-
Wymiana kodów Steam/Origin, kart itepe
Oddam Elderborn na GOG.
-
własnie ukonczyłem...
Jak nie masz jakiejś dużej zajawki na izometryczne RPG (dla mnie to jeden z ulubionych gatunków), to spokojnie znajdzie się kilka gierek, które warto zdecydowanie bardziej rozpykać.
-
Shingeki no Kyojin (Attack on Titan)
Pierwszy sezon dobry, drugi też, choć już widać szatkowanie (ale ma za to piękny finał), trzeci sezon jest bardzo marny i przez to szatkowanie sensu w tym praktycznie nie ma. Gdybym wiedział, co odpalą w trzecim sezonie, to skończyłbym na drugim i zachował cieplejsze wspomnienia związane z serialem.
-
własnie ukonczyłem...
Oglądam sobie drugi, bardzo dobry, sezon Fallouta, to i naszło mnie na jakieś postapo RPGowe. A, że za oknem było jeszcze biało, to wybór padł na Wasteland 3. I mogłem z perspektywy czasu ograć w tym czasie jednak Atom, Underraila czy odpalić po raz wtóry klasyczne Fallouty, choć nie jest to jakaś zła gra. Po prostu na tle izometrycznych RPGów z ostatnich lat, które ogrywałem wypada bez szczególnego blasku. Z drugiej jednak strony też skończyłem ją bez bólu czy przymuszania się, więc nie był to jakiś stracony czas. Miejscami nawiązująca do poprzedniczek gra zabiera naszą ekipę Strażników - to jest tych, którzy po apokalipsie próbują nadać światu pozory sprawiedliwości - do Kolorado. Kolorado, które pokrywa wieczny mróz, więc mamy tu pierwszy plus, bo sceneria jednak nietypowa jak na postapokaliptyczną gierkę. Tymże Kolorado zarządza twardą ręką niejaki Patriarcha, który zawiera ze Strażnikami układ - pomożecie mi okiełznać problemy wewnętrzne, to jest złapać trójkę mojego zdeprawowanego potomstwa, które próbuje wybić się na niezależność, to ja Wam wyślę zapasy. Wymiana barterowa with extra steps. Gra próbuje dosyć często pomimo makabrycznych widoków być zabawna w swojej pisaninie, co było jednak na dłuższą metę męczące, zwłaszcza, że dialogi i postacie nie są napisane jakoś szczególnie dobrze. Dajmy na to postacie, które możemy wcielać do naszej drużyny (poza czterema "naszymi" strażnikami) - nie mają nawet jakichś właściwych tylko dla siebie questów, co najwyżej parę linii dialogowych w poszczególnych punktach fabularnych. Gra rzadko też oferuje jakieś cięższe wybory przy rozwiązywaniu zadań, a dobre pomysły na świat pojawiają się zaledwie kilka razy - no ale się pojawiają, by wspomnieć bez spoilerów o Reaganie na przykład. Niemniej fabułę śledziłem, bo śledziłem. Gameplayowo mamy do czynienia z klasyką gatunku, rzetelnie i tylko rzetelnie zrealizowaną. Pakujemy punkty rozwoju w umiejętności bojowe i niebojowe, wykupujemy perki, podbijamy statystyki, a co za tym idzie możemy sobie ułatwić eksplorację, dialogami rozwiązywać niektóre sytuacje, no i zwiększają się nasze kompetencje w spuszczaniu wpierdolu bliźnim. Ten ostatni zajmuje w grze dosyć dużo czasu i daje frajdę, ale na dłuższą metę mógłby być bardziej rozbudowany - postacie nie mają zbyt wielu umiejętności, walkom brak jakichś fajniejszych twistów związanych np. ze statusami czy zmieniającym się polem walki, ogólnie to biegając od odsłony do osłony i strzelając można rozpykać w tej grze na normalu bez refleksji 95% walk. W pozostałych 5% przypominałem sobie, że mogę hakować wrogie roboty. Wizualnie jest okej, audio również się spisuje, choć momentów, kiedy muzyka nie brzmi jak z generatora (a są takie chwile, kiedy gra używa starszych piosenek i wtedy to ma jakiś charakter) nie ma niestety zbyt wielu. Bugów mimo patchowania trochę się zachowało, podobnie jak upierdliwości w stylu tego, że po skończeniu tury gra automatycznie przerzuca nas na kolejną postać, nawet jeśli sami manualnie tuż po zakończeniu tej tury kogoś innego - można tak przypadkowo wykonać akcję nie tą postacią, którą się chce. I jazda autkiem po świecie nużąca. I taki jest właśnie ten Wasteland 3 - miałem nadzieję na bardzo dobre RPG, a dostałem tytuł ledwie niezły, w którym jakoś tak w połowie uznałem, że nie chce mi się już cisnąć mocno questów pobocznych, co brzmi jak brzmi z ust kogoś, kto w Divinity OS 2, Baldurach czy innych Rogue Traderach robił wszystko, co się dało. Można ograć, ale nie trzeba.
