Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Kmiot

Senior Member
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  1. Kmiot odpowiedział(a) na Czezare temat w Ogólne
    Jeszcze nie czytałem i choć chętnie krytykuję Zaxa, bo to arogancki buc, to tutaj pewnie trudno będzie mu cokolwiek poważnego zarzucić, bo z tą recenzją to jest głębsza sprawa. Tak samo zresztą, jak z każdą inną opartą na przedpremierowej wersji gry. Recenzenci byli trochę testerami, a gracze na premierę i tydzień po grali już w nieco inny tytuł. Na dzisiaj ocena wydaje się za niska, bo twórcy błyskawicznie poprawiają niektóre bolączki, ale jestem w stanie uwierzyć, że na dwa tygodnie przed premierą było ich trochę więcej. Ta recenzja powinna być beta werdyktem, bo powstała w zasadzie na podstawie innego builda gry. A generalnie to nie ma co się ekscytować opinią Zaxa, bo on już dawno trochę odleciał że swoim ego.
  2. Niby tak, ale wyobraziłem sobie, że dostaję do przeczytania recenzję na 4-5 stron Crimson Desert albo Starfielda od Zaxa i rezygnuję z czytania PE, bo przecież nie będę za to płacił.
  3. Kmiot odpowiedział(a) na Czezare temat w Ogólne
    Zax dał 7/10 Skull and Bones, przekonany że "gra będzie wspierana latami". Niech to wybrzmi.
  4. Czy mi się wydaje, czy ta gra jest nieco zbyt przegadana?
  5. Taczką nie jeździł (chociaż patrząc na wyniki kolegów z zespołu RB można twierdzić inaczej), ale jest jeszcze coś pomiędzy taczką a dominującym bolidem. Jedyna dominująca konstrukcja w zeszłym roku to bolid Mclarena. Wystarczy spojrzeć na klasyfikację konstruktorów. To, że Max do końca walczył o indywidualny tytuł wynikało jedynie z tego, że obaj kierowcy McLarena wzajemnie odbierali sobie punkty, popełniali głupie błędy, albo robił to za nich zespół (podwójna dyskwalifikacja), a i tak lekko wygrali tytuł konstruktorów. Można powiedzieć, że Max był dominującym kierowcą, ale przypisywać mu dominujący bolid to trochę nie na miejscu.
  6. Bo miał dominujący bolid. A nie, czekaj...
  7. W zeszłym roku nie miał dominującego bolidu i nie narzekał. W tym roku pół gridu narzeka, kibice też narzekają, bo chujowo się ścigają i dziwnie się to ogląda, FIA robi nerwowe ruchy, no ale ważne, że Maxa piecze.
  8. Czyli: może i Formuła 1 obecnie jest chujowa, ale przynajmniej Verstappen nie wygrywa.
  9. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Ultros [PS5] Czego się spodziewałem? Z grubsza tradycyjnego podejścia do gatunku, czyli metroidvanii pełnej szlachtowania przeciwników, wyodrębnionych środowisk, które razem tworzą zmyślnie połączoną mapę siata, zdobywania dodatkowych umiejętności i rozwijania tych już posiadanych. No wiecie: podwójny skok, jakiś dash, ale nie zaszkodzi, jak twórcy dorzucą coś autorskiego i oryginalnego. I dobra, to wszystko jest, więc z grubsza pominę tradycyjne elementy gatunku i skupię się na tych, które Ultrosa wyróżnią z tłumu. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to oczywiście oprawa. Początkowo oczopląsu idzie dostać, bo gra atakuje zmysł agresywnymi, żarówiastymi barwami. Pod tym kątem jest brawurowo i iście “kwasowo”. Do tego ekran wypełniony jest dziesiątkami dekoracyjnych detali, szczegółami i ozdobnikami, często ruchomymi. Pierwsza godzina, albo dłużej, to przyzwyczajanie wzroku do tego przepychu kolorystycznego. Próby odnalezienia się w nim i wyrobienia w sobie nawyków, na co zwracać uwagę, a co ignorować, bo stanowi tylko tło. I jak do każdej niewygody - idzie się przyzwyczaić. Po dwóch czy trzech godzinach gry nie miałem już większych problemów i z grubsza ogarniałem wszystko, czym Ultros mnie atakował z ekranu telewizora. Ostatecznie doceniam tę oprawę, bo jest charakterystyczna, odważna i po prostu oryginalna. A oryginalność zawsze lubię. Jednocześnie uspokajam, bo twórcy zapewnili szerokie możliwości adaptacji oprawy do własnych potrzeb. W opcjach możemy złagodzić kontrast, wyłączyć wszystkie efekty, zmniejszyć nasycenie tła, by pierwszy plan wyróżniał się bardziej, no generalnie sprawić, aby Ultros wyglądał przystępniej na pierwszy rzut oka. Ostatecznie