Josh
Użytkownicy
-
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Obecnie
Przegląda temat: własnie ukonczyłem...
-
własnie ukonczyłem...
I tak jedną rzecz zrobili dużo lepiej niż w RE5: AI kompana i to, że praktycznie nie może zginąć. Ok, za jego niezniszczalność otrzymujemy niemalże bezużytecznego bota, który ledwo zadaje jakieś obrażenia przeciwnikom i niechętnie nam pomaga w kryzysowych sytuacjach, ale za to nie trzeba się martwić, że umrze jak skończona tzipa, no i nie marnuje pocisków do najlepszych broni też jak skończona tzipa, uważam to za sensowny kompromis. Pod tym względem troszkę lepiej wraca mi się do RE6 niż do RE5, ja lubię te gry przechodzić szybko i efektywnie, a nic mnie bardziej nie denerwuje niż powtarzanie po kilka razy sekwencji z zakręcaniem zaworów w rafinerii kiedy pojawia się dwóch majini z piłami mechanicznymi, a Sheva zamiast uciekać postanawia strzelać do nich tym swoim pistoletem na kulki, co kończy się wzięciem jej na dwa baty i momentalnym game overem. Takich momentów w RE5 jest dużo.
-
własnie ukonczyłem...
Sorry, ale muszę być "tym gościem". Lubię RE6 i odświeżając regularnie serię (czyli max co pół roku) nigdy go nie pomijam. Zajebiście mieć w jednym Residencie Leona, Chrisa i Sherry. Strzelanie i poruszanie się postacią jest bardzo dobre, płynniutkie i można wyrabiać niesamowite rzeczy (rzucenie się na plecy i strzelanie do zombie leżąc podłodze? COOL), jedynie bym melee wywalił całkowicie. Jest Ustanak, czyli taki niby Nemesis, dwa pierwsze chapy u Leona (czyli na dobrą sprawę 1/4 gry, bo są nadłuższe) są lepsze i bardziej Residentowe niż cokolwiek z RE5, Ada ma zajebiście soczyste dupsko co widać dokładnie podczas sekcji kiedy przekrada się szybami wentylacyjnymi i pewnie znalazłoby się jeszcze trochę plusów. Absolutnie nie ma co porównywać do najlepszych odsłon, wręcz bym powiedział że to szary koniec stawki jeżeli chodzi o te pełnoprawne RE, jednak to w dalszym ciągu dobra gra, a w coopie wręcz wyborna.
-
Resident Evil 9 Requiem
O tym nie wiedziałem spoiler
-
Resident Evil Zero
Nie najtrudniejsza, ale jedna z trudniejszych to na pewno. Zombie bardzo ciężko się tu omija, idzie się zaciąć na niektórych zagadkach, no i postacie często muszą się rozdzielać, możesz np nieświadomie wysłać Rebekę w miejsce, w które lepiej było posłać Billy'ego (albo na odwrót) i jesteś wtedy trochę w dupie. Na normalu jak najbardziej do przejścia, na hardzie radzę się dobrze zastanowić czy to dobry pomysł na pierwsze podejście.
-
Crisol: Theater of Idols
Za 8 dyszek taka gra to jak za darmo Myślałem, że po Residencie poprzeczka zostanie zawieszona tak wysoko, że ciężko będzie mi się wkręcić w kolejny tytuł, a tu proszę, wciągnąłem się nieziemsko.
-
Crisol: Theater of Idols
Serio, w czasach kiedy deweloperzy pękają jak bańki mydlane wchodząc w dupę casualom po samą prostatę i klepiąc im te easy-mody miło jest doświadczyć czegoś zupełnie odwrotnego. W sensie ok, tutaj też jest easy, ale rzadko się zdarza, żeby gracze narzekali że hard jest zbyt łatwy i trzeba podkręcić śrubę i deweloper faktycznie tak robi, a przecież by nie musieli, może jacyś fani szybkich i łatwych platynek by się skusili, a tak to będą musieli albo obejść sie smakiem i zapchać kolejnym My Name is Mayo, albo zakasać rękawy i przygotować się na ostre samopejczowanie.
-
Resident Evil 9 Requiem
Pierwszy raz jak odpaliłem Village of Shadows to myślałem że bez ng+ z odblokowanymi wcześniej brońkami jest nie do przejścia, dopiero po kilku tygodniach od premiery zabrałem się za legitne przechodzenie tego trybu i pamiętam że na pierwszą wampirzycę w zamku poszło ze 20 prób, a później było jeszcze zabawniej. Z kolei Inferno w RE3R nawet nie byłoby takie złe, gdyby nie... no właśnie, Nemesis. Dużo się nie pomyliłeś pytając czy zabija samym wzrokiem, bo każde jego uderzenie to automatyczny game over i konieczność zaczynania od ostatniej maszyny do pisania (autosaveów brak w tym trybie), a ostatnie spotkanie z nim to walka przypominająca bardziej Dark Souls. Dosyć mocno mnie wtedy popierdoliło i postanowiłem jeszcze mocniej podkręcić zabawę robiąc Inferno na ocenę S bez infinitów (jak dobrze pamiętam można zapisać grę tylko 5 razy), polecam takie małe sado-maso w wolnej chwili.
