Everything posted by kotlet_schabowy
-
Noworoczne postanowienia kĄsolowe
Nie wpisałem się, a lubię mieć później możliwość "skonfrontowania" zamiarów z efektami, więc niech będzie. Na 2026, poza standardowym ogrywaniem backlogu i tego, co mi tam spontanicznie się nasunie (ostatnio kończę chyba więcej tytułów z tej drugiej kategorii, co skutkuje tym, że lista zamiast się skrócić, urosła o kilkanaście pozycji), nie mam jakichś sztywnych postanowień. Pewnie w końcu kupię to PS5, bo o ile Rockstar nie odwali numeru, to na ten listopad wypadłoby już mieć na czym ograć to mityczne GTA. Jeśli nic dziwnego nie podzieje się z cenami (tak wiem, w świetle ostatnich wydarzeń może to być naiwne marzenie), to raczej postawię na Prosiaka, do tego jakiś OLED i można grać. Ale jak tak patrzę na tę moją listę, to wcale nie ma tam zbytnio rzeczy, na myśl o których serce szybciej bije. Myślę, że sięgnę w końcu po Disco Elysium (po jednej nieudanej próbie 2 lata temu xD). Chciałbym też w końcu przytulić jakiś sprzęt retro, przynajmniej tego Dreamcasta, póki jeszcze ludziom całkiem nie odjebało z cenami/póki w ogóle da się kupić w sensownym stanie. O, i naprawić szaraka, to jest mus. Co do checklisty z początku 2025: O ile odhaczonych pozycji miałem w poprzednim roku sporo, tak legendarnej Zeldy na liście nie było xD. Cóż, może w 2026. Jak widać z kupnem PS5 odpuściłem (choć trzeba przyznać, że w okolicach Black Friday dało się upolować Prosiaka i napęd sumarycznie za jakieś 3000-3200 zł, więc zbliża się do granicy zdrowego rozsądku), z GTA trafiłem, ale to nie trzeba było być Nostradamusem. Parę razy mnie korciło jakieś GPU na promce i za każdym razem odpuściłem, nie mam ciśnienia, ot chcę to zrobić bardziej dla świętego spokoju, żeby mieć kolejne parę lat poczucie, że coś tam nowego mogę od biedy odpalić. Tutaj raczej lipa, o DeCeku już pisałem, nadrabianie kolekcji na PSX stanęło w miejscu, bo laser padł, na PS3 kupiłem chyba jedną gierkę xD.
-
A Knight of the Seven Kingdoms
Początek mi nie za bardzo przypasował, zwiastował komediowy, żeby nie powiedzieć: slapstickowy charakter całości, co samo w sobie nie byłoby aż takim problemem, ale tutaj pachniało to już (hehe) humorem fekalnym i sileniem się na szyderę z powagi sagi ("patrzcie, już ma być patetycznie, już wjeżdża muzyczka z intro, a tu SRANIE"). Całe szczęście później (tak powiedzmy od 3 epizodu) wyszło to już na prostą. Spoko bohaterowie (choć Egg trochę irytujący na początku, może kwestia głosu), skupienie się na kameralnym wątku i z grubsza jednym miejscu wydarzeń, trochę prostych, ale sprawdzonych działających w kinie/tv chwytów narracyjnych (od zera do bohatera, honor rycerza, pozbieranie się z beznadziejnej sytuacji), to wszystko w klimatach znanego i lubianego uniwersum (choć nie jestem na tyle wiernym fanem, żebym jarał się jakimiś powiązaniami rodzinnymi bohaterów 100 lat wstecz od głównej serii), no ogólnie spoko się oglądało i z chęcią sprawdzę kiedyś ciąg dalszy. Szkoda tylko, że odcinki są aż tak krótkie (szczególnie finałowy), no i nie wiem, czy konwencja będzie działać, jeśli w fabułę będą wplatane jakieś ważne/duże wydarzenia, bo tak pewnie się kiedyś stanie (a może i nie?).
-
własnie ukonczyłem...
SOMA (PS4) Tytuł w tutejszych kręgach nabrał ostatnio popularności, to i ja dołączam do grona tych, co skończyli i zachwalają. Swoją drogą, ciekawie czytało się po latach opinie z okolic premiery, raczej umiarkowane propsy, a najczęściej zawód, że "nie takie straszne", że mało zagadek, że bez ekwipunku jak w Amnesii xD. Cóż, może kwestia oczekiwań, jakie sobie ktoś zbudował znając wcześniejsze dokonania deweloperów, w moim przypadku był to pierwszy kontakt z ich twórczością, więc wchodziłem pod tym względem na świeżo, a w wyżej wymienione zarzuty stanowią dla mnie wręcz zalety. Istotnie, jest to mocarne dzieło. Ma swoje wady, ale można je przełknąć w obliczu ogólnej jakości. Od premiery minęło "tylko" 10 lat, a i tak miałem poczucie, że mam do czynienia z przygodą niedzisiejszą, "staroświecką" w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Taki niby samograj nastawiony na narrację, ale wcale nie taki prostacki, nie zabierający nam co chwilę kontroli, nie za krótki, nie za długi, wykonany na wysokim poziomie, z dbałością o detale. Czułem taki vibe generacji PS3. Z jednej strony narzucają się oczywiste skojarzenia: Bioshock czy późniejsze Alien: Isolation, ale też te filmowe: Otchłań, Kula (chyba obecnie mocno zapomniany, a w czasach bliższych premiery trochę zjechany, a dla mnie to kawał świetnego, dobrze obsadzonego i niezwykle klimatycznego filmu, absolutny must see dla fanów takich tematów). Z drugiej strony Soma (pozostanę już dla wygody przy takim zapisie) ma swój charakter i osobowość i na pewno zapisze się mocno w mojej głowie. Siła tego tytułu tkwi w kilku głównych elementach, podanych w idealnych proporcjach. Po pierwsze: historia, główny pomysł (technologia), wokół którego się ona kręci i w końcu rozkminki filozoficzne, do których skłania. Nie zamierzam zbytnio spoilerować (ale wrażliwi mogą odpuścić ten akapit czy nawet screeny na końcu posta, bo coś tam na ten temat wspomnę), tym bardziej, że sam wszedłem w ten świat na totalnej niewiadomej i odpalając początek myślałem sobie "o co tu chodzi?". Przecież w materiałach, które do tej pory gdzieś mi się przewijały, widziałem jakieś dziwne, obce krajobrazy i elementy typowe dla sci-fi, a tu sobie chodzimy chłopkiem po mieszkaniu xD. No ale później już się zaczęła jazda. Największa siła scenariusza Somy to wątki związane z istotą ludzkiej świadomości czy życia samego w sobie. No nie powiem, działają na wyobraźnię, choć generalnie nie jest to nic nowego pod słońcem, szczególnie, jeśli coś się już w życiu na ten temat poczytało/oglądało/samemu rozmyślało. Tematyka ta wywołuje specyficzny niepokój (żeby nie powiedzieć: schizę) i to tutaj tkwi jak dla mnie cała moc "straszenia" gracza, nie w uciekaniu przed złolem czy w tanim jumpscarze. Wyobraźnia dopowiada swoje i nie powiem, miałem lekką spinę na myśl choćby o tym, co zobaczę w zakończeniu (mimo wszystko nie było tak źle xD). Z drugiej strony mamy ten bardziej przyziemny, można być nawet rzec: sztampowy motyw narracyjny, czyli Choć jak dla mnie mogłoby się zupełnie obejść bez nich, bo elementy omijania mutantów są dla mnie największą wadą Somy. Abstrahując od tego, że można odpalić grę w trybie ułatwionym (nie da się zginąć), to patent ten jest strasznie upierdliwy i rozwiązany w sposób, który mocno spowalnia i tak raczej powolne tempo narracji (żeby nie powiedzieć, że z niego wybija) i po prostu męczy. No nie znoszę w gierkach elementów stealth zaimplementowanych w takiej formie. Co gorsza, na dalszych etapach fabuły obecność monstrów robi się częstsza i bardziej uciążliwa. A ja chciałem sobie spokojnie poprzeglądać pomieszczenia, posłuchać "nagrań" i chłonąć atmosferę... No właśnie, szeroko pojęta atmosfera, czyli kolejna mocna strona Somy. Jest gęsto, jest klaustrofobicznie, jest ciężko, ale momentami występuje taka specyficzna dla gatunku (a w każdym razie ja to tak odbieram xD) "przytulność". Lubię te spokojne momenty, gdy zwiedzam sobie opuszczone pomieszczenia, oglądam pozostawione przez załogę przedmioty, czytam ogłoszenia na ścianach. Jako fan tego rodzaju settingu w innych dziełach kultury, czułem się jak w domu. Sci-fi w czystej formie. Realia, w jakich się poruszamy, czyli podwodna stacja badawcza, zapewniają cały zestaw klasycznych motywów: dziwne odgłosy rozprężającego się metalu, przeciekające instalacje, problemy z zasilaniem, ciasne, ciemne korytarze, ale też retrofuturystyczna elektronika, gmeranie w komputerkach i innych instalacjach. A gdzieś tam w tle urywki informacji, przedstawiających skalę Miodzio. Trzeci ważny aspekt, to w końcu gameplay. Bo nawet najciekawsza historia robi się nudna, jeśli podziwiamy ją na przedłużających się filmikach czy w innej minimalnie interaktywnej formie. Tutaj rozgrywka współistnieje z opowieścią (m.in. o tym, co uważają na ten temat twórcy, jest w tekście Adamusa w ostatnim PE), a kontrolę graczowi odbiera się jak najrzadziej. Jasne, można się lekko uśmiechnąć mówiąc o skomplikowaniu zagadek czy w związku z faktem, że poza latarką w zasadzie brak tu ekwipunku, dla mnie jednak wypadło to na plus i przysłużyło się spójności i płynności gry. No i czysto subiektywnie: nie potrzebuję przesadnie i na siłę rozbudowanych patentów gameplay'owych tam, gdzie, no właśnie, wcale ich nie trzeba. To jest zresztą charakterystyczne dla wspomnianej wcześniej siódmej generacji konsol. Wracając: są momenty bardziej ślamazarne (choć zaskakująco mało tu typowych gamizmów), walki tu nie ma w ogóle, o skradaniu się już pisałem. Można za to podnosić prawie każdy przedmiot (z czego niestety nic nie wynika, poza okazyjnym rozbiciem szyby), a przeszukiwanie szafek owocuje odkryciami w temacie świata przedstawionego. Soma to pod względem gameplay'u dosyć oszczędna i spokojna pozycja o odpowiednim balansie. Ale regularnie wrzuca graczowi coś nowego i nigdy nie staje się monotonna. Choć powtórki przygody sobie raczej nie wyobrażam. Co poza tym? Całość prezentuje się bardzo dobrze (są uproszczenia w teksturach czy modelach postaci, ale poza tym jest bardzo estetycznie, czysto, w osobliwej stylistyce, zupełnie nie czaję zarzutów dotyczących oprawy), na PS4 działa w stabilnych 30 klatkach, brzmi dobrze. Wyjątkowa pozycja, w którą, jak to się mówi, TRZEBA zagrać, choć nie jest to aż tak wielki kamień milowy, na jaki niektórzy zdają się go kreować. Ostatnio coraz ciężej o grę, która aż tak by mnie wciągnęła, wręcz wchłonęła w świat przedstawiony, jednocześnie dając troszkę do myślenia w świecie realnym. Dobrze wiedzieć, że twórcy szykują duchowego następcę (Ontos).
