-
The Boys - 2019 - Amazon Prime
Skończyłem, no wiadomo, że ogólnie słaby sezon i słaby finał, ale nie oczekiwałem po nim w zasadzie już nic, więc zawód nie aż tak duży. W sumie to ostatni sezon Stranger Things bardziej mnie wymęczył jako seans sam w sobie, więc tu i tak nie było tak źle. Zarzuty, które mam, odnieść można by pewnie równie dobrze do poprzedniego sezonu, bo po prostu w pewnym momencie The Boys zaliczyło zjazd formy i zostało w tym konsekwentne. Żadna postać nie daje się lubić, wszyscy albo drażnią, albo męczą bułę (obydwa główne romansy: do śmietnika), tym samym żadna śmierć ważnych bohaterów mnie nie ruszyła (notabene jedną z nich zaspoilerował mi znajomy i w sumie wzruszyłem tylko ramionami). "Dobrzy" się snują, zachowują pizdowato, wyglądają jak chorzy (gęba Starlight autentycznie odrzuca od ekranu), źli zachowują jak debile i nie korzystają ze swoich mocy, bo w sumie po co, edgy humor i tanie "szokowanie" opierające się na KUTASACH i ROZWALANYCH MÓZGACH, jeśli kiedykolwiek jarało kogoś starszego niż 15 lat, to po setnej powtórce tego samego patentu przestało nawet taką publikę. No i ta inteligentna satyra na sytuację polityczną i hehe prawą stronę. No zbyt try hardowe i po prostu żenujące w niezamierzony sposób się to stało, no ale część widowni się potasuje do swojego bycia intelektualnie i moralnie wyżej niż mityczny bogobojny konserwatysta. Ale w sumie wystarczy poczytać o twórcach i wszystko jasne. Dużo głupotek scenariuszowych, ale to można wybaczyć, bo przecież to tylko adaptacja komiksu. No ale żebyśmy w zamian dostali chociaż jakieś kozackie akcje, zabawne momenty, coś błyskotliwego: ni chuja. Sam finał też oparty na najprostszym możliwym rozwiązaniu, ale w sumie może to nawet lepiej, niż jakby mieli to przekombinować (jak czytałem niektóre teorie choćby w tym topicu, to xD). Samo główne założenie i poszukiwanie tego V1 jak najtańszego możliwego McGuffina pokazało, że scenarzyści zupełnie nie mieli pomysłu na podstawowy wątek. Jebać.
-
własnie ukonczyłem...
Duke Nukem Forever (PS3) Pewnie każdy mniej więcej zna perypetie związane z developingiem i wydaniem, a później odbiorem DNF przez graczy, więc nie będę silił się na wyszukane wstępy. W skrócie: Duke zasłynął najpierw jako jedna z najdłużej tworzonych gier w historii, a później jako symbol niespełnionych oczekiwań, czy wręcz jedna z najgorszych gier generacji. Osobiście nie zgodzę się z tym drugim. Tzn. no nie grałem w zbyt wiele crapów z tamtych lat (o ile w ogóle), ale mogę powiedzieć, że bawiłem się lepiej, niż choćby z takim Resistance (abstrahując od tego, że to 4 lata starszy launch title). Oczywiście większość zarzutów ciężko zanegować. Zacząłbym od decyzji designerskich, w sumie dla mnie niezrozumiałych. Jedną z nich jest możliwość dzierżenia...tylko dwóch broni naraz xD. Tak, Duke Nukem, luźna rozpierducha, kontynuacja oldschoolowego klasyka, udaje w tym aspekcie "nowoczesne" FPSy i ogranicza tym samym własny potencjał. Bo mimo, że fizyka obrażeń prawie nie istnieje a moc broni jest dyskusyjna (zarówno jeśli chodzi o samą efektowność, jak i efektywność: zwyczajnie ciężko powalić nawet co słabszych mobków), to jakiś tam fun zabawki owe dają. Niestety, często brakuje choćby tej jednej dodatkowej spluwy, bo poza dużymi gnatami typowo pod "grubą zwierzynę", przydałoby się mieć coś szybkostrzelnego na średni dystans i standardową strzelbę na krótki. A tu mamy "albo-albo". Przez to bezużyteczne w praktyce stają się też co bardziej odjechane gadżety typu miotacz promieni zmniejszających czy zamrażających: ammo kończy się momentalnie, moc ma raczej słabą, wymaga poprawienia czymś innym, a przy większej liczbie wrogów po prostu się nie sprawdza. Na minus też poziom trudności. Może nie jest to niesamowite wyzwanie, ale gierka potrafi zirytować skokami trudności i tym, jak szybko Duke pada trupem pod ostrzałem. Tyle dobrze, że checkpointy są dosyć częste. Twórcom zależało na różnorodności rozgrywki i nawrzucali trochę patentów, bez których