Jukka Sarasti
Użytkownicy
-
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Obecnie
Przegląda temat: Evercade retro handheld i stacjonarka
-
Indyki & ukryte perełki, które warto znać
Chaos The Devil na SteamA Ps1 era inspired 3D platformer. Run, jump and fly your way through a new adventure, done the old way. W końcu piąty Crash.
-
PlayStation 5 - komentarze i inne rozmowy
Pewnie te gry będzie dało się w przypadku złamania konsoli jakoś "wyciągnąć" z dysku, na który je kupiono, a potem jakiś pendrive/podłączany dysk i przerzucenie na konsolę. Gry, które wyszły tylko jako cyfra na np. PS3/X360 też da się ukraść z neta i odpalić na przerobionym sprzęcie. Natomiast jak ktoś słusznie podniósł, raczej PS6 nie zostanie za szybko złamane, a jak złamane, to pewnie jeszcze szybciej załatane.
-
własnie ukonczyłem...
W ramach ogrywania gierek, które ostatnio kupiłem, padło w pierwszej kolejności na Slave Zero X czyli prequel do bliżej mi nieznanego Slave Zero. O ile Slave Zero było shooterem TPP o graniu mechem, tak Slave Zero X jest beatem'upem 2D o graniu biomechem. Brzmi dziwnie? Ano, też do końca nie wiem czemu twórcy zdecydowali się na powiązanie swojego indyka z zapomnianym IP, ale jest jak jest. Może przez uniwersum, które w omawianej gierce wypada całkiem spoko. Gwoli ścisłości, fabuła, choć stara się być nieco głębsza niż "idź w prawo i zabijaj złoli", to jakichś niesamowitych doznań nie dostarcza. Ot, mamy jakieś nazwijmy to zwroty akcji, gra próbuje zadawać jakieś pytania o kontrolę nad sobą i innymi (trigger warning, jest też gejowski romans ), ale to, co tutaj działa to prezencja świata przedstawionego, element najbardziej grę wyróżniający i ją ciągnący. Bo tak się składa, że świat Slave Zero X jest paskudny. Tła to proste grafiki 3D bliskie pierwszemu Quake, a postacie to szczegółowe sprajty 2D - w dodatku prezentujące często paskudne body horrorowe istoty i eksplozje flaków przy szczególnie udanych kombosach. Zresztą sami gramy gościem siedzącym w biomechu z kataną całkiem słusznie ze względu na wygląd tytułowanym "diabłem". Pomijając dialogi między tą dwójką, to przede wszystkim ów biomech daje nam spore możliwości bojowe i tu dochodzimy do sedna gierki. Na początek duży minus - jedyny tutorial w tej grze to parę stron instrukcji wyświetlających się po rozpoczęciu gry. W praktyce więc i tak sami musimy załapać, co i jak, więc będziemy się dziwić początkowo, czemu nie odpaliliśmy kluczowego do przeżycia trybu super saiyanina albo jakaś akcja zjadła nam pasek speciala, choć tego nie planowaliśmy. Albo będziemy musieli przywyczaić się do tego, że parujemy naciskając przycisk kierunkowy odpowiadający nadlatującemu atakowi dokładnie w momencie, kiedy w nas uderzy. Na początku przyzwyczajenie się trochę zajmuje. Na szczęście, jak już ten wcale nie taki prostacki system zagra, to robi się bardzo miło - siekamy paroma dostępnymi kombosami (człowiek życzyłby sobie może jeszcze jakiejś drugiej broni, ale z drugiej strony przejście zajęło mi tylko 5h), tworzymy długie kombosy i mordujemy prawdziwe hordy przeciwników przeplatanych bardzo fajnymi walkami z bossami i z rzadka takim sobie platformingiem. Przeciwnicy atakują na każdym kroku, a kiedy do zabawy dołączają minibossowie, których nie możemy zestunować standardowymi kombosami, to robi się wesoło i gra brutalnie weryfikuje czy ogarnęliśmy jej mechaniki (których za dobrze nie tłumaczy). Fajnie się mordowało, nie ma co ukrywać, nawet jeśli rzecz była dosyć powtarzalna. Czasem spotykałem się z zarzutami, że gra jest jakaś bardzo trudna i niesprawiedliwa, ale się z nimi nie zgadzam - trudność jest w sam raz. Jedyny problem to taki, że czasem jak wpadniemy pod grad uderzeń, to ciężko się spod niego wyrwać, bo tuż po odzyskaniu kontroli nad postacią znowu dostajemy bombę w ryj. A pasek życia leci. Muzyka jakaś jest, ale nic z niej nie pamiętam. Ogólnie mój największy problem ze Slave Zero X jest taki, że dużo rzeczy tutaj gra - bardzo fajna estetyka, koncept systemu walki - ale wszystko to ciut niedogotowane, jakby gra miała stanowić wprawkę do większej gry. Myślę, że uczciwą oceną będzie "średniak z duszą" i "warto na promce". Ale bawiłem się nieźle.
