Treść opublikowana przez Yap
-
własnie ukonczyłem...
Wuchang Fallen Feathers Ta pani u gory to Wuchang. Jest to dziewczyna cierpiaca na straszne chorobsko zwane feathering (opierzenie?), a na dodatek padla ofiara amnezji. Kilku NPCow wysyla ja w podroz, ktorej celem jest odnalezienie samej siebie. Juz na samym poczatku poznajemy wszystkie kluczowe postacie, ktore od czasu do czasu beda nam sie platac pod nogami przypominajac, ze Wuchang nie tylko ma za zadanie odkryc prawde o okropnej chorobie toczacej kraine, ale rowniez zboczyc okazjonalnie z traktu i wykonac jakies zadanie dla poznanego po drodze randoma. Takim randomem jest ten pan w towarzystwie naszej heroiny: Jest to jedna z ciekawszych postaci, a jego quest prowadzi nas do dwoch ukrytych bossow. W obu przypadkach mamy do czynienia z absolutnie cudnym spektaklem. W ferworze walki dokonujemy lliczenia unikow, wymierzamy ciezkie ataki w plecy delikwenta, konsumujemy zielsko, ktore zmniejszy obrazenia i podziwiamy dzikie piruety jakie dany boss odstawia wokol nas niestrudzenie i bez przerwy. To pierwsze przejscie gdzie uczysz sie systemu, szukasz okien ataku czy uniku potrafi sporo namieszac w glowie gracza. Nie spodziewajcie sie, ze kazdy boss zje was na sniadanko, ale tez nie doswiadczycie latwej przeprawy. Niektorzy jednak beda wycierac wami podloge dopoki nie zmienicie czegos w swoim podejsciu do starcia. I tu musze nadmienic jedna rzecz. Wuchang Fallen Feathers po wszystkich patchach jest o wiele bardziej przystepny dla gracza niz to mialo miejsce przy premierze. Po pierwsze leczenie jest nieco szybsze bo to powolne picie zieleniny kiedys to byl smutny zart. Po drugie (i najwazniejsze), nie ma juz runbackow!! Po niefortunnym zgonie padnie pytanie czy chcesz powtorzyc starcie czy wrocic do oltarzyka (save point). Mozna powtarzac starcie ile sie chce bez wkurwiajacych biegow przez pol mapy. Co wiecej, gra sama uzupelni wszystko to co skonsumowalo sie w trakcie proby. Pieknie. Poczatkowo ogrom opcji do przestudiowania i wdrozenia w praktyke moze byc przytlaczajacy. Mamy drzewko rozwoju, ktore jeszcze niewiele nam mowi, ale nalezy poczytac co tam sie dzieje i znalezc swoj styl. Piec odnog tego drzewka jest dedykowanych pieciu roznym rodzajom oreza. Sa topory dla tych ktorzy lubia moc i ciskanie przeciwnikami o glebe. Mamy podwojne ostrza stawiajace na szybka i energiczna rozgrywke bazujaca na jak najszybszym sprowadzeniu adwersarza na kolana. Mamy krotki miecz, ktory tak naprawde stanowi katalizator dla magii, ktora mozna wymazac wszystko z otoczenia. Nastepne w kolejnosci sa wlocznie, a na samym koncu dlugie miecze. I ten ostatni archetyp zdominowal moje buildy. Lewa strona drzewka zawiera liczbe leczen, kolejne zywioly do odblokowania w postaci temper i dodatkowe odnogi dla magii i feathering. Jesli inwestuje sie w fizyczny damage, rzecz jasna te fragmenty drzewka pozostana nietkniete. Polecam poczytac z czym co sie skaluje, jaka magia najlepiej bedzie uzupelniac zadawane obrazenia fizyczne i jaki rodzaj temper najskuteczniej wkomponuje sie w nasz styl. Czym jest temper? Po krotce jest to boost, ktory aplikujemy na nasze ostrze przed i w trakcie walki. Wariacji jest wiele. Domyslacie sie pewnie, ze jest wsrod nich ogien. Sa trucizna, korozja, ale rowniez zywiol, ktory jest glownym tlem gry, czyli feathering. Mozna uzyc tzw poise damage, ktore szybciej doprowadzi do przebicia balansu przeciwnika, a co za tym idzie otworzy okno na nadzianie bezbronnego bossa czy minibossa na nasze ostrze w iscie dewastujacym stylu. Mi do gustu przypadl leech, ktory potrafi dokonac bardzo skutecznego drenazu paska zycia szefa, a przy tym leczy nas co pomaga wybitnie w bardziej agresywnym podejsciu do starc, a nie zmusza do chowania sie po katach popijajac zielone smoothie. To temper. Co ponadto? Znajdziecie medaliony blogoslawienstwa, ktore pasywnie podbija skutecznosc boostu ostrza lub magii. Jest ich cale mnostwo wiec polecam samemu/samej dojsc do tego co najlepiej wam zagra w buildzie. Nadmienie jednak, ze im wiecej medalionow z tej samej “rodziny” tym