Podobnie jak w poprzednim roku zamiast wpaść na Extreme Party biegłem w Nocny Półmaratonie Praskim. Jakieś 2-3 tygodnie temu wyskoczył mi filmik jak koleś biegnie i opis, że idzie mi co raz lepiej czyli: 1.złapię kontuzję, 2. zarażą mnie czymś dzieciaki ... itp. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to będzie proroczy filmik. Tydzień temu w niedziele zrobiłem ostatnie dłuższe wybieganie ok 13km po lesie ze średnim tempem 5:48/km. Miałem po tym jeszcze zrobić lekkie wybieganie we wtorek a potem w czwartek z 5-6km z przebieżkami. Wracając do filmiku już poniedziałek wieczorem zacząłem się kiepsko czuć, chyba się czymś strułem bo w nocy tak mnie muliło, że w końcu skończyło się wymiotami. Rano pół żywy coś tam zjadłem ale cały dzień w robocie czułem się jak czegoś ćwierć, jeszcze przez to, że mało piłem tak mnie zaczął łeb boleć, że bałem się samochodem do domu wracać. Środa niby lepiej ale dalej człowiek osłabiony i po tych rewolucjach dalej brak apetytu. Dopiero w czwartek zacząłem coś jeść normlanie i to też głównie dlatego, że trzeba by było coś jednak pobiegać. Zrobiłem 5,6km ze średnim tempem 6:26/km a myślałem, że umrę i zastanawiałem się czy w ogóle dam radę przebiec ten półmaraton. Założenie przed tymi rewolucjami było przebiec w 1:55 tempo ok 5:27/km i było to takie trochę asekuracyjne, jednak po tych wszystkich przygodach z tygodnia postanowiłem się ustawić w grupie na 2:00 żeby chociaż skończyć, niestety to był duży błąd. Po pierwsze jak zwykle jest problem przy takich imprezach, że ludzie chyba nie wiedzą po co są te strefy. Pierwsze pół kilometra to przedzieranie się przez spacerowiczów i turystów biegowych z aparatami. Po drugie nie doceniłem jednak jak na człowiek działa adrenalina, i podniesione ciśnienie przez tych spacerowiczów. Początkowo chciałem biec tak 5:40-5:45/km ale już na drugim kilometrze zauważyłem, że na luzie mogę biec 5:30-5:35/km tym bardziej, że trasa była płaska i było trochę lekkich zbiegów gdzie śmiało na luzie można było biec 5:25. Początek był naprawdę lajtowy bo tętno mimo, że z zegarka było na poziomie 151 i w sumie tak to czułem, że taki bieg jest spoko. Oczywiście trafiały się jeszcze slalomy ale biegliśmy Wałem Miedzeszyńskim i można ich było w miarę swobodnie mijać. Po 9km wbiegaliśmy już w normlane ulice i tu już było ciężko utrzymać stałe tempo bo były wysepki i zwężenia a większość ludzi ma w dupie czy komuś wbiegnie pod nogi i kilka razy musiałem się ratować szybką zmianą linii biegu. W okolicach 13-14km utknąłem w grupie biegnącej przy zającu na 2:00 a było tak ciasno, że szkoda mi było sił na kombinowanie jak ich ominąć skacząc po krawężnikach i tu tempo mi trochę spadło. Po 14km wziąłem drugi żel i trochę mi się brzuch odezwał ale na szczęście jakoś dało radę przeżyć. Końcówkę udało się już trzymać tempo ok 5:30/km i lekko przyspieszyć na końcu. Oczywiście nabiegałem trochę więcej niż właściwy dystans i półmaraton wpadł mi przy 1:56:45 a cały bieg skończyłem z czasem 1:58:08 ze średnim tempem 5:32/km. Mimo tych wszystkich przygód udało się poprawić czas z poprzedniego roku o około półtorej minuty i trochę niedosyt jest bo mogło by być dużo lepiej. Trochę żałuję, że nie zaryzykowałem szybszego biegu ale jednak gdzieś tam z tyłu głowy siedziało to złe samopoczucie z tygodnia i obawa, że gdzieś mnie odetnie. Trasa jest naprawdę ok bo jest tylko jeden duży podbieg na Saskiej a tak to raczej płasko. Pogoda była idealna do biegania bo nie było za gorąco a wiatr też jakoś specjalnie nie przeszkadzał. Dodatkowo niby mówi się, że buty same nie biegają ale teraz biegłem w Asicach Novablast 5 i kurczę w porównaniu do Cumulusów czy Pegasusów to niebo a ziemia. Jedyne co mi przeszkadzało w czasie całego biegu to nierówności jak czułem, że mi gdzieś prawa noga lekko ucieka a tak cały bieg bez żadnych większych kryzysów jeśli chodzi o nogi. Przed roztrenowaniem została mi jeszcze tylko 3 biegi na których chce mocniej pocisnąć w tym 5km w tę niedzielę gdzie liczę na czas poniżej 23 minut ale zobaczymy jak to wyjdzie.