciach zaowocowało całkowitym zaniedbaniem pozostałych. Praktycznie niczego nowego nie dowiadujemy się o głównych bohaterkach dramatu - Shion i KOS-MOS (nasza bogini na drugim planie x[), Kwestia Ziggy'ego i jego przeszłości nadal nie została nawet muśnięta (no, poza pojawieniem się Voyagera). Canaanowi, który pewno w kolejnym epizodzie będzie grywalną postacią też mogliby poświęcić trochę więcej uwagi. Może starczyłoby czasu antenowego na przybliżenie wszystkich postaci, gdyby sceanriusz nie był tak masakrycznie krótki. Zbyt krótki.
Podsumowując kwestię fabuły powiem tak - gdyby scenariusz i reżyserka cały czas trzymały poziom taki, jak w końcówce, to byłoby doskonale, może nawet lepiej niż w Ep I, a tak jest "tylko" bardzo dobrze.
Finito. Jak dla mnie Episode II stanowi (na szczęście lekkie

) rozczarowanie. Po prostu imho wszystkie części składowe wypadają gorzej, niż w części pierwszej. Gdyby bawić się w oceny, to z punktu widzenia fana Xeno, Der Wille zur Macht bez mrugnięcia okiem zgarnęłoby ode mnie 10/10, podczas gdy Jenseits von Gut und Bose dostaje już tylko 8/10.
Na szczęście kapitalna, kosząca równo końcówka napala jak mało co na dalszą część historii. Oby tylko nastąpiła zmiana na stanowisku kompozytora >_<
Bonusowo dla wszystkich, którym chciało się to czytać zapodają rzekome logo Xenosaga Episode III: Also sprach Zarathustra (już było, ale nie każdy zagląda do trivii ;p