Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Kmiot

Senior Member
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Kmiot

  1. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Klasycznie, pora na szybkie podsumowanie miesiąca. W maju było trochę impulsywnych zakupów na zasadzie "a wezmę, sprawdzi się w wolnej chwili" (która może nigdy nie nadejść), czyli Lil Gator, Toxic Commando i Ninja Gaiden 4 - gatunkowy rozstrzał od "połam sobie palce" do "zrelaksuj się przez wieczór albo dwa". Garść klasyków do nadrobienia, czyli Onimusha i Heretic + Hexen. Samurajskiej serii Capcomu nie miałem jeszcze okazji zakosztować, bo uparcie się mijaliśmy. Shooterki bo nigdy nie wiem kiedy mnie dopadnie ochota, a one generalnie się nie starzeją już. Ball x Pit do kolekcji, natomiast MIO bo to udana metroidvania, a dla mnie to wystarczający argument, by zdecydować o zakupie.
  2. Kmiot odpowiedział(a) na Figuś temat w PS5
    Chłop nie grał w Returnala, no trzymajcie mnie.
  3. Wypada napisać kilka słów od siebie, skoro jestem po lekturze. Przede wszystkim za konieczne uznaję powtórzenie, że do tych albumów podchodzę zupełnie inaczej, niż do miesięcznika czy wydań specjalnych. Tam szukam inspiracji, sentymentalnych bodźców, ciekawych historii zza kulis. Albumom pozwalam drążyć, kluczyć i kombinować. Być czymś większym i szerszym, czasem wręcz karkołomnym. Konkretne gry są jedynie punktem wyjścia do uniwersalnych wniosków i wypracowań. To zawsze było cechą tych albumów, ale w przypadku Incydentu Raccoon City widać to jeszcze bardziej. Nie mam żadnych badań na poparcie tych obliczeń, ale wydaje mi się, że jestem w mniejszości. Że czytelnicy w większości wciąż bywają zaskoczeni, że niewiele w tych albumach treści, do których się przyzwyczaili przez lata. Że oczekiwali publicystyki i recenzji rodem z miesięcznika/wydań specjalnych, ale tym razem w pięknym wydaniu i w twardej oprawie. I pewnie gdyby coś w tym stylu otrzymali to ta milcząca większość byłaby zadowolona, bo niczego więcej do szczęścia nie potrzebują. I w porządku, też koniec końców i na co dzień wolę takie lżejsze w odbiorze treści, bo jak wspomniałem - są inspirujące i spełniają swoją rozrywkową misję pielęgnowania pasji. Nigdy nie chciałem, aby albumy były tym samym. Wolałem, aby były inne, ambitne, czasem nawet dziwne, śmiałe i zaskakujące. Ostatnie co chciałem, to po raz kolejny czytać recenzję MGS-a, Silent Hilla 2, albo Residenta 2. Rozumiem jednak, że musiały się one w jakiejś formie pojawić, choćby w ramach desperackiej próby pogodzenia oczekiwań różnych grup czytelników. Ale skoro już przy recenzjach jesteśmy, to odnieść się do tekstu Rogera na temat RE3 muszę, bo się uduszę. Po tych batach w temacie, które tutaj przyjął spodziewałem się jakiejś katastrofy i abominacji, a po lekturze przyznaję, że nawet bym tych wpadek i detali nie odnotował (95% czytelników również). I szczerze mówiąc, nawet mnie one nie ruszają, bo czasami wynikają z interpretacyjnych nieporozumień i koniecznych skrótów. Z powalonego Nemesisa wypadają części nowych broni czy ulepszenia do broni? Dla mnie żadna różnica. Są dwa czy trzy zakończenia? Pewnie zależy jak interpretować zakończenia. Na roztrząsanie czym jest, a czym nie jest tryb Mercenaries zupełnie nie ma miejsca (i sensu), bo dla mnie - tak samo jak dla Rogera - zawsze były to tryby “zabijania zombiaków na czas i na punkty (rank, pieniądze)” i takie uproszczenie wcale nie uważam za krzywdzące czy błędne, a niuansowanie tego w takim albumie uważałbym za stratę miejsca. Tak, wyciągnąłem z szafy swoją białą zbroję i wstępuję w rolę obrońcy cnoty Rogera, bo akurat jemu jestem w stanie wybaczyć w zasadzie wszystko - ma mój miecz, topór, łuk i bezkrytyczny szacunek. Za zasługi, po prostu, choć wiem, że to niewychowawcze. Pewnie że można go przyjaźnie uszczypnąć i pokazać jak sześciolatkowi, że tutaj w zeszycie do biologii napisał “żułw”, ale według mnie lanie dostał nieadekwatne do przewinień. To podchodziło pod znęcanie się, a chłop przecież nawet sam się przyznał do popełnienia błędów, wytłumaczył z czego wynikają i za nie przeprosił. Ktoś taki wrażliwy jak Ściera po takiej krytyce mógłby ustąpić ze stanowiska, więc dbajmy o naszego Naczelnego, bo kolejnego możemy nie mieć. A teraz kiedy już to wyrzuciłem z siebie możemy szybko zajrzeć na pozostałe strony? Podobało mi się. Bywało odważnie, chwilami dziwnie, ale też bezsprzecznie ambitnie. Tak, z pewnością nie tylko ja dostrzegam tę ironię, że ten kampowy i chwilami najzwyczajniej głupkowaty Resident Evil doczekał się publikacji na podobnym poziomie tych, które wokół serii Silent Hill funkcjonują od dekad. Publikacji badających subtelności, doszukujących się nowych znaczeń. Publikacji, gdzie pewne motywy są jedynie inspiracją, by pogrzebać trochę patykiem w kulturowych wzorcach. To też okazja dla nawet zaprawionego czytelnika, by poczytać coś czysto autorskiego, eleganckiego, a przy tym poszerzającego postrzeganie, wiedzę i źródła. Coś śmiałego, chwilami wręcz wzniosłego. Bierzemy więc jeden element, motyw i badamy. Dlaczego pociąg, nawiedzony dom, opanowane chaosem miasto? Dlaczego i jak motyw prześladowcy się rozwijał? Czy czasami może się wydawać naciągane? Tak. Ale ja uwielbiam bagienko interpretacyjne, ślady popkulturowe, starannie przygotowaną eseistykę grową. Jest tego dużo na YouTube, ale w druku pojawia się rzadko. W prasie dominuje treść encyklopedyczna, po raz kolejny mieląca i przetwarzająca te same informacje. To też jest w porządku, niektórzy lubią po prostu po raz kolejny poczytać to samo (acz podane nieco inaczej) o ukochanych grach, sam uwielbiam. Ale albumy cenię, że szukają dla siebie innych, szerszych możliwości. Czasami niebezpiecznie balansują na granicy śmieszności, ale i tak oczekuję od nich szukania własnej, niewydeptanej ścieżki, nawet jeśli to je skazuje na ryzyko utknięcia w niszy. Bo że jest ambitnie, to już wiemy. Fragmentami zbyt ambitnie dla mnie, ale doceniam, że lektura jednocześnie wymusiła na mnie wzmożone skupienie. To też dziwne uczucie. Bo z całą pewnością twórcy trylogii na pierwsze PlayStation nie zakładali, że ich dzieła za trzydzieści lat doczekają się albumu, w których będą zestawiane z nazwiskami największych myślicieli, publicystów i literatów. Że ktoś włoży tyle niepotrzebnego wysiłku w nadinterpretację ich twórczych intencji, a oni chcieli tylko zrobić gierkę ze strzelaniem do zombie, a cała reszta była wynikiem ograniczeń. Oczywiście nie wszystko w tym albumie jest jednakowo dobre. Zdarzają się teksty i fragmenty, przy których można nieco przewrócić oczami, ale przy tego rodzaju wydawnictwie to raczej nie do uniknięcia. A może po prostu nie wszystko odpowiednio zrozumiałem, istnieje taka możliwość. Remaki w sumie mogły dostać po jednym, odrębnym tekście, ale rozumiem dlaczego zostały ściśnięte, by reprezentować tylko jakąś ideę, nie samych siebie. Z rzeczy na plus dodam jeszcze spójność oprawy i brak rozpraszaczy wizualnych. Poprzednie albumy też mi się pod tym kątem podobały, ale tam zawsze przewracając stronę i widząc kątem oka jakąś ramkę czy tabelkę, to kusiło by do niej natychmiast zajrzeć. Były bliższe miesięcznikowi/wydaniom specjalnym, a układ i oprawa Incydentu Raccoon City sprzyja skupieniu i jeszcze bardziej odróżnia ten typ wydawnictwa. Podobają mi się przyjęte ramy i skupienie się na trylogii z PSX-a, bo dla mnie to najbardziej sentymentalne gry. Bardzo trafia do mnie też idea, by całość przedstawić w oparciu o chronologię zdarzeń, choć RE3 staje tutaj nieco okoniem, bo była pokusa, by album zamknąć tamtym wielkim bum. Dołączę się również do pochwał na temat literackich wstępów przy każdej grze, bardzo smakowite i klimatyczne strony, domagam się publikacji autorów. Powtórzę więc raz jeszcze, by wybrzmiało. Podoba mi się ten album. Nawet jeśli idealny nie jest, to jest JAKIŚ. Specyficzny, gustowny i wartościowy. W pełni zrozumiem też, jeśli kogoś odrzucił, bo to długimi fragmentami nie jest łatwa i lekka lektura. Nie miała być. Doceniam, że Perez zostawia autorom na tyle wolnej ręki, że mogą tworzyć takie rzeczy, trochę się jeszcze rozwinąć, spełnić jakieś pragnienie i uzewnętrznić pasję. Tylko ktoś do pakowania tych wszystkich wysyłek by się jeszcze przydał, co? Dodatkowy plus, że jest tutaj trochę nowych autorów (i autorek!), więc jak się takie pisanie spodobało, to zapraszamy do publikacji w miesięczniku. Każdemu z osobna gratulował nie będę, składam więc zbiorcze gratulacje na ręce @Piechota . Fajnie, że zrobiliście to inaczej i po swojemu, jeszcze bardziej fajnie, że dobrze się przy tym twórczo bawiliście.
  4. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Astalon: Tears of the Earth [PS4] Zapraszam do tradycyjnego kącika, a którym podsunę mniej oczywistą metroidvanię być może wartą zainteresowania. Wyróżniającym elementem Astalon: Tears of the Earth z pewnością będzie fakt, że przyjdzie nam tutaj sterować drużyną trzech postaci. Oczywiście w danym momencie możemy się wcielić tylko w jednego z bohaterów, pozostali dwaj cierpliwie będą czekać na swoją kolej przy najbliższym ognisku. Każda z postaci dysponuje własnym zestawem umiejętności, a mapa plądrowanej przez nas wieży jest skonstruowana tak, że niektóre fragmenty będą do sforsowania tylko przez konkretnego bohatera. Twórcy wymuszają na graczu regularną rotację postaci przy ognisku, bo tylko w ten sposób zapewnimy sobie niezbędny progres. Zestaw postaci to klasyka growych stereotypów: mamy maga Algusa, rycerza Ariasa i zwinną łuczniczkę Kyuli. Cała trójka dzieli wspólną pulę zdrowia, a w przypadku zgonu… nie odradzamy się przy tradycyjnym ognisku. Zaczynamy znów przy wejściu do wieży, choć nie tracimy zdobytych przedmiotów, odkrytej mapy, a na miejsce porażki możemy wrócić względnie szybko dzięki systemowi wind, zazwyczaj wygodnie rozmieszczonych tuż przed pojedynkiem z bossem (cóż za przypadek). Co ważniejsze, jedynie śmierć pozwala nam na odwiedzenie “sklepiku”, gdzie za zgromadzoną z pokonanych wrogów walutę permanentnie ulepszymy bohaterów i zakupimy trochę przydatnych przedmiotów. To oczywiście nie wszystko, bo gra mocno premiuje eksplorację. W wieży na odkrycie czekają potężne artefakty. Niektóre z nich będą niezbędne aby przedostać się dalej, ale jest też solidna garść opcjonalnych, które możesz, ale nie musisz odnaleźć. I muszę przyznać, że pod tym kątem twórcy spisali się na medal, bo znajdowane ulepszenia i narzędzia są niezwykle sensowne, a często można je określić game changerami. Inna sprawa, że Astalon bywa na tyle enigmatyczny, że podnoszone artefakty nie posiadają nawet opisu jak działają. Znalazłeś jakieś buty? Świetnie, ale co one umożliwiają i której postaci dotyczą, tego już ci nie powiemy, domyśl się. Dla jednego gracza będzie to wada (pocieszam go, że jest na to pewne obejście problemu), dla innego to będzie swoista i mała zagadka do samodzielnego rozwikłania. Generalnie czuć w tej grze progres. Nasz zakres ruchów i asortyment możliwości regularnie rośnie, stale otwieramy jakieś skróty, by każdorazowo nie musieć biegać na około i tajemniczą wieżę eksploruje się naprawdę satysfakcjonująco. Choć muszę jednocześnie podkreślić, że backtrackingu trochę tutaj jest, bo punkty szybkiej podróży rozmieszczone są dość skąpo. Jest tutaj trochę najprostszej walki polegającej na umiejętnym pozycjonowaniu się wobec wroga, kilku imponujących bossów i całkiem sporo zręcznościowego skakania po platformach. Całość podana w schludnej, pikselowej oprawie kojarzącej się z epoką 8/16 bitów. Niczego nie urywa, ale jest całkiem przyjemna dla oka. Więcej niż przyjemna bywa natomiast oprawa muzyczna (również dźwiękowo nawiązująca do tej samej ery), bo niektóre fragmenty wieży mają na głośnikach utwory, do których nóżka sama tupie. Fabuła? Jest, chwilami dość mroczna i pozbawiona nadziei, ale bywa też całkiem zabawnie, gdy młodzież (Arias i Kyuli) jest uszczypliwa na temat wieku Algusa. Po ukończeniu gry (odkrycie 100% mapy to zajęcie na około 20 godzin) dostajemy jeszcze dodatkowe tryby. Boss Rush to taki mini-roguelike, gdzie a jednej puli zdrowia musimy zmierzyć się z serią bossów, ale między pojedynkami możemy podnieść jeden z trzech losowych artefaktów. Dwa pozostałe dodatkowe tryby umożliwiają nam zwiedzanie wieży pod postacią dwóch nowych postaci o własnych umiejętnościach, zupełnie innych niż bohaterowie z bazowej gry. Astalon: Tears of the Earth jest docenianą grą (bardzo pozytywne opinie na Steam, odznaka Mighty na opencritic, 82-84 metacritic), ale rzadko ocenianą, bo przez 5 lat od premiery nie doczekała się szerszej uwagi. I zapewne już się nie doczeka, a trochę szkoda.
