Skończone Powiem tak: jeżeli ta gra jest woke, to ja bym chciał, żeby wszystkie woke gry wyglądały w taki sposób. Nieźle te internetowe gagatki co poniektórych porobiły Ok, niby są jakieś opcjonalne emblematy LGBT (na oczy ich nie widziałem, no bo... są opcjonalne, ale wierzę że istnieją), a Carter jest lesbijką. Tyle, dziękuję, do widzenia. To całe gadanie o tym, że babeczka jest na pierwszym planie przed Marcusem i Domem, to można włożyć między bajki, zaraz obok Braci Grimm i Kici Koci. Materiały, które się tu pojawiły to zwykła manipulacja pozbawiona kontekstu, wątek jej dziewczyny więcej się nie pojawia, a pod koniec gry Mags zostaje totalnie olana jakby w ogóle nie istniała, to już nawet Lucas, czyli drugi świeżak w ekipie ma więcej czasu antenowego niż ona. Żadnych pompek, żadnego wchodzenia w ślinę dwóch lasek, żadnego girlBossowania. Ba, żadna nastolatka nie planuje zostać tatą. Najbardziej wkurzająca przez całą grę jest chyba ta pilotka, na szczęście to zaledwie postać epizodyczna i zawsze jak szybko się pojawia, to równie szybko znika, a tak to spokojnie można przejść grę od "a" do "z" bez niesmaku. No ale hej, zawsze można nie zagrać, bo jakiś ziomek w masce Predatora tak powiedział. Gameplay? Stare, dobre Gearsy, bez kombinowania. Jest dynamicznie, brutalnie, praktycznie non stop na ostrym gazie i bez przestojów, zdecydowanie najostrzejsza sieka w jaką grałem w tym roku. Dodanie skoku to nie jest rewolucyjna zmiana, ot miły dodatek, który pozwala trochę bardziej poszaleć po arenach, a te bardziej otwarte lokacje to po głębszym przemyśleniu też żaden minus - można spokojnie olać questy jak komuś się nie chce biegać po mieście, bo nagrody z tego i tak liche i po prostu skupić się na głównym wątku. Podoba mi się, że w czasach, w których deweloperzy głowią się jakby tu zachować świeżość serii i przełamać stagnację The Coalition miało na to totalnie wysrane i stwierdziło "walić to, robimy dokładnie to samo co zawsze, tylko z jeszcze lepszą grafą i jeszcze większą ilością juchy". Sprawdziło się i pewnie będzie się sprawdzać przez kolejne 20 lat. Teraz się pewnie narażę fanom, ale fabularnie jak dla mnie nie ma się czym jarać. To po prostu kolejna część serii o wielkich gościach, w jeszcze większych zbrojach, którzy wycinają w pień potwory i gdzie cutscenki nie służą jakimś ciekawym zwrotom akcji ani rozwijaniu bohaterów w interesujący sposób, tylko odpalają się, żeby pokazać kilka ładnych, filmowych kadrów, a później przeteleportować protagonistów w kolejne miejsce. Nic niesamowitego się tu nie działo i raczej nikt nie będzie niczym zszokowany. Bohaterzy też jacyś tacy niemrawi, Marcus coś tam mruczy i wydaje rozkazy, Dom podobnie, Carter po prostu jest, chociaż czasem idzie zapomnieć, że w ogóle mamy ją w teamie. Najbardziej polubiłem Lucasa, pewnie dlatego że ziom uosabia każdego z nas, gdyby znalazł się w samym sercu takiego syfu, jest bardzo ludzki, a dzięki temu wiarygodny i sympatyczny. Zupełnie inna sprawa to setting, klimat i przedstawienie tego jak zaczęła się wojna z Szarańczą. Jest naprawdę gęsto. Głównym bohaterem gry okazało się miasto stopniowo rozwalane w drobny mak i wyraźnie widać wysiłek jaki w nie włożono. Wielkie budynki przerobione w zgliszcza, walające się wszędzie stosy zmasakrowanych ludzi, jakieś niedobitki biegające chaotycznie po ulicach niczym kurczaki bez głowy, a pośród tego całego chaosu, kul latających nad głową i eksplozji nasz mały oddział kontra przeważające siły nieprzyjaciela. Czuć panikę, bezradność i zapach śmierci unoszący się w powietrzu, a z każdą kolejną godziną robi się coraz intensywniej. Prolog = kopara do samej podłogi. A sekwencję na dachu w piątym akcie zapamiętam na długo - właśnie TAK robi się mocne, filmowe momenty w grach, jednocześnie nie odbierając kontroli graczowi. Z wad to chyba tylko dosyć niski poziom trudności, nawet na Insane ciężko gdzieś utknąć (jedynie te dwie pieprzone muchy sprawiły mi problem. Kto wie, ten wie). Czasem design przeciwników: plujące kwasem żaby zupełnie mi tu nie pasowały, podobnie jak unoszące się w powietrzu moszny, wtf No i ostatni boss rozczarowuje. Liczyłem na jakieś epickie starcie, a tu w sumie tak trochę zwykła walka jak ze standardowym Locustem, tylko żyćka więcej. Aha, jeszcze ten v-a Taia Kaliso, za każdym, razem jak słyszałem niewyraźne stękanie przez zęby tego typa, to mi uszy opadały. W indykach zrobionych za 200$ słyszałem lepszych aktorów. Obok RE9 na ten moment najmocniejszy kandydat do GOTY, a na pewno najlepsze Gearsy do tej pory, jak dla mnie przebiły nawet dwójkę, która była nie do ruszenia od 2008 roku. Minimum bullshitu, maksimum soczystego gameplayu. 9/10