-
Platinum Club
Na liczniku bylo zdaje sie ponad 80h, ale lizanie scian i szukanie puszek (niektore sa bardzo dobrze ukryte) zajelo mi dosc duzo czasu. Zakonczenia sa trzy z czego ostatnie wymaga tylko misji glownej osi fabularnej i zignorowania wszystkiego innego dookola.
-
Platinum Club
Robienie platyn w takich gierkach to sama przyjemnosc. Fakt, zbieractwa jest duzo i trzeba sie nachodzic, ale akurat w przypadku SB eksploracja jest dosc plynna i na wszystko mozna wpasc samemu. Mialem lekki zgrys z obozami bo gdzies zapodzialem dwa z 89iu, ale cale szczescie w kolejnym przejsciu trzeba tylko je odwiedzic, a nie kolekcjonowac od poczatku. Puszki tez mozna dozbierac w NG+. Za cholere nie moglem dojsc gdzie jest ostatnia. W akcie frustracji poszedlem na ryby gdzie zlowilem pudlo z ta wlasnie brakujaca puszka. Nie wiem czy to byl fart czy faktycznie to jest zrodlo dropu. Reszta trofkow to prosta sprawa typu „graj a wpadnie”.
-
własnie ukonczyłem...
Senua's Saga: Hellblade II - Pamiętam, że część pierwsza wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Narracja w grach gdzie tempo niemal nie istnieje jest na pierwszym planie lecz w grze gdzie umysł bohaterki zżera szaleństwo pierwsze skrzypce gra dźwięk. W tej odsłonie Senua przeżywa kolejną tragedię bo ona i jej pobratymcy zostają pojmani przez "handlarzy" niewolników. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak Wikingowie pałali się tym zajęciem od zawsze, ale ten scenariusz nie przewiduje zachowania lub sprzedaży niewolników dalej na wschód. Nie, tym razem inna plaga zawładnęła (najprawdopodobniej) islandzkim krajobrazem i Senua zostaje wplątana w kolejną rozprawę z bytami mitologii nordyckiej. Głosy w jej głowie doradzają jej, powątpiewają, szydzą i wyśmiewają poczynania bohaterki, ale ta przez większość czasu je ignoruje. W szaleństwie lepiej nie dawać swoim demonom za wygraną i nie dawać po sobie poznać, że męczarnia umysłowa, w której Senua się wiecznie znajduje, konsumuje powoli jej jestestwo. Tak więc wikińska wojowniczka leci przez krainy prawdziwe i świat omamów, a za towarzyszy ma druida i szefa łowców niewolników, któremu "wyjaśniła", że nie widzi swojej przyszłości jako niewolnica Izaura. Przejścia ze świata prawdziwego w świat złudy są płynne i całkiem efektowne. Twórcy sięgnęli znów do mitologii wikińskiej w dla siebie charakterystyczny sposób. Mało tu dialogów, a cała masa nawoływań lub streszczeń innych postaci musi wystarczyć za zarys narracyjny. System walki jest i znów jest, jak dla mnie, za wolny. Twórcy chcieli zapewne pójść w realizm machania mieczami czy toporami, ale ta toporność przyprawiała mnie o brak koncentracji, a parowanie uderzeń przeciwników było ciężkie do wyczucia poprzez spowolnione lub przeciągane próby zadawania nam ciosów. Każdy przeciwnik ma inną paletę ataków więc jeśli chce się walczyć efektywnie należy się nauczyć ich ruchów i...modlić, żeby RNG przy unikach lub blokach potraktowało nas łaskawie. Natomiast dizajn, uroda i ogólne czucie klimatu sprawdzają się bardzo dobrze. Jest jeden moment gdzie szukamy wejścia do groty gdzie żyją kluczowe dla ciągu zdarzeń istoty. Samo odkrycie wejścia prawie urwało mi głowę z wrażenia. To i ponowny obraz ukochanego Senui, na którym wykonano tortury krwawego orła były jednymi z mocniejszych momentów tej, bądź co bądź, unikalnej dla świata gier pozycji. Poziomu Dark Rot nie polecam. Plujący ogniem skurkowańcy i oszczepnicy doprowadzali mnie do białej gorączki na hardzie, a przejście gry przy minimalnej ilości błędów, trzema zgonami (czwarty znaczy wykasowanie zapisu z dysku) i konieczności robienia myku ze stanem gry jakoś do mnie nie przemawiają. Doszedłem do końcówki drugiego rozdziału i dałem sobie spokój. Może kiedyś wrócę. Stellar Blade - tutaj natomiast było dokładnie