grałem praktycznie na ustawieniach domyślnych (wyłączyłem jedynie winietę, bleed i aberrację chromatyczną), więc jestem żywym dowodem, że da się. I jak wspomniałem - nawet polubiłem to, jak Ultros się prezentuje. Ale to nie koniec wyróżników Ultrosa. Bo on przerabia zasady gatunku na własnych warunkach, więc często przyjdzie nam tutaj… sadzić roślinki. To one będą naszym sposobem na osiągnięcie progresu. Odpowiednie nasiona znajdziemy poukrywane w świecie, a ich gatunków będzie kilkanaście. Małe drzewko stanowi świetną dodatkową platformę, by wskoczyć wyżej. Zasadzone na suficie pnącza wypuszczają z siebie liany, na których będziemy mogli się bujać. Specyficzny trawiasty dywan pozwoli nam rozwinąć ogromną prędkość i wykonać dalszy skok. I tak dalej, i tym podobne. Oczywiście nie będziemy mogli sadzić roślin w dowolnych miejscach (potrzebny jest odpowiedni grunt), jak również ograniczać nas będzie ilość posiadanych nasion. Przynajmniej do czasu. Gra podzielona jest na swoiste cykle, rodem z gatunku roguelików. Po “resecie” na mapę wracają ubici wrogowie (bossowie również), zeruje nam się drzewko rozwoju (ale można temu zapobiec i odblokować wybrane umiejętności na stałe), ale co najważniejsze - ponownie pojawiają się nasiona, a posadzone już rośliny pozostają w gruncie, a nawet rosną i rozprzestrzeniają się z każdym cyklem. Dodatkowo pojawiają się nowe miejsca, w których możemy zakopać nasiona. Skutkuje to tym, że po każdym resecie świata mamy więcej możliwości i przemieszczać się po nim jest nieco łatwiej, wygodniej, szybciej. Twórcy wcale nie sugerują jakie rośliny powinniśmy posadzić w konkretnych miejscach. Pozostawiają to naszej kreatywności, bo w większości sytuacji nie ma jednego dedykowanego rozwiązania i przedostać się dalej możemy na kilka sposobów. Niektóre nasiona mają ukryte właściwości, które możemy (ale nie musimy) odkryć, a wrogowie mogą być na swój sposób przydatni. Wraz z rozwojem fabuły dostaniemy też coraz szerszy wachlarz narzędzi, by roślinnością manipulować. Koniec końców cały ten mechanizm “ogrodniczy” w Ultrosie wypada całkiem imponująco, a świat każdego gracza będzie wyglądał nieco inaczej. Ultros oferuje dwa zakończenia. Naturalną koleją rzeczy pierwszym będzie ending określony “brutalnym”, ale zaraz po nim wracamy na mapę świata i możemy podjąć się ambitnej próby uzyskania zakończenia “pokojowego”, które wymusi na nas jeszcze więcej kreatywności w wypełnianiu świata florą, ale wynagrodzi również sporą dawką satysfakcji. Sposób rozgrywki diametralnie się wtedy zmienia i zaczynamy patrzeć na otoczenie w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. Nawet na bossów. Jestem miło zaskoczony Ultrosem, bo twórcy podeszli do metroidvanii dużo ambitniej, mieli własne pomysły i przez to gra potrafi się wyróżniać na tle innych reprezentantów gatunku nie tylko oprawą. Co prawda wyobrażam sobie, że niektórych graczy może ona zmęczyć, bo na pewnym etapie wymaga kombinowania z roślinami i kreatywnej pracy, zamiast radosnego hasania po lokacjach i zabijania przeciwników czy uczenia się schematów ataku bossów, ale ja doceniam, że dostałem coś całkowicie innego.
  10. Ten numer CDA rzeczywiście mocno konsolowy w sumie. 3DS, Zelda, PES6, do tego sporo recenzji opartych na konsolowych wersjach (w tym RE9, NioH 3). Z drugiej strony recenzja takiego Metroid Prime: Beyond mocno spóźniona, bo gra wyszła na początku grudnia. Taki cykl wydawniczy, ale równie dobrze mogli tej recenzji już w ogóle nie robić. Generalnie można poczytać na sraniu. Z CDA mam taki problem, że tam jest bardzo duża rotacja autorów i mam wrażenie, że w każdym numerze pojawia się co najmniej kilku randomów, których kompletnie nie kojarzę, więc trudno mi uporządkować naszą zbieżność gustów. Równie dobrze mogę przeczytać losową opinię z internetu. No i fajny kącik z niezależnymi grami, ale wkurwia mnie, że 90% tamtejszych gier to tytuły tylko z PC i połowa to rogaliki i deckbuildery. Okropnie wąski gatunkowo ten kącik, trzeba go otworzyć na innych autorów.
  11. edit. można usunąć, skoro Kacper już wrzucił.