w sumie gra by się obyła, ale koniec końców nie zdążyły mnie jakoś mocno zmęczyć czy wkurzyć. Mówię tu głównie o jeździe samochodem/samochodzikiem, która, owszem, jest mocno drewniana, ale nie były to aż tak tragiczne przerywniki. Słynne elementy platformowe też raczej nie sprawiały mi problemów. Są tu za to nawet pewnego rodzaju zagadki środowiskowe i tutaj muszę spropsować twórców, bo kombinowanie z fizyką jest całkiem satysfakcjonujące i w tym konkretnym temacie wiele głośniejszych i lepszych gier nie ma do DNF podjazdu. Gejming na tyle mnie już odzwyczaił od takich rozkmin, że momentami byłem wręcz zaskoczony faktem, że w celu progresu musiałem zrobić coś w sumie logicznego i intuicyjnego, a jednak nie brałem tego pod uwagę (ot choćby powrzucanie beczek do kontenera, który w rezultacie spada i tworzy nam rampę). Spory zawód to niestety design leveli właściwie przez całą drugą połowę gry (no, może z jakimiś przebłyskami). Dominują wąskie, szaro-bure korytarze, bazy, podziemia, jest "duszno" i po prostu nieciekawie wizualnie. Ostatni level przyprawia już o lekkie mdłości i zwyczajnie czekałem na koniec. Szkoda tym bardziej, że poziomy takie, jak miasteczko "na dzikim zachodzie" czy nawet lokale typu burgerownia pokazują, że potencjał był. Bo największą zaletą DNF jest sam świat przedstawiony, główny bohater i kloaczno-seksualny, mało wysublimowany, ale jakże potrzebny i kontrastujący z ugrzecznioną branżą, humor. Tak, gadki o penisach, odlewanie się na pokonanego wroga czy w końcu robienie z jego klejnotów worka bokserskiego to właśnie pod tym adresem. Dzięki temu DNF jest "jakiś", bo poza tym klimatem niestety ciężko byłoby szukać tu jakiejś tożsamości czy motywacji do brnięcia dalej. Sam Duke to oczywiście sztampa i cheesy teksty, no ale o to chodzi. Albo się to kupuje, albo lepiej do gry nie podchodzić. Grałem na PS3, bo taka wersja wpadła mi w ręce za jakieś grosze, no i mówiąc eufemistyczne, wyglądało to niezbyt atrakcyjnie. No nieładna to gra, nie godna 2011 roku, w którym się ukazała, do tego animacja mocno szarpie. Prawie całość zaliczyłem na CRT, bo gdy odpaliłem z ciekawości na LCD FHD, to było jeszcze gorzej xD. Na dodatek sporo tutaj uproszczeń w temacie animacji modeli 3D, począwszy od samego Duke'a (słynny podskok, kiedy patrzy się w lustro), po wrogów. No czuć tu te problemy z produkcją i pośpiech w jej końcówce. Jest trochę niechlujnie, ale nie na tyle, żebym nie mógł na to patrzeć, są też elementy, za które jakaś tam pochwała się należy (niektóre efekty). Żeby było śmieszniej, w materiałach z roboczych wersji DNF (odblokowane po przejściu gry) momentami gra wygląda lepiej, niż końcowy efekt xD. No także tak to było. Niezobowiązująca, raczej krótka (obstawiam z 7-8h) i mimo wszystko bezbolesna przygoda. Trochę żałuję, że nie odpaliłem jej w okolicach premiery, co zresztą pierwotnie miałem w planach (recka w PE nie była aż tak negatywna). Trochę ciekawostka, trochę już legenda, ale może zapewnić jakąś frajdę. Ma pełno wad i o części z nich nawet pewnie nie wspomniałem, ale jeśli ktoś jeszcze nie grał, a ma rozterki "bo ponoć mega kupa", to mimo wszystko polecam sprawdzić. No dobra, to czym się przejawia ta manipulacja ludźmi i czym konkretnie jest to 90% rzeczy? Bo wymieniłeś jako wady dokładnie to, na co wszyscy narzekali xD
-
The Super Mario Bros. Movie
Też mi się podobało, chyba nawet bardziej, niż jedynka (której bym dał takie 6/10), ale może to trochę efekt wizyty w kinie i dodatkowej dopaminki od obżerania się popcornem. Tak czy siak, to nadal mniej więcej ten sam pomysł na film: pretekstowa fabuła, w której bohaterowie skaczą po lokacjach jak w grze, dziesiątkieaster eggów, cameo i innych nawiązań dla mniej i bardziej siedzących w świecie Mario widzów, jednocześnie dosyć uniwersalny przekaz głównego wątku, no i wszystko to wygląda po prostu ślicznie. Parę razy nawet prychnąłem. Dubbing też bez zarzutu. No dla dzieciaków hicior, a dla boomerów idących z nimi do kina bezbolesny i wesoły seans.
