A to czytaliście?
"Sebastian Mila: Mężczyzną jestem na boisku"Są rzeczy ważniejsze w życiu i większe tragedie niż to, że nie gram w Austrii Wiedeń tyle, ile bym chciał. I nie wiem, dlaczego nie gram - mówi "Gazecie" 24-letni pomocnik reprezentacji Polski.
Robert Błoński: Wciąż jest Pan na zakręcie swojej kariery?
Sebastian Mila: Nie. Moja sytuacja w pewnym sensie ustabilizowała się. Może nie tak, jak bym chciał. Ale nie narzekam. Z dziesięciu meczów Austrii w tym sezonie rozegrałem siedem.
Ile całych?
- Żadnego. Ale pięć zaczynałem od pierwszej minuty! Więc jest lepiej, niż było. Grałem w meczach przeciwko Benfice Lizbona - najważniejszych dla zespołu, bo o awans do Champions League. Nie udało się zakwalifikować, ale skoro w nich wystąpiłem, to ktoś zaczyna we mnie wierzyć.
Podobno po meczu rewanżowym trener strasznie się na Pana wkurzył i w następnym meczu ligowym wrócił Pan na trybuny.
- Nie na mnie, tylko na cały zespół. I nie trener, ale kierownictwo klubu. Bo nie awansowaliśmy do Ligi Mistrzów, straciliśmy sporo pieniędzy. W Lizbonie zszedłem po pierwszej połowie, bo trener chciał odmienić niekorzystny wynik, bolał mnie tyłek i miałem już żółtą kartkę. Zobaczymy, co będzie się działo, jak wrócę.
Chce Pan odejść z Wiednia?
- Nawet teraz, na zgrupowaniu kadry, nie wyłączałem telefonu ani na moment, licząc, że w ostatniej chwili okresu transferowego ktoś zadzwoni. Rok temu Grzesiek Rasiak podpisywał kontrakt 31 sierpnia o 23.40. Ale ze mną historia się nie powtórzyła, niestety. W czerwcu przyszłego roku kończy mi się kontrakt z Austrią. W grudniu będzie ostatni moment, by mnie gdzieś sprzedali. Problemem są pieniądze. Austria zapłaciła za mnie 1,8 mln euro. Teraz nie chce słyszeć o kwocie mniejszej niż milion. A kto da tyle za Milę? Przecież najlepszy polski piłkarz na mundialu Irek Jeleń odszedł do Auxerre za 900 tys. euro. Abym mógł odejść, muszę grać.
W Austrii nauczyłem się języka, profesjonalizmu, taktyki. Na ulicach rozdaję młodym dziewczynom autografy. Koledzy z klubu szanują mnie jako piłkarza i człowieka i też się dziwią, dlaczego nie gram. Mam dość tej huśtawki. Lubię, kiedy się na mnie stawia, kiedy wiem, że trener we mnie wierzy.
To niech Pan zapyta wprost trenera albo prezesa.
- Pytałem. Unikali odpowiedzi. Mówili, że nie gram, bo jest rywalizacja. A jak pytałem o sprawy pozasportowe, milczeli. Może będę więcej grał? Ale teraz sprzedanie Mili to problem Austrii, nie mój. Chciałem odejść przed mundialem, ale utrudniali mi to. To znaczy nie było nikogo, kto zapłaciłby za mnie ten milion euro. Może do grudnia trochę ochłoną? Choć skoro tyle za mnie chcą, to muszę być dobry.
Zmądrzałem i przejrzałem na oczy. Życie dało mi popalić, myślałem, że jest łatwiejsze, bardziej przyjazne. Teraz z większym dystansem patrzę na to, co dzieje się wokół mnie. Nie atakuję ludzi za krytykę. Tylko za krzywdę, jaką mi się wyrządza. W meczu z Danią zagrałem 20 minut. Leo Beenhakker powiedział, że było dobrze. Ale w jakiejś gazecie było napisane: "kompromitacja". Albo jedna z tych osób nie zna się na piłce, albo chce mi z premedytacją dokuczyć.