  5. Kmiot odpowiedział(a) na Grabol temat w Kącik Sportowy
    Zapomniałeś o Ani.
  6. Prawie zdążyłem na sobotę. Okładka. Sarosik. 10/10. Co nowego. Tradycyjny news na temat jakiejś konsoli kolejnej generacji. Maciej, czy ta “przepotężna, oferująca gigantyczny skok jakości” PS6 jest teraz z nami w pokoju? Również tradycyjny news na temat GTA VI i czy będzie kosztować 100$? Zabawny ten krótki news dotyczący Star Wars Eclipse. A potem wszyscy zdziwieni, że studia upadają i są zamykane. Cytat numeru. Nie rozumiem. Nie podoba mi się crunch? Nadgodziny? Zbyt wiele obowiązków? Szukam innej pracy. Ja wiem, że sytuacje życiowe są różne i nie każdy może sobie pozwolić na tego rodzaju decyzje z dnia na dzień, ale no dajcie spokój z użalaniem się. Chłopy i baby robią gierkę 8 godzin dziennie, z przerwami wychodzi 7 godzin, weekendy wolne, a zarząd się zastanawia dlaczego im schodzi 8-10 lat zanim gra jest gotowa. Potem jeszcze rok patchowania. Dwa lata na jakieś DLC i znów można ruszyć z nowym projektem! Ohayo Nippon / Dobre, bo polskie. Chciałem pominąć, bo oba kąciki w tym miesiącu solidne, ale po chwili zastanowienia uznałem, że są lepsze niż solidne i zasługują na słowo pochwały. Mazzi raczej równa forma, ale Kroolik od kilku miesięcy wygrzebuje się coraz wyżej. Alkahest. Porównać do Wiedźmina 3 muszę, bo się uduszę. Moosa: Dirty Fate. Ponoć w grze są bestie z dawnych legend, więc nie zgadniecie do jakiego zabójcy potworów koniecznie trzeba tę grę porównać! Gadający Kwiatek. W sumie jedyne czego mi zabrakło to podania orientacyjnych wymiarów gadżetu, bo zdjęcie też nie oddaje skali. Nie żebym planował go kupić, to już chyba lepiej ten budzik. Chociaż to jak wybór między grzybem na ścianie i grzybicą stóp. Generalnie test z kategorii: sprawdzamy, abyście wy się nie dali nabrać na zakup. Takie testy też są potrzebne. The Blood of Dawnwalker. Ok, ciągłe porównywanie do Wiedźmina 3 tutaj uzasadnione, ale i tak mnie męczy, więc się dopierdolę dla zasady. Ogólnie odczucia Rogera lepsze i bardziej obiecujące, niż oczekiwałem. Mimo to nadal nieco nieufnie podchodzę do tej gry i o ewentualnym zakupie zdecyduję pewnie na ostatnią chwilę. Dziwne też, że na tym pokazie dla prasy nie zdradzili daty premiery, bo z pewnością już ją mieli ustaloną. W sumie niekoniecznie “dziwne”, może tylko nieco chytre. DLSS 5. Cztery strony, dużo “definiowania” “fundamentalnych”, “interpretacji”, ale przecież nawet nie ma co dyskutować nad tym gównem. Słyszałem, że zwolniło się miejsce na pustyni, gdzie były zakopane egzemplarze E.T. z Atari. Game Boy Advance. Wspaniały sprzęt. Nie pamiętam przy jakiej okazji wszedłem w jego posiadanie, ale miałem. Pierwszy model, fioletowy, szybko zgubiłem klapkę od baterii. Czego natomiast nie miałem, to wielu gier, bo mnie najzwyczajniej w świecie nie było na nie stać. Tylko Yoshi’s Island i Advance Wars. Musiało wystarczyć, ale i tak w wakacje graliśmy z kolegami na ławce w Advance Wars, tocząc pojedynki i przekazując sobie konsolkę co rundę. Dopiero po latach kupiłem model SP, a wraz z nim gry, które zawsze chciałem na tej konsoli ograć - Metroidy (Zero Mission i Fusion) oraz Minish Cap. Przeszedłem wszystkie, konsolę nadal posiadam, choć w dobie Anberniców i NSO na Switchu nie jest to najwygodniejszy sposób na granie, więc pewnie będzie leżała, aż bateria się wysra i uśmierci sprzęt. Dżujo w ostatnich miesiącach skupiał się na raczej mało ciekawych, albo mocno pesymistycznych tematach, ale w tym numerze wreszcie wrócił na odpowiednie tory i pisze o miłych rzeczach, aż ma się ochotę odpalić jakąś gierkę na GBA (Golden Sun, patrzę na ciebie). Oby trzymał ten kierunek jak najdłużej i wybierał sobie optymistyczne tematy. Hyde Park. Roger: “Butcher będzie obrażony, jeśli w podsumowaniu roku nie znajdzie się na pierwszej, tylko trzeciej stronie.” Dokładnie tak sobie Butchera wyobrażam w wielu kwestiach, nie tylko podsumowania roku. Piechota: bardzo pokrzepiające słowa, bo jak już spłynie ten krytyczny łomot w opiniach, to przynajmniej dobrze się bawiliście przy tworzeniu albumu i to będzie pocieszające. Nie no, żartuję, będzie dobrze. W tej chwili nie jest, ale będzie. Piękny rysunek. Headshot. Darka nostalgia boli, a ja w zeszłym roku też nadrabiałem odświeżoną trylogię Tomb Raiderów (TR2 po raz pierwszy) i choć nie da się ukryć, że mechaniki mocno nadgryzł ząb czasu, to kompletnie mi to nie przeszkadzało. Szybciutko się przestawiłem i równie szybko zacząłem z tych Tomb Raiderów czerpać po prostu przyjemność. Oczywiście opcja quick save/load miała tutaj kluczowe znaczenie, bo tylko dzięki niej nie było frustrująco, a wręcz… rozluźniająco? Wiele gier źle zniosło czas, ale według mnie cykl TR wciąż się broni, ze względu na swoją specyfikę, często atmosferę i pewną niepowtarzalność w obrębie gatunku, bo nawet nie było wiele “podrób” tamtych Tomb Raiderów. Recenzje. Pragmata. Jak to u Kaliego (Kalego?) - jest entuzjastycznie, pewnie aż zbyt entuzjastycznie, a co za tym idzie - nieco chaotycznie. Padają jakieś dziwne stwierdzenia. No bardzo ciekawy jestem jakie to angażujące dyskusje Kali tam prowadził, bo chyba nie chodzi o te raczej urocze i sympatyczne wymiany zdań z androidem, którego pojmowanie świata porównywalne jest z sześciolatką. Ale jeszcze bardziej ciekawi mnie jakie istotne znaczenie dla samej rozgrywki ma zabawa w chowanego, bo możliwe, że coś mnie ominęło. Brzmi, jakby solą shootera TPP zwykle nie był arsenał, a tutaj zachodzi jakaś anomalia. Aha, czyli od 25 lat żadna gra nie miała udanego trybu wyzwań? Czy o co chodzi? Fabuła jest udana, ale już nie przesadzajmy z jej ambicjami. Poza tym śródtytuły jakieś dziwne i zwykle bez sensu. Recenzja wydaje się pełna skrótów myślowych i niepoukładana jakbym czytał PE w latach 1998-2000. Gdyby nie fakt, że w Pragmatę grałem, to duża część tej recenzji byłaby dla mnie niezrozumiała (hipostaza? Nie dało się użyć bardziej intuicyjnego dla kontekstu słowa?). Saros. Surowa ocena, ale sama recenzja w swojej treści bardzo dobra. Z oczekiwaniami jest tak, że można nimi usprawiedliwić każdy werdykt i nawet skrytykować takie Mouse P.I. for Hire że "jest za mało poważne i mysi detektyw nie powinien zabijać tylu wrogów, bo to kreuje dysonans ludonarracyjny" (IGN). Szczęśliwie Butcher do takiego ekstremum się nie posunął i trzymał oczekiwania w rozsądnych ramach. Osobiście się cieszę, że Housemarque odświeżyło otoczkę, ale mocno trzymało się koncepcji Returnala. Dlaczego? Bo przez pięć lat nikt nawet nie próbował stworzyć podobnej gry, tak się prezentujące, tak soczystej i na rynku wciąż była niewypełniona luka (podobnie jak w moim sercu). Trzeba fachowców, by zrobić to dobrze i satysfakcjonująco, a Saros jest wściekle satysfakcjonujący. Zachodzi tutaj sytuacja odwrotna, niż w przypadku Hadesa, którego przez lata dostaliśmy dziesiątki naśladowców, a kiedy wyszła kontynuacja, to byłem już tak nasycony gatunkiem, że nawet mi się nie chciało gry sprawdzić. Drugiego Returnala (albo jego udanego naśladowcę) najwyraźniej byli zdolni stworzyć jedynie autorzy pierwszego i to działa na korzyść Sarosa. Ogólnie z dwóch najgorętszych recenzji tego miesiąca Butcher wypadł dużo lepiej od Kalego. Entuzjazm jest fajny, ale nie sprzyja klarowności przekazywanych myśli. Life is Strange. Reunion. Zgadzam się z Mazzim, że nie wszystko musi być domknięte. Dlatego też osobiście nie pokuszę się na domykanie historii Max i Chloe. Pachnie trochę odcinaniem kuponów. Mouse. P.I. for Hire. Gdyby nie to, że grę kupiłem już w okolicach premiery, to Adamus oczywiście by namówił. Wziąłem trochę w ciemno i w ramach wsparcia twórców. Choć jestem kroplą w morzu, to lubię w ten sposób dać sygnał, że takich gier i w jakiś sposób oryginalnych inicjatyw oczekuję od branży. Na nieszczęście Myszy trafiła ona z premierą w okolice Pragmaty i Sarosa, więc chwilę poczeka na swoją kolej, ale przecież się nie pali. Przy okazji: polecam recenzję IGN (6/10). Bardzo zabawna - jakby krytyka filmowego zmusili do zrecenzowania gry wideo (“dlaczego bohater musi zabijać tylu przeciwników? Dlaczego każdy żart musi się odnosić do sera?”). Tomodachi Life. Chwila, moment. Czy Komodo właśnie przemycił w tekście tłuściutki spoiler dotyczący Silent Hilla 2? Nie zdradzę, ale gdybym nie znał fabuły SH2, to w trakcie tej lektury trochę bym się zirytował. Poza tym na eShopie jest darmowe demo. Można po prostu sprawdzić, bo gra jest na tyle specyficzna, że trudno to oddać w tekście. Diablo IV. Mamy to. Po trzech latach łatania i sprzedawania dodatków Diablo IV jest wreszcie dziełem “kompletnym”. Przez chwilę zastanawiałem się ile trzeba wydać kasy, aby cieszyć się grą w pełni, skoro sam ten dodatek kosztuje 179 zł, ale potem straciłem zainteresowanie, bo przecież i tak nie zamierzam w to grać. Cthulhu. The Cosmic Abyss. Obowiązkowy horror FPP w tym miesiącu oficjalnie odhaczony. Choć z tym horrorem to ponoć trochę na wyrost, skoro nie straszy? Starfield. Ciekawie wygląda ta recenzja Rogera w konfrontacji z wcześniejszą recenzją Zaxa. U niego wszystko jest w porządku, jest rewelacyjnie, rewelacyjnie robią, wszystko jest w porządku. Jest git. Pozdrawiam całą Bethesdę, dobrych chłopaków, niech to się trzyma, dobry przekaz leci. A tymczasem naczelny to jednak parę wad wytknął. I to w najbardziej wypasionej wersji gry, która jest po trzech latach łatania. ChainStaff. Nie sądzę, aby wielu graczy skorzystało z tej rekomendacji, ale ja dodałem do listy życzeń, więc jestem żywym dowodem, że takie recenzje wciąż mają sens. People of Note. Aysnel się wyrabia i wciąż mu kibicuję, szkoda jedynie, że gry które recenzuje w 90% leżą poza kręgiem moich zainteresowań. People of Note w tym miesiącu miało u mnie największe szanse, ale jednak jeszcze nie tym razem. Może w kolejnym numerze się uda? Legacy of Kain. Ascendance. Jestem w sumie wdzięczny za tą recenzję, bo gdyby gra w najbliższych dniach trafiła do promocji, to możliwe, że kupiłbym ją w ciemno. A tak to z dużym zainteresowaniem przeczytałem o tym wszystkim, co jej dolega, szybko rzuciłem okiem na metacritic da potwierdzenia, że Darek tym razem nie znęca się nad jakąś grą bezpodstawnie i nowy LoK z hukiem wyleciał z mojej listy życzeń (dodany jeszcze długo przed premierą, aby mieć tytuł na oku). Replaced. O, Mielu. To zawsze małe święto, gdy Michał nie recenzuje jakiegoś soulslike’a. A w sumie i tak miło się czytało. Emotionless. Drugi w tym miesiącu horror psychologiczny FPP. I drugi, który nie straszy. A może Graba jest już jakiś znieczulony, skoro ogrywa kilka takich chodzonych horrorów w miesiącu? Retrorecenzja. Zelda: Majora’s Mask. Dobra, ale odpowiedzcie mi czy powinienem się martwić, skoro to już trzeci albo czwarty numer z rzędu, gdzie w tym dziale rozpycha się Graba i nie dopuszcza innych recenzentów? Nie żeby mnie to jakoś szczególnie bolało, ale ceniłem w retrorecenzjach różnorodność autorów, a ostatnio ta wymienność znacząco osłabła. Natomiast co do Majora’s Mask to miałem okazję ten tytuł po raz pierwszy grać właśnie w wersji na 3DS-a (podobnie zresztą jak Ocarina of Time) i największe obawy miałem oczywiście w związku z presją czasu, bo nie po to gram w Zeldę, by stale patrzeć na zegarek i gdzieś się spieszyć. Ale to szybko minęło i z kolejnymi godzinami nawet polubiłem ten patent, bo po latach mocno wyróżnia Majora's Mask z tłumu innych Zeld. No i mroczny, niepokojący klimacik też swoje robi. Publicystyka. 