-
Crisol: Theater of Idols
Uff, czyli dobrze że trochę się wstrzymałem z gierką
-
Resident Evil 9 Requiem
Ulepszając podstawowego shotguna i snajpę prawie na max już mi nie starczyło hajsu żeby zrobić to samo z ich lepszymi wersjami które pojawiają się później, no i trochę kaski zawsze szło na pociski i regenerowanie kamizelki. Na Insanity od początku mamy dostęp do wszystkich broni, więc o wiele szybciej idzie dopakować to co nas interesuje.
-
Crisol: Theater of Idols
Dzięki, ale już z tym giga koksem to nie przesadzajmy Na Martyrze tworzenie pocisków do broni zużywa bardzo dużo HP, przeciwnik dziabnie Cię dwa razy i jestes martwy, do tego skurczybyki nie poddają się, nawet kiedy ich rozczłonkujesz to dalej pełzną w Twoją stronę, żeby Cię pochlastać, nóż to raczej dodatek niż broń do walczenia na poważnie, lokacje są tak ciasne że mimo chęci oszczędzania pocisków często nie ma takiej opcji, skille do odblokowania w sklepie brzmią jak jakiś żart (nie wiem co ma mi dać 10% szybsze używanie apteczki), no i save pointy są rzadko rozsiane, czasem trzeba przebrnąć niezły kawałek zanim się na jakiś trafi. Granie powoli, dokładne przeczesywanie otoczenia w poszukiwaniu surowców i wydawanie kasy na najpotrzebniejsze dopałki (damage!) trochę ułatwia sprawę, ale gra i tak nie należy do najprostszych.
-
Resident Evil 9 Requiem
Serio, to byłaby dobra motywacja żeby bardziej efektownie (i efektywnie) odstrzeliwać zombie. Tylko żeby ten system punktowy miał sens, to musiałoby być jeszcze więcej przeciwników. No i mnie jeszcze bolało, że punkty zaczęły wpadać dopiero w połowie gry, stanowczo za późno żeby uzbierać ich wystarczająco aby ulepszyć wszystkie bronie.
-
Resident Evil 9 Requiem
Wszystko zależy od tego jak straszna jest gra, niestety mam dosyć dużą tolerancję na schizy w horrorach. W Requiem parę razy się przestraszyłem jak "dziewczynka" nagle mi skoczyła na łeb z sufitu w momencie, kiedy się jej nie spodziewałem, ale tak żeby przez całą grę chodzić na paluszkach albo robić dłuższe przerwy na złapanie oddechy w saveroomach, to raczej nie i faktycznie bardziej się skupiałem na kombinowaniu jak przejść dany fragment bardziej efektywnie pod harda i zapamiętaniu rozwiązań zagadek. Mam tak z każdym Residentem, Silentem, ostatnio też z Cronosem i Tormented Souls. Co nie znaczy, że raz na jakiś czas nie pojawi się gra, która mnie zagnie, np Song of Horror: tutaj miałem gacie do połowy pełne przez cały czas i bardzo ciężko szło mi uczenie się gry na pamięć, no ale to był już inny kaliber straszenia. Polecam jak ktoś myśli, że Residenty mają ciężki klimat
-
Crisol: Theater of Idols
Ja póki co odblokowałem nóż, pistolet i strzelbę, ale na pewno jeszcze coś wpadnie. Nóż trzeba co jakiś czas ostrzyć na ostrzałce, a to wymaga paliwa - nie wiem jak na normalu, ale na hardzie machniesz 5 razy w przeciwnika i skuteczność noża spada do 0% i trzeba znowu ostrzyć, więc na niewiele się ta zabawka przydaje. Poza tym zbieramy też hajs na upgrade broni, specjalne totemy do ulepszania skillów, no i oczywiście krew, która jest tu najważniejsza, bo bez niej nie mamy czym strzelać. Już się nauczyłem, że czasem lepiej ratować się ucieczką, bo jakbym miał walczyć ze wszystkimi to byłoby krucho z pociskami, nawet nie pudłując i waląc headshoty starczy wszystkiego na styk. Requiem pod względem zasobów był o wiele bardziej łaskawy :)
-
Crisol: Theater of Idols