-
The Legend of Heroes: Trails in the Sky 1st Chapter
Poszczególne arce (a więc ToCS) można traktować mniej więcej jako samodzielne serie i spokojnie można ogrywać samodzielnie (nie wiem jak z grami po ToCS), choć umknie Ci nieco smaczków jak powracające postacie czy np. w arcu już po Sky (Azure i Zero) było domknięciu paru wątków właśnie po Sky.
-
HORROR
Kumpel, wielki fan SH2, był w kinie i wyszedł na granicy wkurwienia i ubawu tym, co zrobili z grą, więc i ja podziękuję. Tzn. pewnie poleci na jakimś streamingu jak będę miał totalny nadmiar czasu i sadomasochistyczny nastrój, ale zarobić temu w kinie to nie dam.
-
Yakuza Kiwami 3 & Dark Ties
Podobno w zakończeniu są pewne zmiany, a mianowicie: spoiler Mine przeżywa.
-
Fable
Wygląda na tyle dobrze, że się ogra raczej prędzej niżpóźniej - pewnie sentyment do jedynki robi swoje, ale poczułem się całkiem ukontentowany po tym gameplayu, choć też się jakoś mocno nie nakręcam.
-
Beast of Reincarnation
Wygląda jak taka okej gierka 7/10, więc pewnie kiedyś ogram, bo lubię ten gatunek.
-
własnie ukonczyłem...
Mam obecnie rozkopane dwie kobyły (Wasteland 3 i YS 8), więc uznałem, że pora to przegryźć czymś krótszym, za to z gatunku "samo mięso". A tego jest w Butcher's Creek od cholery. Grę Davida Szymanskiego (gościa od m.in. Dusk) przejść można może i w dwie godziny, ale tyle, ile się tam namordujemy i naoglądamy gore, to spokojnie wystarczy za znacznie większą grę. Tak, gdyby nie to, że to jednak niszowa gierka z umowną nieco grafiką, to ta mieszanina Condemned, Manhunta i Resident Evil robiłaby szereg wyświetleń nagłówkom w rodzaju "Granice zostały przekroczone [ZOBACZ JAK]". Bohater gierki do normalnych ludzi nie należy - uwielbia horrory i snuffy do tego stopnia, że udaje się w poszukiwaniu paru legendarnych nagrań na odludzia. Pech chce, że trafia na sektę seryjnych morderców, którzy tego rodzaju filmy kręcą z prawdziwymi egzekucjami. Jak się jednak szybko okazuje, to nie my jesteśmy zamknięci z nimi, tylko oni z nami, bo nasz heros świetnie radzi sobie w znajdowaniu prowizorycznych broni i rozpieprzaniu łbów. Z czasem zresztą okazuje, że horrorowe elementy nie kończą się na odwróconym slasherze (seryjni mordercy tym razem trafiają na jeszcze bardziej pojebanego i groźnego typa), a zakończenie jak i przynajmniej jeden jump scare robią robotę, ale nie będę więcej o tym pisał. Gameplay jest prosty, ale działający - przemierzamy lokacje (tu zwane "scenami"), organizujemy sobie sprzęt i rozwalamy leszczy. Machamy więc bronią, mamy parry, które daje nam odnowienie staminy, do tego możemy rzucać przedmiotami oraz kopać. Nieco to drewniane, ale raczej intencjonalnie, a sama walka jest opatrzona na tyle sycącymi efektami wizualnodźwiękowymi (sam teraz brzmię jak