odwrotnie - gameplay był soczysty, a historia napisana przez amatorów. Podobały mi się wszystkie trzy zakończenia, lekkie zaskoczenie za pierwszym razem przy końcu również odegrało swoją rolę, ale dialogi były pisane przez jakiegoś niedorozwoja. - Kończę pracę na dzisiaj. Idź sobie. Zaczekaj! Nie chcesz wiedzieć dlaczego zamykam wcześniej? - Nie bardzo. - A wiesz. Chciałem się wytłumaczyć bla bla bla. Słuchać tego nie szło. Kiedy już wyłączyłem mózg i zabrałem się za grę ta uraczyła mnie kapitalną przygodą, albowiem Stellar Blade to kwintesencja gry wideo. Jest naprawdę świetny i responsywny system walki, jest świetna bohaterka, są przydupasy, które nie wkurwiają tak jak co niektóre postacie, mamy trochę sand boxa, trochę etapów liniowych i wiadra posoki wylewającej się z aort przeciwników. Nawet wymóg pewnej czynności relaksacyjnej (jak dla kogo) nie spotkał się u mnie z większym sprzeciwem. Ot, odskocznia od głównej osi gry. Combat opiera się na perfekcyjnym parowaniu ciosów co jest, moim skromnym zdaniem, strzałem w mini insekta, który siedzi na samym środeczku dyszki w tarczy. Dynamika niektórych bloków jest szybsza, a czasem należy przeciwnika wyczekać. Ich ataki są spowolnione przez cięższe oręże bądź ataki specjalne sygnalizowane przez trzy różne kolory. Na każdy z tych ataków odpowiadamy innym unikiem, a uniki te trzeba wykonać w odpowiedniej chwili. Okno jest dość łaskawe więc dany unik wchodzi z wysoką skutecznością. Jedyny problem jest taki, że komendy uników dzielimy z komendami ataków specjalnych, ale w przypadku tych pierwszych dochodzi jeszcze wychylenie lewej gały. Przeciwnicy w tej grze to miks insektoidalnych maszkar przeplatających się z mackoryjami lub mobilnymi turretami, które uwziąwszy się na bohaterce potrafią ją ciężko sponiewierać. Bestiariusz zmienia się wraz z otoczeniem, a jak wspomniałem wcześniej lokacji jest całkiem sporo i mimo dwóch krain otwartych to właśnie w tych bardziej liniowych spotkamy większość bossów. Ich wygląd jest naprawdę groteskowy, a ich egzystencja musi być równie niezrozumiała jak ich wygląd. Natomiast starcia z nimi stanowią główną atrakcję gry moim skromnym zdaniem. Ewka nie raz zaskoczyła mnie NAPRAWDĘ brutalnymi finiszerami. Nasza heroina lata po arenie jak pojebana tnąc i siekąc na lewo i prawo. Jest w tym tańcu coś bardzo erotycznego, a kiedy widzimy jak Eve wbija miecz w szefa jak najgłębiej się da, po czym chwyta za rękojeść, zapiera się stopami i ciągnie klingę do siebie rozpruwając delikwenta w akompaniamencie wściekłych wrzasków odczuwałem każdorazowo przechuj satysfakcję. Jest moc. Im dalej bossowie stają się mocniejsi i bardziej wymagający. Zastanowiłbym się przed uruchomieniem harda w tej grze. Jeśli ogarnie się perfect parry to spoko, ale z brakami w tym aspekcie przeciwnicy przeprowadzą albo gang bang, albo boss namaluje Ewką obraz. Stellar Blade to kapitalna pozycja minus dialogi. Jak dla mnie nie ma jednak najmniejszej przyczyny, dla której nie można by było wbić zębów w tyłek...w tą grę znaczy się. Koreańczycy dali mi jedną z lepszych gier w jakie było mi dane zagrać w ostatnich latach.
-
Wiedźmin 3: Dziki Gon
Grajac na SeXie nie uswiadczylem ZADNYCH wiekszych problemow. Jedna z wielu pozytywnych cech tej gry bylo to, ze gralo mi sie plynnie, bez haczenia, z lekka nutka retro gdzie gra nie traktuje gracza jak idiote. Pierwsze przejscie bylo dziurawe jak ser szwajcarski. Pierwsza gwint karte zablokowalem sobie bardzo wczesnie, ale wiedzialem, ze i tak wroce po calaka. Gdybym mial sie czepiac to czasem jazda konna podczas ucieczki przed wieksza gromada potrafila sie zajaknac, a rumak nie mogl wyjechac z pomiedzy dwoch konarow, ale poza tym wyscigi robilem na max 3 proby, a ostatni na jedna. Wiesiek 3 jest bardziej user friendly niz wiekszosc gier tej dekady.