-
Resident Evil: Incydent Raccoon City
Nie no pierwsza i trzecia okładka elegancka przecież (bo arty estetyczne), druga taka sobie, bo i cover RE1 był specyficzny, ale ten Nemesis to już lekkie xD. Słaby artwork i dziwne kadrowanie, skutkujące w zasadzie wycięciem sylwetki bez ładu i składu. To już lepiej było wrzucić mordę z okładki wersji PAL. Faktem jednak jest, że nie mieliście w czym za bardzo wybierać. Samą "książkę" pewnie kiedyś nabędę, ale na ten moment bez podjarki, niestety ten format w dotychczasowych wydaniach mnie nie do końca do siebie przekonał (może niedługo wrzucę post w temacie o MGS: Trylogii).
-
własnie ukonczyłem...
Ruffiego mam na liście, ale czekam na jakieś przeceny, stylistyka i patent przewodni mnie kupiły. Mam podobne wspomnienie, choć raczej nie była to Wigilia, ale też zimowy (powiedzmy) wieczór i oczekiwanie na rodzinę. Ogólnie to TR4 był moim pierwszym TRem i cóż, nie pokochałem go. No za trudne to dla mnie było wtedy, a i dziś nie chciałoby mi się pewnie męczyć. Podejmowałem nawet haniebne próby grania na kodach, ale i tak gdzieś w końcu utknąłem. Jeśli dobrze pamiętam, to koniec mojej przygody nastąpił w momencie, kiedy spadając w przepaść nadpisałem swój save, zamiast załadować stan xD Ale to, co zdołałem przejść (myślę, że jakaś 1/4 gry, w porywach do 1/3) było bardzo klimatyczną przygodą. Atmosfera samotności, zagubienia, rzadko przerywana jakąkolwiek muzyką (notabene, motyw z menu idealnie podsumowuje ten klimat), wspomniane ograniczenie kontaktu z ludźmi, mimo wszystko niezła oprawa (woda i te refleksy), no i w końcu Egipt, czyli klasyka przygodowa w mediach wszelakich.
-
własnie ukonczyłem...
Super Mario Galaxy (Switch) Post z poślizgiem, bo "fabułę" ukończyłem z miesiąc temu, ale w planach miałem pobawić się jeszcze trochę w endgame i dobić do tych klasycznych 120 gwiazdek (na razie stanęło na 100 albo 101). Cóż, nie wyszło xD. Ale wszystko przede mną. Choć wiem, że tam się coś jeszcze odwala i komplet to bodajże dwukrotność tej liczby, no ale już bez przesady. Ciężko mi męczyć grę, kiedy już nastąpiło jakieś jej oficjalne zakończenie, dlatego też staram się robić wszystko, co dam radę, zanim dotrę do napisów końcowych. Ot taka przypadłość, nie poradzę. Zgodnie z własną tradycją, Mariana trzymałem na okres świąteczny. Powoli mi się już notabene kończą główne gry z serii, ale grunt, że SMG2 jeszcze czeka, może do tego czasu zapowiedzą coś nowego. No ale wracając: SMG idealnie wpasował się w świąteczno-noworoczną i ogólnie zimową atmosferę, ale przede wszystkim jest po prostu świetną grą. Chociaż (tu mogę się co niektórym narazić) oczekiwałem chyba czegoś jeszcze mocniejszego. Może wręcz czegoś niemożliwego, bo po tak wysokim poziomie hype'u i prawie 20 latach pompowania balona, jakoby to SMG i jego sequel były mesjaszami platformówek i przeżyciem wręcz mistycznym, w zasadzie ciężko było sprostać oczekiwaniom. Żeby nie było: to wspaniały platformer. W sumie nie mam się do czego przyczepić, może poza niezmienną i IMMANENTNĄ cechą Marianów w 3D, czyli specyficznym feelingiem bohatera i lekką ociężałością skoków (i zminimalizowaną możliwością manewrowania w powietrzu) tudzież "ślizganiem się" i rozpędzaniem. Nieraz skutkowało to zrobieniem salta zamiast skoku z rozpędu. Inna sprawa, że podstawowe playthrough i nawet to 100 gwiazdek nie stanowiły jakiegoś specjalnego wyzwania (dosłownie parę "kometowych" czelendży wymusiło kilka powtórek, przy czym wyzwanie polegało głównie na tym, że po śmierci trzeba zaczynać od samego początku, chociażby zbierając 100 fioletowych gwiazdek na poziomie). O właśnie, to może od razu dorzucę minusik za system komet: kto grał, ten wie, ogólnie chodzi o to, że pojawiają się randomowo, ewentualnie można je "przywołać" za walutę (tylko u jednego NPCa), ale też niekoniecznie tam, gdzie akurat mamy jeszcze coś do zdobycia. Zbędna upierdliwość. Występują tu też inne dziwne pomysły, które zwalam na karb wieku SMG. Ot np. dla testu chciałem sobie sprawdzić inną postać na osobnym save. Po powrocie do "swojego" Mariana, miałem wyczyszczony licznik żyć. Dzięki Nintendo. No dobra, bo jak nieraz wspominałem, łatwiej pisze się o czymś, co w grze uwierało, a potem w poście jest dysproporcja między pochwałami i ganieniem. Bawiłem się naprawdę bardzo dobrze. Czysty fun i radocha, czyli magia N w pigułce. Za sprawą zasadniczego pomysłu na gameplay, jakim są mini planety (choć trafiamy też na większe), SMG jest, że tak powiem, mocno natychmiastowe. Nie żebym jakoś często grał z doskoku, ale jak się już zdarzyło, to można było sobie spokojnie zapewnić jakiś element postępu przy krótkiej sesyjce. Choć nie ukrywam, że jestem fanem raczej bardziej "klasycznej" otoczki i dla mnie opus magnum w świecie hydraulika dalej pozostaje Odyseja. Ale Galaxy to taki trochę złoty środek, bo są tu, jak wcześniej napisałem, również obszerniejsze levele. Ogólnie dużo tu różnorodności i chyba za to należą się największe pochwały dla gry. Po prostu co chwila dostajemy jakiś nowy patent i nie sposób się znudzić. Co prawda nie wszystkie są aż tak trafione (Mario-Sprężyna chociażby, albo ujeżdżanie kuli, męczące fragmenty), ale większość wywołuje banana na gębie. Do tego mimo wieku prezentuje się to naprawdę wybornie. Jasne, czysto