40 easter eggów z Super Mario Galaxy Film. Niepotrzebny tekst rodem z PPE. Pewnie kosztował trochę czasu i wysiłku, a radości czytelnikowi daje niewiele. Trochę tu oczywistości (naprawdę walka z Bowserem na moście nad lawą jest ukłonem w stronę Super mario Bros? W życiu bym na to nie wpadł oglądając film!), trochę wskazań palcem “patrz, to jest easter egg, zauważyłeś? A Pikminy znasz? Słyszałeś? Powiedział Rainbow Road, a to przecież jedna z tras Mario Kart! Wow!”. Naprawdę nie wiem dla kogo to i komu potrzebne, skoro ten film to przede wszystkim zlepek easter eggów, piękna oprawa i niewiele więcej. Turystyka gamingowa. Uwielbiam odkrywać światy w grach. I nie piszę jedynie o tych naśladujących “prawdziwość”. Każdy. Ale czy czuję potrzebę albo ochotę, by na własne oczy obejrzeć katedrę albo piramidę, na którą właśnie się wspiąłem asasynem? Niekoniecznie. Może gdyby jakaś gra absolutnie zawładnęła moimi myślami i była gdzieś w prawdziwym świecie lokacja, na której się wzorowano, to inaczej bym śpiewał. Pewną pokusę czułem przy okazji Silent Hill f i “prawdziwej Ebisugaoki”, czyli Kanayamy, ale taka wyprawa i tak byłaby poza moim zasięgiem (choć jestem ciekawy czy gra znacząco wpłynęła na tamtejszą turystykę). Nieco większe szanse były i nadal są związane z… Cronosem, bo jak ostatnio sprawdzałem, krakowska Nowa Huta nadal stoi, hehe. Poza tym ciekawy jestem jak w swojej roli wypadnie portowa mieścina w nadchodzącym Silent Hillu, bo też czuję potencjał. Turystyka gamingowa wydaje się tematem na wiele interesujących stron okraszonych odpowiednimi materiałami graficznymi, które w tym przypadku mówią więcej, niż sto słów. Kochaniec z racji ograniczonego miejsca siłą rzeczy zdołał jedynie musnąć tematu, nakreślić ideę, ale niedosyt jest. To progres, bo przy okazji tekstu o wróżbiarstwie to nawet się cieszyłem, że już koniec. No i plus za wciągnięcie do materiału Trylogii Husyckiej. Im dłużej o tym myślę, tym wyżej ją cenię w stosunku do Wiedźmina. Crowdfunding. Mam wrażenie, że ten temat powraca cyklicznie. Mam też wrażenie, że Buczyński już coś podobnego pisał, ale konkretniej o samym Kickstarterze czy coś. A może to tylko moje przewidzenia, a weryfikować mi się nie chce. Generalnie nie jestem jakimś fanem tematu i w całym swoim życiu wsparłem tylko jedną tego rodzaju inicjatywę, czyli wspomniany w tekście Eiyuden Chronicle, bo wtedy aż się podnieciłem i ani sekundy zawahania. Absolutnie nie żałuję, ale w krew i nawyk mi nie weszło. Tekst oczywiście przeczytałem, choć bez rumieńców na twarzy i nawet trudno mi się do niego jakkolwiek odnieść czy cokolwiek wytknąć, bo się nie interesuję i nie znam na tym. Loremasters. Strażnicy wiedzy. Niby temat fajny, ale z racji, że poruszone w tekście uniwersa kompletnie mnie nie grzeją, to całość przeczytałem bez emocji. I choć w trakcie nie ziewałem, to jednak wolałbym przeczytać jakieś lore, niż o gościach, którzy tego lore doglądają. Sekiro. Ciekawy zbieg okoliczności, bo osobiście po raz pierwszy Sekiro przeszedłem dopiero trzy miesiące temu. A potem przeszedłem drugi i trzeci raz. Wciąż jestem pod wrażeniem tej gry, a tutaj Kacper przyczaił się z obszernym tekstem o kulisach i nie tylko. Muszę pisać, że była to wspaniała lektura? Satysfakcjonująca jak system walki w Sekiro. Dla mnie to najlepsze połączenie: Adamus skupiony na jednym konkretnym tytule, precyzyjny cel. Najbardziej intrygował mnie wątek powiązań z Tenchu, bo jakoś nigdy nie miałem okazji przeczytać opracowania na ten temat. Autor nie zawiódł i opisał to obszernie. Poza tym Sekiro jest wyjątkową grą. Po jednym przejściu nie miałem jej dość i bez wahania chciałem to powtórzyć. Powtórzyć chcę też lekturę tekstu Kacpra, ale to dopiero jutro. Daredevil. Zaskakująco dobry serial (nic dziwnego, że wrócił) i równie dobry tekst mu dedykowany. Oczywiście trochę spodziewałem się autorstwa Ostasza, ale Kozłowski też udźwignął. Jeśli były jakieś wpadki (dużo dat, więc z pewnością gdzieś się pomylono, hehe), to ich na pierwszy rzut oka nie wyłapałem, a na drugi rzut oka mnie one nie interesują, bo nie mają większego znaczenia, gdy opowieść o kulisach wartko płynie. Steam Machine z odpadów PS5. Zapytałem sam siebie: czy w ogóle chce mi się to czytać? Przeczesałem tekst wzrokiem, widzę masę RTXów, GPU, GDDRów, NVMe, RDNA, BIOS i innego chujstwa, które mnie zwyczajnie nudzi, więc odpuściłem lekturę. Stargate. Również jeden z lepszych artykułów w tym numerze. Nastawiony pozytywnie Konsolite - gdy tłumi swoją naturalną zgryźliwość - potrafi spłodzić wciągającą opowieść. Tłusto tutaj od treści, a jednak w trakcie lektury kompletnie to nie przytłacza i całość czyta się lekko. To zawsze mnie u Darka zaskakuje, że w długich formatach wypada dużo korzystniej, niż w krótkich recenzjach, gdzie bywa chaotyczny i z przymusu stosuje dużo skrótów myślowych. Tutaj jest przyjemnie, choć merytorycznie nie potrafię tekstu ocenić, bo Stargate to nie moja pasja i nie obejrzałem chyba nawet jednego epizodu (za dzieciaka oglądałem jedynie film). Niemniej po lekturze przeleciała mi przez głowę myśl, by serial sprawdzić i nawet jeśli ostatecznie tego nie zrobię, to niech to będzie komplement dla autora. Final Fantasy: The Spirits Within. Kubica rozentuzjazmowany. Są nawet wykrzykniki. Najbardziej w tym tekście zaskoczyło mnie wyznanie autora, że filmy uwielbia bardziej od gier. Poza tym to klasyczny Kubica na wysokim poziomie, a ja po raz kolejny cieszę się, że nie czuję potrzeby dodawania kolejnej gry do backloga. Chuck Norris. Fanem trudno mnie nazwać, ale nie da się też ukryć, że pożegnaliśmy legendę kina lat 80-90. Jedną z wielu i niedobra jest myśl, że przyjdzie nam te wszystkie ikony żegnać coraz częściej. Skróconej biografii Chucka Norrisa nie miałem okazji nigdy czytać, więc Ostasz podsunął mi wygodną możliwość. I jak to u autora - trudno mi się przyczepić do czegokolwiek, bo jeśli lektura jest zarówno lekka, jak i pouczająca, to czego mogę wymagać więcej? Extreme Plus. Biznesowa i technologiczna anatomia upadku 3dfx Interactive. Nawet nie czytałem, bo osiem stron na temat, który mnie kompletnie nie grzeje, to za duże poświęcenie, na które nie jestem gotowy. Nie krytykuję doboru tematu, bo pewnie znajdzie swoich fanów, ale dla mnie to usypiacz. Felietony i kąciki. Region filmowy. Filmu z YouTube to się nie spodziewałem. I to takiego z 1980 roku. Ale kurde, opinię przeczytałem z większym zaciekawieniem, niż wszystkich tych nowości. Sobek ostatnio miło kombinuje z kącikiem i szuka urozmaiceń, a ja to doceniam i kibicuję. Comix Zone. No jasne, jeszcze tutaj wrzućmy Wiedźmina. Albo od razu dwa. Aż zatęskniłem za Marvel/DC. Ale tylko na chwilę, bo niżej znalazłem kolejnych X-Menów 4/10. BAKA. Czyli jednak wracamy do formatu kilku recenzji w miesiącu? Moja lista “anime, które może chciałbym, ale - kogo ja oszukuję - i tak nigdy nie obejrzę” będzie puchnąć trzy razy szybciej! HIV. Ujmę to tak. Doceniam, że HIVowi najwyraźniej się chce i ma motywację, by narobić nieco szumu. Na ile wystarczy mu zapału? Nie wiem, choć znając jego inicjatywy jestem raczej sceptyczny, aby się nie rozczarować. No ale zobaczymy, bo wbrew pozorom mu kibicuję, wyczuwając spory potencjał do “poddymienia”. Wciąż jednak dostrzegam pewne hamulce, skoro “krakowska szmata” nie została wywołana z ksywy, ale może na to jeszcze przyjdzie czas, bo HIV najwyraźniej zaczyna od początku istnienia PE. Z jednej strony to tylko kolejne teksty wspominkowe, jak to “kiedyś było”, z drugiej - może się zrobić pikantnie, jeśli HIV rzeczywiście poleci bez cenzury. Daję kredyt zaufania i czekam na ciąg dalszy. Jednocześnie zastanawiam się czy to będą dwie strony na stałe, czy raczej zejdziemy do jednej strony miesięcznie, jak cała reszta felietonów? Opowieści wystarczy na dłużej, a i samemu HIVowi będzie łatwiej dostarczyć regularnie jedną stronę, niż dwie. Choć nawet z jedną pewnie może być problem. Zax. Postaram się krótko, bo szkoda mojego czasu, a nie chcę się powtarzać. Ocenę 6/10 można uznać za sprawiedliwą, bo wyobrażam sobie, że przedpremierowa wersja gry musiała mieć sporo bolączek, ale jednocześnie w nią nie grałem, więc trudno mi się odnieść. Większym problemem od wystawionej oceny był w recenzji najzwyczajniej w świecie protekcjonalny ton Zaxa, uwypuklanie wad (albo ich wymyślanie - makietowy świat, system walki porównywany z soulslike’ami) i lekceważenie tego, co Crimson Desert robi dobrze (choćby autorski, imponujący silnik). To była słaba recenzja, bo autor miał za duże ego, by uczciwie się nad grą pochylić. A teraz dostrzegam pęknięcia w narracji, bo Zax już nie odradza zakupu, tylko poleca się z nim wstrzymać. Bo co jak co, ale podejście Pearl Abyss jest wzorowe - słuchają graczy, działają błyskawicznie, praktycznie co tydzień nie tylko usprawniają działanie gry, ale dodają elementy uprzyjemniające rozgrywkę i zupełnie nową zawartość. Modyfikacje, które Bethesdzie zajmują rok czasu, Koreańczycy wprowadzają w tydzień. Jednocześnie gra wciąż działa stabilnie. Przez 130 godzin, które jej poświęciłem tylko raz miałem crasha. Nie zbugował mi się też żaden quest, choć niektóre mogą sprawiać takie wrażenie, bo bywają niejasne w opisie, ale to tylko jedna z ich wad, hehe. Walkiewicz. Ten felieton dużo trafniej oddaje to czym Crimson Desert jest, czym mógłby być i czym nigdy nie będzie, niż jakiekolwiek wypociny Zaxa. Oczywiście nadal kilka wysuniętych przez Michała zarzutów czy przykładów to już przeszłość, bo w samym mijającym tygodniu Pearl Abyss opublikowało trzy patche, ale konkluzja jest celna: grze nie sposób odmówić ambicji, mimo że właśnie przez tą ambicję się potyka. W takich samych proporcjach imponuje i zachwyca (ten świat!), co frustruje i irytuje (fetchquesty, chaotycznie poprowadzona fabuła). Mielu. Sporo jest takich gier, które małe studia pokazują po raz pierwszy, a potem na długie lata zapada martwa cisza. I czasem te gry umierają w tej ciszy, a czasem niby coś tam powstaje, ale kto