Jakoś poczuwam się do obowiązku napisania tu czegokolwiek. Trzynasta edycja Brutal Assault była moją pierwszą, nie będę jej więc porównywał z poprzednimi. Wróciłem trzy dni temu, a dalej mnie napie
rdalają szyja i gardło. Jeżeli ktoś lubuje się w takich klimatach to lepszej atrakcji na wakacje nie znajdzie.
Jestem kur
ewsko ukontentowany, organizacja festiwalu to coś pięknego – wszystko, począwszy od lokalizacji, przez wszelkie pozamuzyczne atrakcje, skończywszy na strategicznym położeniu każdego je
banego toi-toi'a, absolutnie wszystko było świetne i dopięte na ostatni guzik.
Czynnikiem, który skutecznie uprzykrzył egzystencję w Josefov'ie, przez który rzucałem nieco większą ilością ku
rw niż zwykle, była pogoda. Nie było co prawda trąb powietrznych, ale niefajnie lało. Szybkie upodlenie się z rańca, co by chłodnego dyskomfortu nie odczuwać, było nieodzowne. Ponadto płaszcz przeciwdeszczowy i jazda pod sceny.
Miejsca na namioty było dość, bo rozbić się można było wszędzie, nawet w Josefov'ie na rynku czy w innych chaszczach. Na samochody miejsca było stanowczo za mało, przyjechaliśmy ze znajomym dzień przed festiwalem i fuksem znaleźliśmy miejsce do zaparkowania, a dnia następnego jeździła sobie ciężarówka z lawetą i kradła wszystko, co utrudniało ruch. Zonk dla właścicieli odholowanych aut.
Warunki sanitarne cud-miód – prysznice! Kabiny prysznicowe z ciepłą wodą przez 5 minut za metalowego żetona, który z kolei kosztował żetona festiwalowego, który z kolei kosztował 27 koron. Rozsądna cena za nieje
banie. Umywalki i s
racze, jak czytałem, były bolączką rok temu – teraz była tego masa, nie trzeba było chodzić kilometrów by umyć ręce czy ryj, nie trzeba było srać w krzakach. Były co prawda przypały, że ktoś niechcący nasrał w toi-toi'u wszędzie tylko nie do środka, tudzież wyj
ebał całą kabinę z zawartością, ale zawsze, zawsze można było znaleźć czysty kibel, z papierem w dodatku, a dla szlachty przewidziano nawet mega-über-ekskluzywne kabiny za bramą festiwalową za pół żetona. Pogotowie toi-toi'owe też działało w miarę sprawnie, zabierając nie nadające się już do użytku kabiny, pisuary i umywalki, zastępując je nowymi. Sanitarnie pozytywnie ogólnie.
Głośny Gambrinus to g
ówno, fakt. Kosztowałem go tylko po to, żeby samemu się o tym przekonać. I on jednak nie był w stanie zepsuć festiwalu, jeśli przywiozło się z 40 krajowych piw. Żarcia przeróżnego też była masa, stoisk merchandise również, nawet non-stop minikino z horrorami się znalazło, no po prostu było wszystko. Słowa uznania dla organizatorów.
Niżej mapka festiwalu, na której all jest zaznaczone.
O samych koncertach słów kilka. Widziałem jakąś 1/3 wszystkiego, ale opiszę pokrótce jedynie występy kapel, dla których tam pojechałem.
SAMAEL
Przez obiekcje ciecia na bramce, który nie chciał mnie wpuścić z własnym browarem, spóźniłem się na ich koncert. Ludzi była masa, ciężko było się dostać w pobliże sceny, ale wszystko i tak słychać było zajebiście. Nie wiem czy to zasługa nagłośnienia, czy akustyki Josefov'skiej twierdzy. Pierwszy udany koncert, pewnie dlatego, że grany przez pierwszy w pełni znajomy zespół.
SEPTICFLESH
Grecy zajebiście dołożyli do pieca. Stałem blisko sceny i zostałem sponiewierany. Dość często pomagali sobie samplami, nie psuło to jednak odbioru. Kawałek Communion poniszczył.
EXODUS
Pierwszy koncert, w którym wpierdoliłem się do młyna XD Exodus zagrał rewelacyjnie. Obowiązkowo znalazły się kawałki z Tempo... – Blacklist oraz War Is My Shepherd. Szkoda, że nie zagrali mojego ulubionego Forward March, ale w pełni zrekompensowali mi to szlagierami z najnowszej płytki – Funeral Hymn, Children Of A Worthless God oraz Iconoclasm zmiażdżyły. Rob Dukes ma genialny kontakt z publiką.
MAYHEM
Mieszane uczucia. Był Freezing Moon, był Symbols Of Bloodswords, był View From Nihil, był Wall Of Water, ale jakoś nie porwał mnie ich występ. Ludzie narzekali, że za bardzo wyeksponowany był bas, cholera wie. Attila ze swoją szopką z szubienicą dawał radę, ale wokalnie mnie nie zachwycił. Wymęczony maksymalnie już byłem, ale zobaczyć Mayhem to był dla mnie obowiązek. Ogólnie nie żałuję, że zostałem, ale spodziewałem się większego pierdolnięcia.