technicznie widać pewne uproszczenia, ale level design, projekty postaci (ultra urocze Lumy, z moim faworytem w postaci gwiazdki-głodomora) czy w końcu kolorystyka i wszelkie kosmiczne efekty (szczególnie na Oledziku) wyglądają naprawdę bajkowo. Do tego piękne melodyjki, na czele z motywem w hubie (nabierającym coraz więcej głębi wraz z naszym postępem). Całość jest dopracowana na najwyższym poziomie. No i to typowe dla serii połechtanie gracza różnymi dżinglami i wyrzuty dopaminy przy osiąganiu progresu, choćby odnajdując kolejne gwiazdy. Uzależniające. Pisząc o SMG nie da się nie poruszyć tematu sterowania, szczególnie w kontekście jej rodowodu (czyli Wii z jego Wiilotem). Cóż, faktem, jest, że najlepiej gra się z odpiętymi Joy-Conami (co niekoniecznie musi wiązać się z odpalaniem gry w trybie stacjonarnym: ja sobie często pykałem z konsolką opartą o nóżkę). Sterowanie z elementami ruchowymi jest intuicyjne, choć wskaźnik lubi wariować i często trzeba go resetować. Jest po prostu wygodniej, ale jest też wtedy większa wczuwka, inaczej mówiąc: immersja. Co innego klikać sobie przyciski, a co innego energicznie machać kontrolerem w celu wystrzelenia wąsacza w kosmos. Nie zmienia to faktu, że poza kilkoma patentami gameplay'owymi (przede wszystkim chwytanie się gwiazdek "liną") spokojnie można sobie dać radę w trybie handheldowym. Ot, mazianie po ekranie w celu zebrania okruchów gwiazd nie należy do najwygodniejszych rozwiązań, no i siłą rzeczy zasłaniamy sobie wtedy widok. Ale koniec końców nie miałem tu dylematu i zazwyczaj kontrolery były odpięte. O czym tu jeszcze można napisać? Atmosfera jest super, bossowie są super, strój pszczoły jest super, zabawa z grawitacją jest super (ale już motanie się kamery i sterowania przy tej zabawie nie jest super). Nie są super wyścigi wodne czy wspomniane już balansowanie na kuli). Świat "zabawkowy" odstaje klimatem i poziomem od reszty. Ale to szczegóły. Sumarycznie? Super gra. Grać i się jarać. Ja grałem i nie chciałem, żeby się to kończyło, ale miałem na uwadze, że gdzieś tam czeka na mnie jeszcze kontynuacja. No i dozbieranie chociaż tych 20 gwiazdek. Czy SMG to klasyczne 10/10? W 2007 pewnie tak, dla mnie, na dzień dzisiejszy, już nie. Ale w sumie co z tego? To, co dostałem, w zupełności mi wystarczyło do szczęścia.
-
Metal Gear Solid Δ: Snake Eater
Główny wątek idzie zrozumieć mając poziom podstawowy. Tyle, że ta gra stoi przerywnikami, 10 minutowymi gadkami i niuansami, których raczej już się nie załapie bez jako takiego inglisza. No w każdym razie pewnie nie będzie się ich chciało czytać. Granie na rambo w jedynkę jest praktycznie bez sensu, szczególnie przy pierwszym razie, kiedy trzeba spokojnie eksplorować miejscówki, szukać itemów i odnajdywać dalszą drogę. Wrogowie w fazie alarmu respią się bez końca, broni nie mamy przez dosyć długi początkowy fragment scenariusza (a później i tak nie mamy tłumika, więc na jedno wychodzi).
-
Metal Gear Solid: Master Collection Vol.2
Ale po premierze Dual Shocka 3, zapewne przy okazji jakiegoś patcha (możliwe, że tego dodającego trofea) zostało to zmienione i Mantis już wspomina o wibracjach. Co do zapowiedzi kolekcji vol.2: o ile MGS4 znam na wylot i nie marzę jakoś specjalnie mocno o powrocie do tej części serii (tym bardziej, że mogę sobie ją w każdej chwili odpalić na DEDYKOWANYM sprzęcie), tak wizja przejścia jej w końcu w normalnej rozdziałce i w 60 klatkach (emulację pomijam) troszkę mnie ruszyła. No tylko że tym razem dostaniemy tylko dwie duże gry i jedną przenośną, co jest sporym krokiem wstecz w stosunku do i tak zrobionej najniższym możliwym kosztem kolekcji nr 1. A jakoś nie sądzę, żeby premierowo krzyczeli sobie za drugi pakiet mniej, niż za pierwszy xD No i spoko, że łaskawie po dwóch latach rzucili update sprawiający, że starocie będą wyglądać tak, jak powinny wyglądać Day One. Co nie zmienia faktu, że i tak powinni wrzucić tam (choćby jako opcję do wyboru, jak w innych prawilnych kolekcjach retro) pecetową wersję MGS1. No ale to Konami xD Sam sobie odpowiedziałeś. Nawet obecność Acidów robiłaby lepsze wrażenie, niż to, co zaproponowano. Albo Mobile: to jest dopiero zapomniany i zabetonowany na ultraniszowym sprzęcie (z mocno upierdliwą i niewygodną opcją emulacji) tytuł. O Portable Ops nawet nie wspominam, bo to powinien być mus w takiej kolekcji, a gra stała się jakimś niechcianym dzieckiem, może przez trochę ograniczony udział Kojimy przy produkcji i jakiś zjebany fandomowy konsensus (nie mający nic wspólnego z faktami i wizją MISTRZA), że PO to nie kanon, tylko jakie to w sumie miałoby mieć znaczenie z perspektywy Konami i w kontekście tego, że do kolekcji i tak pcha się faktycznie "niekanoniczne" epizody? Chuj, po prostu im się nie chce/szkoda zasobów, tym bardziej, że graczyki i tak się rzucą na najhajpowany i niemal mityczny już port czwóreczki i pewnie równie dobrze mogliby wydać go solo i hajs by się zgadzał. W sumie i tak łaska pańska, że PW dorzucili. A szkoda, bo dla mnie PO>>>PW. TTS to ma chyba nawet mocniejszą otoczkę "portu nie do ruszenia z oryginalnej platformy", niż miał MGS4, więc tego to nawet pod uwagę nie brałem. Koniec końców, kiedyś pewnie zapowiedzą vol 3. i poupychają tam do obsranej piątki jakieś niedobitki z tych, które tu wymieniamy.