-
PSX EXTREME 344
Co prawda ten tekst przyjął w większej części formę takiej zapowiedzi "formatu" (bo dopiero ostatni akapit to mięso, czyli coś o Feniksie), ale i tak czytało się dobrze i fajnie by było, jakby HIV pisał częściej. Ale jak on już przy pierwszym felietonie asekuracyjnie pisze, że może będzie cyklicznie, a jak się uda, to może nawet co miesiąc, to znając jego różne wcześniejsze inicjatywy, można mieć pewne obawy xD
-
Figurki kolekcjonerskie
Nie jestem kolekcjonerem, to w sumie moja druga figurka (ale kiedyś jeszcze coś pewnie dołączy na półkę) więc tym bardziej chcę się pochwalić. Foto byle jakie, ale trudno: Własny MG Rex to moje nerdowskie marzenie odkąd poznałem świat MGSa. Tak po prawdzie to poza znanym w pewnych kręgach modelem do składania (od którego zakupu byłem swego czasu o krok) nie kojarzę, żeby kiedykolwiek była w szerszej dystrybucji dostępna figurka tego mecha. No ale jak zobaczyłem parę miechów temu zapowiedź powyższego modelu, to musiałem go mieć. Cena, jak dla mnie, czyli osoby będącego raczej poza tym hobby, kosmiczna, no ale trochę ze względu na to, że generalnie nie kupuję takich "zabawek", uznałem, że można sobie pozwolić. Wykonanie: klasa. Nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Ogromne przywiązanie do szczegółów, sporo ruchomych części zapewniających możliwość ustawienia mecha na różne sposoby i zwyczajnego pobawienia się xD. Waży chyba z 1,5kg, kawał solidnego robocika. Jest opcja wsadzenia baterii i włączania lampek, ale na razie sobie ją odpuściłem. Tylko jak to czyścić, jak niechybnie się zakurzy? Bonusowo towarzysz z półki:
-
PSX EXTREME 343
Nie, razem z podstawką czekają na swój czas, który prawdopodobnie nadejdzie w czasie urlopu, czyli w wakacje. To mój ostatni "duży" Mario poza Galaxy 2, więc dawkuję sobie te przygody. Ja po prostu mam coraz bardziej dość zbyt dużych gier, więc może trochę łatwo uprzedzam się do takich, o których wiem, że są za długie jak na swój gatunek (bo 20h w typowej przygodówce AAA to co innego, niż 20h w platformerze czy strzelance FPP).
-
Jak należy grać w gry (by nie wystawić się na śmieszność).
Dwa dobre przykłady, które też mi przychodzą do głowy w tym kontekście. Tytuły, które bardzo mocno zmieniają oblicze na wyższych poziomach i slogan, że to "dwie różne gry" jest tutaj na miejscu. Oczywiście dany szpil musi dobrze przypasować, żebym bawił się później w jakieś Groundedy czy inne cuda, ale przy obu powyższych seriach droga była podobna: pierwsze przejście na normalu, poznawanie fabuły i zabawa gameplay'em, później masterowanie. W GoWach, które przecież nie są jakimiś głębokimi slasherami, można było na poziomie God odkrywać zupełnie nowe taktyki czy sposoby gry. Uncharted staje się pełnoprawną strzelanką i każde starcie daje satysfakcję. No ale takie podejście wiąże się też z tym, że trzeba chcieć "tracić czas" na tę samą gierkę więcej niż raz. A na to musi ona sobie moocno zasłużyć. Mocno nietrafione, przecież tam jest sporo gameplay'u poza skradaniem, zresztą SlimShady ładnie wytłumaczył. Ale nawet przyjmując, że to samograj jak popularne walking simy, to sam fakt, że grając samodzielnie podchodzę sobie gdzie chce, oglądam i zwiedzam w swoim tempie i kolejności, przeszukuję szafki i szukam odnóg już całkowicie odbiera tutaj sens porównywania do oglądania gry na YT. Druga sprawa, że SOMA fundamentalnie nie stoi spotkaniami z przeciwnikami, są tam wręcz kwiatkiem do kożucha (ile ich jest łącznie, z pięć?), ciężko nawet zginąć, a jak już zginiesz, to checkpoint jest niewiele wcześniej. Osobiście były dla mnie zupełnie niepotrzebne, bo ani to straszak, ani wyzwanie, jedynie wybicie z rytmu stosunkowo powolnego eksplorowania i chłonięcia klimatu.