wiekszy bonus. Mozemy uzywac trzech medalionow na raz wiec procent skutecznosci takiego combo jest chyba oczywisty. Ale to nie koniec. W drodze od bossa do bossa napotkacie rowniez na amulety, ktore sa odpowiedzialne za kolejne pasywne podbicie wydajnosci naszych umiejetnosci, zadawanych obrazen, odnawiania sie staminy, itd. Medaliony i amulety skaluja sie do +2 w kolejnych przejsciach. Budowanie postaci sprawilo mi niezmiernie duzo radochy. Wuchang jest jedna z tych gier gdzie dzialo sie to naturalnie, organicznie i bez wiekszych zagwozdek choc na poczatku moze wszystko byc nieco przytlaczajace. Geografia gry, i tu mala profanacja jezykowa, niesamowicie w chuj ja pierdole podeszla mi do gustu. Tak jak w innych souls-like’ach bladzimy po ogromniastych obszarach natrafiajac od czasu do czasu na wrota, ktore po otwarciu maluja banana na twarzy bo wyladowalismy w dobrze znanym miejscu otwierajac sobie bardzo przydatny skrot. Pejzarze zmieniaja sie nieustannie. Od feudalnego klimatu wiejskiego trafiamy do twierdzy, a z niej w zasnierzona osade podzamkowa. Z niej zas droga prowadzi w podziemia pelne groteskowych maszkar i humanoidalnych delikwentow. Stad zas trafiamy do lesnych ostepow gdzie wedrujemy po konarach olbrzymich drzew. Nastepnie docieramy do orientalnej warowni z mnostwem twardych i stawiajacych nie lada wyzwanie przeciwnikow, ktorzy tylko stoja na drodze do jednego z trudniejszych bossow. Palce lizac. Wuchang Fallen Feathers zawiera z 20-pare aren gdzie trafiamy na jakiegos szefa. Zazwyczaj moje zachwyty pod adresem innych gier bywaja lekko na wyrost w tym aspekcie bo sa calkowicie subiektywne, ale tutaj zaprawde mamy panteon wy-je-ba-nych pod niebiosa bossow. Nie przytocze nazwy zadnego/zadnej z nich, zeby nie psuc zabawy, ale wiedzcie, ze sa diametralnie rozni od siebie, posiadaja ciekawe mechaniki i niejeden z nich wystawi wasze jestestwo, rownowage psychiczna i grzecznosc na najwyzsza probe. Przed kazda walka czulem adrenaline i krew plynaca przez moje zyly jak potok gorski. Chinczycy kapitalnie sobie poradzili z dizajnem zarowno szefow jak i otoczenia. Za to naleza im sie gromkie brawa. Mimo iz rozpostarlem tutaj obraz gry trudnej i nieco skomplikowanej to wierzcie mi, ze jest to jedna z bardziej przystepnych gier tego typu. Odczujecie wyrazny progres rozwoju umiejetnosci, dopakowania postaci, nauczycie sie czytac teren i bedziecie lepiej reagowac na bestiariusz. Kulminacja bedzie zrozumienie tego dlaczego uniki sa tak wazne, czym jest system Szalenstwa, dlaczego magia jest generowana tak, a nie inaczej, oraz ktora odnoga drzewka bardziej wam sie przysluzy. Wuchang ma spora garderobe. Wybierzecie ciuchy, ktore najskuteczniej pomoga w redukcji obrazen, a ze kazdy element ubioru mozna edytowac niemal dowolnie w kwestii wygladu stworzycie nie tylko morderczynie bossow, ale i rowniez gustownie ubrana laseczke. Ta fotka to koncowka mojego ostatniego, na chwile obecna, tanca z Wuchang, ale czuje, ze kiedys do niej wroce. Chce jeszcze raz spojrzec w oko tygrysa. Chce wejsc na ogromna lake dzierzac ognisty orez i z sercem w gardle wyczekiwac pierwszego ataku. Chce raz jeszcze wkroczyc w ta surrealistyczna, acz przesliczna lokacje zaraz przed ostatnim bossem i w akompaniamencie chorow kroczyc powoli ku ostatniemu starciu. Jesli poswiecicie Wuchang swoj czas mysle, ze zrewanzuje sie z nawiazka. Dziewcze wie co dobre.
-
Platinum Club
Co za przechuj gierunia 🫀Platyna wpadla bez cisnienia poniewaz nie moglem sie opedzic od tego cudnego systemu. Nie ma tu nic czego wczesniej gdzies nie widzieliscie. Jest to mish-mash nie tylko souls-likeow, ale rowniez innych dynamicznych sieczek. Jesli ktos ma mozliwosc backupu saveow zrobi platyne w jednym przejsciu. Ja nie mialem problemu podejsc do gry piec razy, zeby pobawic sie buildami i ubic najtrudniejszych bossow raz jeszcze. Gra 9/10 Platyna 7/10 bo kilku bossow moze byc zapora dla niektorych. Szczegolnie przy pierwszym podejsciu.
-
NBA
No wlasnie. Kapitalne meczycho, ale co te SA to ja nie wiem 😂 No i ta koncowka ❤️🔥
-
Właśnie zacząłem...