wie. EITR pamiętam, a nieco nowszy Little Devil Inside? Zresztą nie musimy szukać w mniejszych tytułach, skoro taka Pragmata też pierwotnie miała się ukazać w 2022 roku i skoro Capcom może mieć problemy, to jak się dziwić mniejszym ekipom? Marcellus. Korporacje są, a towarzyszy im kapitalizm. Autor kolejny miesiąc nie zawodzi. Do przeczytania w następnym numerze. Adamus. Przeczuwałem puentę, bo wciąż w pamięci mam pierwszy felieton Kacpra, gdzie chyba nieco zasygnalizował, że był z tym pewien problem. Osobisty akcent nie wymaga komentarza, bo jest wystarczająco wymowny, ale nie można zignorować tego, jak ten felieton docenia kunszt rimejku Silent Hilla 2. Opisana scena to świetny przykład tego, jak w Blooberze rewelacyjnie rozumieją pierwowzór i choć potrafią podkreślić jakiś kontekst w scence, to robią to na tyle umiejętnie, subtelnie i z gracją, że wciąż pozostaje pole do interpretacji. Mazzi. Trochę spóźniony na imprezę związaną z RE9 Requiem i trochę w obronie gry. Jasne, że seria ciągle się zmienia i od dekad “mutuje” i pewnie tylko dlatego wciąż regularnie się ukazuje, bo stara się odświeżać formułę. Ale jeśli dobrą zmianą ma być wrzucenie Leona w mdłe, kompletnie pozbawione wyrazu lokacje, by sobie strzelał do zombiaków, to ja już wolę, aby się trzymali dawnej formuły. Głos Ludu. Tradycyjne wywołanie @lukas_k96 , bo może wie, że jego recenzja (albo jej fragment) trafił do druku. A może nie wie, ale chciałby się dowiedzieć. Listy. Czytam w temacie, że ponoć któryś list pojawił się w druku już wcześniej i wierzę na słowo, ale sam bym pewnie nawet tego nie wychwycił. Od wielu miesięcy te listy zlewają mi się ze sobą, wiele jest podobnych i nawet niespecjalnie chce mi się je czytać uważnie. Ale w ramach ciekawostki zauważyłem, że autor listu miesiąca - Patryk D. - doczekał się publikacji swojego listu również w #340. Za chwilę rzeczywiście się okaże, że do działu pisze na zmianę czterech czytelników, tylko pod innymi pseudonimami. I w sumie tak to zostawię w tym miejscu. Udany numer, szczególnie dział recenzji, bo mało w nim Zaxa (i rudymentarnych). Z kolei w publicystyce zauważyłem duże natężenie tematów około filmowych i serialowych, ale cóż, pewnie tak bywa. Osobiście chętnie poczytałbym coś więcej o… książkach. Cyklach, pojedynczych tytułach, cokolwiek, byle nie o Wiedźminie (jest wspomniana przez Kochańca świetna Trylogia Husycka). Kilka lat temu pochłaniałem literaturę nałogowo, ale potem nadszedł jakiś kryzys i niby coś tam czytam, ale motywacji (i czasu) trochę brakuje. Może by się udało podsycić te płomień na nowo. No i standardowo: dziękuję za kolejny numer, którego lektura zawsze jest przyjemnością (wykluczając momenty, gdy nie jest). Dzięki Perezowi za terminową wysyłkę mojego egzemplarza i dbanie o zaplecze. Rogerowi za nieustanne zarządzanie tym cyrkiem, bo trochę podziwiam. Każdemu autorowi, który co miesiąc dokłada do PE swoją cegiełkę wypalaną w piecu pasji.
  7. Kmiot odpowiedział(a) na ASX temat w Ogólne
    Mogą sprzedawać niechętnie, ale wszystko ma swoją cenę, a za odpowiednią kwotę figurującą w excelu, to już sprzedadzą chętnie, bo po to są licencje, by zarabiały. I prędzej sprzedadzą takiemu "niegroźnemu" indykowi, który może zrobi szum, a może zniknie z radarów po miesiącu od premiery (to już ich nie interesuje), niż do kolejnego GTA, hegemona branży, który będzie aktualny i zyskowny przez kolejną dekadę minimum. Generalnie kwestia postawionych wymagań, zapewne mniejszych dla indyka na trzy godziny, niż Take Two, ale jak na stół pójdzie zadowalająca kwota, to niechęć jest do przełknięcia. Nie wiem, nie znam się, ale tak to sobie wyobrażam.
  8. Kmiot odpowiedział(a) na ASX temat w Ogólne
    Powinno i pewnie by chciało, ale może twórców nie stać.
  9. Kmiot odpowiedział(a) na Czezare temat w Ogólne
    Pochwy, hehe.
  10. Nie no, upośledzonych nie biję.
  11. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Resident Evil Requiem [PS5] Ok, postaram się być wyrozumiały, aby nie robić krzywdy fanom marki. Ale ta gra jest tak nierówna, że aż mnie ręka swędzi, by jej zajebać. To oczywiście pokłosie decyzji, by dwie koncepcje rozgrywki wlać w jeden tytuł i tak je wymieszać, że gracz nie do końca wie czego twórcy od niego oczekują. Dlaczego musi tak być, że ja chomikuję naboje do rewolweru, a wy i w połowie gry je zabieracie razem z gnatem? Dlaczego ja się cieszę ze znalezionego rozszerzenia ekwipunku, a wy za 10 minut puszczacie napisy końcowe? Po co nastawiam się na eksplorację laboratoriów, skoro wy mi dajecie trzy korytarze i cztery pomieszczenia odwiedzane liniowo? Pierwsze przejście gry to ciągłe robienie gracza w chuja i wybijanie go z rytmu. Drugie i kolejne wypadają już nieco lepiej, bo gracz w chuja się robić już nie da, ale wciąż pozostają etapy symulatora chodzenia, które zaburzają “flow” zabawy i najchętniej bym je po prostu pominął. Ale nie da się. Fragmenty Grace są generalnie lepsze, bo lokacje mają odpowiedni nastrój i są przyjemnie pokombinowane, choć logika zdarzeń i decyzji poszła się jebać, a zagadki w sumie nie istnieją, są jedynie kolejne klucze do podniesienia. Ja wiem, że to Resident Evil i nierozsądnym jest oczekiwać jakiegokolwiek sensu w motywacjach bohaterów i nie mogło zabraknąć drzwi otwieranych rubinem, ale i tak jestem zaskoczony ile bzdur udało się tutaj wepchnąć. Żadnej innej marce nie uszłoby to w 2026 roku płazem i tak naprawdę ja już sam nie wiem, czy twórcy te głupoty wpakowali tutaj z premedytacją (niektóre z pewnością tak, ale czy wszystkie?), czy po prostu nie są zdolni wykreować wiarygodnego ciągu zdarzeń i uwielbiają drażnić inteligencję gracza. Grace, na litość boską, masz nóż, przetnij tę opaskę dostępową i zdejmij z ręki trupa - profit. Naprawdę nie musisz przez godzinę biegać za przedmiotami niezbędnymi do jego ożywienia, aby po pięciu sekundach ponownie go zabić i dopiero wtedy zdjąć mu tę jebaną opaskę. Leon jak to Leon - uwielbiam gościa i wcale się nie dziwię, że grające kobiety do niego wzdychają, sam bym chciał, aby założył mi suplexa w pościeli. Ale lokacje przez niego odwiedzane to jakaś wizualna sraka. Praktycznie zero imponujących widoków, garść fanserwisu, bieganie po szaroburych ulicach i pomieszczeniach, mało finezyjne kill roomy (wrzucimy dziesięć Lickerów jednocześnie w ciasnym pomieszczeniu i fajrant). Odbierz etapom Leona soczyste strzelanie i zostaną tylko pozbawione charakteru miejscówki, o których za rok nikt czule nie pomyśli. Żeby nie było, że się tylko znęcam. Bo Resident Evil Requiem nie jest złą grą. Technicznie i pod kątem mechanizmów rozgrywki jest dopracowana i dopieszczona do perfekcji. Bronie są satysfakcjonujące w użytkowaniu, wrogowie pięknie reagują na obrażenia i chwilami jest sadystycznie krwawo. Leon jest świetny, ale Grace też daje się z łatwością polubić, a jej etapy to najbardziej angażujące fragmenty gry. Filmiki są wzorowo zrealizowane. W Requiem po prostu gra się świetnie mechanicznie, szczególnie jeśli przymkniemy oko na tych kilka irytujących, albo nużących fragmentów. Ale Requiem jednocześnie w zbyt wielu aspektach zawodzi. Fabularnie to kiszka bez wyrazu, szczególnie zakończenie (wybaczcie, że miałem OCZEKIWANIA od gry tak doświadczonych twórców, z takim budżetem; od gry, która ponoć miała być zamknięciem pewnego etapu życia marki). Lokacje są nierówne i za jakiś czas tylko początkowa klinika będzie pozytywnie wspominana. Powrót na posterunek to zmarnowany potencjał. Motyw prześladowcy Grace irytuje skryptami (ten boss fight, ech). Do tego można dorzucić wszystko, na co narzekałem powyżej i zapewne kilka innych rzeczy, o których w tej chwili już nie pamiętam. Gra jednocześnie świetna i rozczarowująca. Aż nie chce mi się na ten temat dalej rozwodzić. Całość boli mnie tym bardziej, że ten sam Capcom za chwilę wydał Pragmatę, która jest najzwyczajniej w świecie pod wieloma względami lepiej przemyślana i spójniejsza. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszą grą. Resident Evil 2 (1998) [PS1] Tylko dzięki tej grze będę mógł powiedzieć, że w 2026 roku zagrałem w jakiegoś udanego Residenta. A tak poważnie, to trochę sentymentalny powrót. Bo po raz pierwszy w RE2 grałem w okolicach premiery, najpierw godzinami męcząc 10 minutowe demo, każdorazowo próbując dotrzeć nieco dalej, zobaczyć jakieś nowe pomieszczenie. To jeszcze w zeszłym wieku nie na żarty wystraszyłem się w trakcie filmiku wprowadzającego pierwszego Lickera. I choć grę ostatecznie przeszedłem, to siłą rzeczy, po prawie trzech dekadach, niewiele z niej tak naprawdę pamiętałem. Nie licząc pierwszych dziesięciu minut, bo te mogę ogrywać z pamięci, podobnie jak cytować wszystkie kwestie dialogowe z intra i scenek. Ale poza tym teraz grałem w RE2 w prawie jak nowy tytuł, szukałem optymalnej ścieżki po pomieszczeniach i parę razy dałem się zaskoczyć zdarzeniami, o których zapomniałem. I co ja tutaj dalej się będę rozwodził, skoro gra jest w zupełności zdatna do spożycia nawet dzisiaj? Na wszelkie głupotki z racji wieku łatwo jest patrzeć przychylnym okiem, tempo gry jest doskonałe (nieśpieszne 4-5 godzin i scenariusz zaliczony), intensywność rozgrywki w sam raz. Dialogi na swój ułomny sposób wspaniałe, Leon uroczo naiwny (“Ada nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Znam ją!”), walki z bossami irytujące mechanicznie, ale gra generalnie jest łatwa na normalnym poziomie trudności, bo amunicji i roślinek jest tyle, że możesz zabić wszystko co się rusza i jeszcze zostaną zapasy. No i ulepszony shotgun pięknie rozrywa korpusy. Przejście gry Leonem i Claire ma całą masę sensu, bo tylko w ten sposób poznajemy pełen obraz sytuacji, a scenariusze A i B różnią się praktycznie wszystkim, nawet uzbrojeniem postaci, więc pod tym względem jest pięknie. Zresztą wszyscy wiedzą jak udany i ważny był drugi Resident Evil. Nadal jest. No i Leon w trakcie zakończenia stwierdza, że “to nie koniec, to ledwie początek” i kurde, teraz po blisko 30 latach trzeba przyznać, że ten żółtodziób miał rację. Alone in the Dark (2024) [PS5] Nie potrafię wyjaśnić powodów, ale lubię tę markę. Może to jakiś głęboko zachowany sentyment, bo prekursorski Alone in the Dark (ten z 1992 roku) był jedną z pierwszych gier, które miałem okazję obserwować, jak szwagier gra. Bo sam się bałem i pewnie nawet bym nie umiał. Potem był równie sentymentalny epizod z Alone in the Dark: The New Nightmare na PS1, który udało mi się odpowiednio rozwinąć i ostatecznie zamknąć dopiero w tym roku, gdy grę wreszcie ukończyłem. Niczego nie żałuję. Idąc za ciosem wziąłem się więc za nowożytne wcielenie cyklu. Potencjał był niemały. Okres międzywojenny, Luizjana i jazzująca muzyka. Miejsce akcji to posiadłość