-
PSX EXTREME 343
Trochę już musztarda po obiedzie, ale miałem zamiar coś "skrobnąć" już wcześniej, więc trzymam się postanowienia. Tradycyjnie, nie lecę za spisem treści, tylko kilka luźnych uwag na tematy, na które zwróciłem uwagę. spoko test Virtual Boy'a, wyjątkowy o tyle, że jak już zauważono, autor miał możliwość porównania z oryginałem, co jest wartością samą w sobie. Osobiście: chętnie sprawdziłbym te gierki dostępne przez NSO, ale cena i sposób zakupu obu wersji gadżetów do Switcha są absurdalne (co prawda pewnie jakieś kartonowe "okulary" od biedy by uszły, ale mógłby być problem z rozmiarem). tekst o Czarnobylu dobrze się czyta, treść wyczerpująca, ale jakim cudem w polskim piśmie zabrakło wzmianki o mitycznym płynie Lugola i elektrowni w Żarnowcu?! Może to wyświechtane wątki, ale w sumie dla osoby śledzącej temat (lub po prostu znającej serial HBO) większość tych informacji jest już znana. No i zarzut pozamerytoryczny: co to kuźwa za oprawa graficzna xD? Słynne już skośne paski osiągają tu stężenie niebezpieczne dla zdrowia (szczególnie w połączeniu z oczojebną kolorystyką) a druga strona wygląda jak z jakiegoś pisma dla młodzieży w okolicach roku 2000. No niefajnie się to prezentuje. Z reckami, a bardziej z premierami, w ubiegłym miesiącu było tak sobie. O Crimson Desert już tu pisałem, natomiast moją i pewnie nie tylko moją uwagę zwróciło Demon Tides, w czym zasługa niezwykle pozytywnej recki i wręcz zaskakująco wysokiej oceny (wbrew stereotypowi i poniekąd naturalnemu odruchowi najpierw przeczytałem tekst a później spojrzałem na oceniaczkę). Jednak pewne informacje i fakt, że już zdarzyło się, że gra zachwalana przez pana Piechotę (wybaczcie pomyłkę w pierwotnej wersji posta xD) mi nie "kliknęła" zapaliło kilka lampek ostrzegawczych. Wielki ocean, swoboda i 20 godzin zabawy w platformerze? Porównanie do Sly 2? No nie mój klimat, nie tego szukam w tym gatunku, a rzut oka na filmik z rozgrywki raczej mnie nie zachęcił. Ale może dam kiedyś szansę, liczę na jakieś demko (choć niedawno odpaliłem akurat demo Bubsy 4D tych samych autorów i dosyć szybko wyleciało z dysku...). Retrocenzja: jak już chyba tu wspominałem (albo plusowałem kogoś, kto to wspominał?), nie mam nic przeciwko takim "odchyłom" i przypominaniu o czymś, co w sumie już w czasie premiery nie było zbyt dobre, ale miało "to coś", jakiś wyróżnik (ot tutaj choćby oprawę graficzną). W tym przypadku jest to o tyle ciekawe, że tekst w pewnym sensie bardziej opisał zawirowania wokół powstawania Rascala, niż samą grę, i spoko. A jako że niedawno zupełnie przypadkowo, przeglądając starusieńki numer PE wpadłem na przegląd platformerów, to wrzucam tu mały smaczek w temacie, parę słów o "rajcowności" rzeczonego szpila: Żeby nie było tylko narzekania, coś o engine: Generalnie gra zajęła przedostatnie miejsce na podium, za Blasto i przed Jersey Devil xD Zgrentgen wraca po latach wniosków i próśb i akurat dotyczy tytułu, którego prędko nie ogram, więc ze względu na spoilery muszę sobie dyskusję podarować? Super. No ale miło, że w końcu temat się pojawił i liczę na więcej, bo okazuje się, że jednak się da. Artykuł o gamingu w Brazylii: mimo, że ten kierunek świata i kultura są ze mną prawie zupełnie nie kompatybilne, to jednak tekst mnie wciągnął i zaciekawił. Tyle, że znowu mamy tu casus artykułu o Czarnobylu, czyli okropną oprawę graficzną (nieprzypadkowo tu i tu dominują zielenie). I serio nie da się znaleźć zdjęcia pada w barwach flagi Brazylii w lepszej jakości? Jeśli nie, to po co walić do pisma obrazek w tak dużym rozmiarze? Wróżenie z pada: tekst pozornie kuriozalny, tematyka wręcz mnie mierzi, a wyszło...całkiem ciekawie. Dziatkiewicza