  12. Zabawne, bo właśnie przyszedłem przekleić tutaj swój tekst, przeczytałem posta od Kotleta schabowego i aż prychnąłem jak bardzo jego odczucia na temat wywiadu z Lipińskim pokrywają się z moimi. Wiem, że Łukaszowi zdarza się tutaj zajrzeć i pewnie mięknę na starość, bo nie chcę, żeby było mu przykro, ale chyba sam musi przyznać, że ta rozmowa nosiła znamiona lekkiej desperacji. Tymczasem kolejny numer za nami, kolejne przed nami, więc bez większych ceregieli zapraszam do scrollowania (wszystkich) i czytania (tylko zainteresowanych). Okładka. Ładna, ze smakiem. Ale zdążyliśmy się już z grubsza przyzwyczaić, że ktoś tam z wyczuciem trzyma rękę na pulsie, podejrzewam Pereza, bo to za jego kadencji ten element magazynu znacząco zyskał. Te jebitne reklamy Crimson Desert i Screamera imponujące. Tym bardziej, że najwyraźniej istnieją jeszcze firmy, które są wykupić dwie strony w tak “przestarzałym” medium, jakim jest prasa i trochę ją tym samym wspomóc. Jako czytelnik doceniam i jednocześnie wprawia mnie to w dziwne uczucie, bo kilkadziesiąt lat temu nie podejrzewałem, że w 2026 roku będą mnie cieszyć reklamy w ulubionym czasopiśmie. A przy okazji tego Screamera od jakiegoś czasu bacznie obserwuję i jak opinie będą wystarczająco zachęcające, to pewnie osobiście go sprawdzę. Crimson Desert wziąłem na premierę, grałem już kilka godzin i póki co sam nie wiem. Trochę elementów mnie przyciąga, inne przytłaczają, gram, ale nie mam pewności ile to jeszcze potrwa. Natomiast konsekwencją pięciu stron reklam pod rząd jest to, że lekturę numeru zaczynamy w zasadzie dopiero na dziesiątej stronie, hehe. Co nowego. Aloy liderką PlayStation. Mam wrażenie, że Hermen Hulst uparł się, aby wszędzie pchać Horizona. LEGO Horizon, Horizon Hunters Gathering, Horizon Steel Frontiers - wszystko co związane dostaje zielone światło. Bardzo jest lojalny dla studia i marki, którą sam wykreował, co? 50 mln “osób zagrało w gry” serii Dying Light. Ciekawe dlaczego tak dziwnie to sformułowane, jak to liczą i dlaczego nie podają sprzedanych egzemplarzy. Poza tym jedynie przewracam oczami na wieść, że “Techland szykuje nowe atrakcje dla produkcji”. Niech oni już tę markę zostawią, bo temat się wyczerpał. Ile można mielić to samo? Do końca istnienia studia zamierzają na okrętkę robić kolejne Dying Lighty? Kreatywność tam w Techlandzie to też już żywy trup? Oprócz tego minął nam kolejny miesiąc, w którym Zabłocki utyskuje nad faktem, że Microsoft “zniszczył tożsamość Xboxa”. Tak, wiemy Maćku. Ohayo Nippon. Top 10 sprawiło, że z rozrzewnieniem przypomniałem sobie tamten okres pandemii i nadzwyczajne zjawisko w postaci Animal Crossing. Nie wiem czy twórcy mogli sobie wyobrazić lepszy moment na premierę gry. Aż chciałoby się przeczytać jakiś obszerny tekst analizujący ten fenomen. Tymczasem świeżej Pokopii całkiem nieźle idzie odtwarzanie sukcesu AC: New Horizons. Okropnie wciąga. Dobre, bo polskie. Całkiem ciekawie w tym miesiącu, choć Michał bardzo się starał zniweczyć cały wysiłek za pomocą ostatniego akapitu. Ale generalnie tyle “wyliczanki” jestem jeszcze w stanie przełknąć, bo może kogoś to rzeczywiście interesuje, a ja jestem wyrozumiałym człowiekiem. Silent Hill: Townfall. Silent Hill nowym Call of Duty branży - co roku nowa odsłona. Ale póki nie dostanę konkretnej daty, to się nie nastawiam, bo może być poślizg, choć fajnie, że twórcy wreszcie cokolwiek konkretnego pokazali. Kryzys RAMowy. Cóż, mogliśmy się spodziewać, że temat trzeba będzie pokryć i coś napisać, poanalizować. Na swój sposób traktuję to jako pewną miłą odmianę, bo zwykle cyklicznie czytaliśmy o tym “co już wiemy o nowej generacji konsol”, a teraz czytamy dlaczego jeszcze niewiele wiemy i dlaczego być może będziemy musieli na nią poczekać dłużej. Generalnie niespecjalnie mi się chciało w ten wątek zagłębiać, nie spieszy mi się do nowej generacji, obecną już mam, więc pozostaje mi tylko grać i się tym cieszyć. I ta grafika konsol z czerwonym filtrem na pół strony okropna. Druk 3D. Warto było przeczytać, aby być nieco bardziej na bieżąco w temacie. Osobiście już jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że nie chcę się angażować w zabawę drukiem 3D, bo wiem jak to się skończy. Zacząłbym drukować dziesiątki pierdółek i szpargałów, które potem wrzuciłbym do szuflady i o nich zapomniał. Kolejna kosztowna (choć nie aż tak, jak kilka lat temu) i czasochłonna pasja nie jest mi chyba potrzebna, choć tak jak wspomniałem - dobrze wiedzieć, że technologia