-
PSX EXTREME 341
Akurat jakoś w sobotę skończyłem czytać ostatnie PE i gdy już siadałem do pisania, zobaczyłem rozprawkę Kmiota, także timing publikacji posta słaby, ale mimo wszystko kilka luźnych zdań od siebie dorzucę. Ogólnie nie byłem zachwycony line upem recenzji, wyjątkowo słaby miesiąc, no ale to już nie wasza wina. Nie powiem, jest kilka gierek, które choć minimalnie mnie zaintrygowały (choćby Cassette Boy, które demo sobie ściągnąłem), ale to taki poziom zainteresowania, który motywuje raczej do sprawdzenia na necie jakiegoś filmiku/transmisji z rozgrywki. No trudno, zawsze powtarzam, że w PE priorytetem są dla mnie pozostałe teksty, a tutaj było już całkiem syto. - 100 oczekiwanych gier: chyba wszystko już powiedziano, sam zresztą swoje 3 grosze już tu dorzuciłem (w temacie niezbyt sensownego umieszczenia screenów/artów między kolejnymi tytułami). Poza ogólnym zarzutem, że jest tego po prostu za dużo (i-jak się okazuje na przykładzie poprzednich lat-sporo z tego i tak wylatuje na inny rok), to doczepię się do dosyć podstawowej w sumie kwestii: braku daty premiery danej gry. Oczywiście mowa o tych, które takową już mają, no ale zakładam, że jednak trochę takich przypadków było. - temat, który też ktoś tu niedawno poruszał, czyli nieczytelność tytułów w reckach. Osobiście nigdy nie byłem zwolennikiem wrzucania na nagłówek logosów gier, ale powiedzmy, że nie chcę otwierać dyskusji na ten temat. Zwracam tylko uwagę na niekorzystny efekt z jakim się to może wiązać, tutaj na konkretnym przykładzie, mianowicie grze Sektori (strona 50) oraz Unbeatable (strona 42). W tym drugim przypadku problemem nie jest nawet samo logo, co niefortunnie dobrany screen pod nim (kilka napisów jako tło logosa). - Soma, czyli patrząc po odbiorze, tekst numeru. Cóż, należę do grona tych, którzy w momencie premiery nowego PE grę mieli niezaliczoną i choć dodatkowej motywacji nie potrzebowałem, bo i tak już czekała na dysku i tak czy siak miałem z nią spędzić ostatni weekend, tak perspektywa skonfrontowania swoich wrażeniem z tekstem cenionego autora była miła. Nie wytrzymałem jednak i mimo bycia gdzieś w połowie przygody "zerknąłem tylko" do tekstu, który, jak się okazało, jest raczej bezspoilerowy i można go śmiało czytać nawet przed skończeniem omawianej gry . No ale po paru akapitach jednak zostawiłem sobie resztę na deser. Na ten moment powiem tylko, że Soma faktycznie jest mocarnym i wyjątkowym przeżyciem, choć dużo zależy od osobistej wrażliwości i pewnego, że tak powiem, doświadczenia w rozkminkach egzystencjalnych, bo grając w nią te 10 lat temu mogłoby mnie ruszyć dużo mocniej. - obecność historii Racoon City mnie ucieszyła, bo serię bardzo lubię, szczególnie epizody osadzone właśnie w tym miasteczku, ale lektura okazała się niestety taka sobie. Trochę "surowy" ten tekst, z braku lepszych określeń. Odniosłem wrażenie, że trafiły do niego dosyć luźno wybrane ciekawostki, niekoniecznie te najciekawsze. Choć nie powiem, fakt, że jacyś ludzie odebrali outro do RE3 tak, że trochę mnie zadziwił i rozbawił, bo mając jakieś ~12 lat nie miałem problemu z wyłapaniem, że to kwestia montażu xD - tribute dla Zampelli: zaskoczyła mnie obszerność tekstu, bo w sumie nie przypominam sobie, kiedy ostatnio ktoś z branży po śmierci miał poświęcone aż tyle miejsca w magazynie. Okoliczności nieprzyjemne, ale lista kozackich tytułów, przy produkcji których facet miał swój udział, przypomniała mi o zaległościach, które dawno wyrzuciłem z głowy. COD 1 i 2, bo o nich mowa, są niestety teraz mocno "niewygodne" jeśli chodzi o możliwość ogrania, o ile nie chce się korzystać z mniej lub bardziej podejrzanych torrentów z wersją na PC albo kupować Xboxa. Za to Titanfall i jego sequel regularnie bywają na promocjach, więc może prędzej sięgnę właśnie po nie. - jeśli świadczy to w jakiś sposób o jakości tekstu (lub trafności w doborze tematu), to dodam też, że artykuł dotyczący Szybkich i Wściekłych nakręcił mnie, żeby ów dzieło nadrobić, choć to nigdy nie były moje klimaty (podobnie zresztą jak gejmingowe odpowiedniki w rodzaju NFSU). Chociaż kiedy całkiem niedawno widziałem lecące gdzieś fragmenty, to w swojej, nazwijmy to, szczerości i prostocie zwyczajnie dobrze się to oglądało. Może dla takich widzów jak ja musiało minąć właśnie odpowiednio dużo czasu od premiery, żeby spojrzeć na takie dzieła jak na "kapsułę czasu". Szczególnie mając porównanie do tego, jak marne są teraz hollywoodzkie blockbustery. - Roblox: abstrahując od tego, że nie jestem targetem takich tytułów (jak chyba większość czytelników PE, z czego autor zdaje sobie dobrze sprawę), to zabrakło mi tu trochę zarysowania, czym to coś w ogóle jest xD. Poczytałem o fenomenie, o wpływie na branżę i ludzi, o aferach, ale w sumie nie dowiedziałem się, czym w praktyce ten Roblox jest. - felieton Adamusa: tu bliżej mi do Kmiota, tym bardziej, że sam jestem team "kiedyś to było", więc z pierwszą przewodnią myślą tekstu mógłbym polemizować. Raz, że zwyczajnie lubię wrócić do staroci czy sięgać po nie pierwszy raz i często jest to (prawie) zupełnie bezbolesne doświadczenie, choć nie da się ukryć, że to medium starzeje się w nienajlepszy sposób. Dwa, że branża się zmienia i można mówić, że zawsze jest w co grać i wychodzi pełno perełek, a jako boomer mający coraz mniej czasu na rozrywki to już w ogóle nie powinno się narzekać, ale no tak się składa, że pewne marki czy nawet gatunki (ba, stylistyki) obumarły, pewne zeszły do "indyczego podziemia", z drugiej strony na inne jest moda. I to już nie kwestia nostalgii, tylko faktów. Ale w sumie nie chcę się tu rozkręcać z tym tematem, bo z końcowym wnioskiem (że powrót po latach daje możliwość przeżycia czegoś z zupełnie innej perspektywy) już w pełni się zgadzam. Podobnie zresztą mam z filmami, bo nawet ten mityczny i trochę wyświechtany (ale rzecz jasna genialny) Ojciec Chrzestny oglądany w wieku 13, 20 i 30 lat zapewnia bardzo różne doznania. I pewnie za kolejne 10 lat i 20 lat będą to wrażenia jeszcze odmienne. Z jednej strony to smutny dowód na to, że nie przeżyjemy już dokładnie tego samego, tych samych emocji (za pierwszym razem zazwyczaj najbardziej intensywnych), z drugiej optymistyczna wizja, że powroty po latach mają swoją wartość.
-
Pytania różne i różniste
Bo po prostu, wbrew popularnej ostatnio narracji, że w gejmingu NIGDY NIE BYŁO TAK DOBRZE JAK TERAZ, gierki teraz w dużej mierze takie są. Coraz ciężej o coś, co wywoła opisywane przez Ciebie uczucia, bo też ciężko o to przy kolejnej przygodzie na parędziesiąt godzin z obowiązkowymi elementami rpg i drzewkiem rozwoju. A im więcej ma się zaliczonych "must have'ów", tym trudniej coś wybrać. Dobrą alternatywą jest Switch i biblioteka Nintendo, więc polecam, jeśli nie siedzisz jeszcze w tym temacie.
-
PSX EXTREME 341
Podbijam. Co gorsza, "system" zmienia się przy topowej 10 i kiedy już przyzwyczaiłem się do faktu, że screen odnosi się do gry powyżej, nagle zaczyna odnosić się do tytułu poniżej xD
-
własnie ukonczyłem...
Bad Cheese (Switch) Zaintrygowała mnie recka w PE, o której w sumie ciężko nawet powiedzieć, żeby była "zachęcająca" w typowym tego słowa znaczeniu, bo uczciwie było tam zaznaczone, że to mocno specyficzna i ciężka tematycznie gierka. Oprawa również zwróciła moją uwagę, no to zaryzykowałem i kupiłem, tym bardziej, że na promkach można wyłapać kopię w dosyć niskiej cenie. W istocie, doświadczenie z BC było osobliwe i uczciwie mówiąc niezbyt przyjemne, w takim trochę innym znaczeniu, niż normalnie w przy ocenianiu gier się używa. Jedna rzecz to creepy otoczka (generalnie horrory mnie nie ruszają, w Silenty mogę grać w stereotypowych "słuchawkach i po zmroku", ale tutaj momentami czułem lekki niepokój i obrzydzenie, o jump scare'ach nie mówiąc, bo to akurat tanie), a druga, to ogólny przekaz, który mniej lub bardziej subtelnie starają się nam przekazać twórcy. Bo ogólnie rzecz biorąc Bad Cheese to gra o dziecięcej traumie i dysfunkcyjnej (żeby nie powiedzieć "patologicznej) rodzinie, ubrana w szaty koszmarnej wersji bajek Disney'a (nasz bohater to wizualnie w zasadzie Myszka Miki, parę innych postaci też nawiązuje designem do tego uniwersum, co wynika z faktu, iż Mickey należy od jakiegoś czasu do domeny publicznej). Gameplay'owo natomiast to horror w perspektywie FPP, opierający się głównie na eksploracji i odwalaniu "zleceń" w rodzaju posprzątania butów lub skarpet pijanego starego, co może w praktyce przyjąć np. formę strzelanki. Są tu różne patenty gameplay'owe (znalazło się nawet miejsce na mini gierkę) i choć nic tu nie zachwyca, tak patenty robią swoją robotę, zapewniając jakieś urozmaicenie. Niestety czasami dane czynności są trochę męczące przez swoją powtarzalność i wymaganą do progresu skrupulatność. Do tego dochodzą okazyjne starcia z przeciwnikami i tutaj już niestety jest zwyczajnie słabo, bo sama rozgrywka jest mocno drewniana i przez swoją niewygodę frustrująca (szybko można "zginąć"), a są tu momenty, że mobów jest naprawdę dużo. Element dodany mocno na siłę, choć narracyjnie ma sens. Oprawa A/V...cóż, spełnia swoją rolę, czyli buduje niepokojący nastrój. Efekt wzmacnia kontrast między infantylnymi, animkowanymi elementami tego świata, a totalnie wykręconymi kreacjami z piekła rodem. Czysto technicznie jest po prostu schludnie, ale czuć prostotę (choćby w temacie animacji postaci, składającej się z niewielu "klatek") i ogólną taniość. Trzeba mieć jednak na uwadze, że to mały, niezależny projekt (notabene polskich twórców). No ale Mouse: P.I to to nie jest. Ciężko użyć w kontekście Bad Cheese sformułowania "polecam". Ujmę to inaczej: warto się zainteresować. Na pewno jest to interesujący eksperyment, który, szczególnie jak na medium, w jakim operuje, porusza dosyć poważną tematykę i nie robi tego w sposób płytki. Nie będzie tu żadnego szoku czy wielkich rewelacji dla osób, które jakieś tam podstawy psychologii znają (lub, co gorsza, wyłapią w grze własne doświadczenia), choć przyznam, że czytanie interpretacji poszczególnych epizodów zaoferowało mi nowe spojrzenie na pewne elementy historii.