rozmówki o starych karabinach: jeśli ktoś po poprzednim numerze miał niedosyt, bo lider Tiltu w sumie za dużo o ARKADÓWKACH nie mówił, to tutaj jego apetyt powinien być już zaspokojony. Szkoda tylko, że czytając ten tekst czułem się trochę jak w sytuacji, kiedy siedzisz na imprezie w grupce znajomych i okazuje się, że dwóch z nich chodziło do tej samej szkoły i przez parę minut wymieniają się wspominkami o babie od majcy i surowym wuefiście, a ty siedzisz z boku cicho i czekasz na powrót do wspólnych tematów. Sorry za złośliwości, ale serio, to mocno hermetyczny tekst i nawet jako mieszkaniec Krakowa nie miałem z tymi "legendami" jakiegoś wspólnego mianownika. Rewizja WiiU: ciekawa sprawa, lubię takie motywy i spoko, że w PE nie ma przesadnej poprawności politycznej i wraca się do tematu homebrew, tym bardziej, że mowa o niemłodych już sprzętach. Pewnie nigdy już z rzeczoną konsolą nie będę miał do czynienia, ale temat mnie zainteresował, także Majk na propsie i fajnie, że gość siedzi w tych klimatach i umie o nich coś napisać już -naście lat. Region Filmowy: w świetle jakości i ilości ciekawych premier kinowych (a także specyficznego doboru tytułów przez Sobka) miło, że pojawiło się odświeżenie formuły i będzie można przeczytać też coś o starszych (niekoniecznie kultowych czy najlepszych) filmach. Felietony jak zawsze spoko, ale muszę wyróżnić tekst Adamusa, bo pięknie przedstawił "problem" w sumie nawet nie tylko typowego gracza, co ogólnie człowieka. Idealnie pasuje do wielu forumowiczów xD Ale zgodnie ze wspomnianym w pierwszym akapicie błędem poznawczym większość i tak będzie uważać, że tekst nie jest o nich, ale właśnie o tej reszcie ignorantów. A wystarczy mieć po prostu minimum dystansu do własnego osądu i umiejętność zrozumienia, co nas kształtuje. No ale łatwiej podzielić świat na "ja" i "ci co się nie znają". Ot, natura.
-
System reputacji
Z 10 lat temu pewnie bym powiedział, żeby wyjebać, no ale teraz to nie, bez przesady, integralny element forumowania, sensowne argumenty padły już wcześniej, więc co tu więcej pisać. A licznik, na który i tak nie patrzę i chyba większość ma wywalone, ani mnie ziębi, ani grzeje.
-
własnie ukonczyłem...
Scars Above (PS4) Gdyby nie dosyć entuzjastyczna recka Adamusa w PE, to pewnie nigdy nie zwróciłbym na gierkę uwagi, a tak wpisałem do backloga i sobie leżała, aż przy okazji niedawnej promki kupiłem wersję cyfrową i w sumie nie pamiętając już za bardzo, o co tam w ogóle chodzi (poza tym, że kosmos i strzelanie) odpaliłem. Gdy dotarłem do pierwszego artefaktu, pełniącego tu plus minus rolę Soulsowych ognisk, lekko westchnąłem. No tak, czyli kolejny przypadek wepchnięcia modnych mechanik, które osobiście są mi zupełnie do szczęścia niepotrzebne. Całe szczęście okazało się, że (głównie za sprawą dobrze wyważonego poziomu trudności, grałem na normalu), nie ma tutaj powodów do irytacji, częstego powtarzania walk czy w końcu zbierania zgubionego expa (ten patent w ogóle nie występuje). Czyli trochę sztuka dla sztuki, ot checkpoint, który odnawia nam ammo i ekwipunek, ale ożywia też wrogów. Jak już napisałem we wstępie, Scars Above to kosmiczna strzelanka TPP. Nie wchodząc za bardzo w szczegóły fabularne (raczej sztampa, a postaci, na czele z protagonistką, są bezpłciowe i już nie pamiętam nawet ich imion, tym bardziej zaskoczyło mnie, jak wróciłem do wspomnianej recki z PE, gdzie elementy te były mocno chwalone), trafiamy na obcą planetę pełną obcych organizmów i poruszając się po raczej korytarzowych (co na plus) poziomach, osadzonych w kilku środowiskach, coś odkrywamy, coś zdobywamy, gdzieś coś przełączamy, po drodze biorąc udział w raczej licznych starciach z