W końcu się za to zabrałem i Jezusie Krystusie, jakie to jest DOBRE. Pojawiło się tu porównanie do Bioshocka i jest to świetne porównanie, bo ciężko Crisola zestawić z czymś innym. Cudowny klimat i stylistyka, trochę podjeżdża pod Rapture, a trochę pod miasto z Bloodborne / Lies of P, zwłaszcza z tymi pałętającymi się wszędzie demonicznymi marionetkami , jednak czuć też swój własny charakter. Bardzo dobry balans walki i eksploracji (przynajmniej do tego momentu, do którego doszedłem), to nie Serious Sam żeby atakowały nas całe hordy wrogów, raczej sporadyczne jednostki które potrafią kitrać się po kątach niczym manekiny z Silent Hill 2 remake i gryzą w cholerę mocno. Nawet jakieś sporadyczne zagadki się trafiają, za co też leci plusik. Same starcia są unikatowe, jeszcze chyba nie spotkałem się w grach z mechaniką wysysania własnego HP, żeby mieć czym w ogóle strzelać (może jako dodatek, ale w Crisol to wysysanie życia to główna oś rozgrywki), dodaje to trochę taktycznego smaczku, a jeszcze bardziej podkręca gameplay pod kątem nerwowości, bo tutaj każdy spudłowany pocisk to podwójna strata (życia i amunicji). Na pewno sprawy nie ułatwia fakt, że przeciwnicy chwieją się niczym w pijackim amoku, więc trzeba się nieźle napocić żeby ich trafić. Na poziomie Martyr gra jest bewzględna, prolog powtarzałem 3 razy, a trwa niemal godzinę, dopiero po tym czasie gierka pozwala łaskawie zrobić save'a ciekawe ile osób wbije w tej grze platynę. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to nóż, który wydawałoby się będzie pełnić dosyć istotną rolę w grze, w której pociski to towar deficytowy, ale ta broń jest tak gówniania, że aż mnie zęby bolą jak o niej myślę: zasięg ataków tragiczny, psuje się po kilku machnięciach, a parowanie nim to jakaś katorga, bardzo ciężko wyczuć moment kontry, czasem mam wrażenie że robię to idealnie, a i tak zgarniam kosę na pysk
-
Resident Evil 9 Requiem
Wiem, że zabrzmiało mocno ultrasowo-flexingowo-trochę przegrywowo, ale będę się tego trzymał. Normal w grach rzadko kiedy wymaga zrozumienia i opanowania pewnych mechanik, które mocno podkręcają gameplay. Ba, większość gier na domyślnym poziomie trudności nawet nie wymaga od Ciebie, żebyś wiedział o istnieniu tych mechanik. Weźmy takie erpegi, które oferują potężny wachlarz skillsów: te gry rzadko kiedy oczekują że na normalu będziesz wykorzystywał chociaż połowe dostępnych umiejętności albo wiedział w jakim kierunku rozwijać bohaterów, do skończenia story wystarczy elementarna znajomość gatunku i opanowanie podstawowych terminów w takiej grze. Natomiast to co się dzieje na hardzie i wyżej wymaga już zgłębienia systemu walki w znacznie większym stopniu, co przekłada się na ciekawszą, bardziej taktyczną i absorbującą rozgrywkę. W hack'n'slashach jest tak samo: możesz przejść DMC na normalu klepiąc w kółko jedno combo i nawet raz w trakcie gry nie korzystając z royal guarda czy jump cancella, o uczeniu sie patternu bossów nie wspominając i jasne: też będziesz miał ubaw, ale dopiero na hard i później Dante Must Die taka gra rozwija skrzydła zmuszając Cię do większego wgłębienia się w rozgrywkę i wykorzystania wszystkich narzędzi jakie Ci oferuje. Teraz przekładając to na Requiem: ilu z Was faktycznie korzystało z parry toporkiem? Zajebista mechanika, która pięknie dopełnia walkę bronią palną, ale na normalu gra rzadko kiedy wymaga korzystania z niej (pomijając jednego bossa). Na Obłędzie bardzo istotny element, niektórzy bossowie są praktycznie nie do przejścia bez tego. U Grace liczy się eksploracja, jednak na standardzie nic strasznego się nie stanie jeżeli przegapisz jakiś plecaczek zwiększajacy pojemność inventory lub kilka monet by w zgarnąć fanty z szafki, jednak już na hardzie trzeba się wykazać dużo większą dociekliwością i dokładnie czyścić wszystkie pomieszczenia z zapasów bo liczy się każda trawka, każdy nabój do pistoletu i nawet każda buteleczka, którą możesz rozbić na głowie zombiaka. Wyższy poziom trudności, to nie tylko intensywniejsze wrażenia, ale też większa głębia rozgrywki. Nie mam zamiaru się z nikogo teraz nabijać twierdząc, że jest lamusem bo gra na normalu czy nawet easy, ale dla mnie zawsze niepodważalnym faktem będzie to, że im gra jest trudniejsza, tym jest lepsza, ciekawsza i ma bogatszy gameplay. No, ale to jest tylko moje zdanie i moje podejście, bo dla mnie rozgrywka w grach zawsze była i będzie najważniejsza, a dopiero później koncentruję się na fabule, klimacie i innych elementach, które dla kogoś innego mogą mieć priorytet przed gameplayem.