Derceto, która najwyraźniej jest swoistym psychiatrykiem, bo bohaterowie tutaj rezydujący są co najmniej dziwni. Do tego garść okultyzmu, jakichś niewytłumaczalnych rytuałów i zaginiony Jeremy Hartwood. Jego odnalezienia podejmuje się Emily, siostrzenica Jeremy’ego, a pomagać jej będzie Edward Carnby, prywatny detektyw. Zgodnie z tradycją będziemy mogli wybrać kim chcemy pokierować, ale różnic tutaj nie będzie wiele. Inaczej potoczą się przede wszystkim scenki fabularne czy dialogi, ale sama rozgrywka w 90% przebiegnie dokładnie tak samo i w tej samej kolejności, dopiero pod koniec łatwo zauważymy elementy i lokacje ekskluzywne dla wybranej postaci. Trochę to rozczarowujące, ale lepsze chociaż tyle, niż nic. Sama posiadłość jest udana i ma swój nastrój. To strefa głównie eksploracyjna i bezpieczna, choć sporadycznie zdarza się, że będziemy zmuszeni poradzić sobie z jakimś zagrożeniem. Jednak przede wszystkim próbujemy odnaleźć kolejne klucze, rozwiązać zagadki, szukamy przejść, oglądamy przedmioty, czytamy notatki. Co jakiś czas otworzymy portale do “innego wymiaru” i te fragmenty najczęściej będą wymagały od nas walki z potworami. Potem z powrotem lądujemy w Derceto i eksplorujemy kolejne pomieszczenia. Zapętlić, powtórzyć. Wspomniane zagadki potrafią być miłym zaskoczeniem. Bywają miło pokombinowane i nie tak banalne, więc po ich rozwiązaniu czujemy pewną satysfakcję. Nie wszystkie, bo niektóre z nich (szczególnie środowiskowe) zagadkami są tylko z pozoru i są tak oczywiste, że równie dobrze mogłoby ich w ogóle nie być, bo wypadają aż niezręcznie. Kolejne pokoje posiadłości też są wystarczająco atrakcyjne wizualnie, aby chciało się z ciekawością je zwiedzać. Generalnie szperanie po Derceto to zawsze jeden z przyjemniejszych fragmentów gry i fajnie, że jest tego sporo. Kiedy trafiamy do wspomnianych portali, to pora w dłonie wziąć broń i trochę powalczyć o zachowanie życia. Strzelanie określiłbym ledwie poprawnym. Spełnia zadanie, ale nie daje satysfakcji. Od strzelania gorzej wypada jedynie walka wręcz, bo możemy podnieść jakieś łopaty, topory i inne wiosła, by wrogów trochę ponapierdalać z bliska, ale to mechanika bez polotu, niczym z jakiegoś hack and slasha w stylu Diablo. Po lokacjach walają się też przedmioty do rzucania, w tym koktajle Mołotowa, ale ich użyteczność bywa wątpliwa, bo w zasadzie nie możemy ich schować na później, jedynie rzucić z miejsca, w którym leżą. Samej walki nie ma przesadnie dużo, bo i rodzajów wrogów jest raptem kilka, a ich design niespecjalnie porywa. Ale te etapy poza Derceto mimo pewnej toporności stanowią miłą i konieczną odskocznię, zarówno gameplayową, jak i wizualną, bo skoro mamy do czynienia z portalami, to przecież wylądować możemy dosłownie wszędzie. I bywa naprawdę ładnie i różnorodnie, a kilka urokliwych miejscówek da się z łatwością wyłuskać. Inna sprawa, że jak na reprezentanta gatunku horroru Alone in the Dark raczej nie straszy. Nie buduje atmosfery zaszczucia i niestety częściej polega na jump scare’ach czy nagłych i głośnych dźwiękach, co rzecz jasna bardziej irytuje, niż kreuje jakiekolwiek napięcie. Mamy tutaj alternatywne zakończenia (dobre i złe), trochę drobnych bugów (utknięcia postaci, zawieszający się dźwięk, niemożność podniesienia broni). Rozgrywki wystarczy na 5-7 godzin, ale to tylko w przypadku, gdy postanowimy wylizać wszystkie ściany, bo speedrun to kwestia 90 minut i nawet nie trzeba być profesjonalistą. I tylko ze względu na tę niewielką inwestycję wolnego czasu napiszę, że można Alone in the Dark samodzielnie sprawdzić, bo nie zdążycie się znudzić, przesadnie zirytować, a może nawet odnajdziecie w tej grze pewien urok. Ja nie żałuję, ale jak wspomniałem - lubię tę markę. The Punisher [PS2] W opcjach tej gry są ustawienia poziomu brutalności (gore). Dostępne warianty? Wysoka, albo brak. Nie ma nic pośrodku, bo Frank Castle półśrodków nie stosuje. Chłop mógłby przeciwnika uderzyć kolbą karabinu i zaoszczędzić nabój, ale i tak preferuje strzelić wrogowi z 10 centymetrów w ryj, dla pewności. Uwielbiam Punishera. Finezji nie oczekiwałem. Żadnego skradania i skrupułów. Drzwi otwieramy z kopa i rozdzielamy headshoty. Czasem rzucimy się za kanapę, albo schowamy za filarem, aby przeładować broń, ale nie ma sensu tam tkwić, bo zdrowie nam się nie odnowi. Jedyną metodą na odzyskanie kilku punktów życia jest torturowanie wrogów. Tradycyjne podduszanie, albo obijanie mordy pięścią jest dostępne zawsze, ale poziomy oferują też dodatkowe, atrakcyjne opcje. A to na kogoś wjedziemy wózkiem widłowym, a to podtopimy kogoś w kiblu, albo wsadzimy pod wiertarkę stołową. Wszystko to swoiste mini-gierki wymagające odrobiny wyczucia w operowaniu gałką, tak aby przesłuchiwanego przycisnąć, ale niekoniecznie zabić. Z sukcesem przeprowadzona “rozmowa” może zaprocentować również w inny sposób, niż odzyskanie części zdrowia, bo przeciwnicy czasem zdradzą miejsce tajnej skrytki z bronią, w zamian za oszczędzenie życia pomogą odwrócić uwagę grupy innych wrogów, albo ułatwią osiągnięcie celu misji (bez tego będziemy musieli podążyć okrężną drogą). Po wszystkim możemy się nimi posłużyć jak żywą tarczą, albo uhonorować ich widowiskową śmiercią, bo lokacje też miewają specjalne miejsca do egzekucji. Jedynie co mnie dziwi, to fakt, że po wyciągnięciu z ofiary niezbędnych informacji nie możemy jej zabić, choć na nic już nam się nie przyda. To znaczy możemy, ale gra nas wtedy ukarze ujemnymi punktami stylu. Musimy wyjść z trybu "przesłuchania" i dopiero wtedy możemy bezkarnie umieścić bandycie kule w głowie. Bez sensu. Generalnie łby i członki odpadają od wrogów, krew smaruje podłogi i ściany, trupy liczone są w dziesiątkach i setkach. Punisher zabijać musi, bo tylko w ten sposób otrzymuje punkty “stylu”, a za te punkty może kupować ulepszenia. Czeka na nas kilkanaście wizualnie urozmaiconych misji, na przestrzeni których rozprawimy się z mafią rosyjską, włoską, yakuzą, chuj wie kim jeszcze, a szeroki asortyment broni raczej nie pozwoli się nudzić i każdy znajdzie swój ulubiony zestaw do mordowania. Trochę w tym wszystkim rozczarowują walki z bossami, bo często sprowadzają się do zwykłej napierdalanki w gąbkę na pociski, no może poza starciem z pewnym Rosjaninem, który bierze nas z zaskoczenia. Ale z drugiej strony czego ja oczekiwałem od gry z Punisherem? Nie przyczepię się również do kompletnego braku warstwy eksploracyjnej, bo jedyne czego Frank szuka na poziomach, to kolejnej ofiary. Znajdźki czy sekrety go nie interesują. I o to chodzi, to mi się podoba. Trudno określić ile czasu zajęło mi ukończenie gry, bo oryginalny sprzęt nie pozwala tego wygodnie sprawdzić, a może ja nie wiem gdzie i jak szukać. Raczej na pewno było to nieco ponad dziesięć godzin i co zaskakujące - nie nudziłem się w zasadzie ani chwili. Inna sprawa, że tytuł rozsądnie sobie dawkowałem po jednej-dwie misje, więc monotonia nie zdążyła mnie dopaść.
  12. Adam, powinieneś odpocząć od cyklu Resident Evil.
  13. Pupcio jest jaki jest, można mieć o nim różne zdanie, ale jest nasz na tyle długo, że przestaliśmy się nad tym zastanawiać. Poza tym w jego postach nie stwierdzono ingerencji Sztucznej Inteligencji, a w dzisiejszych czasach to coraz rzadsza zaleta. W zasadzie nie doszukano się tam żadnej inteligencji. Ale jest nasz. Rodzina.
  14. W sumie tak sobie dyskutujemy, a nie wszyscy znają aferę, więc wygodny odnośnik do odpowiedniego posta może się przydać.
  15. Mieszana opinia, bo z jednej strony jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla niektórych plusy najzwyczajniej w świecie mogą być dodatkową motywacją, by napisać coś rzeczywiście wartościowego, kreatywnego, albo po prostu włożyć nieco więcej wysiłku, a pozostali mogą to w prosty sposób docenić dając plusa czy serduszko. Nie każdy w ten sposób tutaj funkcjonuje, ale niektórzy z pewnością. Jak usunięcie tego kija z marchewką wpłynie na aktywność niektórych? To będzie trudno zmierzyć. Z drugiej strony oczywiście, że to nie działa jak powinno, bo w idealnym świecie najwięcej dobrej reputacji powinny zgarniać wartościowe posty, a wszyscy wiemy, że najwięcej reakcji zgraniają zdjęcia gierki, albo samicy w temacie "Kobiety". Więc wskaźnik "reputacji" siłą rzeczy będzie przekłamany, bo jak ktoś się uprze, to może farmić dziesiątki plusów. No i teraz okazuje się, że niektórzy zdolni są generować treść swoich wpisów w imię zgarnięcia kilkunastu plusów. Jak każdy lubię dostać plusa za włożony czas i postaranko w napisanie posta, więc o ile bywa to pewną motywacją, to nie jest z pewnością jedyną. Na tej samej zasadzie lubię docenić kogoś za wyczerpujący, zabawny, czy pomocny post, bo to wygodna możliwość i nie generuje bezwartościowych wpisów w rodzaju "dobra robota!", "xdddd". Więc jestem za tym, by reakcje generalnie zostały (można je ewentualnie uprościć i odchudzić), bo bez nich forum może zwyczajnie posmutnieć. Licznik reputacji? Można wyjebać, bo nic nie znaczy, niczemu nie służy i nie odzwierciedla niczego. Kompletnie się nim nie sugeruję, bo i bez jego wskazań wiem, kto jest aktywnym użytkownikiem i czy zawartość, którą dostarcza do mnie przemawia. Ujmę to inaczej: o ile reakcje lubię i uważam za przydatne w odpowiedniej sytuacji (no i co jakiś czas generują "dramy", więc przynajmniej coś się dzieje), tak licznik reputacji jest mi obojętny, więc jest mi też obojętne co się z nim stanie. Nie przeszkadza mi, że jest i nie odnotuję jego braku.
  16. On się nie zorientował w liście sprzed trzech miesięcy, więc taki sprzed kilku lat to pewniaczek.
  17. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Nowy miesiąc, więc z mojej strony podsumowanie zakupów z poprzedniego. RDR czysto spontanicznie, bo w zasadzie do dzisiaj miałem te grę tylko w edycji PS3, a przecież nie wypada się tak ograniczać, bo o ile na większość GTA mam wyjebane, tak oba RDR-y na zawsze mam w sercu. Prince of Persia i Ruffy czysto do kolekcji, bo obie gry już splatynowane w cyfrze. Nine Sols i Tiny Bookshop od miesięcy na liście do ogrania, więc może w końcu się zmotywuję. Trylogia Turoka, bo w sumie nigdy nie grałem, a trochę jestem ciekawy. Atari 50 i Llamasoft to efekt lektury Atari Extreme. Obstawiam, że nie spędzę z tymi grami dużo czasu, ale tak jak wyżej - z czystej ciekawości chciałbym je sprawdzić. No i premierowe nowości, czyli Pragmata i Saros. Ten pierwszy tytuł kończę (i oceniam wyżej, niż RE9), drugi miał mi towarzyszyć w trakcie majówki, ale okoliczności nieco nie sprzyjały, więc nie chciałem go odpalać "na siłę" i zapewne wstrzymam się z tym do przyszłego weekendu, aby usiąść "na spokojnie". Nie ucieknie. Generalnie obfity, ciekawy miesiąc, wszystkiego po trochę. Lubię.