wrogimi stworzeniami. Tutaj tkwi główna atrakcja gry. Otóż bronie, których używamy, mają przypisany dany "żywioł", taki jak ogień, lód, prąd czy "truciznę". Przyjemniczaki, na których trafiamy, są bardziej lub mniej wrażliwi na każdy z nich, a także miewają klasyczne słabe punkty, które trzeba zlokalizować (najlepiej- oczywiście- skanując ich cielska), więc momentami trzeba wachlować arsenałem, w międzyczasie używając również innych gadżetów (moim ulubionym była "kula" spowalniająca mobów). Co więcej, można (a czasami nawet trzeba, głównie przy bossach i sub bossach) wykorzystać na swoją korzyść elementy otoczenia/środowiska, co skutkuje w całkiem fajnych akcjach, ot np. możemy rozwalić lód pod przeciwnikiem, co skutkuje jego wpadnięciem do wody, w której staje się już wrażliwy na atak elektryczny. Odkrywanie i wprowadzanie w życie takich rozwiązań daje satysfakcję, szczególnie, kiedy udaje nam się kilkoma strzałami rozwalić bydlaka, z ktorym normalnie trzeba by się trochę męczyć. Mamy tu też oczywiście obowiązkowe drzewko rozwoju (exp rośnie głównie za sprawą odkrywanych znajdziek, także warto zbaczać w odnogi i lizać ściany, można spokojnie odblokować wszystkie perki przy jednym playthrough) i choć większość nowych umiejętności jest umiarkowanie przydatna, tak jedną muszę wyróżnić: przyspieszone przeładowanie w stylu Gearsów (trzeba trafić w odpowiedni moment z powtórnym reloadem). Gra na PS4 prezentuje się tak sobie, ale mam wrażenie, że to nie tylko wina platformy, bo po prostu design, kolorystyka i modele postaci tudzież przeciwników są, z braku lepszego słowa, mdłe. No szaro bure to wszystko, a nawet, jak pojawiają się kolejne BIOMY i wizualnie dostajemy pewną świeżość, tak nadal mam wrażenie, że kolorystyka jest mocno wyblakła. Pomijając to, że było tu trochę glitchy, technicznie jest raczej bez zarzutu, ot niższa rozdzielczość tekstur, 30 klatek animacji itd. Mimo wszystko gra ma swoje momenty, szczególnie gdy podziwiamy jakiś szerszy horyzont, a i efekty atmosferyczne robią robotę. Całość zajęła mi chyba nie więcej, niż 8h, co uznaję w tej formule za plus. Nie przejadło się, ale też nie miałem niedosytu. Dobre proporcje i tempo, brak bezsensownych wypełniaczy, które są standardem w dzisiejszym gejmingu, idealnie skondensowana przygoda. Bawiłem się ogólnie dobrze, ale nie było to przeżycie, które będę jakoś mocno wspominał. Wzorowe wręcz AA. Najlepsza z serii.
-
Konsolowa Tęcza
O, gra z HIVem w Paryżu, w sumie mam w backlogu odkąd zacząłem prowadzić listę, czyli jakieś 13 lat, to akurat wpadnie xD.
-
PlayStation Extreme #1 (1994-1996)
W sumie wszystkie arty poza Suikodenem i Wipeoutem są niezbyt atrakcyjne, no ale jak ma wejść ich sześć, to odrzuciłbym Loaded i niestety Soul Blade'a (za dużo wszystkiego, no i te modele 3D niezbyt fajnie się zestarzały). Oby limitka nie zawiodła. A sam specjal? Cóż, może i w jakimś stopniu będzie to dziesiąta powtórka znanych faktów, ale mnie akurat era szaraka niezmiennie fascynuje i nie mam problemu, żeby o pewnych rzeczach przeczytać ponownie, a już zdecydowanie dużo chętniej sięgnę po trzy takie specjalne, niż po ten o Atari chociażby.
-
własnie ukonczyłem...
No ze źródeł wynika, że jednak nie do końca tak można napisać i Capcom miał swój udział w kluczowych bądź co bądź aspektach produkcji, a łącznie to chyba ze 4 różne ekipy były w to zamieszane, gdzie Nextech odpowiadał głównie za czysto techniczną (w domyśle: kod) stronę. W sumie jak na dzisiejsze standardy, nic nadzwyczajnego, zwykły outsourcing (wystarczy popatrzeć na niekończące się creditsy dzisiejszych dużych tytułów, gdzie czasami spokojnie z 1/4 nazwisk brzmi np. indyjsko).
-
własnie ukonczyłem...
