Dark Souls II Scholar of the First Sin Po początkowych męczarniach i bieganinie bez celu powoli zacząłem osiągać maluteńkie zwycięstewka tu i ówdzie, co pociągnęło za sobą decyzję o zdobyciu platyny. Wywalmy od razu na wierzch to z czego słynie DS2 - adaptibility i pojebana geografia gry. To pierwsze jest nieodzowne, żeby odnosić jakikolwiek sukces. Są głosy, które twierdzą, że przez cały czas obcowania z grą nawet nie tknęli tej "umiejętności", jednakże śmiem wątpić w szczerość takich wypowiedzi bo bez chociaż 20u punktów weń zainwestowanych gra byłaby nieznośna do granic możliwości. Uniki są wyraźnie skuteczniejsze niż przy niskim adaptibility. Są celniejsze i kreują o wiele więcej szans do kontrataku. Nie wspomnę jak bardzo i jak często najzwyczajniej w świecie ratują życie, czy otwierają możliwość uniku "przenikającego" niektóre ataki. Jeśli ktoś próbował przeskoczyć przez płomień Old Iron Kinga czy ominąć zamaszysty atak Fume Knighta ten wie, że byłoby to niemożliwe bez tej arcyważnej statystyki. Rozmieszczenie geograficzne i ogrom lokacji potrafią przytłoczyć. Dark Souls II SotFS to olbrzymia dawka eksploracyjna. Dość powiedzieć, że przez pierwsze ileś tam godzin błąkałem się bez konkretnego planu, z niewielkim przekonaniem, że gdziekolwiek dam radę dotrzeć. Powolutkie ciułanie dusz na podbicie umiejętności mozolnie otwierało drogę do bossa, którego mogłem podjąć, a może nawet i ubić. I tak jak Pursuer poważnie przetestował wytrzymałość moich nerwów, tak im dalej brnąłem tym łatwiejsi oni byli. Dark Souls II to wyzwanie walki z mobami, których mnogość potrafi wyprowadzić z równowagi. Problem w pewnym stopniu zanikł gdy znalazłem Greatsword, którego move set niesamowicie przypadł mi do gustu. Power Stance pozwala na zarżnięcie trzech, czterech mobków na raz potężnym cięciem od góry, a następnie silnym poderwaniem ostrza z gleby dokonujemy jeszcze większych obrażeń. Wtedy nie potrafiłem jeszcze docenić jak nieocenione są ataki horyzontalne. Potrafią zagarniać do 7-8iu zbitych w grupę przeciwników, a co za tym idzie można asekurować się tarczą jeśli zostanie trochę staminy w pasku. Wiem, że rapiery są przepierdolone z odpowiednim setupem, ale ja wolę siłę od dziobania. Jest co najmniej kilka ultra wielkich mieczy, w które warto inwestować kamyki, ale Greatsword (strasznie wyszukana nazwa) przeciągnął mnie przez 2,5 przejścia, aż po platynę. Jeśli zainwestuje się wystarczająco dużo czasu i cierpliwości (graniczącej z masochizmem) Dark Souls II na pewno zadośćuczyni poświęceniom. Po jakimś czasie intuicyjnie przemieszczałem się między ogniskami, a jest to nieodzowne, ponieważ znalezienie klucza do jednych drzwi nie eliminuje szansy, że ten sam klucz będzie pasował do innych. Gracza czeka w tym aspekcie działanie metodą prób i błędów. I jeśli przy kluczach jesteśmy należy wspomnieć o pharros lockstones i branches of yore. Jedne i drugie otwiera drogę do sekretów. Kamienie odblokowują ukryte pokoje, w których znajdziemy mniej lub bardziej przydatne śmieci, a gałęzie budzą do życia skamieniałe postaci. Absolutnie pierdolniętą sprawą jest to, że te gałązki są potrzebne do odblokowania dróg fabularnych. Branches of Yore to raczej rzadko dostępny towar, a na samym początku nie ma możliwości, żebyśmy wiedzieli czy użycie takowej zmarnuje ją na jakiś głupi item, czy też może odzyskamy jedna tuż za rogiem. I znów, jest to motyw, który nawet dla weterana souls-likeów może być bardzo frustrujący, a co za tym idzie, zniechęcać do dalszych starań. Podobny do