psychopata...), że po prostu miło się tłucze zwyroli po mordach. Do tego mamy ze 2-3 proste zagadki, szukanie kluczy, zapisy, do których najpierw potrzebujemy znaleźć kasety wideo (ale jest ich sporo) i ciekawą mechanikę odnawiania zdrowia. Otóż musimy robić fotki brutalnym widokom, także jeśli znajdziemy pozostałości po nagraniach w stylu zmasakrowanych zwłok lub sami narobimy krwawych plam kogoś dekapitując, to cykamy zdjęcie i nasz zupełnie normalny bohater czuje się lepiej. Nie ma miękkiej gry. Tym, co jeszcze wyróżnia ten festiwal zwyrolstwa jest oprawa. Na całość - ogólnie bazującą na bardzo prostych modelach - nałożono filtr z gatunku ziarnistego VHS mocno ograniczający widoczność. Tym samym całość prezentuje się przez cały czas jak obskurny slasher, którego wersja wideo pewnie w latach 70. trafiłaby na listę video nasties. Do tego Szymanski zrobił bardzo fajną muzykę, idealnie leżącą do tego typu horroru z różnego rodzaju nieprzyjemnymi ambientami (choć z drugiej strony ścieżka dźwiękowa jest bardziej zróżnicowana). Choć gra jest dosyć mroczna, to ma w sobie też całkiem sporo fajnego czarnego humoru, zwłaszcza poukrywanego w notatkach (które warto czytać, aby wiedzieć, o co tak naprawdę tutaj chodzi). Nie jest to jakaś wybitna gra, widać trochę, że Szymanskiemu nie wyszło do końca, to co chciał (pierwotnie chciał zrobić z tego pełnoprawną gierke na 10 godzin, ale przez różnego rodzaju trudności uznał, że zrobi z tego pomysłu jedynie miniaturkę), ale bawiłem się bardzo dobrze. Chore gówno/10. Wyjątkowo linka do jutuba nie wrzucam, bo głównie są nagrania pokazujące przejście całej gry - jeśli chcecie zobaczyć, jak to wygląda w praktyce bez spoilerów, to zapraszam na stronę na Steam: https://store.steampowered.com/app/2512560/Butchers_Creek/
-
Prince of Persia: The Sands of Time - nie do końca wyjaśnione czy Remake czy Remaster XD
Dla mnie PoP z 2008 był straszliwym downgrade. Natomiast jeżeli chodzi o trylogię to najbardziej lubię WW za metroidvaniową strukturę i dopakowaną walkę świetnie ulepszającą genialny platforming wprowadzony w Piaskach Czasu (mojej drugiej ulubionej części), a najmniej lubię Dwa Trony, choć to ciągle dobra gierka. Do remake nie mam żadnych oczekiwań, do szczęścia wystarczyłby mi jakiś remaster trylogii z gatunku 120fps/4k.
-
Kino azjatyckie
Skończyłem oglądanie - ogólnie sposób gry sporej części aktorów czy intryga chwilami drażniły (całkiem możliwe, że to charakterystyczne dla koreańskich seriali, nie znam w ogóle tego nurtu), ale samo mięso czyli brutalne walki z gatunku jeden wkurwiony stary dziad wracający z emerytury kontra (tu wstawcie sobie 10 osób/zabójcę/sportowca/co tam chcecie) plus satysfakcjonujące zakończenie robią robotę. Dobra rzecz.
-
własnie ukonczyłem...