Resident Evil Code: Veronica X (PS2/PS3) Oj było ciekawie. Nic nie zapowiadało, co "zaoferuje" mi ta przygoda w jej drugiej połowie (a może bardziej ostatniej 1/3), toteż nie byłem na to gotowy, a efekt mnie zwyczajnie wkurwił. Gra z jednej strony zupełnie poprawna, z drugiej za sprawą kilku nieprzemyślanych/nie przetestowanych/chuj wie czemu zaimplementowanych patentów, jest w stanie niemal całkowicie odrzucić grającego czy zablokować jego postęp, a jedyny ratunek tkwi w posiadaniu wcześniejszych zapisów gry. Kto grał, ten wie, a kto nie, to przeczyta o tym w dalszej części posta. Jeśli chodzi o czysto subiektywny odbiór Code Veronica jako "zjawiska", to zawsze postrzegałem tę część serii jako taki trochę skok w bok, żeby nie powiedzieć spin-off (tak, wiem, że idea była wręcz odwrotna i to miał być pełnoprawny sequel dwójki). Może działał tu brak numeracji, może otoczka związana z jednoczesną produkcją Nemesisa i wydaniem CV jako exa na Dreamcasta. Tak czy siak, mimo bycia fanem serii, do CV jakoś mnie nigdy specjalnie nie ciągnęło, a jak już odpaliłem pierwszy raz parę lat temu, to jakoś się zniechęciłem na samym początku (dziwnie ślamazarne i powolne mi się to wydawało). Przez jakiś czas łudziłem się, że przejdę ją na Deceku, no ale stanęło na tym, że coś mnie tknęło (pewnie szum wokół premiery nowej odsłony serii) i dałem Veronice kolejną szansę. Sięgnąłem po wersję z PS2 (odpaloną na PS3), jakoś wyleciało mi z głowy, że ukazały się wersje HD, ale w sumie nie żałuję, miałem klasyczny retro EXPERIENCE na CRTku. I właściwie do końca "kampanii" (pozdro Jutrzen) Claire wszystko grało i huczało, a ja byłem uradowany, że oto znowu czuję się, jak za dawnych lat, bo CV to wbrew pozorom totalnie klasyczny i w sumie mało odkrywczy Resident, niewiele różniący się od trylogii z PSXa. Formuła która, owszem, zestarzała się, a jej fundamenty są już dziś zwyczajnie męczące (skrzynia, ograniczony ekwipunek, upierdliwa walka z cięższymi przeciwnikami), ale mimo wszystko działa i zapewnia frajdę, mocno wciągając (nieraz miałem już wyłączać, po czym mówiłem sobie "dobra, do następnej maszyny do pisania"). Szukanie kluczy, łączenie przedmiotów, proste zagadki, okazjonalne strzelanie, ulga, kiedy trafia się do Save Roomu albo znajduje dwie zielone roślinki, zdobywanie nowych broni, w kurwę kiczowate dialogi i scenki (jako że premiera miała miejsce w 2000 roku: z obowiązkowym bullet timem i innymi "Matrixami"). Kto jarał się starymi częściami, ten poczuł się tu jak w domu. Największa zmianą jest tak naprawdę oprawa graficzna, co w tamtych czasach było bez mała wydarzeniem. Z jednej strony zachłyśnięcie się możliwościami next genów i pierwszy raz w serii (pomijam Survivor) "pełne 3D" (cudzysłów, bo nadal są tu predefiniowane kąty kamery). Z drugiej, jako że to początki nowej generacji, pewna sterylność i "nijakość" wizualna, żeby nie powiedzieć, że w porównaniu do pięknych renderowanych teł: po prostu brzydota. Pomijając kwestie technicznie, nie pomaga tu też szeroko pojęty design czy kolorystyka. Oczywiście teraz mam trochę przekłamaną perspektywę, bo grałem pierwszy raz już w nowożytności, ale pamiętam, że śledząc temat CV w Neo Plusie jakoś niespecjalnie mnie grzała strona wizualna. Poza tym Code Veronica ma dosyć "specyficzną" nawet jak na serię fabułę i antagonistów (plus Steve xD). Nie powiem, całość ma swój urok, ale koniec końców, tak jak w poprzednikach: to tylko tło. Jak miałem 12 lat to może mnie to lore jakichś wirusów, Umbrelli i innych Weskerów wkręcało, teraz już można się tylko uśmiechnąć. Dobra, to przejdźmy do problemów. W serii chyba zawsze mieliśmy czy to sekrety, czy możliwość wyboru jakiegoś rozwiązania/ścieżki, które skutkowały później możliwością (lub stratą możliwości) zdobycia jakiegoś gadżetu, głównie dobrej broni. Tutaj twórcy rozwinęli ten "patent" do przesady, sprawiając, że świeży gracz, nie sięgający wcześniej po rady czy opisy, może sobie BARDZO utrudnić rozgrywkę w późniejszych etapach