-
własnie ukonczyłem...
Pamiętam, że Ebony & Ivory są przepierdolone. Można pchnąć całe DMD tylko giwerami. Poza tym zobaczysz jak sobie "poradzili" z bestiariuszem i ogólnym dizajnem gry. Po odblokowaniu Trish nawet można się pobawić. Ma taki fajny tryb, w którym wbija Spardę w ziemię i walczy wręcz.
-
własnie ukonczyłem...
Te pierwsze skończyłem mimo wszystkim komórkom mówiącym, żebym się w tym nie babrał. Ponad sto prób poświęciłem na te platformowe (każdą z osobna), a w porównaniu cała reszta była prosta. Podszedłem do innych po kilka razy, ale nie mogę tak nadwyrężać własnego jestestwa. Tam idzie zwariować i wykląć rodzinę.
-
własnie ukonczyłem...
Napisałem esej o tej grze, ale po wciśnięciu save załadowało tylko zdjęcie. No nic. Gra jest świetna. Polecam.
-
Wiedźmin 3: Dziki Gon
To prawda, ale nie robić tych questów trochę nie ma sensu w przypadku W3. Są zbyt wyjebiste. Jeśli łapiesz się na tym, że od kilku dni nie ruszyłeś/łaś wątku głównego to wiesz, że coś się dzieje. I tu warto wspomnieć o poziomie trudności. Warto zaczynać na wyższym lub najwyższym. Dziki gon jest fenomenalnie wyważony, a problem z przepakowaniem znika.
-
Platinum Club
Jak wyżej. Generalnie uważam, że fabuły w większości gier "samurajskich" są co najmniej dobre, ale ta w GoT jest naprawdę świetna. Może dlatego, że mam do nich słabość, ale te większe questy poboczne są również nietuzinkowe. Gra jest przepełniona brutalnością i przemocą. W wątku gównym, jak i w side-questach, natrafi się na szokujące motywy czy to kulturowe, czy rodzinne.
-
Platinum Club
Rise of the Ronin - platyna jest czasochlonna, ale z trudnoscia ma niewiele wspolnego. Gierke polecam. Jest to GoT z odzysku, ale z wlasnym nioh’wym klimatem, tylko bez demonow i mitologii japonskiej. Za to jest tutaj patos wylewajacy sie z ekranu. Setting i combat robia niesamowicie.
-
własnie ukonczyłem...
Rise of the Ronin - po wielu poczatkowych perturbacjach z ta gra w koncu doszedlem do tego o co chodzi z systemem walki i jak go uskuteczniac. Start mialem dosc ciezki. Nie rozumialem counterspark, dlaczego wchodzi, a dlaczego nie (ostatni cios combo), po co mi bonusy w postaci +/- 0,2% i czy nawet zsumowane z reszta perkow beda mialy odzwierciedlenie w starciach. To wszystko zaczelo ukladac sie w jedna logiczna calosc, a skondensowana wiedza pozwolila na stworzenie potwora. Po skonczeniu gry zauwazylem, ze jest kolejny poziom trudnosci, na ktorym to moj koncowy build lsnil jak slonce w bezchmurny dzien. RotR to bardzo dobra gierka. Po pierwsze setting w swiecie samurajow to dla mnie top topow. Uwielbiam biala bron, uwielbiam Japonie, jej ciezko zrozumiala dla zachodnich bytow kulture, okrucienstwo i kodeks, ktory zawstydzi niejednego meczennika. Jesli wie sie co sie robi, wyczuje sie timing i zadawqnie ciosow zsynchronizowane z obrona i parowaniem nasz bohater odstawia tak mordercze piruety, ze nic jie jest w stanie go powstrzymac. Przez cale pierwsze przejscie uzylem dopalaczy doslownie kilka razy. I za to nalezy mi sie polmetrowy bo sa one nieslychanie skuteczne i trwaja na tyle dlugo, ze nie trzeba ich aplikowac trzy razy przy dluzszych starciach, a to wplywa dalej na plynnosc, skupienie i jego ciaglosc przy bardziej wymagajacych przeciwnikach. Na midnight (najwyzszy poziom trudnosci) widac to najlepiej. Kilka razy udalo mi sie nie otrzymac zadnych