Geralta? Mam nadzieję bo w to konkretne pokrewieństwo celowałem. Ok, popsioczyłem na słabe strony SofFS, lecz gra ma do zaoferowania ogrom bardzo pozytywnych rozwiązań. Jak już wspomniałem wcześniej, DS II jest ogromne. Stwarza to okazję na wyplucie bogatego wachlarza odmiennych lokacji i tak się właśnie dzieje. Czasem przejście z jednej do drugiej niesie za sobą zmianę pogodową, która kompletnie nie ma sensu, a jeszcze kiedy indziej winda, która prowadzi do nieba zatrzymuje się nad wierzą, nad którą ewidentnie nie ma żadnej innej struktury. A jednak prowadzi do zamczyska, które skąpane jest w lawie i całej masie komnat, olbrzymich hal i korytarzyków prowadzących we wszystkie kierunki. Dla mnie nie był to problem bo lokacje te były wylęgarnią ścierwa, które aż się prosiło by zalać moje ostrze swoją krwią. Przebijanie się przez mobki było dla mnie później o wiele bardziej rajcujące bo czuć budowaną w naszej postaci siłę. Oręża zaś nie brakuje. Ja zawsze lubiłem ciężkie miecze, ale jest tyle potężnych buildów w Dark Souls II, że bardzo łatwo stworzyć potwora. Jednym z ciekawszych przykładów są właśnie wszelkiego rodzaju rapiery. Jeden z najmocniejszych z nich można dorwać już na prawie samym początku gry i nazywa się po prostu Rapier. Podbity do +10, i z wysokim dexem, potrafi zarżnąć każdego bossa w bardzo szybki i pewny sposób. Jest włócznia, która jako jedyna w grze broń wręcz wymaga zepsucia. Zmienia ona wtedy move-set i jest odporna na deteriorację, a pokryta olejkiem żywiołowym wymazuje przeciwników z otoczenia. Bossów również. Gra zachęca do używania dopalaczy i blokerów damageu. Ich efekt potrafi ciągnąć się przez całą walkę, co eliminuje konieczność szukania okna na ponowne użycie. Wystarczy zaaplikować je przed wejściem w mgłę, a agresywna i mądra walka niemal zawsze obróci się w zwycięstwo. Bossowie nie są trudni. Jedynie Pursuer, który jest jednym z pierwszych, może napsuć krwi, ale jeśli wie się jak wykorzystać otoczenie, starcie może trwać sekundy. Co więcej, będąc w ludzkiej formie oraz wyczerpując dialogi z jak największą liczbą NPCów rzuca nam ich summony wszędzie. Nawet w miejscu gdzie nie ma bossa można znaleźć przywołanie co czasem niezmiernie ułatwia przebicie się przez hordę, lub dwie. Gra rzuca również na nas gówno-tonę wrogich NPCów. Nie jest to scenariusz optymalny dla pozytywnych wrażeń z gry, ale można sobie poćwiczyć timing i cierpliwość wyprowadzania ataków. Może się to nie podobać, ale ja polubiłem te zmiany tempa. Ze skąpanego w kwasie zamczysko-podobnej wierzy przechodzimy do bagnisto-wodnej lokacji z odbijającym się o toń światłem, błyszczącą roślinnością i ogólnym urokiem. Są katakumby ze strasznie wkurwiającymi dzwonami, których bicie spawnuje całe gromady zajebiście agresywnych zakapturzonych duchów, z których jeden potrafi zarżnąć nas jak prosię, a co dopiero czterech takich. Tak, tak - gangbangi są częste, ale można im zaradzić zamaszystymi ruchami oręża. Dalej mamy zamek pnący się ku niebu. Na samym szczycie jest arena, na której spotykamy rycerza, który w zależności od tego czy gramy on czy offline wypluwa ze swojej zwierciadlanej tarczy albo wrogich NPCów, albo prawdziwych graczy. To ostatnie jest już mało prawdopodobne po mało ludzi bawi się onlinem w DS II. Sam pomysł jest jednak miodzio. Jest kraina smoków i rzec muszę, że widok wszędzie latających bestii oczarował mnie całkowicie. Za tą zaś lokacją pnie się w górę kolejne zamczysko gdzie roi się od smoczych wojowników. Jeśli stajemy do walki z wielkimi rycerzami, ci