-
Growe Szambo
Bardzo jestem ciekaw startu i pierwszych lat nowej generacji przy prawdopodobnym założeniu, że ceny sprzętu się utrzymają, a w zasadzie jeszcze wzrosną - gracze już przyzwyczaili się do tego, że gry długo wychodzą jako crossgeny (a third party nie ma interesu w tym, aby odcinać sobie bazę obecnej generacji), może być też większa chęć wyczekania na wersje PRO (bo te pewnie się pojawią), co jeszcze bardziej opóźni chęć przeskoku na nowszy sprzęt. Podejrzewam, że jak nie będzie jakiejś magii z przełykaniem solidnej straty na nowym sprzęcie, to może to być jeden z gorszych startów pod kątem sprzedaży konsol w pierwszych latach.
-
Cyfrowe zakupy growe!
Wyprzedaż Steam - zalegało mi sporo w portfelu plus mam akurat swoje prywatne okazje do świętowania, więc nawet duże te zakupy. Rozważam jeszcze dobranie jakiejś większej gierki jak Pragmata, ale się nie nakręcam.
-
Indyki & ukryte perełki, które warto znać
Otwarty świat, czyny mające konsekwencje, a przede wszystkim mechanika w ramach której każdy zgon sprawia, że budzimy się w świecie 10 lat później, co ma podwójne konsekwencje - dla głównego wątku (bo naszym celem jest odnalezienie córki), jak i rzeczy wokół (ginąc w tętniącym życiem mieście zapewniamy sobie wybudzenie np. na jego ruinach).
-
Xbox Series - komentarze i inne rozmowy
Technologię mają niezależną od dziadowskich silników Bethesdy, pewnie też nie będą musieli zapieprzać z robieniem nowego ewentualnego Fallouta jak przy NV - jakkolwiek gry współczesnego Obsidianu przestały niestety mnie obchodzić, tak powrót do nuklearnego uniwersum we wzmiankowanym powyżej składzie sprawiłby, że czekałbym jak głupi.
- Final Fantasy XVI
-
Xbox Series - komentarze i inne rozmowy
Projekty projektami, ale Larian akurat deklarował już, że chcieli zrobić Fallouta: https://www.forbes.com/sites/paultassi/2024/07/13/baldurs-gate-3s-larian-says-they-wanted-to-do-a-fallout-game-can-they-now/
-
Fire Emblem: Fortune's Weave
Rozumiem ten punkt widzenia, ale odpowiem w spoilerze, jak to widzę:
-
własnie ukonczyłem...
Na grę o Spardzie nie liczę już w ogóle, co najwyżej go pokażą w jakimś rimejku czy kontynuacji w retrospekcji jak klepie Mundusa
-
własnie ukonczyłem...