WARBRINGER
Mimo, że grali tylko 25 minut, zdołali zetrzeć. Najlepsza pobudka w moim życiu, nie ma to jak głośny, oldschool'owy, thrash'owy nakurw z samego rana. Combat Shock unicestwił.
CEPHALIC CARNAGE
Grali dwukrotnie, jednak wieczorny występ sobie już darowałem, bo po 1349 nie miałem ochoty żyć. Przyjemny koncert z mocnym kopniakiem w ryj, szczególnie nie wyróżniali się wśród dziesiątek podobnych zespołów tego typu na Brutal Assult.
THE BERZERKER
Największy młyn odnotowałem właśnie u nich. Szkoda, że grali w dzień, musiałem oszczędzać siły na to, co miało jeszcze nadejść, inaczej nie byłoby co po mnie zbierać. Przezajebisty występ.
ENTOMBED
Kolejny wzorowy koncert. Zagrali wszystkie lepsze kawałki z Left Hand Path na czele. Szkoda, że zaledwie 40 minut, zespół tej klasy powinien dostać tą godzinę. Żeby Cradle Of Filth grało dłużej niż Entombed to przegięcie.
BEHEMOTH
Rozjebali jak zwykle. Nergal powstrzymał się od zjebanych gadek, ale musiał za to zaprosić jakiegoś dziada borowego do wykonania utworu, będącego tribute dla tego dziada zespołu, którego nazwy nawet nie pamiętam. Wszystkie kawałki pozamiatały, absolutnie.
NEUROSIS
Coś pięknego. Jak tylko Dani przestał piać, na Obscure Stage zapanowała apokalipsa. Masa ludzi na BA nie trybiła tej muzyki, co tylko pozytywnie odbiło się na tym koncercie. Kurwa, słowami nie idzie opisać tego, co Neurosis robi z człowiekiem, catharsis poprzez muzykę, dosłownie. Jeszcze te chore, abstrahujące od natury tudzież jakichś paranormalnych zjawisk wizualizacje, bogi kurwa, bogi!!!
1349
Naładowany przez Nerwicę, udałem się pod drugą scenę i po raz kolejny zostałem rozjebany. Odrobiłem z tym zespołem lekcje przed BA, spodziewałem się więc niezłego natarcia, wszak grają jak pojebani, w końcu Frost za garami siedzi. Najlepszy blackmetalowy gig na festiwalu, tam gdzie zawiódł Mayhem, tam 1349 wymierzył potężny cios między oczy.
HOUR OF PENANCE
Grali sporo kawałków z najnowszej płyty, której jeszcze nie ogarnąłem, ale nie przeszkodziło mi to w kontemplowaniu wszystkich tych połamanych, brutalnych dźwięków. Chyba najbardziej techniczny ze wszystkich na BA zespół. Aż ciary przechodziły gdy na zbliżeniach na telebimie gitarzyści męczyli się z gryfami.
HATE
Drugi po Behemocie zespół z Polszy. Nie zawiedli, choć z ekipą Nergal'a nie ma co nawet porównywać. Kawałek Omega z dedykacją dla Decapitated, których jak wiadomo dotknęła tragedia, to miły akcent.
KATAKLYSM
Klasa. Na ich występie stałem najbliżej sceny ze wszystkich koncertów z moim udziałem i zostałem sponiewierany. Oprócz Prevail nie kojarzyłem poszczególnych kawałków, co bynajmniej nie przeszkodziło mi w nadwyrężeniu mięśni szyi.
SODOM
Gigantyczny młyn za plecami i machające herami z przodu lumpy trochę zakłócały odbiór, ale i tak był to jeden z najlepszych gigów. Outbreak Of Evil, Remember The Fallen, Agent Orange, Napalm In The Morning czy City Of God – te kawałki zarządziły.
ARCH ENEMY
Nie lubię ich, ale postanowiłem zostać. Znajomy był zachwycony, więc chyba im się udało. Miałem niezłą bekę jak jakiś przygłup jebnął browarem na scenę i Angela zaczęła się odgrażać, że jeszcze jeden taki numer to ręczniki lecą w dół i AE kończy granie XD Szkoda, że nikt nie odważył się rzucić kolejnym kubkiem, mogło być tak zabawnie...
CARCASS
Amott rozgrzał się w Arch Enemy, więc mógł zacząć grać na poważnie. Świetny występ. Corporal Jigsore Quandary i Heartwork najbardziej mną sponiewierały. Jeff Walker zrobił se niezłe jaja z szatanów krzyczących yeeeaaah!!! w odpowiedzi na każde jego zdanie XD
SIX FEET UNDER
Nóg nie czułem, a krzyże napierdalały jakbym dostał w nie brechą, ale doczekalem się. Ostatni wielki koncert na Brutal Assault, więc zmusiłem się do pozostania i pooglądania Barnes'a w akcji. Nienajgorszy występ, trochę kawałków stricte deathmetalowych, trochę death 'n' roll'owych. Podobało mi się generalnie.
Tytułem zakończenia, bo nie chce mi się już pisać, festiwal fpytę i teraz, kiedy jest już po wszystkim, nie wiem jak mam dalej żyć. Jeśli ktoś kocha mocniejsze uderzenie, to za rok nie powinien się w ogóle zastanawiać. Ja tam wracam na miliard procent. Już co roku.