Finał po najmniejszej linii oporu, bez większych twistów, ale jak już zdążyliście napisać, szalenie satysfakcjonujący. Do scen, które na długo zapadną mi w pamięć zaliczam na pewno:
- ruch ręką w stronę Skinny Peta'a i Badger'a- od razu wiedziałem, że to nie prawdziwi 'hitmeni' (wcześniejsza rozmowa z Saulem: "gdzie ty znajdziesz zabójców?!"), ale tej dwójki się nie spodziewałem, niezły lol jak się okazało, że to oni xD
- dalej, wizyta u Skyler, i chwytające za serce wyznanie, że Walt robił to tylko dla siebie, podobało mu się to. Plus jeszcze później, żadnego kontaktu z synem, tylko kilka sekund obserwacji jak wchodzi do domu. Overwhelming.
- i w końcu pełne nienawiści... zabójstwo Toda przez Jessie'ego i następnie te przekazanie pistoletu i kur.wa nic, nikt nie chce strzelać, następnie Jessie w samochodzie i moja delikatnie rodząca się nadzieja, że zabierze go do szpitala, ale nie. Walt zostaje, maca wszystko w laboratorium z pietyzmem, to co naprawdę kochał: robienie najlepszej mety w mieście. Chemia. Szkoda trochę, że Hardwick w Talking Bad popsuł mi moją interpretację zakończenia i potwierdził, że Walt jednak nie żyje (Gilligan nie protestował). Fajniej byłoby pozostawić wyobraźni to czy nie żył, czy może szybko zadzwonili po karetkę i stanął przed sądem.
Nic to. Finał taki 7/10. Punkt kulminacyjny serialu przypadł na Ozymandiasa i kompletną zmianę klimatu w Granite State. Mimo wszystko jestem zadowolony.
Nic mnie nigdy tak nie wciągnęło ja BrBa. Żaden film, żadna książka tym bardziej inny serial czy gierka wideo.
Też macie tak, że ciężko wam wrócić w jakikolwiek sposób do codzienności po tym finale? Nie wiem obejrzeć jakiś głupi filmik na jutjubie czy coś. Cokolwiek. Nie da się.