  18. Kmiot odpowiedział(a) na Kmiot temat w PS VR
    Miałem wrócić do robienia Physical na Expercie, no to wróciłem dzisiaj. Zrobiłem, choć trochę na farcie, bo przydało się nieco mojego cwaniactwa i łaski gry, która parę razy uznała, że "byłem wystarczająco blisko, by zaliczyć". Z rozpędu zrobiłem też Houdini, bo nie po to płaciłem za Music Pack, by w niego teraz nie grać. Komą! Lets get fizikal. Ale czując dzisiaj MOC wróciłem do mojego all time best utworu, czyli Vampirevanii, by wreszcie i tam zrobić Full combo na Expercie. Litr potu i trzy przerwy na złapanie oddechu później również się udało. Moja duma i chluba. Znam ten utwór już na tyle, że nie potrzebowałem szczęścia ani przypadku, tylko cierpliwości. Dużo tutaj zmiany stron i rąk, "krzyżakowania" i ruchów w stylu "gangam stajl", a moja toporna koordynacja tylko do takiego tańca jest w ogóle zdolna, więc czułem się jak ryba w wodzie. No i jak utwór wchodzi w ostatnie 90 sekund to jest kulminacja i uwielbiam ten fragment, mógłbym go powtarzać cały dzień. Oczywiście filmik nie odda tej satysfakcji, gdy kulki z subtelną wibracją rozbijają się na naszych kontrolerach, ale nutka fajna, więc warto posłuchać.
  19. Kmiot odpowiedział(a) na Kmiot temat w PS VR
    Kiedyś w temacie Beat Sabera pisałem, że liczę na Music Pack Dua Lipy, bo lubię niektóre kawałki i wydawało mi się, że świetnie by się nadawały. Beat Saber już się wycofał ze wspierania PSVR2 i w ogóle mam wrażenie, że tam raczej są nieciekawe nastroje, bo Meta to nie jest łaskawy właściciel. Praktycznie nie wydają już Music Packów (po Metalice w grudniu 2024 na kolejną duża paczkę trzeba było czekać rok), w zespole nie został chyba nikt z pierwotnych twórców gry, niby pracują nad czymś nowym, ale nie są już niezależni, więc może wyjść różnie. Ale ja nie o tym. Bo okazało się, że Music Pack z Dua Lipą właśnie wyszedł dla Synth Riders. Siedem kawałków za 52 zł, w tym oczywiście największe hity, które każdy zna i słyszał (można kupować pojedynczo za 9 zł sztuka). Wróciłem więc do gry i kurde, pozmieniało się. Twórcy dodali cały system progresji, poziomy gracza, dziesiątki wyzwań (dzienne, tygodniowe, globalne), nowe modyfikatory, areny, tryby, opcje osobistych preferencji, kolorów, nawet siły wibracji każdego elementu z osobna. Regularnie, co 2-3 miesiące dorzucali płatne DLC i obecnie wybór jest naprawdę szeroki. Osobiście nie kupowałem wszystkiego, tylko to co mnie rzeczywiście interesowało, a i tak moja lista ulubionych utworów liczy już około 60 kawałków (wszystkich jest pewnie trzy razy tyle). Teraz do mojej listy ulubionych doszły cztery utwory Dua Lipy i jeszcze dokupiłem sobie jeden wałek Infected Mushroom, bo wpadł mi w ucho i jest świetny. Rzecz jasna ostatnio w Synth Riders grałem pewnie z rok temu (co nawet sugeruje mój poprzedni post w temacie), więc forma nie ta, ale i tak bawiłem się wyśmienicie. Do tego stopnia, że rozładowałem kontrolery. Tragedii jednak nie było, bo na Expercie udawało mi się robić dobre wyniki, często nawet Full Comba, więc tego się nie zapomina. Levitating to jedna z pierwszych prób i od razu Perfect, bo to dość prosty układ, ale spełnia zadanie, bo buja pięknie. Za to Physical jest już nieco bardziej wymagające i po kilku godzinach najzwyczajniej w świecie zabrakło mi już siły (i baterii w kontrolerach), by na Expercie zrobić Full Combo. Ale Hard też jest przyjemny w rozgrywce, pozwalając na więcej "rozluźnienia". Niektóre kawałki na Hardzie są dla mnie już zbyt nudne, ale tutaj jest jeszcze akceptowalnie, choć oczywiście na świeże siły wrócę już do Experta. Na deser podrzucę jeszcze wspomniane Infected Mushroom i ich wersję Black Velvet, który z miejsca wskoczył w grono moich ulubionych kawałków do grania. Bardzo polecam przesłuchać i kupić, bo czysta frajda i bujanka. W ogóle szanuję twórców, bo pięknie się ta gra rozwinęła i najwyraźniej nie zamierza przestać. Jest dużo przystępniejsza od Beat Sabera, co ma znaczenie w przypadku jakiegoś party z VR, bo moi znajomi i rodzina, która miała okazję testować obie gry preferuje Synth Riders. Po protu szybciej się łapie zasady i zaczyna czerpać przyjemność, a całość jest bardziej "taneczna" niż "waleczna". Uwielbiam obie gry, ale obecnie wracam głównie do Synth Riders, bo dają powody.
  20. Jestem. Co nowego. Widzę, że mimo wszystko wracamy do tradycji ekscytowania się każdą najmniejszą plotką dotyczącą kolejnej generacji konsol, chociaż w zeszłym miesiącu nastroje panowały raczej sceptyczne z racji artykułu o drożejącym RAMie. A teraz proszę: znów zaczynamy cykl “wszystko będzie lepsze, szybsze, ładniejsze”. Pojawiają się równania PS6 = 4K + 120 FPS-ów, mimo że obecnie na PS5 Pro 4K + 60 FPS to luksus nieosiągalny dla większości gier. Ale w kolejnej generacji już na pewno się uda, mówię ci mordo. Cytat numeru. Inon Zur. Problem w tym, że nawet jeśli Starfield jest grą WIZJONERSKĄ, to najwyraźniej gracze się na niej nie poznali, a że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to teraz będzie trudno nawiązać rywalizację z kultem Skyrima, którego odbiór na premierę był dużo cieplejszy, o ile dobrze pamiętam. No, ale co miał powiedzieć gościu, który współtworzył tę grę? Wszystko byłoby legendarne, gdyby nie ci WYBREDNI GRACZE. Poza tym minął nam kolejny miesiąc, w którym Maciej majaczy coś o tożsamości Xboxa. Ohayo Nippon. Wątek Atlusa dość wymowny. Gracze narzekają, że nowe GTA powstaje kilkanaście lat, a tymczasem fani Persony na kolejną odsłonę czekają już dekadę i nawet nie została ona jeszcze zapowiedziana. I okazuje się, że dla wielu z nas może to być ostatnia Persona i ostatnie GTA w życiu, bo kolejnych nie doczekamy, chyba że planujemy grać na emeryturze, ale wtedy możemy mieć też inne zmartwienia. Nich to wsiąknie. Dobre, bo polskie. Kurde, kolejny dobry miesiąc, chociaż autor przemycił odrobinę wyliczanki, to zrobił to na tyle umiejętnie, że w pierwszej chwili nawet nie zauważyłem. Byłem zbyt zajęty rozmyślaniem nad faktem, że Wiedźmin 3 mimo siedmiu nominacji do nagrody BAFTA nie zdobył żadnej nagrody. Uśmiechnąłem się szeroko, bo może jednak trochę się znają w tej Brytyjskiej Akademii, hehe. INFORMACJA PRASOWA. POCO COŚTAM IRONMAN. No, bo już się nieco martwiłem, że materiały partnera zanikają, ale oto triumfalny powrót. Co prawda darowałem sobie lekturę, bo na wszystkie trzy pytania w leadzie odpowiedziałem przecząco, więc uznałem, że nie szukam takiego telefonu i nie chce mi się o nim czytać. Ale doceniam, że materiał jest na tyle rzeczowy, że nawet ceny poszczególnych modeli nie trzeba szukać w sieci, bo wszystko jest podane. Pokemon Winds & Waves. Genshin Impact wspomniane. Dwa razy! Handheld Mode Boost. Dla mnie o tyle istotny news, że na Switchach 98% tytułów ogrywam w trybie handheld i oczywiście mam masę zaległości z poprzedniej generacji, którą planuję nadrobić na Switchu 2. I teraz ma to znacznie więcej sensu, bo w zasadzie cała biblioteka pierwszego Switcha dostała boosta. I to za darmo. Dziwne, ale miłe. Rozbawił mnie jedynie górny obrazek, mający pokazać różnicę. Ale jej nie dostrzegłem. Możliwe, że jej tam nie ma, ale nie jestem pewien. Virtual Boy. Widzę, że sprzętu do testów dostarczył sam Konsolite, bo na Nintendo nie ma co liczyć. No, ale Darek jest w tej wyjątkowej sytuacji, że posiada też oryginalnego Virtual Boya, więc mógł rzetelnie ocenić i porównać oba sprzęty. Do zakupu raczej nie zachęcił, więc teraz będzie w jeszcze bardziej wyjątkowej sytuacji, że jako jeden z siedmiu osób na świecie ma oba Virtual Boye, a to już ostra ekstrawagancja. Generalnie fajnie (i mega spoko), że mogłem obszernie poczytać o tym sprzęcie, bo na zakup się nie zdecyduję, więc musi mi wystarczyć taka wyczerpująca lektura. AAA. Trzy litery, które stały się kłopotem dla branży. Absolutnie nic, czego byśmy już nie wiedzieli i nie zauważyli. I szczerze pisząc już mnie nieco męczy czytanie na ten temat. Twórcy sami sobie wykopali ten grób, z którego teraz prawdopodobnie już się nie wydostaną, chyba że po trupach (zwolnieniach i powrocie do rozsądniejszej skali robionych gier). Zwolnienia już są, teraz czekamy na mniejsze, ale częstsze premiery gier. Poza tym Dżujo ostatnimi miesiącami bardzo się polubił z tego typu ponurymi artykułami w miesięczniku, a ja takiego Dżuja nie lubię. Za to rozbawił mnie raport mówiący o tym, że W widełki wieku już się nie łapię, ale od hazardu i TikToka jestem w 100% wolny. No i mimo wszystko więcej gram, więc może po 35 proporcje się już zmieniają? Czarnobyl. Monumentalne dzieło na osiem stron. Jak się człowiek zastanowi ile to musiało kosztować pracy i zaangażowania, to nie sposób po prostu autora nie docenić. Trzeba zakładać, że Kacper zrobił to dla nas, czytelników, bo przecież nie dla pieniędzy, hehe. Chłop jest niesamowity i brakuje mi już komplementów, by co miesiąc mu je pisać. I nawet gdybym znalazł jakieś wady czy niedociągnięcia, to będzie to kropla w morzu tekstu, więc aż niezręcznie je wytykać. Inna sprawa, że i tak ich nie znalazłem, bo byłem zbyt zajęty czytaniem. Niezwykle przyjemna lektura, biorąc pod uwagę jak nieprzyjemny i niepokojący to temat, pełny ludzkich dramatów. I choć gry nie są w tym przypadku najważniejsze, to i tak nabrałem pewnej chęci na coś w klimacie Czarnobyla (uwielbiam tego rodzaju tematykę). Tylko jeszcze nie wiem czy będzie to wciąż nieograne Metro Exodus, Stalker czy dość szeroko opisany w tekście Chernobylite, który chyba najbardziej mnie kusi. Cóż, mam dłuższą chwilę na zastanowienie, bo póki co mam w co grać i nie chcę zaczynać kolejnego tytułu, tym bardziej, że zaraz Saros. BTW. kiedy jakiś tekst o Returnalu? Powtórzę jedynie: świetny tekst Adamusa, jako czytelnik jestem syty po lekturze. Co miesiąc chwalę Kacpra, ale póki co miesiąc będzie dostarczał doskonałe teksty, to zamierzam się powtarzać, bo tyle włożonej pracy i serca nie można ignorować tylko dlatego, że to już rutynowy “dzień jak co dzień”. Zaangażowanie potrzebuje paliwa. Hyde Park. Perez. Och, jak to dobrze, że trafiliśmy na wydawcę-pracoholika. Zdrowia życzę, ale w razie choroby do pracy przyjdziesz? Albumy się same nie wyślą. Adamus i Kochaniec. Widzę, że w tym miesiącu to Kacprowi i Sebie przypadł dyżur w roli tych, którzy niedomagają zdrowotnie. Przez takie wpisy czasami mam wręcz obawy przed lekturą HP, bo spodziewam się złych wieści. No, ale trzymacie się tam. Wszyscy. Piechota. “Bardziej krzykliwa część odbioru” - to chyba o mnie! Duma. Daj mnie już ten "Incydent Raccoon City". Buczyński. Poczułem bliskość z Damianem, bo też uwielbiam Simmonsa i też przede wszystkim za “Terror”, który jest wspaniały, a "Drodda" oceniam tylko szczebelek niżej. Na szczęście przede mną jeszcze cała masa twórczości Simmonsa, której nie miałem okazji czytać, więc lektury raczej nie zabraknie. Myślę też o powtórce "Hyperiona", bo… kilkanaście