obecnie jest już wręcz idiotoodporna i względnie tania. W mojej ocenie laika tekst Konsolite brzmi rzeczowo i konkretnie, choć żart z Rogerem wykorzystany dwa razy za dużo. Dodatkowy plusik za duże, rzeczywiste zdjęcia. Przy okazji pochwalę się, że taką skrzynię bokoblinów udało mi się kiedyś wygrać na podcaście Pograduszki, więc one naprawdę istnieją. Miał być jeszcze Boo, ale TERAZ JUŻ NIE CHCĘ. Hyde park i Headshot. Perez. Szczęśliwej rocznicy! Tobie i nam. Adamus. Widzę, że w tym miesiącu Twoja kolej na hajpowanie albumu poświęconego RE. W ogóle nie wiem, czy bym Cię poznał na tym zdjęciu. Zax. Trzeba się domyślać o jaki serial chodzi. Nie żeby mi na tym zależało, bo opinii autora i tak nie cenię. Mazzi. Ooo, tutaj dostajemy interesujący wgląd w kulisy działania czasopisma. Ciekawe po kim ten Komodo taki niekoleżeński i pazerny na recenzje. Konsolite. Ciekawe o jaką imprezę może chodzić, ale Darek jak zwykle enigmatyczny, coś tam, coś tam, danger zone. Koso. Cóż, autor pomylił się tylko z tym, że Highguard działa. Bo właściwie już nie. Recenzje. Resident Evil: Requiem. Oof, sam nie wiem. Męczyłem się trochę z tą grą. Przechodziłem ją dwa tygodnie. Jak już odpaliłem, to grałem, ale problem w tym, że nie ciągnęło mnie do odpalania. To bardzo dobra gra, ale z racji swojej natury bardzo nierówna. Z szarpanym tempem, z niewielką ilością satysfakcjonująco rozbudowanych lokacji (końcówka to korytarze), z mało wyrazistym zakończeniem (“bad ending” dużo lepszy pod kątem emocjonalności, ale trudno oczekiwać, by okazało się kanoniczny). Do tego nieco uciążliwe skrypty (The Girl) i końcówka jakaś przyspieszona, może pocięta (znajdujemy poszerzenie ekwipunku, a za dwa pomieszczenia gra się kończy, więc nie wiem po co mi to było). Mimo wszystko długimi fragmentami gra się w to bardzo przyjemnie i zajmująco, choć zgadzam się z recenzentami, że RE9 na więcej niż 8/10 nie zasługuje. Potencjalny ukłon w stronę trylogii z PS1 mógł być znacznie głębszy. My Hero Academia. God of War: Sons of Sparta. Ta recenzja doskonale ilustruje mój problem z opiniami Majka. W całej treści ze świecą szukać zalet tytułu, na koniec określany jest on “średniakiem” i “ujmą na honorze Santa Monica Studio”, a i tak zgarnia 7/10. Dlatego też nie wierzę w oceny Majka. To recenzent, na którym trudno polegać, bo wydaje się mieć mocno zawężony wachlarz ocen i treść mówi jedno, a nota co innego. Kompletnie nic tam nie brzmi jak 7/10. Planet of Lana 2. Sprawdziłem demo. Z dystansem już podchodzę do tego typu gier, bo zdarza się, że mnie nużą, ale jednocześnie przyznaję, że czasami nachodzi mnie ochota. Rzadko, jednak nie wykluczam, bo demo przeszedłem z przyjemnością. Polecam sprawdzić w ramach uzupełnienia do recenzji Kacpra. Arknights: Endfield. I znów: darmowa gierka z recenzją na stronę? Za dużo, skoro po prostu można to samodzielnie sprawdzić. Nie żałuję Aysnelowi miejsca, ale wolałbym poczytać o grze, której nie mam okazji osobiście wygodnie i bezpłatnie sprawdzić (bo tego żadna recenzja nie zastąpi). Carmageddon: Rogue Shift. No tak, też mi się przede wszystkim rzuciła w oczy Hanna Mostowiak w Klanie. Mamy tutaj laika, a korekta śpi. Wstyd i amatorszczyzna. Albo prowokacja. Mario Tennis Fever. Piechota recenzujący sportówkę? Jak do tego doszło? Znowu przez Komodo? Yakuza 3 Kiwami. Przyjemna lektura z tej recenzji. Gierka mnie średnio grzeje, bo “nowe” Yakuzy dostajemy średnio co pół roku, więc nawet nie sposób się jakkolwiek ekscytować, albo być na bieżąco. Ale Mazzi napisał recenzję na tyle miłą i emocjonalną w treści, że czytanie jej było czynnością lekko rozkoszną. Zresztą do samego autora jeszcze a chwilę wrócę. High on Life 2. Cała strona na gierkę, której recenzentowi nawet nie chciało się ukończyć. Z jednej strony doceniam szczerość i otwarte postawienie sprawy, z drugiej wiem, że HIV profesjonalizmem nie grzeszy i nawet nie jestem zaskoczony. Mam przeczucie, że on większości recenzowanych gier nie kończy, ale też nigdy o tym nie wspomina. Aby jednak być sprawiedliwym to przyznam, że o tego rodzaju praktyki podejrzewam wielu recenzentów (i nie tylko związanych z PE). The 9th Charnel. Nie mogło zabraknąć horroru psychologicznego z perspektywy FPP. Widzę, że w tym miesiącu wyjątkowa to gratka. Star Trek: Voyager. Druga recenzja Mazziego i druga świetna lektura. Bliźniacza sytuacja do Yakuzy - nie jestem fanem Star Treka, obojętny mi jest, ale tekst przeczytałem z przyjemnością. Mazzi jakiś czas temu miał chyba jakiś