Wuchang Fallen Feathers - po pol godzinie powiedzialem do siebie: O nieeeee! Znow souls-like! Bylem totalnie zagubiony na poczatku. Nic mi nie gralo. To rozmieszczenie przyciskow ataku niby powinno funkcjonowac bez zarzutu, ale tych po lewej w ogole nie ruszalem mimo iz nieswiadomie zdobylem iles tam gratow, zeby je odpowiednio uskutecznic. Po jakims czasie jednak zaczalem czytac co, gdzie i jak, zbudowalem sobie jakis tam prosty build dzieki nieskonczonym resetom skilli i rozgrywka nabrala rumiencow. No i ta gra jest sliczna 😳. Podobnie jak w Niho mozna sobie ubierac bohaterke w co chcemy zmieniajac jej wyglad poprzez wybor skorek naszych fatalaszkow. Jest co raz lepiej.
-
Xbox Series - komentarze i inne rozmowy
Prezentacja fajna, ale z gier targnely mna zaledwie 4 gry: Gearsy rzecz jasna, to cale Clockwork wyglada bardzo ciekawie, bioshock-dishonoredowo, ta gra z uniwersum A Plague’s Tale i Fable, ale to pewnie za sprawa Hailey Atwell, ktora ni stad ni z owad sie tu wziela. Gearsy wygladaja o wiele lepiej niz poprzednie dwie odslony. W koncu nie bedzie oleju tylko krew. Markus pokryty jest miechem, posoka i pewnie locustowym gownem. Fajnie.
- Fable
-
własnie ukonczyłem...
Będą drobne spoilery nie mające wpływu na najważniejsze fabularne wydarzenia. Johnny Silverhand to skurkowaniec, manipulator, cynik, egoista i często gęsto cham ogarniający sytuację tylko pod kątem własnych korzyści. Super, ale czy to źle? Wszyscy w Night City to ludzie szaro-szarzy bądź zwykle źli. Johnny jako projekcja osobowości kogoś kto już nie żyje nie ma prawa przejść jakiejkolwiek przemiany. Żaden wynalazek nie jest i nie będzie w stanie przechowywać kalki czyjegoś psyche i umożliwić temu cyfrowemu wariantowi przejść ewolucję od ciemnej strony do jasnej. A jednak Johnny potrafi pod koniec dojść do pewnych wniosków, potrafi zauważyć swoje ułomności, a nawet poświęcić się na rzecz naszego bohatera/bohaterki. Ja wybrałem Vincenta, który zawsze i wszędzie przedstawia się jako V. Jest zbirem na zamówienie. Masz kaskę? Masz i usługi V. Jeśli trzeba ukraść furę, pociągnąć za cyngiel i zdjąć klienta, sfałszować dokumenty czy dostarczyć żywą przesyłkę - V jest twoim człowiekiem. Czasem (jak to człowiek) potrafi spartolić robotę, albo podjąć decyzję nieco odmienną niż wskazywałyby instrukcje pracodawcy. I tak buja się po Night City od roboty do roboty. Pochleje, porucha, gdzieś tam wpierdoli jakiemuś troglodycie, albo wpadnie do kumpla, który uaktualni mu zwoje. Ciało V (jak i większości ludzi w Night City) przesiąknięte jest elektroniką. Grając niedawno w trylogię Mass Effect poświęciłem na końcu wszystkich syntetyków na rzecz żywych istot z prawdziwymi ludzkimi cechami. W C2077 jest odwrotnie. Bycie zwykłym jest niemal obciachem. Tylko ludzie z masą kabelków, czipów i innego żelastwa potrafią zaistnieć w tym świecie. V potrafi podwójnie. Jest głównym motorem wydarzeń. Porywa się na zadania, których nie jest w stanie zakończyć sukcesem. W ten sposób poznaje Johnny'ego, który od tego momentu staje się jego głównym krytykiem, źródłem oceny poczynań V, narratorem i po jakimś czasie...przyjacielem. Z "osobą" Johnny Silverhanda wiąże się jeszcze kilka ciekawych rzeczy, ale pozostawię to do odkrycia tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zagrać w tą niesamowicie dobrą grę. Rozgrywka bywa sztampowa, ale należy pamiętać, że jest tworem CD Projekt Red więc nie jest to częste. Większość zadań potrafi zawrócić w głowie mnogością rozwiązań jakimi możemy podejść do rozkminki. Zależy to od ukształtowania terenu, tempa naszego poruszania się, poziomu i zaawansowania naszych augmentacji. W przygodach V ogromne znaczenie ma build. Od niego zależy jak szybko i jak skutecznie będziemy radzić sobie z przeciwnikami, poszukiwaniem alternatywnych ścieżek czy dostaniu się do pokojów z jakimś bonusowym sprzętem. Buildy są w chuj odpalone. Można stworzyć niewidzialnego ninjasa, którego pistolet z tłumikiem przeciągnie nas przez całą mapę. Jest full melee build, którym szatkujemy przeciwników jak kapuchę na surówkę. Można stworzyć komandosa, który wpadnie do lokacji i wymaże przeciwników ze wspólnej egzystencji. Możemy również przejść grę tylko i wyłącznie hackując zarówno urządzenia jak i przeciwników. Jest tego masa. Karny fallus należy się jednak REDom za umożliwienie resetu buildu TYLKO RAZ na przejście. A NG+ nie