lat temu mnie nie porwał. Headshot. Anonim. No, ale jak to? Dopiero co (w zeszłym miesiącu) czytaliśmy newsa o tym, jak to polskie studia potrzebują dofinansowania. Konsolite. Jak zwykle marudny, ale tym razem bardziej się z Darkiem zgadzam, niż przeciwstawiam. Swoje odczucia na temat RE Requiem krótko opiszę przy okazji Zgrentgena, tutaj jedynie chciałem zasygnalizować pewne wsparcie opinii autora. Koso. Rewizyty w Requiem i MGS4 trudno nawet porównywać. Mimo wszystko Kojima znacznie, znacznie lepiej to rozegrał pod kątem emocji, a Capcom kwestię ostro spierdolił już samym faktem, że zdradził wszystko przed premierą (i na okładce gry!). A mógł być taki piękny, niezapomniany moment. Recenzje. Crimson Desert. Jestem pierwszy do narzekania na Zaxa, ale ta sytuacja z tą grą i recenzją jest trochę głębsza. Bo Crimson Desert w okresie przed premierą z całą pewnością był mniej przystępnym i gorzej działającym tytułem niż na premierę, albo kilka dni po niej. Pearl Abyss działają błyskawicznie. Recenzenci z prasy i serwisów byli swoistymi betatesterami, grali w gorzej zoptymalizowaną i miejscami nieco surową grę. To powinna być beta-recenzja. Ona po prostu źle się zestarzała i tym razem nie jest to nawet wina Zaxa. Część jego zarzutów była nieaktualna już na premierę (schowek, więcej punktów szybkiej podróży). Kolejne straciły datę ważności po kilku dniach od premiery (responsywność postaci, poprawiony ekwipunek, uproszczone sterowanie). Poważne bugi praktycznie się nie zdarzają (po prawie 75 godzinach miałem tylko jeden crash gry), a jeśli nawet, to pierdoły (tam się nie wczyta krzaczek, tam utknie NPC). Twórcy w zasadzie są trochę sami winni, bo premierowe opinie poszły w świat i dopiero gdy do gry dobrali się sami gracze, publiczny odbiór Crimson Desert zaczął się poprawiać. Zabrakło wewnętrznych testów i odpowiedniego feedbacku przed wypuszczeniem gry. Inna sprawa, że Zax w swoim stylu chwilami bredzi, przekonany o własnej nieomylności. “Widziałem opinie…” - lubi pisać. Tak jakby opinie innych były mniej wiarygodne, niż jego, więc trzeba je wyśmiewać. Potem twierdzi, że Crimson Desert rości sobie pretensje do systemów walki z gier FromSoftware, nikt nie wie dlaczego, bo przecież slaszerowe starcia w stylu musou z kilkudziesięcioma wrogami jednocześnie, których często po prostu masakrujemy, to jak nic Bloodborne. Na deser coś jeszcze o makietowym i sztucznym świecie, gdzie ten świat po prostu imponuje - rozmiarami, topografią, prezencją, ruchliwością (ilość drobnych zwierzątek, ptaków, roślinności!), barwami. Od pierwszej godziny jest dla nas w całości otwarty, pozbawiony jakichkolwiek ekranów ładowania i zapraszający do zwiedzania. Określanie go makietowym jest zwykłą złośliwością. I żeby nie było - sam Crimson Desert oceniam niewiele wyżej (naciągane 8, chwilami 8+), ale rozumiem co gra chce osiągnąć, jakie ma priorytety i niezaprzeczalne zalety. Jednak jeśli ktoś zaczyna recenzję od słów: “Gdy w branży wychwalane są pod niebiosa gry zaledwie przeciętne, tylko Wiedźmin może nas wybawić od zalewu miernoty”, to już wiem, że opinia pełna będzie uprzedzeń i złej perspektywy. W temacie zauważył to już michu86-, że w treści praktycznie pominięto zalety gry (a tych da się trochę znaleźć), więc recenzja może być subiektywna, ale powinna być też rzetelna. Gra zasługiwała na sprawiedliwsze spojrzenie, bo za kilka miesięcy może się okazać, że to kolejny tytuł, który w PE potraktowano po macoszemu i na odpierdol. Zabłocki w 3 groszach wykazał się dużo większą świadomością i przenikliwością, choć - według mnie - nieco za dużym entuzjazmem. Niektórzy recenzenci szybko dostrzegli potencjał Crimson Desert i włożoną w grę pracę, która wymaga jedynie pewnych szlifów i przesunięć suwaczków, by odbiór się diametralnie zmienił. Przyjęli zupełnie inne ramy i oczekiwania, zamiast spodziewać się kolejnego Wiedźmina 3, podeszli do gry z otwartą głową i bez uprzedzeń. Podobne podejście zauważyłem przy okazji Where Winds Meet, gdzie nawet Kali spodziewał się “chińskiego Wiedźmina 3”. Tak jakby wszystko musiało być Wiedźminem 3, aż do porzygania, gdy twórcy nawet w to nie celują i się tym nie inspirują. No, ale po Zaxie nie spodziewałem się takiej intuicji, jak u niektórych recenzentów, bo do tego konieczne jest na chwilę nie być bufonem i wyciągnąć głowę z własnej dupy. Pamiętacie Skull and Bones? Ocena 7/10 i przekonanie Zaxa, że “gra będzie wspierana latami”. Gdzie obecnie znajduje się ta gra chyba nie muszę pisać. Nie pierwszy raz Zax ma problem z przyjęciem odpowiednich ram i oceną potencjału gry. Oczekujesz koreańskiego Wiedźmina 3? Koreańskiego soulslike’a? Nie ten adres. Crimson Desert wrzuci cię na uzależniającą karuzelę błyskawicznych fetch questów rodem z MMO, które będą jedynie pretekstem, by w trakcie ich wypełniania zboczyć z kursu i sprawdzić co tam za wzgórzem tak błyszczy, albo co dobrego kryje ta opuszczona chata. Żeby nie powtarzać banałów w stylu “to nie gra dla każdego” napiszę tylko, że to gra dla konkretnej bazy odbiorców i patrząc po wynikach sprzedaży, ci odbiorcy tłumnie stawili się na wezwanie., pomimo takich Zaxów i innych IGN-ów, którzy próbowali wszystkich zniechęcić. Ego musi trochę ucierpieć, że gracze obecnie mało poważnie traktują werdykty "growych dziennikarzy". Opinie i zdanie Zaxa przestały mnie interesować lata temu, bo kompletnie się nie pokrywają z moimi odczuciami, poza tym nie znoszę jego aroganckiego, wszystkowiedzącego tonu. I zanim ktoś napisze: “tak bardzo cię nie interesują jego opinie, że wysmażyłeś na ten temat dwa tysiące znaków” to od razu odpowiem, że interesuje mnie po prostu PE jako pismo i żałuję jedynie, że Zax publikuje swoje wysrywy pod marką czasopisma z którym spędziłem blisko 30 lat i zabiera innym autorom gry do recenzji, a niektóre mnie interesują i chętnie bym poczytał opinię od kogoś, kogo zdania nie mam za nic. Zax dla mnie jest obecnie głównym argumentem za tym, by… czasopisma nie czytać. Odechciewa się po prostu, jeśli pomyśleć, że czytelnik za to płaci. Aha - “rudymentarne” jest. Marathon. Zaintrygowała mnie ta “metroidvania” w plusach, więc czytam uważnie recenzję, aby dowiedzieć się o co chodzi. I docieram do fragmentu. Co? Czy autor myli metroidvanię z roguelike’em? Screamer. Bez wielkiego entuzjazmu, ale ostatecznie czuję się zachęcony. A to głównie za sprawą ostatnich zdań, przypominających mi, że ci sami twórcy odpowiadają za dwie części Hot Wheels Unleashed, które również były grami 7/10, ale obie dały mi dużo przyjemności. Toxic Commando. Przyznaję, że dałem się zaintrygować. A że nie ufam Hivowi, to szybko zacząłem szukać innych opinii. Są one dużo chłodniejsze, ale wciąż na tyle pozytywne, że pewnie sam grze szansę, z czystej ciekawości. Tym bardziej, że najwyraźniej można z powodzeniem grać solo, a ja lubię mieć ten komfort i niezależność, by po prostu wskoczyć w grę i móc wyskoczyć po 15 minutach, jeśli mi się odwidzi. Pokemon Pokopia. Trochę zabrzmiało, jakby przez niską rozdzielczość gra miała być brzydka. A przecież nie jest. Jest schludna, pełna małych detali, przedmiocików. Jest przytulnie i w życiu bym się oprawy nie czepiał, ale to może kwestia tego, że gram tylko w trybie handheld i nie rzuca się to w oczy? Poza tym w recenzji wszystko się zgadza i nic nie zgrzyta z moimi odczuciami. Gierka jest przeurocza i wciągająca. Potencjał kreatywny jest tutaj nawet większy, niż w Animal Crossing, głównie ze względu na szersze możliwości manipulowania terenem. Na tę chwilę wydaje mi się, że trochę zaniedbano kwestię pór roku, bo w międzyczasie zima przeszła w wiosnę, a w grze kompletnie niczego to nie zmieniło. Do tego nieco brakuje mi jakiegoś innego, angażującego motywu kolekcjonowania, poza samymi Pokemonami. Lubiłem w Animal Crossing polować na konkretne robaczki czy rybki o odpowiedniej porze. Niby są tutaj płyty z muzyką, jakieś artefakty czy inne dzienniki, ale nie są aż tak satysfakcjonujące. Mario Wonder. I znów docieramy do kwestii czy w takiej sytuacji oceniamy dodatkową zawartość, czy znów podstawkę + dodatkową zawartość. Przy tym drugim podejściu - na logikę biorąc - ocena dodatku nie może być niższa, niż podstawowej gry, bo przecież ona wciąż tam jest. Tylko po co mi ponowna recenzja gry, którą już recenzowaliście, a sama gra nie zmieniła się diametralnie, dostała tylko dodatek? Dlatego osobiście jestem zwolennikiem recenzowania jedynie dodatków i w treści niby wszystko się zgadza, bo Majk pisze wyłącznie o nowej zawartości. Z kolei ocena najwyraźniej mocno polega na podstawowej grze, bo nie wierzę, że zestaw multiplayerowych minigierek zasługuje na 9/10. Ale u Majka to nigdy i wiadomo o co mu chodzi. The Occultist. A ja łagodnie uśmiechnięty, bo tradycyjny kącik każdego numeru PE niniejszym odhaczony. Docked. Microsoft Flight Simulator wspomniany. Elite Dangerous wspomniane. Rudymentarne też jest. Mocne combo. Greed Fall 2. Znowu coś o Wiedźminie 3, bo - znowu - wszystko musi być Wiedźminem. Rudymentarne jest. Lubi pisać: “widziałem opinie”. Jakim cudem on na te wszystkie paździerze dostaje minimum całą stronę? Ma jakieś haki na Rogera czy o co tutaj chodzi? Damon and Baby. Miałem okazję sprawdzić demo i recenzja brzmi sprawiedliwie. Do krytyki strzelania dodałbym jeszcze jedną kwestię: nie daje ono satysfakcji. Takie pif, paf, plum bez mocy Demon Tides. Jest mi przykro, że Adam hajpuje fajną platformówkę, w którą nie mogę natychmiast zagrać. Znaczy mógłbym, ale nie chcę. Tym bardziej, że autor szybko mnie uspokoił, informując o wersji konsolowej, która ma być “niebawem”. To najważniejsze zdanie recenzji, więc doceniam, że zostało zawarte. Spokojnie więc poczekam, bo Demon Tides wygląda na grę, której za nic nie chcę ominąć. Przy okazji: gdzie się podziała Encyklopedia Platformówek? Don’t Mess with Bober. To już drugi horror FPP w numerze, ale sam pomysł jest na tyle głupi, że zasłużył na te pół strony. Fatal Frame 2. Kurde, sprawdzałem demo tej gry, a teraz czytam Mazziego, który używa takich sformułowań jak: “technicznie olśniewający”, “obłędna oprawa 4K” i zaczynam się zastanawiać jakim cudem ja całości nie odebrałem w ten sposób? Jeśli oprawa rzeczywiście jest taka obłędna, to udowadnia jedynie, że nie znam się na grafice. Miałem takie podejrzenia, ale nie miałem pewności. Project Songbird. Wow, więcej horrorów FPP 6/10. Czytelnik wytrzyma. Retrorecenzja. Rascal. Nie mam do tej gry żadnego sentymentu, choć możliwe, że chwilę w nią nawet grałem. Ale w pełni doceniam, że pomimo swojej przeciętności trafiła do retrorecenzji, bo stoi za nią całkiem ciekawa oraz nieco przewrotna historia, a to była moja pierwsza i zapewne ostatnia okazja, by o niej poczytać. Bardzo mi się podoba jak ten dział podświetla nieco zapomniane tytuły. Oby tak dalej. Korekta lekko zaspała, bo jest tam “Lara