Jak wyszło Devil May Cry V, to szarpałem jak wściekły, spragniony nowych diabelskich doznań. Tymczasem siedem lat minęło - a dałbym sobie głowę uciąć, że omawiany tytuł wyszedł góra 3-4 lata temu - więc uznałem, że pora na powtórkę, tym razem na PC i Vergilem. Od razu zaznaczam, że przeszedłem sobie grę na (zbyt łatwym) normalu i tyle mi wystarczy w ramach odświeżenia. Pozwolę sobie również nie poświęcać miejsca na oczywizmy, czym DMC V jest lub o czym traktuje ta jakże fascynująca historia. W zasadzie w przypadku Vergila trudno nawet byłoby powiedzieć, jakie wątki wybrzmiewają w fabule. Ów przyjemniaczek bowiem, zgodnie z leniwą tradycją Capcomu, przechodzi po prostu te same misje, co w standardowej kampanii, a zamiast cutscenek od razu przechodzi do walki z bossem czy innego wydarzenia. Przyznam, że w trzecim DMC z rzędu, gdzie Vergil został tak potraktowany, tym bardziej odczułem irytację tym zabiegiem, jakby zrobienie kilku dodatkowych misji czy animacji przekraczało całkiem budżet jakby nie patrzeć odpłatnego DLC. DMC V miało dla mnie dwie wady. Pierwszą były misje V - postać ta została zaprojektowana gameplayowo dużo gorzej od Dantego i Nero, a pomysł na to, żeby walczyła summonami i tylko dobijała pasował do slashera jak pięść do nosa czy inne kolano do wątroby. Granie nim nie było jakimś najgorszym growym doświadczeniem, ale po prostu wypadał blado na tle pozostałych bohaterów. Dlatego też z przyjemnością odebrałem fakt, że nie będę tą emołajzą znowu grał. Druga wada niestety przy kolejnym przejściu zajaśniała mocniej, niż przy pierwszym graniu na premierę - lokacje są strasznie nudne. Brak tu jakiegokolwiek elementu, który wprowadzałby przerwę od walki, a projekty są zwyczajnie bezjajeczne. Miasto z generatora miast po katastrofie i później niesamowita monotonia "drzewa". Dobrze chociaż, że jakąkolwiek wizualną i gameplayową odmianę daje świetny - najlepszy w historii serii - zestaw bossów (choć rozwiązanie ostatniej potyczki czy raczej dwóch ostatnich wypada, a jakże, leniwie). Natomiast samym Vergilem gra się doskonale, choć został nieco zbyt przekokszony. Dosyć powiedzieć, że poza trzema broniami odblokowanymi od początku (choć uwzględniając, że w jego skórze spędza się całą grę, to przydałaby się jeszcze jedna) i mieczami/widmami ma do dyspozycji teleporty, przyzywanie demonicznych klonów, których tempo można kontrolować, przemianę w demoniczną formę i pasek pozwalający odpalić zarówno speciala, jak dający dostęp do paru nowych zagrań, który nabija się w sposób pasujący do serii - udane akcje i uniki go ładują, ale przyjmowanie ciosów czy wyprowadzenie ciosów w powietrze skutecznie go redukują. Bardzo dobrze mi się tym bandziorkiem grało i szybko przykryło mi to wady. Bardzo chciałbym, aby Capcom w końcu kontynuował tę historię (na remake mam średnio ochotę, choć rozumiem, że może to być dobry motyw, aby przyciągnać do serii nowych graczy) i tym razem dał nam kampanię Dantego, Vergila i Nero jako podstawową zawartość. Myślę, że DMC VI mogłoby mi zniszczyć życie rodzinne i zawodowe - nawet bym tego oczekiwał.
-
Fire Emblem: Fortune's Weave
Alear to jeden z najbardziej irytujących protagonistów w grach i jego wygląd to akurat najmniejszy problem. Byleth wygrywa chociażby dużo ciekawszym backstory i w zasadzie nawet ten brak emocji ma uzasadnienie fabularne.
-
Senua
Faktycznie jest to chyba najłatwiejsza postać w prowadzeniu, ale ja tam mam frajdę, zwłaszcza, że odpaliłem sobie grę jako przypominajkę, a nie z myślą o przechodzeniu poziomów trudności po kolei. Jakby mu wyciąć tego "speciala" z zamianą i znerfić klony, to byłoby dla mnie idealnie, ale i tak bawię się wyśmienicie.
-
Senua
Dobra, to naprawiam niedopatrzenie: DMC 3>DMC V=DMC>DMC 4>DmC>>>>>>>>>martwe płody rolne>>>>>>gówno>>>>>>>>>DMC 2.