za sprawą decyzji w pierwszej połowie gry. I nie, nikt tu nic nie hintuje, to nie jest kara za olewanie eksploracji czy uciekanie przed zagrożeniem. Po prostu w pewnym momencie wjeżdża rozgrywka Chrisem i o ile nie zostawiło się jako Clair odpowiedniego sprzętu i broni w skrzyni, to jako Chris będziemy mieć mocno wybrakowany ekwipunek. Nie chce mi się teraz wchodzić w szczegóły, ale w najgorszym wypadku można pewnie nawet całkowicie utknąć i pozostaje odpalanie poprzednich save'ów, a jeśli ktoś ich nie robił: machajacypapiez.jpg. Ja w pewnym momencie znalazłem się w takich okolicznościach, że już niemal niemożliwy był normalny postęp (pomijam masterowanie wymijania zombiaków i walki nożem) i załadowałem wcześniejszy stan, co uratowało mi tyłek i kosztem powtórzenia sporego fragmentu gry (tym razem wiedząc już co i jak, więc poszło szybko) zapewniłem sobie w miarę normalne warunki do skończenia CV. A i tak mogło być gorzej. Chujowe decyzje designerskie twórców i nic więcej. Tak się nie robi, nawet w 2000 roku. Osobny temat to skoki trudności w dwóch czy trzech momentach, zazwyczaj związanych z bossami. Słynna ucieczka przed pewnym zmutowanym typkiem to już chyba klasyka wśród miłośników serii, no nie dało się tego gorzej zaprojektować (w skrócie: typ ma nas na dwa hity i o ile nie mamy odpowiedniej liczby przedmiotów leczniczych, to pozdro, oczywiście są na to cheesy sposoby, ale postawmy się w miejscu nieświadomego gracza). CV to po prostu gra, do której najlepiej podejść z przygotowaną wcześniej listą porad, a że ja wolałem grać w ciemno, to miałem za swoje xD. No ale grunt, że się udało. Na koniec na liczniku miałem chyba rekordowe w klasycznych Residentach ~17 godzin. Gra prawdopodobnie zlicza też pauzy, więc część z tego czasu to momenty z odłożonym padem, ale i tak jest to dłuuugi Res. W sumie nic by się nie stało, jakby skończył się mniej więcej na walce z Nosferatu, no ale musiał wjechać obowiązkowy scenariusz Chrisa. Gdyby nie złe wrażenie związane z wymienionymi wyżej"pułapkami": nie miałbym praktycznie żadnych zarzutów. Bo generalnie to jest dobra gra i dobry Resident. Przy odrobinie szczęścia/przygotowania się, zapewni bardzo dobre wrażenia. Ja mimo wszystko "wybaczam" te grzechy, bo i tak grało mi się lepiej, niż w takiego RE0 (o szóstce nawet nie mówię), a jak już sobie naprostowałem sytuację, to zakończenie (z małymi zgrzytami) poszło już przyjemnie. Remake może być bardzo ciekawy.
-
PSX EXTREME 343
Nie czaję tego argumentu, przecież to jakiś slogan, to samo zresztą napisał w 3 groszówce Zabłocki. Żadna gra nie jest "dla każdego", z drugiej strony jak Butcher dostaje reckę pozycji typowo "dla niego", to też źle, bo wiadomo, że i tak da dyszkę. Nie mówię, że ktoś, kto nie lubi sportówek albo wyścigów ma je dostawać do recek, bo to absurd, ale akurat jak na "portfolio" Zaxa, to CD jest właśnie praktycznie idealne dla niego. Przecież koleś to fan ogromnych, zajebanych znacznikami gier Bethesdy, na czele ze Starfieldem. Lubi fantasy, lubi RPG, no ja nie wiem, wjeżdża tu chyba jakaś racjonalizacja fanów CD. Jak dla mnie, osoby, zaciekawionej szumem wokół tego tytułu, nahajpowani forumowicze zwrócili uwagę mniej więcej na te same kwestie, co Zax. Tylko, że na koniec jeden da 8/10, bo subiektywne kwestie mu skutecznie osłodzą obiektywne problemy, a drugi da 6+, zresztą w dalszej części posta wysnułeś podobny wniosek. I ja, wiedząc, że w tej grze nie ma absolutnie nic, co by mnie do niej mogło zachęcić, dzięki samej treści recki/opinii wiem, żeby po nią nie sięgać, a ocena końcowa to w sumie tylko dodatek. Czyżbyśmy w 2026 roku w gronie wieloletnich czytelników ze średnią wieku 35+ znowu wracali do przerobionego tysiąc razy tematu "czym jest recenzja i dlaczego jest ona subiektywna"? Czy bardziej chodzi o to, których zgredów się zwyczajnie lubi, a których nie za bardzo? I nie, nikt nie będzie dyskutował o "niesłusznej ocenie" CD pewnie nawet i za pół roku. A porównywanie do MGS2, no kurwa xD