Misja zakończona. Do samego finału gra niebezpiecznie balansowała między całkiem fajną przygodówką, a przesadnie filmowym slopem z pogranicza AA i AAA przez co moje zdanie na jej temat zmieniało się częściej niż partnerzy łóżkowi Marianny Schreiber. Zdecydowanie najgorszy był początek, na dobrą sprawę przygoda rozkręca się dwie godziny i przez ten czas oferuje dosłownie wszystko czego nienawidzę we współczesnych produkcjach: przegiętą ilość cut-scenek, postacie które nie potrafią zamknąć ryja nawet przez 5 minut, sekwencje spacerowe bez możliwości biegania sprintem, rozwleczony tutorial w którym gra w żółwim tempie tłumaczy wszystkie zawiłości gameplayu zamiast jakoś to wszystko skondensować. Brzmi jak przedsmak nowego God of Wara Na szczęście później jest już lepiej, a po sekwencji w klubie akcja nieźle się rozkręca pozwalając w końcu trochę postrzelać, poskradać się, pojeździć autem i skasować kilka ryjów gołymi pięściami. Stealth zrobiono najlepiej z tego wszystkiego, przez to że lokacje są tak duże i naszpikowane przeciwnikami trzeba nieźle kombinować, ale prawie zawsze można to zrobić na kilka różnych sposobów (różne ścieżki, masa gadżetów, w przypadku wykrycia da się nawet wybrnąć z opresji za pomocą dialogu). Mega spoko jest też to, że nikt nas tu nie zmusza do skradania, równie dobrze można narobić rabanu i zacząć tłuc wszystko co się nawinie, aczkolwiek wrogowie gryzą mocno, więc warto się dobrze zastanowić czy lepiej w to grać jak w MGS czy jak w Fighting Force. Walka hand to hand też mi przypadła do gustu. Niby taki upośledzony Batman Arkham, ale swoje zadanie spełnia, jest dosyć skillowo, a na hardzie nie ma tych śmiesznych sygnałów świetlnych, które naprowadzają nas czy wykonać blok czy unik, więc należy dobrze się przypatrywać przeciwnikom i bardzo szybko reagować. Strzelanko jest po prostu poprawne i nic więcej, trochę za łatwo sadzi się headshoty i to nawet bez korzystania ze slow motion. Fragmenty za kierownicą mocny KEK, widać że są potężnie wyreżyserowane i trzeba się naprawdę mocno postarać, żeby je uwalić, podejrzewam że robił je ten sam ziomek od etapu z wózkiem sklepowym w Mixtape Rzecz o którą się najbardziej martwiłem w przypadku First Light, to to jak przedstawią samego Bonda. Po zapewnieniach twórców, że planują go "unowocześnić" spodziewałem się miękkiej, wręcz rozgotowanej parówy, a tu naprawdę bardzo pozytywne zaskoczenie, bo koleś jest genialny i aż chce się nim grać. Takiego zawadiaki, cwaniaka i pyskatego młokosa już dawno w grach wideo nie widziałem, typek ma trochę z Leona, a trochę z młodego Dante. Widać, że deweloper włożył sporo wysiłku, żeby przedstawić go jako madafakę (cięte teksty, efektowne animacje wykończeń, podbijanie nogą broni leżącej na ziemi ), ale jednocześnie czuć, że to jeszcze nie jest TEN chłodny i doświadczony 007 z filmów i że długa droga zanim się nim stanie. Zresztą, pozostali bohaterzy też są świetni, szybko idzie się zżyć z pozostałymi rekrutami, da sie polubić M i Monepenny, fenomenalny jest Greenway i to jaką relację buduje z Jamesem. Q najlepszy jakiego widziałem w grach i filmach o Bondzie. Wszyscy są bardzo dobrze napisani i zagrani i czuć między nimi chemię. Jakaś nagroda albo chociaż wyróżenie za scenariusz powinny wpaść na najbliższym TGA. Suma summarum gra na solidne "7". Teksty o "najlepszym Bondzie w historii" można włożyć między bajki, GoldenEye czy Everything or Nothing dalej nie pobite, może gdyby było tu mniej zamulających sekwencji, za to więcej efektownych "Bond-momentów" i gdyby deweloper bardziej się przyłożył do niektórych mechanik, to byłoby wyżej. Gra jest też według mnie za długa, ostatnie trzy rozdziały przyznam, że już mi się dłużyły, te 12h stykłoby w zupełności. Na sequel jednak będę czekał, bo potencjał tkwi tu spory i z czasem ta seria może stać się naprawdę godnym następcą Uncharted.