-
własnie ukonczyłem...
The Stanley Parable (Switch) Wersja Deluxe, czyli prawie drugie tyle zakończeń, co w oryginale na PC i pewnie jakieś tam różne ulepszenia. Fenomen, który pewnie już każdy zainteresowany poznał, a u mnie od daaawna leżał w backlogu, trafił na listę długo przed wydaniem reedycji, no i w końcu się skusiłem. Co ważne, udało mi się przez te ~12 lat w zasadzie całkowicie uniknąć jakichkolwiek spoilerów, podchodziłem do gry zupełnie w ciemno, nie wiedząc, o co tu w ogóle chodzi. Jeśli jakimś cudem czyta to ktoś, kto też jeszcze nie wie, a zamierza grę sprawdzić, to może przestać czytać. Rozgrywka jest teoretycznie prosta w formie, ale innowacyjna w "treści" i oferująca grającemu dużą dawkę wolności wyboru. Wolności w stylu innym, niż przyzwyczaił nas gejming. Jak wiadomo, w The Stanley Parable kierujemy zamkniętym w pętli ludkiem-pracownikiem biurowym, który rusza ze swojego gabinetu do pozornie prostego celu. Oczywiście koncept robi się jasny i z grubsza powtarzalny już przy pierwszym podjętym wbrew Narratorowi wyborze (ikoniczne już zapewne dwie pary drzwi), ale odkrywanie każdej kolejnej iteracji naszej przygody i coraz to bardziej absurdalnych scenariuszy jest niezwykle wciągające i zwyczajnie bawi. Co prawda humor nie zawsze do mnie trafiał i momentami stawał się już mocno try-hardowy (cały wątek z wiadrem...), ale ogólnie było wesoło. W zasadzie cała narracja to jedno wielkie łamanie czwartej ściany a przy tym komentarz, najczęściej mocno ironiczny, na temat pewnych schematów i trendów w branży. Część się może już trochę zdeaktualizowała, ale kto siedzi w temacie od dawna, ten wychwyci różne szpileczki i nawiązania. Ogólnie gra jest META w chuj i jak na tamte czasy takie coś musiało robić duże wrażenie. Sama zabawa w pętli kojarzyła mi się natomiast z wydanym wiele lat później 12 Minutes, a po drodze pewnie pokazało się trochę innych naśladowców, ale to osobny temat. Główny zarzut, jaki mam do całości, to męcząca w pewnym momencie powtarzalność czynności, które musimy wykonać (a właściwie ścieżek, które musimy przejść), żeby dotrzeć do rozwidlenia, przy którym chcemy dokonać innego wyboru, niż poprzednio. Im dalej w las, tym więcej rozwidleń i potencjalnych "światów równoległych", no i jak wspomniałem, robi się to trochę żmudne. Nie pomaga fakt, że przy wielu scenariuszach słuchamy od nowa dokładnie tej samej gadki Narratora. Zdecydowanie sensowniejszym rozwiązaniem byłoby wyciszenie go, kiedy powtarzamy ścieżkę, w której nic się nie zmieniło. Chęć poznania wszystkich (albo przynajmniej jak największej liczby) możliwych zakończeń/ścieżek sprawia, że można się trochę gierką przejeść, tym bardziej, że element/wybór, który może wpłynąć na otwarcie nowych możliwości, jest czasami trudny do uchwycenia. Poza tym w pewnym momencie można się już pogubić, co gdzie było xD. Osobiście zaliczyłem "na oko" z 20-25 zakończeń i choć SP już mnie trochę nudzi, to staram się wycisnąć co się da bez zerkania do podpowiedzi w necie, ale chyba jestem na etapie, że już się bez tego nie obejdzie. Gra wygląda i działa na Switchu elegancko, jest płynnie, ostro i ładnie, wiadomo, że grafika jest prościutka, ale estetyczna i w zupełności robi robotę. Muzyki tu niewiele, za to najważniejszym elementem ścieżki dźwiękowej jest komentujący nasze poczynania Narrator, no i tutaj oczywiście props dla odtwórcy tej roli, bo spisał się doskonale. Ciekawy eksperyment, zapewniający dużo możliwości zabawy i odkrywania skutków naszych decyzji, okraszony przy tym humorystycznym komentarzem. Momentami trochę przekombinowany i wprowadzający w manowce, ale ogólnie dobrze się bawiłem i polecam.
-
Ankieta PSX Extreme 2026 - chcemy poznać Waszą opinię, jak możemy rozwijać pismo
Zawsze chętnie biorę udział w takich akcjach, ale tutaj muszę powiedzieć to, na co już parę osób zwróciło uwagę: ankieta jest skonstruowana tak, że "muszę" odpowiadać na pytania dotyczące projektów, które w ogóle mnie nie interesują, co poniekąd skutkuje przekłamanym wynikiem. Na wstępie do sekcji o PSX Premium powinna być opcja "nie podoba mi się/nie interesuje mnie taki pomysł". Przy PSX Box jest lepiej, bo jest takie pytanie, ale dopiero jako drugie. Kursy: mogę zaznaczyć, że mnie interesują "na poziomie 0", a dalej i tak muszę coś wybrać w kontekście ich tematyki. Ze sklepu nie korzystam, a mogę odpowiedzieć tylko, że albo jest idealnie, albo mam jakieś zarzuty xD. Jest otwarte pytanie "czego bym nie zmienił w PE" oraz "czego brakuje w PE, co ma konkurencja", a nie ma podstawowej opcji "co wprowadziłbyś/co wywaliłbyś z PE". No chaotycznie i niekonsekwentnie to zrobione. Ale wypełniłem.
-
Właśnie zacząłem...
A tam gadacie, momenty skradania się między (sub)bossami w Ashina Castle z tym ambientem w tle i padającym śniegiem spokojnie można podpiąć pod "relaksujące". A że to jakieś 5% ogólnego doświadczenia z gry, to inna sprawa xD
-
Trening
Fani się doczekali, już dawno widziałem spamowanie Wojferem w komentach u Stalowego. Wchodzi do mainstreamu, czyli cykl życia mema pewnie zbliża się do końca. Co do noworocznych sezonowców, to u mnie po 6 stycznia było tego sporo, ale mimo wszystko nigdy nie czekam dłużej, niż parę minut ani nie robię na zmianę z więcej, niż jedną osobą. Troje do sprzętu to już tłum, a jakbym miał siedzieć i czekać bezczynnie dłużej, niż 5 minut, to bym wolał zrobić coś innego, nie cierpię tracić czasu na treningu, tym bardziej, że staram się wyrobić w tych powiedzmy 80 minutach.
-
PSX/gry Japonii (PAL-NTSC)
Podmianka z użyciem AR z punktu widzenia technologicznego działa analogicznie do tej "kaszany", tyle, że stosując AR pierwsza płytka po chwili się elegancko zatrzymuje i czeka, aż ją zamienisz na docelową, więc nie niszczysz sobie silniczka/kółka, robiąc to w locie. Jedna uwaga: metoda siłą rzeczy nie działa w grach na kilku płytach: wtedy pozostaje tylko metoda "brute force" i zmiana w locie. Osobiście bawiłem się tak lata temu z jednym piratem, ale za każdym razem zatrzymując chamsko płytę czułem, że robię krzywdę swojej konsoli xD.
-
PSX/gry Japonii (PAL-NTSC)
Action Replay pozwala odpalać gry na PSX pomijając blokadę regionalną, kwestia zakupu modelu z portem parallel. Kolory na TV, jak już wspominali przedmówcy, zapewni kabel RGB.