Crotf”. Publicystyka. Zgrentgen RE Requiem. Ten wklejony Leon w grafice otwierającej, haha. Romek pijany. Miło, że Komodo czuwa i dodał krótką notkę o Nikodemie. Również miło, że udało się upchnąć tych kilka nieoficjalnych wypowiedzi na końcu, bo sprawiły, że się uśmiechnąłem. Natomiast co do samej gry, o której toczy się dyskusja, zacytuję swoje obawy sprzed premiery, gdy odnosiłem się do wczesnego playtestu Rogera (#341). Czyli akurat w tym aspekcie wiele się nie pomyliłem. Miejscami ta koncepcja sprawdzała się nieźle (ale w żadnym razie rewelacyjnie), jednak ogólny dysonans i nierówność były odczuwalne najwyraźniej nie tylko przeze mnie. DALEJ MOGĄ SIĘ POJAWIĆ DROBNE SPOILERY, choć głównie w temacie mechanik, nic fabularnego. Pominę wymownym milczeniem głupotki jak tworzenie przedmiotów z krwi i złomu. Pod kątem rozgrywki sprawdza się odpowiednio, ale to jest tak bez sensu, że Suda51 by się nie powstydził. No ale ok, mówimy o cyklu RE, gdzie gracze są w stanie przymknąć oko dosłownie na wszystko. Nawet na tak nielogiczne posunięcia, jak konieczność wskrzeszenia żywego trupa, aby zaraz potem ponownie go zabić, a wszystko po to, żeby zdjąć mu z nadgarstka opaskę dostępową. Bo jak leżał nieruchomo na stole i mamy przecież nóż, to było zbyt proste. Grace Ashcroft, analityczka FBI, IQ równe ilości nabojów do requiem. Gra chwilami wydaje się nieprzemyślana i jakaś… pocięta, pospieszna pod koniec? Ktoś zwrócił uwagę na ostatnią torbę z poszerzeniem ekwipunku, którą zgarniamy dosłownie w przedostatnim pomieszczeniu fabuły? Po co mi ona wtedy? Rozczarowały mnie też tradycyjne dla cyklu laboratoria, bo to cztery pomieszczenia zaliczane korytarzowo. Nie oferują nic, przechodzisz przez troje drzwi i koniec lokacji. Posterunek również wydłużony metodą opcjonalnego fetch questu, bo w praktyce kończy się po trzech pomieszczeniach. Ale przynajmniej ma nostalgiczny utwór, bo muzyka ogólnie nie wiem gdzie się podziała. Ja jej nie odnotowałem. Ogólnie RE Requiem pod kątem rozgrywki i prezentacji wizualnej jest dopieszczonym technicznie tytułem. Zawodzi większość lokacji (artystycznie albo konstrukcyjnie), zawodzi zakończenie (bezpieczne, bez emocji) i osobiście za lepsze uznaję zapewne niekanoniczny “bad ending”, bo przynajmniej jest “jakiś”. Grało się fajnie, ale im dłużej myślę o całości, tym głośniejszy “meh” ciśnie mi się na usta. Nie zmieści się nawet do prywatnego TOP 3 roku. Tactics, czyli zjawisko spin-offów. Rozsądna decyzja, by skupić się na odłamach taktycznych. Chociaż ujmę to inaczej: konieczna decyzja, bo jaka była alternatywa? Pokryć w tekście wszystkie spin-offy? Niewykonalne. Wstęp wydawał mi się za długi, definiowanie zjawiska spin-offów zbyt obszerne, bo zanim dochodzimy do mięsa (gier), mija już połowa tekstu. Ostatecznie wyszło z tego artykułu 2w1, bo mamy dwie strony o koncepcji i definicji, a dwie kolejne o wybranych taktycznych spin-offach. W dodatku wydaje mi się, że korekta wyjątkowo przysnęła. W temacie wytknięto już nieuważnie wpisane daty, zauważyłem niedomknięty cudzysłów przy Gwiezdnych wojnach, a na deser mam cytat: Zakładam, że zamiast “zamiast” powinno być “zabrakło”. Samba, tango i gry wideo. Też niechlujność z datami, bo cytuję: A później z kontekstu okazuje się, że chodziło o 2014 rok. Wróżenie z pada. Bardzo dziwny ten tekst, wydawał mi się naciągany interpretacyjnie. Kochaniec ma gadane, ale ja twardo stąpam po gruncie i nie dałem się nabrać na jego banialuki. Dużo teorii, mało samych gier, czytało się przyjemnie, ale przypływu pasji do wróżbiarstwa nie odnotowałem u siebie. Za to lubię karty tarota, bo mają w sobie coś niepokojącego i intrygującego zarazem. Odnotowałem też deja vu-fragmenty: A później: P3, over and out. Phil zasługiwał na pożegnalny tekst, ale de facto wyszedł wycinek historii Xboxa. W sensie: mało na tych czterech stronach samego Spencera. Daytona i salony magabossa z… Krakowa. Cóż, wywiad, w którym już w odpowiedzi na pierwsze pytanie czytam: i mam kwintesencję. Ujmę to tak, aby nie być zbyt surowym. Doceniam i szanuję pasję Łukasza, bo czuć, że chłop tym żyje, mocno się angażując. Doceniam też, że wywiad w tym miesiącu ostatecznie jest dużo ciekawszy, niż ten z wokalistą Tiltu. Problem z tymi tekstami jest taki, że przemówią one do niezwykle wąskiego grona odbiorców. Ilu czytelników PE skojarzy Krysię Brewkę, albo Waldemara Leszczyńskiego, znanego też jako Amerykan? Ilu czytelników PE miało okazję odwiedzić jeden z salonów Zbigniewa Bułata (i byli świadomi, że on jest właścicielem), aby poczuć sentymentalne ukłucie w trakcie lektury tego wywiadu? Obawiam się, że niewielu, potężna nisza. Jak wspomniałem: podziwiam pasję, ale próby zarażania nią innych to karkołomne zadanie. Mumia. Trochę żałuję, że całość tekstu nie jest poświęcona trylogii Mumii z Brendanem Fraserem. Chętnie bym poczytał więcej na ich temat, bo tak się składa, że nadrabiałem je w ostatnich miesiącach (trójka jeszcze przede mną). Wcześniej mnie ten cykl omijał, sam nie wiem dlaczego, bo lubię takie klimaty. Czuję więc niedosyt, bo preferowałbym inne rozłożenie akcentów w tekście, a wręcz wyrzucenie z niego wszystkiego sprzed 1999 roku, dorzucenie kilku akapitów ciekawostek zza kulis filmów Sommersa i mielibyśmy cztery strony nostalgii, aż piasek między zębami chrzęści. No, chyba że nie było wystarczająco pasjonującego materiału, to wtedy wybaczam. Kingdom Hearts. Z Kubicą zawsze jest ryzyko, że wkręci mnie w jakiś cykl, w który wkręcać się nie mam zamiaru. Kingdom Hearts to właśnie taka seria, przy której czuję, że to już za późno na angażowanie się. Że za dużo tego, że zbyt zagmatwane i czasochłonne, że odpowiedni moment minął i najzdrowiej będzie się z tym pogodzić, zostawić ten cykl dla innych. Kubica próbował mnie przekonać, ale tym razem poległ, bo choć czytało się jak zawsze świetnie, to ani przez chwilę nie pomyślałem, żeby dać Kingdom Hearts szansę. Śpię spokojnie. Extreme Plus. Bazarowy kapitalizm. Zabłocki w ostatnich miesiącach był jakby na fali wznoszącej i chciałbym poinformować, że w tym numerze dostarczył swój chyba najlepszy tekst. A przynajmniej najlepszy spośród tych, które pamiętam. Nie wiem, może jest w tym pewna zasługa nostalgii i mojego prywatnego sentymentu związanego z giełdami, ale ten Extreme Plus czytało się naprawdę dobrze. Nie wiem też czy Maciek jest w stanie utrzymać taki poziom w kolejnych miesiącach, ale za ten tekst należy mu się solidna pochwała i gratulacje. Tak trzymać. Kąciki i felietony. Region filmowy. Mroczne miasto ciekawie wygrzebane. W ogóle kącik Blu-ray z potencjałem. Jestem za tym, by to pociągnąć dalej, oczywiście w miarę możliwości. Alan Ritchson na zadatki na współczesnego Arniego/Sly, lubię go, daje mi ten vibe. Potrzebujemy takich ludzi. Comix Zone. Doceniam, że chociaż “Tą teksańską krew” udało się wbrew tradycjom zrecenzować. Liczę na więcej tego rodzaju wygrzebanych perełek. BAKA. Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do formuły, w jakiej kącik funkcjonował na początku swojego istnienia? Wtedy narzekałem, że i tak nie mam czasu oglądać 3-4 anime co miesiąc, więc wolałbym jedno, ale naprawdę warte uwagi. Potem okazało się, że często nawet jednego nie mam czasu oglądać, więc Darek postanowił znów podrzucić 3-4 anime, którego nie obejrzę. I tak to się żyje w tym Kąciku Anime. Pisarski. Widzę, że wjechało mocne “copium”. Ale jest w tym jakiś heroizm, żeby gry multiplatformowe ogrywać na Switchu 2, jak często nawet indyki mają tam problem z działaniem. Takiego Bonda już profilaktycznie opóźniono (aby przypadkiem port na Switcha 2 nie wpłynął na premierową średnią meta), Elden Ring coś wyjść nie może, a przecież to gra sprzed już 5 lat. No ale this is fine. Marcellus. Mamy to. Adamus. No tak, gry nie funkcjonują w próżni i ich odbiór w dużej mierze zależy od okoliczności, w których przyszło nam je poznawać. Zależy od zainteresowań, aktualnie obejrzanego filmu, sytuacji życiowej, czystych skojarzeń, finansowej rodziców (którzy kupili nam pierwszy sprzęt do grania), a nawet umiejętności manualnych czy po prostu inteligencji (albo jej braku). Gdyby nie to, że Kacper sam wspomniał o podcaście Piechoty, to ja bym to zrobił. Bo tamtejszy cykl “Gry mojego życia” doskonale obrazuje, jak odbieramy gry, które może nie są obiektywnie najlepsze, ale dla nas najważniejsze, przez to jak udanie się wpasowały w naszą sytuację życiową. Co ciekawe, u mnie często te naczynia połączone funkcjonują na równych prawach i jeśli jakaś gra mnie fascynuje, to potrafię tę pasję rozszerzyć i z rozpędu obejrzeć jakiś powiązany film, sięgnąć po książkę, albo inną grę, tylko dlatego, że według twórców była inspiracją dla ich gry. Rozgrzany Blue Prince’em natychmiast zapragnąłem ograć Mysta. Czasem gra “nie kliknie” i tylko przypadek, albo intuicja sprawia, że z jakiegoś powodu postanowimy dać jej drugą szansę i - zaskoczenie - jednak wsiąkniemy. Myślę, że każdy z nas miał lub jeszcze będzie miał takie sytuacje. I dlatego też nie znajdziesz dwóch graczy ulepionych z dokładnie tej samej gliny gier. Głos Ludu. Tradycyjnie wołam @Saix , aby zdradzić mu ciekawostkę, że fragment jego recenzji trafił do druku w Ostatnim Miesięczniku Dotyczącym Gier. Listy. Zabrakło zdjęcia stuletniej Japonki, o której HIV pisze w Liście Miesiąca, ale to już tradycja, że coś w tym dziale jest zrobione na odpierdol. Na koniec oczywiście ukłony i podziękowanie za kolejny miesiąc z PE w garści. Fajnie, że wciąż Wam się chce (jednym mniej, innym bardziej) i jakoś to się nadal kręci, napędzane czystą pasją, kreatywnością oraz uporem. Do przeczytania przy kolejnej okazji.
  21. Kmiot odpowiedział(a) na Figuś temat w Ogólne
    Jeśli hakujesz krzyżakiem to siłą rzeczy musisz stać w miejscu, chyba że masz dwa kciuki. Polecam hakować przyciskami po prawej stronie (trójkąt, kwadrat, kółko, X w przypadku PS5). Szybko się człowiek przyzwyczaja.
  22. Tutaj już nawet nie chodzi o to, że ludzie nie wiedzą, albo są nieświadomi. Prawo do niewiedzy jest naturalne dla każdego człowieka. Chodzi o to, że - jak to w internecie - najwięcej negatywnego do powiedzenia mają osoby, które o danej kwestii mają najmniejszą, a czasem zerową wiedzę i nawet nie próbują jej zdobyć. To funkcjonuje w opiniach o filmach, grach, kanałach YT i działa również w kwestii PE = PPE. CDA również cierpi między innymi z powodu "a bo Papkin", choć od lat go tam praktycznie nie ma (jest za to masa randomów, więc w sumie nie wiem co gorsze). Internetowa tradycja przypierdalania się do rzeczy, o których się nie ma pojęcia, nie czyta, nie ogląda, nie gra, ale wypowiedzieć się muszę, bo klawiatura za bardzo kusi.
  23. W PS2 była "korekta" limitki z Okami.
  24. Przy Arcade to akurat nie dziwota, że nikt tego nie chciał. Mam nadzieję, że wyciągnęliście wnioski.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.