ma na konsolach. Pierwsze 15h zajęło mi ogarnianie mechanik, jak działają linie dialogowe i jak konsekwencje naszych czynów wpływają na osoby nam bliskie i bliższe. W jednym z questów z niejaką Panam można się zgodzić na warunki jakie nam wyznacza, ale mamy też możliwość spierdolić w trakcie wykonania zadania. Przy ponownym spotkaniu dziewczę wygarnie V jakim jest chujem i tchórzem. Do Panam podbijałem bo reszta romansów to młodziutka, acz urocza i dająca się lubić, lesba oraz dwóch kolesi więc nie było wiele miejsca na manewry w tej materii. Wybory bywają mniej lub bardziej istotne. Im dalej w grze się posuwamy tym trudniejsze i bardziej znamienne one będą. Mogą doprowadzić do tego, że jakaś postać nas znienawidzi blokując dalszy progress jej wątku. Może doprowadzić do zupełnie innego zakończenia, innych zadań, a nawet kompletnie innej misji końcowej mającej miejsce w zupełnie innej lokacji. Przyznam się szczerze, że moje bogate zaplecze sejwów pozwoliło mi na manipulację przebiegiem fabuły więc zdarzały się questy, które robiłem na różne sposoby po dwa/trzy razy i wciąż nie wyczerpałem mnogości rozwiązań. REDzi wykonali mistrzowską robotę. Wszystkich ścieżek narracji jest cała masa. Wszędzie rozrzucone są notepady zarysowujące kontekst bądź zawierające jakąś ukrytą wiadomość rozjaśniającą co mogło się stać w miejscu gdzie ją znaleźliśmy, a gdzie wszędzie porozrzucane są trupy i części ciała. Druga strona przekazu to oczywiście dialogi. Tutaj napotkałem lekki zgrzyt, ale nie dlatego, że rozmowy są nudne. Czasem są po prostu za długie. Napotkałem kilka zadań, które okazały się kompletnie przegadane. Na domiar złego osoba, która jest głównym obiektem uwagi, potrafi być nudna w chuj. Jest taki jeden Kerry Eurodyne, którego miauczenia i pierdolenia znieść nie mogłem. Jedynym zajefajnym elementem w obcowaniu z jego osobą była wizyta w klubie gdzie Kerry, jako muzyk i artysta, usłyszał spod sceny: "You're breathtaking!!" Kerry odpowiedział: "No! You're breathtaking!". Chyba wszyscy wiedzą dlaczego ten moment potrafił umieścić uśmiech na moim ryju. Zakończeń jest chyba z 5 (nie licząc Phantom Liberty) i każde z nich rwie serce na części. Night City potrafi być kolorowe, ale ludzie, jak wcześniej wspomniałem, to odcienie szarej szarzyzny. Wybory prowadzą do mało wesołych wniosków. Gdzieś tam jest nutka nadziei, ale nikt nam nie powie, że będzie dobrze, że zasługujemy na więcej. Nikt nie pocieszy, nikt nie zapewni, że ma rozwiązanie ostateczne. Ostateczne bywają, ale niekompletne i pozostawiające luki emocjonalne. Żeby nie było - nie narzekam. Tylko opisuję wrażenia. Jest jedno zakończenie, które jakoś fajnie zamyka historię, jest z nami nasza dziewczyna Panam, jest nadzieja na lepszą przyszłość, itd. Ale czy V to wszystko osiągnie? Polecam ogarnąć wszystkie łącznie z Phantom Liberty, który nie tylko dostarcza kapitalnej fabuły, ale zakończenia potrafią zawrócić w głowie i sercu jak nic innego. REDzi ponownie dowieźli. Mają taki unikalny styl, w którym dokonujemy jakiegoś arcyważnego czynu, obserwujemy to co mamy przed oczami, ale w tle widać również inne główne postaci, które w zależności od tego jaki będzie nasz wybór dokonają innego czynu, albo...zginą. Jest to przytłaczająco duży świat z olbrzymią liczbą questów, zadań, łańcuchów wydarzeń, posiada drugie tyle gadżetów, broni i upgrade'ów dla naszych bohaterów więc można się bawić bez końca. Ja skończyłem jednak na 131h. Zaprosiłem Panam na randkę, pogadaliśmy, potańczyliśmy, wzięliśmy prysznic, zaraz po nim poszliśmy spać. Rano po przebudzeniu ucałowałem ją i...wykasowałem grę z dysku. 9+/10
-
NBA
Krytykowano go w Wolves, krytykowano go w Knicks, ale chlop swietnie sobie radzi. W pierwszej polowie byl motorem druzyny, a i inni nie bali sie zaatakowac Wembyego pod koszem. Dla mnie bomba. Starks, Houston i Ewing tez kibicowali Knicksom i bylo to tak fajne i znamienne, ze gracze ktorzy otarli sie o mistrzostwo i gracz, ktory byl w finale wspieraja franczyze nawet teraz. To ostatnie zagranie aliena bylo efektem braku doswiadczenia, ale ten mlokos bedzie tylko lepszy. W Nowym Jorku bedzie wojna.
-
Zakupy growe!
Nie wiem po ki chuj to wzialem, ale sentyment z PS1 jeszcze jest zyw. Poza tym zadne kreskowki, czy to Hanna Barbera, Disneyowskie czy Tom & Jerry nie maja startu do Looney Tunes. Do dzis wkurwiam zone cytatami z Nasty Quacks.