gorszy okres (pamiętna wszędobylska “głębia”) i potrafił mnie swoim pisaniem nieco usypiać, ale mam wrażenie, że ostatnio odżył (może to zasługa zmiany otoczenia?) i pnie się w rankingu moich ulubionych recenzentów. Retrorecenzja. Błędna oceniaczka, bo Red Dead Revolver to nie gra z PSX-a. Poza tym ciekawy wybór, bo i gra bez wątpienia ma interesującą historię cyklu powstawania. Jednak recenzja absolutnie nie sprawiła, że nabrałem chęci na osobiste sprawdzenie tego tytułu. Już wolałbym ponownie sięgnąć po Guna (od Neversoftu). Publicystyka. Leon Kennedy: od kadeta do legendy. Dopiero co czytaliśmy o Raccoon City, teraz czytamy o Leonie, zawsze popieram takie wstrzeliwanie się tematem w premiery gry, ale tutaj mam już lekkie wrażenie przesytu. Bo o RE napisano już tyle i na każdy sposób, że w publicystyce zaczynamy trochę skrobać łyżką po dnie garnka. Rozdrabniać się. Jeśli wiecie co mam na myśli. Mam nadzieję, że teraz będzie chwila spokoju od Residenta przynajmniej na kilka miesięcy, bo każdemu się przyda. Co? Jaki album?! Ojej… W ogóle nieco zabawna sytuacja z tym Leonem, bo już po sieci krążą kompilacje grających kobiet, które nie mogą od niego oderwać oczu i się ekscytują jak on jęczy przy kręceniu korbą. I w porządku, jest fajnym bohaterem z uroczymi tekstami, sam bym go z łóżka nie wygonił, tylko gdzie się podziali ci wszyscy growi aktywiści, którzy twierdzą, że atrakcyjne bohaterki to pożywka dla spermiarzy i tak naprawdę wszyscy chcą się wcielać w brzydkie bohatrki? Ładne kobiety nie są dla graczy, bo powielają krzywdzący stereotyp, ale przystojni mężczyźni już nikomu nie przeszkadzają? Fallout. Przede wszystkim klasycznie: kim jest Kozłowski? Chłop wchodzi na imprezę, gdzie wszyscy się znają od lat, ani “cześć”, ani “jak się macie” i zaczyna coś opowiadać. Nikt go nie przedstawił, może to ktoś z policji? Kto go w ogóle wpuścił? A tak poza tym to dziwna sprawa, bo osobiście kompletnie nie czuję przyciągania do marki Fallout. Lubię postapokalipsę i wierzę, że to dobry cykl gier, ale kurde, nie chce mi się nawet go zaczynać. Dlatego też tekst Kozłowskiego kompletnie nie trafia w mój czuły punkt. W żaden punkt nie trafia. Nic nie czuję. Cyfrowi szulerzy. Jest jakaś nostalgia związana ze zjawiskiem cheatów, bo dla mnie ściśle się one łączą ze złotym wiekiem czasopism. Nawet nie jestem w stanie ocenić ile gier udało mi się przejść tylko dzięki cheatom, bo za dzieciaka pokusa była zbyt silna, a gry nie zawsze łatwe. I dlatego też cheaty w takiej formie (dla wtajemniczonych) przestały mieć rację bytu, bo gry już od dekad dostają poziomy trudności “easy”, więc po co komukolwiek jeszcze kody? Potem doszły opcje dostępowe, poziomy trudności “tylko historia” i cheaty uruchamiane poprzez naciśnięcie ON/OFF w ustawieniach. Tekst Kochańca to trochę taka sentymentalna i rozczulająca przechadzka po muzeum, ale za tymi eksponatami w gablotach to akurat niespecjalnie tęsknię. Trochę na tej samej zasadzie, co nie tęsknię za joypadami na kablu, albo brakiem miejsca na karcie pamięci. Propaganda w grach wideo. Mam wrażenie, że gdzieś już podobny temat czytałem, ale możliwe, że mam zwidy. Bo o propagandzie czyta się i widzi ją w zasadzie wszędzie. W każdym razie Buczyński w swoim żywiole i fajnie, pewnie ma fanów. Ja fanem jego doboru tematów nie jestem, ale nieustannie doceniam sprawność literacką i przystępny styl autora w procesie podawania faktów czy ciekawostek. Problem z tym tekstem mam akurat taki, że omawiane tutaj gry kompletnie nie zachęcają mnie do zapoznania się z nimi. Tło mogą mieć interesujące, ale pod kątem rozgrywki to najwyżej przeciętniaki, a umówmy się - na takie raczej szkoda czasu i fatygi. Gdyby nie propaganda, którą uskuteczniają, tydzień po premierze nikt by o nich nie pamiętał. Sztuka w grach. Trochę się na początku wzdrygnąłem, gdy w tytule zobaczyłem “sztukę”, bo od razu skojarzenie było jedno: CZY GRY TO SZTUKA? Czyli temat tak zgrany i pełny kompleksów, że nie chcę już o tym czytać. Ale potem weryfikacja autora i już się uspokoiłem, bo Adamus nigdy by mi tego nie zrobił. Moje wnioski? Jestem zadowolony, że twórcy przesadnie się tym nie zajmują i trzymają się prostoty mechanik. Gdybym chciał malować obraz, albo pisać wiersze, to bym to robił (a przynajmniej próbował). Gry są do grania, a siedzenie w jakimkolwiek kreatorze/edytorze to nie jest dla mnie szczególnie zajmujące u angażujące zajęcie. Ja nawet kreatorów postaci nie lubię. Może po prostu nie jestem kreatywną duszą