Czyszczę sobie backlog ze Switcha i tym razem padło na Fire Emblem Warriors, to jest musou w świecie FE, gdzie postacie z różnych części się spotykają i ramię w ramię mashują przyciski. Być może widziałbym w tej grze coś więcej, gdybym znał dobrze cykl (a skończyłem tylko Three Houses), ale moja obecna perspektywa nie dorzuca, ani nie odbiera grze niczego z tytułu tego, w jakim uniwersum akcja się rozgrywa. Oceniam tytuł tylko jako siekaninę z gatunku, z którym nie mam wiele do czynienia - milion lat temu grałem w jakieś Dynasty Warriors, przemęczyłem Drakengarda (tak, "przemęczyłem" to najlepsze możliwe słowo) i w sumie nie przypominam sobie żadnych innych prawilnych musou w moim życiu. I choć Fire Emblem Warriors było miłą grą, to na kolejne 5 lat myślę, że mi tej formy rozrywki wystarczy. Fabuła po prostu jest - mamy rodzeństwo Rowana i Lianny, które kiedyś tam ma odziedziczyć królestwo, no ale wpadają potwory, trzeba ratować matkę i zbierać artefakty. No i na skutek różnych czasoprzestrzennych czarów zaczynają w ich rzeczywistości pojawiać się postacie z innych Fire Emblemów. Zazwyczaj nie ufają naszej drużynie, więc trzeba ich przekonać spuszczając łomot. Na szczęście są to ludzie podatni na argumenty - po zabiciu przynajmniej kilkuset ich żołnierzy stwierdzają, że mylili się co do nas, jesteśmy dobrymi ludźmi i chętnie staną z nami w jednym szeregu, po tym jak wymordowaliśmy ich niewinnych podwładnych. A jak w to się gra? Ano tak, że przełączając się między kilkoma postaciami masakrujemy tłumy zwykłych przeciwników, którzy nawet nie próbują nas zranić, nieco więcej ciosów wkładamy w ubicie silniejszych typów z paskami życia, a w ogóle to staramy się zajmować strategiczne miejsca, aby np. otworzyć sobie dostęp do dalszej części mapy, powstrzymać respawny przeciwników czy skasować rzucających czary obszarowe magów. Dużej finezji w tym nie ma - mamy parę kombosów na krzyż, speciala czyszczącego pole bitwy i zadającego duże obrażenia, do tego drugi pasek speciala. Taktyka? Czasem trzeba zająć jakieś miejsce szybciej, niż później, żeby nie przegrać. W tym celu możemy wydawać proste rozkazy innym postaciom, aczkolwiek to banda skrajnych, kurwa, debili. Widoki, kiedy kazałem naszej wesołej ekipie atakować jednego typa (np. ostatniego bossa danej mapy), którego też tłukłem, prezentowały się następująco - otóż ci kretyni sobie po prostu stali i nie atakowali. Kazałem im zająć jakiś fort - często uznawali za dobry pomysł dolecieć tam, a potem zawrócić. A w tymże forcie walka im szła tragicznie. Operowanie tą bandą niedojd wyglądało tak, że zazwyczaj grałem sobie główną postacią, reszcie wydawałem rozkazy i przełączałem się na nich, kiedy już dotarli na miejsce albo wtedy, kiedy dostawałem komunikat, że dostają po łbach i trzeba ich ratować. Znacznie lepiej grało mi się też postaciami poruszającymi się bezpośrednio po podłożu, niż tymi, które latają czy jeżdżą na jakichś wierzchowcach. Jak widać głębi tutaj specjalnej nie ma. Niby gra gdzieś tam informuje o zależnościach między broniami znanymi z FE, ale w ferworze walki się tego nie zauważa. Niby jest jakiś system błogosławieństw, ale nie musiałem go nawet używać. Do tego prosty rozwój postaci, co jakiś czas zmiana lub ulepszenie ekwipunku. A tak to lekki atak lekki atak ciężki atak ciężki atak special special i następna część mapy. Nie brzmi to fascynująco i takie też oczywiście nie jest. Niemniej jednak, pomimo początkowej wręcz irytacji tym tytułem, chętnie do niego wracałem na krótkie posiedzenia - praktycznie każdy chapter można pokonać w jakieś 15-20 minut, więc tym sposobem rozwalałem sobie po 3-4 chaptery dziennie między innymi zajęciami. To prostactwo i mordowanie na tony było zaskakująco relaksujące. Na pewno bardziej, niż zupełnie przeźroczysta muzyka i cell shading maskujący graficzną nijakość całości. Koniec końców to niezła gra, którą dostałem w prezencie z pozostałymi FE na Switcha, więc tym bardziej nie miałem wyrzutów, że poświęciłem na to hajs. Mogłem może w tym czasie ograć coś lepszego, ale też bawiłem się przyzwoicie. Niemniej jak pisałem - za musou na jakiś czas podziękuję. Nawet ja potrzebuję czasem urozmaicić sobie siekanie wciśnięciem np. uniku.
-
Resident Evil 9 Requiem
Z nierealistycznych to bym chciał remake Code Veronica
-
Dawne (i dzisiejsze) pisma o grach poza PE (PSX Fan, P+, OPSM, i inne)