-
NBA
LBJ jest jeszcze dobry na sezon zasadniczy, ale finaly (przy jego talencie) nigdy nie byly jego forte. Podziwiam upor, ale nic z tego nie bedzie. Jest juz za stary. Ostatniej nocy Knicksi pieknie zamkneli spotkanie. Brunson bez szampanow po spotkaniu, bez euforii, na pelnym skupieniu wchodzil w korytarz. To mi sie podoba. Cytujac klasyka: “jeszcze za wczesnie na lizanie sie po fiutach”. Poza tym jest jednym z powazniejszych reprezentantow ligi. Zawsze zlozy kilka tresciwych zdan, z ktorych mozna sie czegos dowiedziec, a ja doceniam umiejetnosc pomeczowego wyrazania sie. Oby tak dalej NY. Wszystko rokuje bardzo dobrze. Teraz tylko sie nie zesrac.
-
Marvel's Wolverine
Cale szczescie Rosomak jest tu Rosomakiem. Jesli dostane rzeke krwi, bossow i wkurwionego Wolverina nie bede krecil nosem. Mam nadzieje, ze poszlo droga S1 bo to jest do dzis ich magnus opus.
-
No Rest for the Wicked
W koncu sie doczekalem. Po ilu to latach? Wszystko od Ksiezycowych biore bez popity, ale NRftW widzialem juz dawno i ostrzylem sobie zebuchy.
-
NBA
Serce bije za NY, ale to dziwadlo z SA moze wszystkim fanom Knicksow rozdeptac marzenia. Ja jestem daleki od gloryfikowania potencjalu Nowojorczykow, ktorych bardziej szanuje niz lubie, ale fajnie by bylo, zeby mistrzem byl klub, ktory ocieral sie o tytul, ale od dziesiecioleci nie potrafi go zdobyc. NBA ma tylu swietnych mlodych graczy, ze zastanawiam sie nad powroten do regularnego ogladania koszykowki. LBJ jednak najpierw musi isc na emeryture. Godni nastepcy juz sie zameldowali.
-
NBA
Cavsi nigdy sie nie pogodzili sie z porazka w pierwszym meczu. Nie bylo resetu, nie bylo surowego i brutalnie szczerego planu na zazegnanie kryzysu. Ciesze sie, ze to wlasnie NY sa w finale. Moim zdaniem maja spore szanse na mistrzostwo, niewazne czy ich przeciwnikiem bedzie OKC czy SA. W Cleveland trzeba wymienic trenera bo to pierdolenie ich coacha, ze “z analitycznego punktu widzenia grali swietnie” nie godzi sie w tak powaznej lidze jaka jest NBA.
-
własnie ukonczyłem...
Dark Souls II Scholar of the First Sin Po początkowych męczarniach i bieganinie bez celu powoli zacząłem osiągać maluteńkie zwycięstewka tu i ówdzie, co pociągnęło za sobą decyzję o zdobyciu platyny. Wywalmy od razu na wierzch to z czego słynie DS2 - adaptibility i pojebana geografia gry. To pierwsze jest nieodzowne, żeby odnosić jakikolwiek sukces. Są głosy, które twierdzą, że przez cały czas obcowania z grą nawet nie tknęli tej "umiejętności", jednakże śmiem wątpić w szczerość takich wypowiedzi bo bez chociaż 20u punktów weń zainwestowanych gra byłaby nieznośna do granic możliwości. Uniki są wyraźnie skuteczniejsze niż przy niskim adaptibility. Są celniejsze i kreują o wiele więcej szans do kontrataku. Nie wspomnę jak bardzo i jak często najzwyczajniej w świecie ratują życie, czy otwierają możliwość uniku "przenikającego" niektóre ataki. Jeśli ktoś próbował przeskoczyć przez płomień Old Iron Kinga czy ominąć zamaszysty atak Fume Knighta ten wie, że byłoby to niemożliwe bez tej arcyważnej statystyki. Rozmieszczenie geograficzne i ogrom lokacji potrafią przytłoczyć. Dark Souls II SotFS to olbrzymia dawka eksploracyjna. Dość powiedzieć, że przez pierwsze ileś tam godzin błąkałem się bez konkretnego planu, z niewielkim przekonaniem, że gdziekolwiek dam radę dotrzeć. Powolutkie ciułanie dusz na podbicie umiejętności mozolnie otwierało drogę do bossa, którego mogłem podjąć, a może nawet i ubić. I tak jak Pursuer poważnie przetestował wytrzymałość moich nerwów, tak im dalej brnąłem tym łatwiejsi oni byli. Dark Souls II to wyzwanie walki z mobami, których mnogość potrafi wyprowadzić z równowagi. Problem w pewnym stopniu zanikł gdy znalazłem Greatsword, którego move set niesamowicie przypadł mi do gustu. Power Stance pozwala na zarżnięcie trzech, czterech mobków na raz potężnym cięciem od góry, a następnie silnym poderwaniem ostrza z gleby dokonujemy jeszcze większych obrażeń. Wtedy nie potrafiłem jeszcze docenić jak nieocenione są ataki horyzontalne. Potrafią zagarniać do 7-8iu zbitych w grupę przeciwników, a co za tym idzie można asekurować się tarczą jeśli zostanie trochę staminy w pasku. Wiem, że rapiery są przepierdolone z odpowiednim