i takie rzeczy wolę przeklikiwać. Ze strony twórców oczekuję kompromisów. Utrzymać prostotę i funkcjonalność dla takich jak ja, a jednocześnie pozwolić zaangażowanym osiągnąć coś więcej, niż “minimum na zaliczenie”. No i moje ulubione zdanie: Winny, nie przestaje mnie to bawić. Ostatnio w Crypt Custodian: Vanillaware. Wspaniale niekonwencjonalne studio. Trochę się obawiałem przed lekturą, że Kubica znów namówi mnie do nadrabiania jakichś zaległości, ale na szczęście okazało się, że większość tych gier już zaliczyłem. Nie czułem więc wstydu podczas lektury, że “taka perełka, a ja w nią nie grałem”. Grałem, polecam, na swój sposób wspaniałe to gry. Rozmowa z Tomkiem Lipińskim. Ajajaj. Dziatkiewicz ciągnie rozmówcę za język i wypytuje namiętnie, ale wychodzi na to, że jedyne co Lipiński miał wspólnego z flipperami, to to że czasem zagrał i widział jakieś w klubie Remont. No i nazwa zespołu nawiązuje do flipperowego tilta, ale poza tym to Lipiński nawet się tym tematem nie interesował (w wolnych chwilach wolał słuchać muzyki, niż grać). Kwintesencja tej rozmowy to pytanie o korzystanie z komputera przy tworzeniu muzyki. No i taka to właśnie rozmowa - mijająca się w wielu istotnych kwestiach. Taka wyrwana z zupełnie innego czasopisma, bo najwyraźniej nawet ja miałem więcej styczności z flipperami, niż Lipiński. Tilt to trochę takie ZX Spectrum zespołów muzycznych, a PE nie ma raczej wielu czytelników zainteresowanych tamtą epoką. Albo ją pamiętających. He-Man. Miałem taką figurkę, jak na ostatniej stronie. Prosto z Niemiec. Nosiłem ją do “zerówki”, generalnie byłem fanem He-Mana. Ostasz pogilgotał moje wewnętrzne dziecko, całość przeczytałem z naiwnym zachwytem i nawet pewna “krytyka” (ponoć serial się źle zestarzał) nie zepsuła mi nastroju. A pierwsze dwie strony artykułu to najładniejsze fragmenty całego numeru. Nostalgiczne jak guma balonowa. Doskonała robota, Michał. Quake II. Nie po drodze mi było z Quake’ami. W dwójkę na PS1 pamiętam, że grałem, ale nie jakoś namiętnie czy długo. Pierwszego Quake’a nadrobiłem dopiero w zeszłym roku, od razu z wszelkimi dodatkami (te współczesne od MachineGames niezwykle imponujące na tle bazowej gry). Przyznaję, że to wciąż rewelacyjna gra i nawet bez nostalgicznych okularów nie czuć, żeby się jakkolwiek źle zestarzała. Drugiego Quake’a mam więc w planach, póki co w najwygodniejszym wydaniu Enhanced Edition. Ale Graba nieco zaintrygował tym portem (“repliką”) na PS1, więc kto wie jak sytuacja się rozwinie. Samemu autorowi i tekstowi nie mam w zasadzie nic do zarzucenia, chciałbym jedynie zwrócić uwagę na mało obszerne podpisy do screenów, a co za tym idzie duzo skromniejsze oderwane od całości wątki, które ostatnio tam się zadomowiły. Wyszedł więc całkiem spójny, jednolity artykuł, bez rozpraszaczy. To też jakaś zaleta, bo Graba najwyraźniej wyjątkowo zdyscyplinowany w tym miesiącu. Dekompilacja gier. Majk i jego szemrane zainteresowania. Zachęcający do odpalania gier od społeczności “podziemnej” na “odpowiednio zmodyfikowanych konsolach”. Nie zamierzam udawać świętszego, niż jestem, bo różne rzeczy się odpalało, ale artykuły na takie tematy nieszczególnie mnie rozgrzewają. Extreme Plus. O błędach, które stały się kanonem w grach. To całkiem ciekawy dobór zagadnienia, a i lektury nie nazwę w jakikolwiek sposób bolesną, bo zapewne jestem już nieco znieczulony na literackie zapędy Zabłockiego. Zauważyłem jedynie, że ostatnie akapity stoją w sprzeczności z przekazem całego tekstu. Bo z treści artykułu wynika, że wszystkie te błędy były inspiracją, by na nich oprzeć całą rozgrywkę, więc w jaki sposób autor wyobraża sobie ich usunięcie w ramach premierowej łatki? Dlaczego ktokolwiek miałby “naprawiać” Space Invaders, skoro przyspieszanie wrogów jest kluczowe dla całej gry? Dlaczego ktokolwiek miałby odbierać możliwość jugglowania przeciwnikami w Devil May Cry, skoro sami autorzy zdecydowali, że to podnosi wrażenia z rozgrywki? Dlaczego gracze mieliby tego chcieć? No i z tym “wypolerowanym” kodem od AI, to odleciał. "Perfekcyjne symulacje", haha. Kąciki i felietony. Region filmowy. Trochę mimo wszystko rozczarowujące, że “Powrót do Silent Hill” dostał tak niewiele miejsca. Bo mimo tego, że film okazał się przeciętny/słaby, to i tak poczytałbym coś więcej, w końcu jesteśmy w czasopiśmie o grach i czytelników z pewnością to interesuje. Region dostał w tym miesiącu dwie strony, ale kompletnie nie widzę uzasadnienia. Comix Zone. Marvel, DC, DC, Marvel. Finezja 