-
Stranger Things - Netflix
Poniżej SPOILERY. Generalnie słaby sezon, najsłabszy ze wszystkich, ale, ku mojemu mocnemu zaskoczeniu, zakończenie nawet im się udało. Końcowe starcia i szeroko pojęta "akcja" nawet angażujące, co jest już dużym sukcesem, bo w poprzednich 7 odcinkach raczej mi zwisały te wszelkie walki i strzelaniny z CGI potworkami. Chyba każdy bohater miał swoje pięć minut w walce z final bossem, no i ukoronowaniem tego była dekapitacja Vecny przez mamuśkę, eleganckie zamknięcie. No ale dobre wrażenie to przede wszystkim zasługa tego zakończenia-zakończenia, czyli pożegnanie towarzystwa 18 miesięcy później. Wiadomo, że jest tu cały zestaw tanich, oddziałujących na emocje i jadących na nostalgii chwytów, ale co ja poradzę, że to działa? Nie, żebym płakał nad rozstaniem z ukochanymi bohaterami, bo nigdy aż tak nie byłem w ST zaangażowany, no ale jakieś tam emocje finał wywołał, więc, znowu, to już dużo, jak na tak mizerny sezon. Po prostu te parę scenek przypomniało mi, co było w tym serialu najfajniejsze, i tym bardziej kontrastowało to z resztą piątej serii. Wprowadzenie wątpliwości w temacie losów El fajne i subtelne, bez prostactwa w stylu "Mike w kawiarni widzi siedzącą niedaleko dziewczynę, która przypomina od tyłu Jane" albo jakiegoś wyskoczenia Nastki z szafy przy ostatniej rozgrywce w D&D xD. Co do piątego sezonu jako całości, to już ciężko znaleźć jakieś jego pozytywy. No dobra, są pewne oczywistości, jak Derek, ale po za tym? Zawiodły przede wszystkim proporcje jeśli chodzi o akcje w prawdziwym świecie oraz w Upside Down czy innych "fantastycznych" miejscach. Ja wiem, że ostatni sezon to EPICKIE zakończenie tych wszystkich wątków drugiej strony, Vecny (xD) itd., no tylko co ja poradzę na to, że wszystko, co związane z tymi potworkami, innymi wymiarami i wszelkimi generycznymi obrzydlistwami było dla mnie od początku serialu najgorszą jego stroną? To, za co polubiłem (i, jak mniemam, miliony widzów miało podobnie) Stranger Things, to ciekawi bohaterowie, których można polubić (lub antybohaterowie budzący niechęć) rozwój ich i relacji między nimi, ale również humor i oczywiście tanie jechanie na nostalgii za czasami, w których nie żyłem (80s, synthwave, popkulturowe easter eggi). Akcje w szkole, na podwórku, bekowe interakcje z nie mniej dziwacznymi dorosłymi. Wiadomo, z każdym sezonem proporcje się zmieniały, ale teraz są już całkowicie odwrócone i coś, co początkowo było celowo kiczowatym "boogie manem", nawiązującym do popularnych w latach 80 klisz gatunkowych, ewoluowało w traktowane przez twórców totalnie na serio, poważne starcie niemal mitycznego dobra ze złem. Odbija się to również na warstwie wizualnej, bo każda obecność w innych "światach" to artystyczna sztampa i nuda. W ogóle ilość tych potworków w S05 stała się już męcząca, nie mówiąc o głupotach i niekonsekwencjach fabularnych związanych z ich przedstawianiem: raz grupka małolatów jest stanie schwytać/przegonić demogorgona, kiedy indziej nie potrafi sobie z nim poradzić oddział dobrze wyposażonych żołnierzy. No właśnie, wojsko i cała ta militarna otoczka: kolejny minus. Szablonowi źli, bez większej głębi czy nawet jakichś ciekawszych akcji. Z naszymi bohaterami też nie jest najlepiej. Pomijając memiczny wręcz aspekt wydoroślenia dzieciaków (osobiście byłem w stanie zawiesić niewiarę i dosyć szybko się "przestawiłem" na tolerowanie ich wyglądu, aczkolwiek pomagało w tym to, że nie pamiętałem, ile oni wg scenariusza mają lat, a i nie było to specjalnie przypominane w serialu) i ogólne, dziwne "pobrzydzenie" całej ekipy, to problemem jest przede wszystkim ich nijakość. Faktem jest, że dzieciaki, może poza Dustinem, nigdy nie były aż tak charyzmatycznymi i interesującymi bohaterami, natomiast ich relacja jako paczki robiła robotę. Tutaj wszyscy są większość czasu porozdzielani, a jak już się spotykają, to głównie gadają o tym, jak popchnąć dalej fabułę. O "starszakach" szkoda gadać, każdy, nawet Steve, zaliczył zjazd jeśli chodzi o ogólną kreację, a Nancy jest już maksymalnie wkurwiającą zołzą. Ogólnie ciężko w tym sezonie kogokolwiek darzyć sympatią, duży grzech jakiegokolwiek filmu czy serialu. Jedynie wspomniany Derek i epizodyczny Bauman wywołują jakieś pozytywne odczucia. Dodatkowym problemem jest nadmiar postaci pierwszoplanowych, przez co w praktyce żadna nie ma specjalnie dużo czasu ekranowego. Dobra, nie chce mi się więcej pisać. Ogólnie cały sezon to zawód w chuj, choć, jak wspominałem, ST nie miało jakiegoś wielkiego miejsca w moim sercu, ot przygoda, którą z zainteresowaniem raz na te 2-3 lata się śledziło. Jednak każdy z poprzednich wspominam dobrze, nawet jeśli już nie pamiętam szczegółów fabuły (co swoją drogą sprawia, że kusi mnie powtórka). Tutaj w trakcie seansu większości odcinków czułem zwyczajne "meh", względnie po prostu nudę. Nie było ekscytująco, nie było zabawnie. Nawet słynny OST, który potrafił wepchnąć ponownie do mainstreamu stare kawałki, tym razem jest totalnie do zapomnienia (poza wymęczoną do przesady Kate Bush, której piosenka w rezultacie mi zbrzydła). Negatywne wrażenie trochę zmywa stricte końcówka, ale to niestety za mało, szczególnie jak na tak potężnie nakręcane wydarzenie medialne.
-
Indywidualne podsumowanie roku w grach.
Zdawałem sobie z tego sprawę i właśnie przeszczep był moją pierwszą myślą, ale zrobiłem na odwrót xD. No ale postaram się naprawić ten błąd. Typ serio głosi tezy, że starcza mu 3h snu xD? To powodzenia życzę.
-
Indywidualne podsumowanie roku w grach.
Listy nie robię, bo o poszczególnych gierkach pisałem w miarę na bieżąco we "właśnie ukończyłem" i zwyczajnie mi się nie chce tego wstukiwać. W skrócie: w ubiegłym roku zaliczyłem pierwszorazowo 35 gier plus 2 powtórki retro (Spyro 3 i Donkey Kong Country, wpadłyby jeszcze dwie, ale zabrakło mi do oficjalnego skończenia dosłownie paru leveli). Liczba sama w sobie raczej satysfakcjonująca, oczywiście mając na uwadze, że zawierają się w niej zarówno gierki na dziesiątki godzin, jak i króciutkie indyki czy popierdółki na VR na 2-3 godziny. Nie doliczam nawet rzeczy, które sobie odpaliłem na dłuższą lub krótszą chwilę czy to ze względów nostalgicznych, czy to dla sprawdzenia i ewentualnie do powrotu w bliżej nieokreślonej przyszłości (dałem szansę choćby Okarynie Czasu i potencjał jest, ale "to trzeba na spokojnie"). A no i w grudniu zupełnie spontanicznie wróciłem do pykania w CS 1.6, co byłoby chyba ostatnią rzeczą, jaką jeszcze niedawno spodziewałbym się tutaj umieścić xD. Cóż, gra ponadczasowa i nieustannie wciągająca (szczególnie kiedy gram ze znajomymi), ale z moim skillem można się zniechęcić po nieudanej partii, więc uzależnienie mi nie grozi. Tak czy siak, fenomen. Na nowy rok przeskakują Skyrim (tu będzie dłuższa zabawa) i Super Mario Galaxy (lada moment finisz "fabuły"). Dwa tytuły z listy wyszły w 2025 (DKC Returns na Switcha, czyli i tak port starocia, oraz THPS 3+4, czyli remake staroci xD), ale wpadło parę względnych "nowości" z lat '23-'24, przemieszanych z typowym retro (PS1 i PS2) i tytułami z backlogu z poprzedniej generacji. Grałem głównie na PS4 i Switchu, do starszych gier odpalałem PS3 (która "obsługuje" trzy pierwsze generacje konsol Sony) podpięte do CRT, okazyjnie racząc się oryginalnymi maszynkami. Tu niestety jedna z tegorocznych akcji na minus, mianowicie padł mi laser w szaraku. Wymiana na chiński zamiennik przyniosła żenujące rezultaty (praktycznie nic nie czyta), a że trochę brakowało mi czasu i werwy na takie sprawy, to na razie temat ucichł i muszę do niego wrócić. Miałem też zamiar zakupić trochę starych konsolek (na czele z Dreamcastem) i mało brakowało, a by się to udało, no ale wyszło inaczej i temat przeskakuje na kolejny rok. Tytułem, z którym pewnie będę kojarzyć rok 2025, a na pewno jego początek, jest Kingdom Come: Deliverance. Potężna przygoda, na którą przeznaczyłem, wg podsumowana Sony, ponad 120 godzin. Raczej rzadko w ostatnich latach poświęcam tyle czasu na jedną giereczkę, ale tutaj (po trzech nieudanych podejściach xD) wessało mnie mocno i robiłem nawet DLC. Żywy, immersyjny świat, satysfakcjonujący gameplay, niezłe postacie i dialogi: to tylko kilka zalet KCD. Szkoda, że w wersji konsolowej to techniczny koszmarek. W okresie letnim wróciłem do PS VR i bawiłem się świetnie- po paromiesięcznej przerwie efekt nadal robi wrażenie i odpowiednio zaimplementowany zapewnia niesamowitą immersję. Wyróżnienie dla Blood and Truth oraz Job Simulator. Z innych skończonych tytułów wyróżnienie wręczam Super Mario Wonder (rozpoczęty w poprzednie Święta i skończony na początku roku): wspaniały tytuł i najlepszy Mario w 2D. Dla kontrastu, jako chyba największy zawód roku, Super Mario Sunshine, no nie bawiłem się zbyt dobrze, zawiodło sterowanie, kamera, irytujący poziom trudności. Żeby jednak nie było niesmaku, w wakacje bawiłem się z NSMBU2, który to świetnie sprawdza się w coopie i ogólnie jest fajną, sympatyczną gierkę, a rok zakończyłem z Super Mario Galaxy który jest świetnym platformerem i z grubsza nie mam do niego zarzutów. Miodzio. Jak już o zawodach mowa, to dorzucam Metroid Prime: Remastered. No nie siadło zupełnie. Kolejne wyróżnienie na plus dla Psychonauts 2, niedawno pisałem coś więcej w wiadomym topicu. W każdym razie to śliczna, wciągająca przygoda pełna odjechanych pomysłów i absurdalnych motywów fabularno-wizualnych, no a w tym wszystkim zwyczajnie przyjemnie się w to gra. W kategorii retro wyróżnienie dla Silent Hill 3, głęboki backlog (choć wyciągałem w tym roku pozycje z jeszcze odleglejszego okresu, np. Dave Mirra z roku 2000, notabene lekki zawód). Gra, która się właściwie w ogóle nie zestarzała i nadal zarówno wygląda rewelacyjnie, jak i gra się w nią dobrze. No także taki to był rok, może niespecjalnie ekscytujący (szczególnie w porównaniu do 2024, kiedy to wszedłem w posiadanie dwóch mocno odmieniających oblicze mojego gierkowania sprzętów), ale konsekwentnie sobie odhaczałem tytuły, które od dłuższego lub krótszego czasu miałem na liście, ale wrzucając też coś spontanicznie. Nie trafiłem na nic naprawdę słabego (co dosyć naturalne, skoro sięgałem po wysegregowane pozycje), nie miałem też jakiegoś wielkiego zawodu (ale parę niewypałów było). EDIT: no przecież był Resident 6 xD. Nie skończyłem i chyba prędko nie skończę, no odpadłem po godzinie, dosłownie nic mi tu nie grało. Dobry rok, który był jednocześnie ósmym rokiem z PS4, niesamowity sprzęt.