setupem, ale ja wolę siłę od dziobania. Jest co najmniej kilka ultra wielkich mieczy, w które warto inwestować kamyki, ale Greatsword (strasznie wyszukana nazwa) przeciągnął mnie przez 2,5 przejścia, aż po platynę. Jeśli zainwestuje się wystarczająco dużo czasu i cierpliwości (graniczącej z masochizmem) Dark Souls II na pewno zadośćuczyni poświęceniom. Po jakimś czasie intuicyjnie przemieszczałem się między ogniskami, a jest to nieodzowne, ponieważ znalezienie klucza do jednych drzwi nie eliminuje szansy, że ten sam klucz będzie pasował do innych. Gracza czeka w tym aspekcie działanie metodą prób i błędów. I jeśli przy kluczach jesteśmy należy wspomnieć o pharros lockstones i branches of yore. Jedne i drugie otwiera drogę do sekretów. Kamienie odblokowują ukryte pokoje, w których znajdziemy mniej lub bardziej przydatne śmieci, a gałęzie budzą do życia skamieniałe postaci. Absolutnie pierdolniętą sprawą jest to, że te gałązki są potrzebne do odblokowania dróg fabularnych. Branches of Yore to raczej rzadko dostępny towar, a na samym początku nie ma możliwości, żebyśmy wiedzieli czy użycie takowej zmarnuje ją na jakiś głupi item, czy też może odzyskamy jedna tuż za rogiem. I znów, jest to motyw, który nawet dla weterana souls-likeów może być bardzo frustrujący, a co za tym idzie, zniechęcać do dalszych starań. Podobny do Geralta? Mam nadzieję bo w to konkretne pokrewieństwo celowałem. Ok, popsioczyłem na słabe strony SofFS, lecz gra ma do zaoferowania ogrom bardzo pozytywnych rozwiązań. Jak już wspomniałem wcześniej, DS II jest ogromne. Stwarza to okazję na wyplucie bogatego wachlarza odmiennych lokacji i tak się właśnie dzieje. Czasem przejście z jednej do drugiej niesie za sobą zmianę pogodową, która kompletnie nie ma sensu, a jeszcze kiedy indziej winda, która prowadzi do nieba zatrzymuje się nad wierzą, nad którą ewidentnie nie ma żadnej innej struktury. A jednak prowadzi do zamczyska, które skąpane jest w lawie i całej masie komnat, olbrzymich hal i korytarzyków prowadzących we wszystkie kierunki. Dla mnie nie był to problem bo lokacje te były wylęgarnią ścierwa, które aż się prosiło by zalać moje ostrze swoją krwią. Przebijanie się przez mobki było dla mnie później o wiele bardziej rajcujące bo czuć budowaną w naszej postaci siłę. Oręża zaś nie brakuje. Ja zawsze lubiłem ciężkie miecze, ale jest tyle potężnych buildów w Dark Souls II, że bardzo łatwo stworzyć potwora. Jednym z ciekawszych przykładów są właśnie wszelkiego rodzaju rapiery. Jeden z najmocniejszych z nich można dorwać już na prawie samym początku gry i nazywa się po prostu Rapier. Podbity do +10, i z wysokim dexem, potrafi zarżnąć każdego bossa w bardzo szybki i pewny sposób. Jest włócznia, która jako jedyna w grze broń wręcz wymaga zepsucia. Zmienia ona wtedy move-set i jest odporna na deteriorację, a pokryta olejkiem żywiołowym wymazuje przeciwników z otoczenia. Bossów również. Gra zachęca do używania dopalaczy i blokerów damageu. Ich efekt potrafi ciągnąć się przez całą walkę, co eliminuje konieczność szukania okna na ponowne użycie. Wystarczy zaaplikować je przed wejściem w mgłę, a agresywna i mądra walka niemal zawsze obróci się w zwycięstwo. Bossowie nie są trudni. Jedynie Pursuer, który jest jednym z pierwszych, może napsuć krwi, ale jeśli wie się jak wykorzystać otoczenie, starcie może trwać sekundy. Co więcej, będąc w ludzkiej formie oraz wyczerpując dialogi z jak największą liczbą NPCów rzuca nam ich summony wszędzie. Nawet w miejscu gdzie nie ma bossa można znaleźć przywołanie co czasem niezmiernie ułatwia przebicie się przez hordę, lub dwie. Gra rzuca również na nas gówno-tonę wrogich NPCów. Nie jest to scenariusz optymalny dla pozytywnych wrażeń z gry, ale można sobie poćwiczyć timing i cierpliwość wyprowadzania ataków. Może się to nie podobać, ale ja polubiłem te zmiany tempa. Ze skąpanego w kwasie zamczysko-podobnej wierzy przechodzimy do bagnisto-wodnej lokacji z odbijającym się o toń światłem, błyszczącą roślinnością i ogólnym urokiem. Są katakumby ze strasznie wkurwiającymi dzwonami, których bicie spawnuje całe gromady zajebiście agresywnych zakapturzonych duchów, z których jeden potrafi zarżnąć nas jak prosię, a co dopiero