1/10. BAKA. Mógłbym przepisać ten tytuł anime, ale nie chcę aż tak bezczelnie nabijać znaków. No i w tym miesiącu nie ma minipolecajek. Czyli to był jednorazowy wybryk? Czy po prostu nie ma czego polecać? Zax. Nie mam siły na tego gościa. Gier Don’t Nod akurat nikt się specjalnie nie czepia, bo to dobre, czasem nawet bardzo dobre tytuły. Poza tym: “regularnie oglądam filmiki, w których autorzy próbują arbitralnie narzucać, co lubi i czym gardzi prawdziwy gracz”? To może przestań oglądać? Mnie jak coś irytuje, to tego unikam. Tylko od tych felietonów nie mogę się uwolnić, bo lubię czytać PE od deski do deski. Mielu. Mało jest książek w PE. A patrząc na pewną stagnację kącika komiksowego… Pytanie czy ktoś tam w ogóle regularnie czyta książki? Marcellus. Kapitalizm, uberkonsumpcjonizm, a tak poza tym to nie wiem o czym ten chłop w ogóle pisze i w sumie nawet nie chcę wiedzieć, bo szkoda czasu. Adamus. Problem w tym, że często o muzyce w grach się nie wspomina, bo ona po prostu “jest”. To mimo wszystko nieco drugorzędna sprawa, nawet jeśli potrafi zmienić odbiór. Gra bez grafiki nie istnieje, grę bez muzyki potrafię sobie wyobrazić. Więc nie wszyscy twórcy przywiązują więc niej należytą uwagę, podobnie jak recenzenci. A przecież każdy uwielbia dobrą muzykę w grach. To potężny nośnik nostalgii i niektóre tytuły trudno mi sobie wyobrazić bez dedykowanej muzyki (och, kochane Tenchu). Możesz próbować baczniej się jej przyglądać, ale coś czuję, że przy 80% przypadków wniosek będzie taki, że “muzyka po prostu jest”. Mazzi. No, przynajmniej tutaj mój niedosyt związany z Regionem Filmowym został nieco zaspokojony, bo Mazzi się rozpisał na temat "Powrotu do Silent Hill", więc przeczytałem z zainteresowaniem. Roger. Sobotnie giełdowe wyprawy to były wyjątkowe chwile i cóż - nie zrozumie tego nikt, kto ich nie uskuteczniał. Moja giełda rozmiarami nie dorównywała tym największym, ale miała tę zaletę, że odbywała się 15 minut spacerkiem od domu. Niekiedy bywałem na niej jednego dnia kilkakrotnie, wymieniając grę, którą kupiłem godzinę wcześniej, hehe. Generalnie to nie miejsce na takie opowieści z mojej strony, ale chciałem tylko podkreślić, że znów odnajduję u Rogera kolejne punkty styczne i podobne doświadczenia w życiu gracza. Głos Ludu. Tradycyjnie wołam @Yap , skoro jego recenzja (albo jej fragment) trafiła do druku w czasopiśmie. Chyba wystarczy. Standardowo odpuściłem sobie kilka wątków, które nieustannie mnie w PE drażnią, ale pisałem o nich już tyle razy, że chyba nie ma sensu co miesiąc się powtarzać. Tym bardziej, że raczej nie zostaną one rozwiązane po mojej myśli, więc co się będę ciskał i marnował czas. Poza tym numer oceniam nieco niżej, niż poprzedni, głównie z powodu mniej porywającej (mnie osobiście) publicystyki, choć bez wątpienia wciąż jest tam kilka perełek. Dzięki za numer i buziaki.
  13. Kmiot odpowiedział(a) na ogqozo temat w Pokémon
    Ten Pokemon z eventu potem siedzi w Pokecenter, czy jak to się tam zwie i sprzedaje jakieś graty. Ale pewnie już to wiesz. Pogrywam sobie od piątku codziennie wieczorem i jest dobrze. Gra szybko wchodzi na wysoki bieg i dostarcza nowych rzeczy w takim tempie, że trudno uniknąć pewnego chaosu. Próbujesz zadbać o komfort jednego Pokemona, to w trakcie już jakiś nowy buszuje w trawie i domaga się uwagi. Temu za jasno, więc trzeba przenieść jego siedzibę w jakiś ciemny kąt. Tamtemu za mokro, więc trzeba go zabrać z pobliża wody. Inny chce łóżeczko, kolejny jakąś drewnianą zabawkę. Co chwilę któryś zagaduje i wręcza mi jakiś prezent. Odblokowałem dwie bramy do pobliskich lokacji, ale jeszcze tam nie byłem, może dzisiaj się tam udam, bo w zasadzie requesty mi się skończyły, więc trzeba pchnąć nieco "fabułę". Gra może być nieco przytłaczająca, tyle rzeczy się może dziać jednocześnie, że nie wiadomo w co galaretowate ręce Ditto włożyć. Ale ma ten magnes, bo potrafi zaangażować na długie godziny i po prostu przyjemnie się biega po okolicy, odkrywając nowe elementy. Jak najbardziej na ten Animal Crossingowy vibe, nawet muzyczka podobnie brzdęka, więc fani powinni być zadowoleni. Ja jestem. A przecież mam raptem koło 30 Pokemonów pod opieką, nadal siedzę w pierwszej lokacji i już nie ma czasu na oddech. Pokopię kupiłem trochę w ciemno, nawet nie wiedziałem czy będzie tutaj cykl pór roku, ale aż się o to prosiło (śnieżne pokemony do znalezienia tylko zimą). Teraz znów jak przy okazji AC siedzę sobie wieczorami, chilluję i "coś tam podłubię" dla rozluźnienia.
