Jak to jest być żoną kulturysty, samemu będąc bezformiem?
1. Jedzenie w pojemniku jest święte.
Jedzenie w pojemniku jest święte, bo jest wyliczone, ma idealne makro i prawie idealny smak, jak dobrze doprawiona tektura. Ruszać tego nie należy, a już broń Boże zjeść, jeśli ktokolwiek chciałby zeżreć kurczaka z ryżem. Po kryjomu to można zjeść czekoladę, a nie nielota, błagam.
Wspólne treningi to krew, pot i łzy. Nie jest romantycznie w ogóle, jest chujowo, bo a to nie takie tempo, a to gadasz, a to wiatr od złej strony wieje, a jak już się przypniesz, to technika zła, a to buttwing, a to źle plecy. A jak już się nauczysz, to czas do domu, żreć ryż.
Kulturystę równie trudno wyżywić, jak i ubrać. Przez większość czasu są dresy, bo tylko one włażą na kopyta i nie cisną w lolo bimbo.
Garnitur? Albo masz 846372 na różne okresy mezo, albo modlisz się, żeby ten jeden akurat się nadał. I zwykle się nie nadaje. A jak wciśnie, to od naciągnięcia robi się za krótki.
Na redukcji. Na masie się śpi i się rośnie.
Ma być dużo żarcia i dużo siłowni. W międzyczasie jakieś zwiedzanie i hasanie po górach, ale liczymy kroki i wiadro białka musi być w plecaku.
6. Przygotowanie do zawodów
Milcz. Po prostu milcz. Zdążysz zabić go później.
Znasz makro każdych ciastek, żelek, dżemów. Dobrze wiesz, że więcej niż 2g fatu na sto to zabójstwo, odpadną mu nogi.
Przygotowanie skóry- albo za lekko pilingujesz, albo zdzierasz mu skórę do mięsa. Nie ma nic pomiędzy. W trakcie depilacji włosy są wszędzie, on telepie się z zimna, albo zasypia i trzeba budzić zwłoki.
Smarowanie: wysmarowane jest wszystko. On, Ty, podłoga, telefon, pies, kot i waran. Co się nawinie, leci w brąz.
Latasz pod sceną i drzesz ryj "brzuuuuuch, brzuch kurfaaaaaa" i wszyscy na scenie trzymają. Twój udaje głuchego, jak przez resztę życia na Twoje darcie papcia.
Będąc wiecznym ulańcem stajesz się masterem od pozowania, leczenia, domięśniowych, masażu, wizażu i pyci polo na puste bramki. Nawet w nocy przerabiasz majtki startowe, bo dupa schudła