czterech takich. Tak, tak - gangbangi są częste, ale można im zaradzić zamaszystymi ruchami oręża. Dalej mamy zamek pnący się ku niebu. Na samym szczycie jest arena, na której spotykamy rycerza, który w zależności od tego czy gramy on czy offline wypluwa ze swojej zwierciadlanej tarczy albo wrogich NPCów, albo prawdziwych graczy. To ostatnie jest już mało prawdopodobne po mało ludzi bawi się onlinem w DS II. Sam pomysł jest jednak miodzio. Jest kraina smoków i rzec muszę, że widok wszędzie latających bestii oczarował mnie całkowicie. Za tą zaś lokacją pnie się w górę kolejne zamczysko gdzie roi się od smoczych wojowników. Jeśli stajemy do walki z wielkimi rycerzami, ci wojownicy klękają przed nami po odniesionym zwycięstwie. Jeśli jednak zaczepimy choć jednego z drake knightów zaatakuje nas cała chmara i nic nie uratuje nam życia. Działają tam zasady honoru więc należy walczyć z każdym, który nas wyzywa na pojedynek, a na samym końcu czeka nas audiencja u olbrzymiego smoka, który ma tylko przyjacielskie zamiary. Można go zaatakować jako bossa opcjonalnego, ale nie mam pojęcia po co mielibyśmy to robić. Ja dałem mu spokój. Mówię Wam - Dark Souls II może się podobać. Na koniec wspomnę jeszcze o trzech DLC, które wchodzą w skład edycji Scholar of the First Sin. Śnieżny region doprowadził mnie do białej gorączki, i średnio mogłem zrozumieć przebijanie się przez mroźną pustynię przemierzaną przez wkurwiające kuce, które za chuja nie dadzą nam spokoju dopóki nie będziemy stanowić zmarzliny orientacyjnej dla kolejnych śmiałków. Niesamowicie frustrujący etap. Podobnie jest z niewidzialnymi przeciwnikami, którzy są...no niewidzialni do chuja. Jest przedmiot radzący sobie z tym problemem, ale jak się przed nimi bronić przed zdobyciem tegoż? Na szczęście kolejne rozszerzenia naprawiają dołujące wrażenie z nawiązką. Wiem, że są ludzie, którzy nienawidzą podziemnego miasta z ruchomymi platformami, z których zawsze może spaść umarlak z toporem, lub na których zagnieździć się mogą łucznicy nie szczędzący na nas zatrutych strzał. Ja miałem dokładnie odwrotnie. Kolejne lokacje tylko mnie zachęcały do parcia naprzód, a trupy, które zostawiałem za sobą nie potrafiły znaleźć antidotum na moje wiecznie spragnione świeżej krwi ostrze. Wisienką na torcie jest Brume Tower, które jest niczym innym jak zlepkiem pułapek i tylko sprytne nawigowanie między nimi oraz radzenie sobie z zajobem super agresywnych przeciwników zaprowadzi nas do celu. Tym zaś są dwie lokacje, z których każda jest siedzibą w chuj trudnego bossa. Pierwszy z nich to Fume Knight. Jestem ciekaw jak sobie radzą z nim ci, którzy nie podbijają adaptibility? Bardzo dynamiczna walka. Można zginąć po najmniejszym błędzie. Dobrze mieć kompana lub dwóch, którzy choć na chwilę zaabsorbują uwagę tego jegomościa bo mówię Wam - kolo to absolutny badass. Ale na tym nie koniec. Po ubiciu Fume Knighta mamy okazję zawalczyć z Sir Alonne. Jeśli poprzednik był agresywny, ten jest dwa razy bardziej niebezpieczny. Jest Samurajem, macha długaśną kataną i potrafi przemieszczać się w mgnieniu oka. Jest jeden niesamowicie odjebany motyw z tą walką. Jeśli pozbawi się go paska życia bez straty własnego Sir Alonne popełni seppuku. I to wszystko dzieje w przepięknej, niezwykle klimatycznej scenerii królewskiej komnaty. Ostatnia fota przed wywaleniem gry z dysku. Moja psiapiuła, rezydentka Majuli (hub gry). Była to niesamowicie intensywna przygoda. Początkowy smród gry jest ewidentnie najsłabszym elementem bo jest bardzo słabo zoptymalizowany logistycznie i retorycznie. Niewiele idzie skumać z tego co i z czym się je więc nic dziwnego, że psioczenie internetu opiera się głównie na tym właśnie początkowym wrażeniu. Posmak stęchlizny i padliny jeszcze jakiś czas ciągnie nas w stronę rezygnacji, ale jeśli poświęci się więcej czasu, podbije postać, znajdzie gustowny oręż i ubije pierwszych czterech/pięciu bossów cała reszta dzieje się szybciej, płynniej i ogólnie lepiej. Przede mną Dark Souls III The Fire Fades Edition, Elden Ring z dodatkiem oraz remake Demon's Souls. Platyny w nich muszą pęknąć, ale zanim to nastąpi wskoczyłem już w coś mniej zobowiązującego - Cyberpunk 2077 wraz z Phantom Liberty.