Trudniej przewrócić teraz Pana na boisku?
- Mam już 24 lata, zmężniałem nie tylko psychicznie. W Odense próbowałem przewrócić Gravesena i w końcu mi się udało. Później było widać że czuje przede mną respekt. Kiedyś bym nawet do niego nie podszedł. Mężczyzną jestem na boisku i w związku ze swoją narzeczoną. Zarabiam na nas. Poza boiskiem wciąż jestem dzieckiem. Tyle że mądrzejszym. Otwartym na życie, łagodnym, ale już nie naiwnym. Już nie dam sobą pomiatać. Wkurzają mnie komentarze byłych piłkarzy. Jak ktoś grał ze mną w reprezentacji i teraz się ze mnie naśmiewa, to dla mnie jest już żałosnym kopaczem, a nie piłkarzem.
Tomasz Hajto powiedział, że "Mila nie nadaje się do kadry i że w polskiej lidze są od niego lepsi".
- Widziałem mecz ŁKS-u z Widzewem. I jak ktoś ma wracać do polskiej ligi i grać na takim poziomie jak Tomek, to niech lepiej skończy karierę. Zrobił wiele dla polskiego futbolu i niech zajmie się czymś innym (może hurtownia papierosów?), a nie graniem i krytykowaniem byłych kolegów z kadry, przy których kiedyś obgadywał innych.
Podobno w Austrii Wiedeń uderzyła Ci do głowy woda sodowa...
- To głupoty. Nie znam takiego słowa jak "sodówa". Nie komentuję plotek o moim piciu, dyskotekach, dziewczynach. Lubię hazard i seks, tego nie ukrywam. Ale nie mam z tym problemów.
Dużo przegrywasz?
- Zależy od tego, jak koledzy spisują się w polskiej lidze. Obstawiam u bukmacherów mecze Legii Warszawa, Wisły Kraków, Lechii Gdańsk. Czyli klubów, które lubię. Czasem zakładam się z tatą. Lubię to. Gram raz na jakiś czas, nie codziennie.
Kasyno?
- To jest fajna sprawa. Pod warunkiem że jest się miliarderem i ma się głowę na karku. Byłem tam kilka razy, ale problemów nie mam. Nie przegrywam pieniędzy.
Leo Beenhakker otworzył Ci na coś oczy?
- Powołaniem do kadry dowartościował mnie. Rozmawia ze mną, wierzy mi. To fajne. Na treningach każe nam koncentrować się na swojej grze. Narzucić tempo, zdominować rywali. Tak mamy zagrać z Finlandią. Jestem pewien, że zaskoczymy kibiców i nawet samych siebie! To trzeci trener po Zbigniewie Bońku i Pawle Janasie, który mnie powołał. To wielkie nazwiska. Chyba się nie mylą. Skoro w kadrze są najlepsi, to znaczy, że ja jestem jednym z najlepszych.
To kiedy zaczniesz grać jak najlepszy? Wszyscy na to czekają.
- Wszyscy? Chyba tylko ja, rodzice i trener Beenhakker. Przez rok nie przeczytałem nic dobrego na swój temat. I to jest wsparcie? Zagrałem w reprezentacji 28 meczów, strzeliłem sześć goli. Nie ma dla mnie nic ważniejszego niż kadra. Wiem, że stać mnie na więcej, ale już kiedyś mówiłem, że ja nie będę Rooneyem i w ogóle porównywanie polskich zawodników do takich gwiazd jest niesprawiedliwe.
Ale powiem szczerze, że są większe tragedie niż to, że Mila nie gra w swoim klubie. W Austrii robiłem swoje, ale nagrody nie było, więc straciłem trochę zapał. Tym bardziej że ciężko zachorowała moja babcia. Mama chodziła smutna, źle się czuła. I to był dla mnie problem. Kiedy najbliższym dzieje się krzywda, przestałem się przejmować tak bardzo tą Austrią.
Ale teraz chcę awansować do finałów Euro. Pierwszy krok uczynimy już w sobotę roznosząc Finów."
źródło: gazeta.pl