-
Game Boy Extreme
Kończę powoli lekturę, więc można coś skrobnąć. Nie zawsze czytam specjale od dechy do dechy (tego Xboxowego nadal mam do dokończenia), ale tutaj tematyka jest dużo bliższa mojemu sercu (i zwyczajnie ciekawsza), a i okres świąteczny sprzyjał szybszemu wchłanianiu treści pisanych (odebrałem GBE w pakiecie z MGS: Trylogią, więc musiałem trochę podzielić swoją uwagę). Zacznę od pochwał, bo tak to już jest, że łatwiej się punktuje wady i zajmuje to później więcej tekstu, a warto podkreślić, że całościowo wydanie jest bardzo fajne i zwyczajnie dobrze się z nim obcowało. Zarówno forma (wspomniany już wielokrotnie patent z tłem w zależności od gier na GB/GBC, ale też duże, estetyczne okładki w reckach), dobry papier (i zapaszek), jak i w większości treść. Pasuje mi długość tekstów, pasuje mi dobór tytułów (w sumie trafiła tu większość gier, które z takiej czy innej strony kojarzyłem z tamtych czasów). Najwięcej przyjemności miałem oczywiście z tekstów około growych (dział Story Mode i New Game+), w tym opisów wszelkiego rodzaju sprzętów i gadżetów (tu wyróżniam Dżuja, zawsze dobrze się go czyta, tutaj choćby w świetnym tekście o Virtual Boy'u, ale plus też dla Pisarskiego, którego poza felietonem w PE nie mam okazji czytać, a widzę, że pióro ma lekkie i lubi zażartować). Poza tym najmocniej REZONOWAŁY ze mną opisy gierek na GB, z racji tego, że to właśnie tą konsolką (a dokładniej Pocketem) dysponowałem za dzieciaka, a premiera Colora, a dokładnie to coraz częściej wychodzące gierki "only for..." były dla mnie taką trochę bolesną cezurą, no bo kurde, jak to, nie mogę mógł odpalać nowości (kij z tym, że nie sprawdziłem nawet 1/100 świetnych pozycji z Classica)? Tym bardziej, że edycja kolorowa ukazała się jakoś niedługo po tym, jak otrzymałem GBP. Wracając: wspomniane już okładki wrzucone w reckach, w przypadku GB Classica i tego mistycznego szarego paska z boku działają na mnie mega nostalgicznie i niemal przenoszą do okolic lat 97-98, kiedy to podziwiałem te pudełka za gablotami w marketach, najczęściej dodatkowo zabezpieczone w "pancernych" plastikowych ochraniaczach. Fajnie, że mimo konkurencyjnego rodowodu obu wydawnictw, napisaliście o Game Boy Magazynie. Śledziłem jego losy z wielką uwagą (co przy nieregularnym cyklu wydawniczym i poziomie rozwoju Internetu w okolicach lat 2001/2002 było pewnym wyzwaniem, dość wspomnieć, że za pierwszym numerem w wakacje 2001 trzeba było zwyczajnie chodzić i pytać po kioskach, bo "będzie jak będzie"). Byłem wtedy świeżym nabywcą GBA, więc pismo spadło mi z nieba, choć okres około premierowy nie obfitował w specjalnie interesujące mnie tytuły i mimo, że czułem, że mam już "next gena" i trochę gardziłem gierkami na GB/C (tak, głupie), to zamiast korzystać z potężnego backloga exów na GBC, grałem w posiadane już starocie albo wydawałem kwoty typu 220 zł za GT Advance xD, no ale to inna historia. Szkoda, że ominąłem ostatni numer, szczególnie przy cenach, jakie teraz osiąga, ale i tak jestem kontent, że mam w kolekcji poprzednie 7 (przed momentem patrzyłem na olx, typ krzyczy sobie 1000 zł za numery 1-4 xD). Zabrakło mi jakiegoś bardziej porównawczego spojrzenia na GBC w stosunku do GB. Owszem, na koniec artykułu o jego genezie i premierze są suche technikalia, ale o ile czlowiek nie weźmie sobie do ręki danych jednego i drugiego sprzętu, to w sumie nic mu to nie mówi, a też nie chodzi tylko o cyferki, ale też ujęcie tego jakoś opisowo. Bo sam do końca nie wiem, jak to w końcu z tą mocą GBC jest (poza samymi kolorkami oczywiście) i jak przekładało się na to, że jakaś gra nie poszła na Classicu. Artykuł o serii Mario: mimo wszystko w dużej mierze powtórka informacji zawartych w reckach trzech części SML. Z takiej prywaty: SML2 był moją pierwszą posiadaną grą na GB i o panie, jakie to wtedy robiło wrażenie. Zacząłem z grubej, hehe, rury i poniekąd mnie to trochę zepsuło, bo później wiele gierek wydawało się już dosyć, z braku lepszego słowa, prostackimi (na czele z SML1: gdzie jest kurna save? czemu nie mogę się wracać?). Uwielbiam tę część i mocno żałuję, że odpuściłem Wario Land (nadrobiony po latach na emu), bo w pokrętnym, dziecięcym rozumowaniu nie chciałem sequela "bez Mario". Brakowało mi typowej dla innych magazynów informacji dotyczącej daty wydania (ale też wydawcy czy deva) każdej gry. Wiem, że takie info pojawia się czasami (ale wcale nie często) w treści recenzji, ale to co innego. Tym bardziej, że recki nie lecą za koleją typowo chronologicznie. Dla mnie rok wydania to ważne info, tym bardziej w tematach retro, gdzie można to osadzić w ogólnym kontekście "historycznym" i etapie rozwoju danej platformy czy branży w ogóle. Tekst o Zeldzie jest trochę jakby nie do tego wydania specjalnego xD. W sensie: poznajemy genezę serii, ale skupia się on w zasadzie na grach na NESa, wspominając o edycjach Game Boy'owych dosłownie na samym końcu, w paru zdaniach. Jak dla mnie nie powinien w tej formie trafić do tego numeru. Wspomnień czar: fajnie, że w ogóle jest, ale szkoda, że ponownie brak archiwalnych fotek kogoś z ekipy (nie żebym miał jakieś dziwne zainteresowania, po prostu raz, że fajnie wpasowuje się to w retro klimat, a dwa, daje możliwość jakiegokolwiek powiązania tych bardziej anonimowych członków składu redakcyjnego z ludzkimi postaciami). No i wiem, że GB w czasach świetności nie był aż tak popularny w Polsce, ale tylko po trzy wspominki dla obu konsolek? Szkoda, że patent z wrzutkami od forumowiczów był jednorazowym strzałem. W recce Cannon Fodder wrzuciliście okładkę Super Mario Land 2. No ale to też chyba nie tak, że skoro pojawił się pomysł konsultowania z czytelnikami przed premierą (btw. można coś na tym zyskać, poza sławą w stopce xD?), to teraz już można mieć z głowy korektę i "samokorektę" autora tekstu i zwalać to na was. Zresztą mieliśmy tu już kiedyś wymianę zdań na temat tego, że przed oddaniem teksu wypadałoby samemu go sobie sprawdzić, bo jednak nie bez powodu jednemu trafiają się wpadki częściej, drugiemu rzadziej. Mnie te powtórzenia też rzuciły się w oczy, ale o ile występując w obrębie jednego tekstu są zwyczajnie błędem, tak zwróciłbym też uwagę, że pewne informacje powtarzają się w skali całego numeru, w różnych, niezależnych artykułach. Jest to dużo trudniejsze do uniknięcia, szczególnie tworząc cały magazyn o jednej, dosyć ograniczonej tematyce, stąd warto HOLISTYCZNIE na to spojrzeć. Przykładowo informacje o Gunpei Yokoi: przynajmniej dwa razy czytałem o tym, że przeszedł do Bandai robić WonderSwana i o jego tragicznej śmierci. Ale to już trochę czepialstwo z mojej strony. Trochę mi się ten post zamienił w luźne dywagacje pomieszane ze wspominkami i rzucaniem krótkich uwag, ale trudno. Może jeszcze w trakcie lektury pozostałych tekstów coś zwróci moją uwagę, wtedy nie omieszkam coś jeszcze napisać. Generalnie propsuję kolejne udane wydanie specjalne, jest elegancko i czekam na więcej (liczę na GBA).