-
Platinum Club
Dark Souls II SotFS Jesli ktos lubi sie babrac w niezbyt przyjazne graczowi gry to tak to sie wlasnie konczy. Nie zrozumcie mnie zle. DS2 to bardzo dobra gierka, ale najmniej czytelna ze wszystkich From Softow. Pierwsze przejscie to blakanie sie, mozolne odkrywanie gdzie isc, co robic, gdzie i czego szukac. Mowie czasem o grach, ze maja wysoki prog wyjscia. Tutaj trzeba sie wygramolic z wilczego dolu, zeby sie dobrze bawic. Bo pozniej jest zabawa. Jasne, sa kurwy i wypierdalajki, ale gra potrafi zajac i sprawic, ze parcie do przodu jest satysfakcjonujace. Najwiekszy minus tej platyny to fakt, ze DS2 jest ogromne. Zanim ogarnie sie geografie i liczbe ognisk miedzy ktorymi trzeba skakac minie sporo czasu.
-
NBA
Również nie rozumiem co on odjebał. Może Francuzi są w kluczowych momentach zbyt temperamentni vide Zidane w meczu finałowym MŚ. Nie lubię gdybania, ale Lakersi nawet z Doncicem wyrwaliby może dwa mecze. OKC jest za dobre.
-
NBA
Uuu, jaka dominacja OKC 🤯. Niestety panie James - czas na emeryture. Zostawiasz lige w dobrych, mlodych i zdolnych rekach. Nie badz uparty. To juz jest koniec. Nie ma juz nic tutaj dla ciebie do wygrania. Druzyna ma zawodnikow do osiagania najwyzszych laurow, ale nie z toba. Gratki dla OKC i NY za pokazanie charakteru. Tego sie po nich spodziewano i nie zawiedli. Fajnie by bylo gdyby spotkali sie w finale i powalczyli te 7 meczykow.
-
Wiedźmin 3: Dziki Gon
-
Zakupy growe!
-
NBA
Chlopak jest przechuj. Jesli zdrowko dopisze pozamiata lige juz niedlugo.
-
NBA
Juz wiemy, ze Spurs ot tak sobie przez Minnesote nie przejda. Moze to wypadek przy pracy, ale tym razem Wemby ma Goberta do obejscia. Oby chlopak sie nie polamal bo ma cos do udowodnienia po pierwszym meczu. Wschod w tym sezonie jakos mnie malo przekonuje. Nic tam sie nie dzieje z iskra, za to duzo powrotow z 1-3. Pytanie czy te powroty powinny miec miejsce. Pistons mogliby sprawic mila niespodzianke i dowiezc chociaz final, ale kto ich tam wie po pierwszej rundzie. Wyglada na to, ze Knicks dobrze weszli w druga runde, ale jeden blowout wiosny nie czyni. Ciezko mi cokolwiek przewidziec biorac pod uwage, ze stawialem na Bosto w 5iu meczach, ale ich filozofia „to three or not to three” nie sprawdzila sie ostatecznie.
-
NBA
O, widze, ze liderzy sie popisali w siodmych meczach. No, za to sie im placi w koncu. Jutro OKC spierze Lakersow okrutnie, ale zycze LBJowi, zeby dotarl do finalow i tam polegl 1-4. 4-7 w finalach mialoby jeszcze lepszy wydzwiek niz 4-6 w 23ech kurwa sezonach 😆. Jest uparty. To trzeba mu przyznac. Dla OKC zycze wszystkiego co najlepsze. Sami zlozyli druzyne, bez glosnych transferow. Sa zgrani, skuteczni i w ogole fajni. Przydaloby sie udokumentowac ich pozycje z back-to-back.
-
Właśnie zacząłem...
Najgorsze jest to, ze w wiekszosci przypadkow nie walczy sie z poziomem trudnosci tylko z pierdolami typu targeting, unikami w zupelnie innym kierunku niz ten, w ktorym wychylasz gale, takim dziwnie „haczacym” stylem poruszania sie. Wystarczy pochodzic w kolko. Wyraznie mozna zauwazyc jak dziwnie postac porusza sie „slizgajac sie” po rogach osmiokata, a nie po okregu. Jutiuberzy, ktorzy bronia DS2 przewracaja sie o wlasne argumenty wymieniajac wiecej wad niz zalet. Probuje dalej. Masochizm pelna geba.
-
Właśnie zacząłem...
Dark Souls II SotFS Jestem gdzies tam w jakiejsc grocie z pseudo-konkwistadorami i potopionymi statkami i jedno moge przyznac grze - jest wkurwiajaca w najgorszym mozliwym ujeciu. Zniose gangbangi, zniose te pierdolone stagger fazy, zniose to, ze niektore lokacje sa przesliczne, a niektore brzydkie jak czarna, listopadowa, gradowa noc, zniose nawet jajo. Nie zniose jednak tak durnych hit-boxow i razacej niekonsekwencji w aplikacji poziomu trudnosci. Gra ma strasznie duzo bugow, ktore smierdza w kazdym dziale i na kazdej plaszczyznie. Yhhh, mam nadzieje, ze sie troche przyzwyczaje, ale czuc jak bardzo brakuje tu Miyazakiego, Ito i tego trzeciego, ktorzy pracowali nad Bloodborne.