obrazen, a jest to ciezkie z co lepszymi szermierzami. Wystarczy podlubac przy bonusach, troszke pofarmic, skleic postac i jazda. Fabulka jest, ale nie jakas tam sztampowa. Dokonujemy wyborow. Niektore nie maja zadnego znaczenia, a inne decyduja o tym czy i kogo spotkamy ponownie na swojej drodze. A poznajemy dziesiatki postaci. Jesli jest sie milosiernym mozemy ich przygruchac jako ziomali i razem z nimi ruszyc do boju. Niektorzy sa nastawieni na ciche egzekucje, inni na walke otwarta, a jeszcze inni na jedno i drugie. Mozna wybierac do woli. Znaczy sie sposrod 32och dostepnych kompanow. Cala historia jest przesiaknieta patosem, wiele watkow to moralne rozterki bohaterow, ich egzystencjonalna wewnetrzna walka i chec wsparcia ojczyzny co jest motywowane roznie i przez rozne przeslanki. Przez to wlasnie staniemy w szranki z…ale nie bede psul zabawy tym, ktorzy nie grali. Sieczka jest krwawa. Glowy odpadaja az milo, posoka chlasta na lewo i prawo, a krzyki agonii pieknie wypelniaja malzowiny uszne. Wieksi przeciwnicy sa hardzi, a nawet pyskuja, ze spuszcza nam srogi wpierdol. Mniejsi potrafia spietrac i pozwolic nam rozpruc im bebechy jesli ubijemy uprzednio najsilniejszego z nich. Narzedzi zbrodni jest wiele. Jest taka mozliwosc, ze nie ogarnie sie w pelni wszystkich styli bo jest ich nieslychana mnogosc, a “nauczenie sie” wszystkich z nich wymaga strasznie tlustego grindu. Niektore z nich wymagaja pchania fabuly do przodu, inne stawania w starcia z wojownikami w kilku dojo, a jeszcze inne zawierania wiezi z tymi samymi ludzmi, z ktorymi cwiczymy w tychze przybytkach. RotR to nie GoT. Ten drugi jest lepszy pod wieloma wzgledami, ale nie dac szansy Roninowi to maly grzeszek. Jesli macie gdzies chwile…trwajaca 80h, to smialo wbijajcie w ten swiat. Warto.
-
Właśnie zacząłem...
Rise of the Ronin - Nioh w sandboxie. Znow wazny jest build, ponownie nalezy grzebac w gorach sprzetu by znalezc cos co pasuje do reszty, podobnie jak w Nioh customizacja wchodzi stopniowo wraz z rozwojem fabuly. Gra mi sie dobrze, ale ten system walki juz troche trąci. To gapienie sie na pasek staminy i to jak bardzo jest istotny w starciach jest lekka przesada. Pakuje wszystko wlasnie w ten aspekt rozgrywki oraz jak najlepsze recovery. Kazdorazowo, doswiadczajac zdyszanego protagonisty, targaja mna demony furii, a wilki wyja w mojej glowie zwiastujac smierc. Na najwyzszym poziomie trudnosci jest to jak najbardziej przepierdolone - nie miejmy zludzen. Po setnym zgonie mialem juz dosc i zalaczylem sobie ten srodkowy poziom trudnosci, co niestety w moim przypadku znaczy rowniez wymiane tamponow, ale jestem juz stary wiec szukam wymowek gdzie popadnie. Setting jest bardzo fajny, eksploracja i czyszczenie mapy lepsze niz w grach Ubisoftu, fabula jakas tam jest, ale ciezko mi sie na niej skupic z tymi wszystkimi przypadkowymi NPCami, ktorzy nie wnosza wiele do pompy prezentowanej historyjki. Koncowa cutscenka z epilogu byla natomiast mocna. Szkoda, ze trzeba siec z 70h, zeby doszlo do kulminacji. Polecam, ale combat nie jest dla kazdego. Potrafi sklonic lysego do trwalej ondulacji.
-
Jakie pierwsze Trophy / Achievment taki cały rok
-
Borderlands 4
Resetujesz? Rozwiń proszę.
-
Borderlands 4
Mi wypadl podczas farmienia stickies/smg, ale z tego planu nic nie wyszlo procz teczowej wersji. Tydzien pozniej mialem Boda u Maurice’a.