wojownicy klękają przed nami po odniesionym zwycięstwie. Jeśli jednak zaczepimy choć jednego z drake knightów zaatakuje nas cała chmara i nic nie uratuje nam życia. Działają tam zasady honoru więc należy walczyć z każdym, który nas wyzywa na pojedynek, a na samym końcu czeka nas audiencja u olbrzymiego smoka, który ma tylko przyjacielskie zamiary. Można go zaatakować jako bossa opcjonalnego, ale nie mam pojęcia po co mielibyśmy to robić. Ja dałem mu spokój. Mówię Wam - Dark Souls II może się podobać. Na koniec wspomnę jeszcze o trzech DLC, które wchodzą w skład edycji Scholar of the First Sin. Śnieżny region doprowadził mnie do białej gorączki, i średnio mogłem zrozumieć przebijanie się przez mroźną pustynię przemierzaną przez wkurwiające kuce, które za chuja nie dadzą nam spokoju dopóki nie będziemy stanowić zmarzliny orientacyjnej dla kolejnych śmiałków. Niesamowicie frustrujący etap. Podobnie jest z niewidzialnymi przeciwnikami, którzy są...no niewidzialni do chuja. Jest przedmiot radzący sobie z tym problemem, ale jak się przed nimi bronić przed zdobyciem tegoż? Na szczęście kolejne rozszerzenia naprawiają dołujące wrażenie z nawiązką. Wiem, że są ludzie, którzy nienawidzą podziemnego miasta z ruchomymi platformami, z których zawsze może spaść umarlak z toporem, lub na których zagnieździć się mogą łucznicy nie szczędzący na nas zatrutych strzał. Ja miałem dokładnie odwrotnie. Kolejne lokacje tylko mnie zachęcały do parcia naprzód, a trupy, które zostawiałem za sobą nie potrafiły znaleźć antidotum na moje wiecznie spragnione świeżej krwi ostrze. Wisienką na torcie jest Brume Tower, które jest niczym innym jak zlepkiem pułapek i tylko sprytne nawigowanie między nimi oraz radzenie sobie z zajobem super agresywnych przeciwników zaprowadzi nas do celu. Tym zaś są dwie lokacje, z których każda jest siedzibą w chuj trudnego bossa. Pierwszy z nich to Fume Knight. Jestem ciekaw jak sobie radzą z nim ci, którzy nie podbijają adaptibility? Bardzo dynamiczna walka. Można zginąć po najmniejszym błędzie. Dobrze mieć kompana lub dwóch, którzy choć na chwilę zaabsorbują uwagę tego jegomościa bo mówię Wam - kolo to absolutny badass. Ale na tym nie koniec. Po ubiciu Fume Knighta mamy okazję zawalczyć z Sir Alonne. Jeśli poprzednik był agresywny, ten jest dwa razy bardziej niebezpieczny. Jest Samurajem, macha długaśną kataną i potrafi przemieszczać się w mgnieniu oka. Jest jeden niesamowicie odjebany motyw z tą walką. Jeśli pozbawi się go paska życia bez straty własnego Sir Alonne popełni seppuku. I to wszystko dzieje w przepięknej, niezwykle klimatycznej scenerii królewskiej komnaty. Ostatnia fota przed wywaleniem gry z dysku. Moja psiapiuła, rezydentka Majuli (hub gry). Była to niesamowicie intensywna przygoda. Początkowy smród gry jest ewidentnie najsłabszym elementem bo jest bardzo słabo zoptymalizowany logistycznie i retorycznie. Niewiele idzie skumać z tego co i z czym się je więc nic dziwnego, że psioczenie internetu opiera się głównie na tym właśnie początkowym wrażeniu. Posmak stęchlizny i padliny jeszcze jakiś czas ciągnie nas w stronę rezygnacji, ale jeśli poświęci się więcej czasu, podbije postać, znajdzie gustowny oręż i ubije pierwszych czterech/pięciu bossów cała reszta dzieje się szybciej, płynniej i ogólnie lepiej. Przede mną Dark Souls III The Fire Fades Edition, Elden Ring z dodatkiem oraz remake Demon's Souls. Platyny w nich muszą pęknąć, ale zanim to nastąpi wskoczyłem już w coś mniej zobowiązującego - Cyberpunk 2077 wraz z Phantom Liberty.