  14. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Sekiro: Shadows Die Twice [PS4] Z cyklu: wstydliwa zaległość. Ale zawsze jakoś mi się nie komponowało i stale przekładałem Sekiro na "kiedyś tam". Oczywiście dużo się też naczytałem o tym jaka to trudna gra, jak to jakieś sowy, małpy i motyle nas biją, w ogóle bez czegoś na uspokojenie to lepiej nie podchodzić. No, ale w końcu trzeba było. A pora tak samo dobra, jak każda inna. Czułem pewną ekscytację. Nakręcałem się na kolejne starcia z bossami, choć miałem też pewne obawy. A co jeśli nie podołam? Co jeśli okażę się bezsilny, niezdolny do przełamania pewnych nawyków wyniesionych z innych gier, zabraknie mi instynktu, zręczności, cierpliwości? No, ale brnąłem. Początkowo rzeczywiście bywało niezręcznie. Pierwsze godziny Sekiro były dla mnie walką, by nie traktować tej gry jak soulslike’a, bo przecież nim nie jest. Ale to chyba właśnie nawyki brały górę. Stopniowo więc się przestawiałem, najpierw wykorzystując mobilność postaci (dużo biegania wokół wroga, hehe), aż po dwóch bossach poczułem się na tyle pewnie, że taktyka wymiany ciosów zaczęła przynosić satysfakcjonujące rezultaty. No ale co ja oprócz tego mogę dodać na temat Sekiro, co już przez te lata nie było napisane? To wspaniała gra. Wyjątkowa dla FromSoftware i od kilku tygodni wyjątkowa dla mnie. Niezwykle wynagradzająca, doskonale wyważona. Nie napiszę, że moje obawy związane z trudnością Sekiro były bezpodstawne, bo gra bez wątpienia do łatwych nie należy. Ale nie była też tak wymagająca, jak sobie wyobrażałem. Nawet biorąc poprawkę na to, że obecnie na PS5 hula ona w 60 fps-ach, co z całą pewnością nie jest bez znaczenia. Kiedy człowiek wejdzie już w pewien tryb i rytm rozgrywki, to natychmiast odkrywa, jak bardzo to wszystko jest instynktowne i… przyjemne. Lubię myśleć, że choć nie jestem graczem obdarzonym wyjątkową zręcznością czy refleksem, to jednak mam w sobie ponadprzeciętne pokłady cierpliwości oraz wytrwałości. Wiele elementów w grach potrafi mnie frustrować, ale od kilku lat nie są to już starcia z bossami w soulslike’ach. Sekiro tylko mnie w tym utwierdziło. Nie kojarzę ani jednego momentu irytacji wynikającej z powtarzania jakiegoś fragmentu albo pojedynku. A trochę tych ponownych prób jednak było. Mimo wszystko żadnej złości, żadnego zwątpienia, jedynie metodyczne, skrupulatne kolejne podejścia i czasami powolny, ale stabilny progres. To chyba wynika z całej tej przyjemności, którą Sekiro daje w momencie, gdy elementy rozgrywki się odpowiednio zazębiają, a nasze palce działają instynktownie. Gdy nawet nie zerkamy na ubywający pasek zdrowia bossa (albo rosnący pasek postawy), a zamiast tego skupiamy się na rytmie ataków, zbić, kontr, uników. Gdy nacieramy, bo wróg się cofa. Gdy wchodzi mikiri, albo wskakujemy głąbowi na głowę. Wreszcie kiedy wsłuchujemy się w symfonię szczęku kling i odpowiednio reagujemy na jej subtelności. Oczywiście droga do tej przyjemności bywa kręta i bezwzględna, wymaga nauki, pewnej wytrwałości oraz zimnej krwi, ale potem pozostaje już tylko czerpać z gry satysfakcję. Ta gra obudziła we mnie tęsknotę za Tenchu, ale jednocześnie mocno ją zaspokoiła. Bo Sekiro można określać “duchowym spadkobiercą” cyklu z Rikimaru i Ayame. Tym bardziej, że elementy stealth potraktowano tutaj z odpowiednią uwagą, a ich wykorzystanie potrafi być kluczowe dla progresu. Przy odrobinie cierpliwości wiele trudnych fragmentów gry możemy przebrnąć niezauważeni, a nawet jeśli ostatecznie i tak będziemy zmuszeni stanąć z wrogiem do uczciwej walki, to nie zaszkodzi spróbować go wcześniej nieco osłabić z zaskoczenia. Ktoś powie, że to niehonorowe, ja powiem, że to element zabawy. Oprócz tego Sekiro jest niezwykle nastrojowe. Świat jest niewielki, skondensowany, ale ujmująco piękny. Ośnieżone dachy pagód, jesienne lasy, niepokojące wioski, oblężone twierdze, zjawiskowe świątynie. Do tego dodam rewelacyjny zestaw przeciwników i bossów (w rozsądnej ilości, więc nie przytłaczają). Nie brakuje sensownej eksploracji, która skutkuje przełomowymi nagrodami i z ogromnym zaangażowaniem badałem każdy zakamarek świata. Doceniam nawet decyzję o z góry ustalonym bohaterze, bo nie przepadam za kreatorami postaci, w których zwyczajnie nie chce mi się siedzieć. No i wiem, że wszyscy już grali, ale polecam japoński dubbing, bo to konieczny element nastroju. Grę ukończyłem po 40 godzinach, a potem zrobiłem to jeszcze dwukrotnie i w sumie z ogromną przyjemnością wbiłem platynę (95h). Niestety Sekiro ma pewien problem z regrywalnością, bo tryby New Game + niespecjalnie potrafią zmotywować oraz wynagradzać eksplorację. Opcjonalnych wrogów i bossów nie warto tłuc, bo praktycznie nic za to nie dostaniemy, poza osobistą satysfakcją. Niektórym to wystarczy, ale ja czułem lekki niedosyt, podobnie jak po dotarciu do trudno dostępnych skrzyń, w których na NG+ leży zwykle jakieś gówno. No i jak to u FromSoftware problematyczne potrafią być questy, szczególnie te związane ze spełnieniem warunków do dwóch zakończeń, bo napisać o nich, że są enigmatyczne, to jak nic nie napisać. Z drugiej strony to ukryte endingi, więc może nawet nie powinny być klarowne? Generalnie wspaniała to gra, za którą teraz trochę tęsknię i chciałbym jeszcze do niej wrócić, choć po trzech przejściach nie widzę w tym większego sensu, przynajmniej na jakiś czas. Jednocześnie cieszę się, że zagrałem i ogarnia mnie smutek, że tę przygodę mam już za sobą.
  15. Zaraz się okaże, że Perez to w sumie Romka nie potrzebuje, bo może sam zająć się oprawą graficzną.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.