-
Dragon Ball (także Z, GT i Super)
Akurat w mandze jestem na etapie 22 Turnieju (czytam całość pierwszy raz w życiu, do tej pory miałem tylko jeden tom z czasów gówniarskich) i kurde jakie to ma szybkie tempo w porównaniu do anime. W sumie może nawet aż zbyt duże, bo co jak co, ale różne fillery między sagami zawsze lubiłem i fajnie rozbudowywały uniwersum. Tutaj jest tak, że, przykładowo, Goku pokonał Armię Czerwonej Wstęgi i Gang Pilafa, wkrzesił ojca Upy, po czym udaje się trenować do następnego Tenkaichi Budokai, i cyk, następna strona to już spotkanie się całego towarzystwa po 3 latach i początek turnieju. Niby samo mięso, ale trochę brak "oddechu". Nie zmienia to faktu, że czyta się całość świetnie, polskie tłumaczenie jest kreatywne i pełne humoru, tudzież odniesień do naszej kultury, nie ma cenzury, kreska, z oczywistych względów, jest konsekwentnie na wysokim poziomie (a nie jak w anime, co odcinek inna ekipa animatorów, choć w starym DB to jeszcze tak nie rzucało się w oczy). Dawkuję sobie tę przyjemność, więc 42 tomy (obecnie mam za sobą chyba 9) będą dłuugą lekturą.
-
własnie ukonczyłem...
The Plucky Squire (Switch) Gierka zwróciła moją uwagę samym konceptem: z grubsza chodzi o to, że nasz bohater jest postacią w książce, ale okazyjnie "wyskakuje" z jej stron do świata rzeczywistego, co swoją drogą jest bardzo fajnie rozwiązane wizualnie: zostawiamy za sobą rysunkowy świat 2D w leżącej na stole knidze, a Jot (takie imię nosi nasz hipek) zmienia się w niby-realistyczny model 3D. Poza bajerem i elementem narracyjnym jest to przede wszystkim ważna część gameplay'u, bo różne przeszkody czy zagadki pokonujemy przeskakując między "wymiarami" i robiąc w prawdziwym świecie coś, co ma wpływ na wersję książkową. Nie będę podawał przykładów, bo warto to sprawdzić samemu, w każdym razie czasami trzeba trochę ruszyć głową. Drugim wyróżniającym Giermka motywem jest zabawa z widniejącymi na stronicach książki/levelach "didaskaliami". Niektóre słowa można "wyrwać" i przenosić między nimi, zmieniając ich znaczenie i w rezultacie wpływając na książkową rzeczywistość. O co chodzi? Otóż wyobraźcie sobie, że natykamy się na napis "na jeziorze pływał malutki listek", gdzie słowo "malutki" jest interaktywne i możemy je zabrać. W innej części levelu mamy analogiczną sytuację ze zdaniem "bohaterowie natknęli się na ogromny głaz". Zabieramy sobie słówko "ogromny", instalujemy w poprzednim zdaniu i cyk, liść na jeziorze robi się "ogromny", a my możemy po nim przejść na drugą stronę. Oczywiście daję taki luźny przykład z pamięci, bo nie szło to dokładnie w ten sposób, ale czaicie, o co biega. Naprawdę fajny patent, pozwalający się trochę pobawić zmianami w otoczeniu, choć potencjał jest trochę niewykorzystany. Pomijając powyższe gimmicki, gra to ogólnie mówiąc zręcznościówka opierająca się na przemierzaniu kolejnych plansz w widoku "z góry" (a'la Zeldy 2D), rozwiązywaniu zagadek środowiskowych i ciachaniu wrogów mieczykiem. To ostatnie wypadło najsłabiej, głównie z uwagi na niewielką moc naszej broni, co przy coraz większych falach mobków w dalszych godzinach gry robi się może nawet nie tyle irytujące (bo poziom trudności jest niski), co po prostu żmudne. Co więcej, mimo dostępnych upgrade'ów i nowych "ciosów", przeciwnicy z grubsza przyjmują ciągle tyle samo razów. Co jakiś czas stajemy do walki z bossem i tu robi się już ciekawiej, bo walki nie odbywają się w tradycyjnej formule, tylko bierzemy udział w rozmaitych minigierkach, będących odmianą od typowej rozgrywki. Ot na przykład dostajemy wariację na temat Punch-Outa, kiedy indziej gierkę rytmiczną, a jeszcze w innym przypadku...coś w stylu Puzzle Bobble. Takie skoki w bok zdarzają się zresztą również poza walkami z szefami, w trakcie zwykłej rozgrywki: to przez chwilę bawimy się w strzelankę, to w slashera, to znowu w klasyczną platformówkę. No także nudy tu nie ma, jest za to META otoczka, łamanie czwartej ściany i różne zabiegi zaskakujące gracza, to wszystko w dosyć humorystycznej otoczce. Za samą tą różnorodność spory plus. Plus też za warstwę A/V. Etapy rozgrywane wewnątrz książki prezentują się ślicznie, kolorowo i bajkowo, co prawda te w 3D nie robią już takiego wrażenia, ale i tak obiekty wyglądają w nich całkiem ładnie. Gorzej, że na Switchu jest sporo problemów z frameratem, począwszy od faktu, że stosunkowo prosta wizualnie gra działa domyślnie tylko w 30 klatkach, kończąc na tym, że momentami, kiedy jesteśmy trójwymiarowi, spadki animacji bywają koszmarne (myślę, że zahaczają o 10 fpsów). Nieładnie. Na minus jeszcze dosyć mocne przegadanie jak na raczej prostą fabułę z mało frapującymi postaciami. Kiedy podróżujemy w towarzystwie, dialogi przerywają rozgrywkę dosyć często i robi się to męczące: prawie każda nowa plansza triggeruje mało interesującą wymianę zdań. Ludki gadają o oczywistościach i ciągle komentują zupełnie zwyczajne sprawy (pokonaliśmy wrogów: "brawo, poradziłeś sobie z nimi!", zbliżamy się do zamkniętych drzwi: "musi być jakiś sposób na ich otworzenie"). Ogólnie odniosłem wrażenie, że twórcy wczuli się trochę ponad miarę w budowanie jakiejś głębszej, niż potrzeba, historyjki, no a efekt jest w sumie średni, choć w tej konwencji się sprawdza. Gra przeszła chyba bez echa, a myślę, że zasługuje na uwagę, chociażby ze względu na oryginalny koncept gameplay'owy, jednocześnie nie będąc typowym indykiem. Nawet czas trwania to nie przelewki, bo na liczniku miałem niecałe 7h. W sumie polecam, choć nie zakochałem w przygodach Jota aż tak bardzo. Gra mogłaby być trochę krótsza i nic by na tym nie ucierpiała. Ale to miłe dla oka i ucha, relaksujące doświadczenie.
-
Cinema news
? Owszem, gość ma w ostatnich latach spadek formy, ale poza Player Number One nie kojarzę nic, co by było naprawdę słabe, szczególnie jak na obecne standardy Hollywood. Sporo średniaczków, szczególnie mając w pamięci klasykę sprzed paru dekad, ale u mnie ma kredyt zaufania. Większy problem mam ze "spadkiem formy" Emily Blunt