"Wędrówka na Zachód" miała masę iteracji, a najpopularniejszą stanowi zapewne Dragon Ball. No, patrząc jednak po fenomenie Wukong: Black Myth, to jednak nie tylko przygody Goku będą kojarzone w szerszej świadomości jako wersja historii, w której jednym z głównych bohaterów jest małpolud z kijem latający na chmurze. Na fali hype w Chinach, moja narzeczona (a od najbliższego poniedziałku żona) będąc obywatelką tego kraju kupiła mi ten tytuł w okolicach świąt, co przy okazji dało okazję do paru ciekawych obserwacji z jej strony - np. to, że gra kiepsko tłumaczy na polski oryginalne chińskie dialogi. No ale zakończmy opowieści o tle, a skupmy się na tej eleganckiej gierce.
Historia z perspektywy osoby nieobeznanej z oryginałem czy chińską mitologią jest nieco bełkotliwa, ale można ją streścić tak, że tytułowy Wukong dostaje na początku gry wpiernicz, a my gramy jego reinkarnacją, która zbiera po nim relikwie. No i nasz małpiszon lata po sześciu zróżnicowanych mapach. To pierwszy element, który bardzo mi się podobał - gracz trafia na spore (ale nieprzesadnie spore) połacie terenu, a tam ma zazwyczaj kilka ścieżek do wyboru, które pomijając główny wątek, prowadzą też do masy dodatkowej zawartości - bossów, przedmiotów, a nawet opcjonalnych zdolności, których nie pozyskamy w inny sposób, niż dokładnie eksplorując lokacje. Co więcej, szczegółowa eksploracja jest wymagana, aby zdobyć dostęp do ukrytego zakończenia - w inny sposób nie odnajdziemy przedmiotów, które konieczne są, aby odblokować sekretnego bossa. Łażenie i zaglądanie w każdy kąt sprawiło mi sporo frajdy.
Co robimy łażąc po mapie? Walczymy i w zasadzie to tyle - nie ma tu platformingu, minigierek, wyborów moralnych i reszty pierdoł, samo mięso. Oczywiście może to stanowić argument za tym, że gra jest monotonna, ale ja przez 40 godzin potrzebnych mi do ukończenia tytułu bynajmniej się nie nudziłem. System walki na początku mnie minimalnie zawiódł, bo oczekiwałem większego rozbudowania, ale w praktyce działa bardzo dobrze. Otóż nasz małpiszon dysponuje lekkim atakiem oraz silnym - nie oznacza to jednak, że łączy się je w kombosy jak w typowych slasherach. Silny atak służy, pomijając spore obrażenia, odzyskiwaniu małych ilości zdrowia i dopiero po odblokowaniu odpowiednich zdolności można łączyć go w ewentualne łączone ruchy z lekkim atakiem, ale DMC czy Ninja Gaiden to się z tego nie robi. Do tego mamy trzy postawy, które różnią się właśnie silnym ciosem i odblokowanymi połączeniami ruchów - nie ma tu jednak żonglerki postawami w trakcie walki jak w Niohu, aby uzyskać różne kombinacje i efekty. Zamiast mielonego w grach do porzygu parowania (za chwilę w Hearts of Iron będzie mechanika parowania) nasza małpa spieprza spod ostrz i pazurów adwersarzy za pomocą uników. Z nimi związana jest sympatyczna mechanika - najlepiej robić je w ostatniej chwili. Taki unik charakteryzuje się szeregiem właściwości - ładuje pasek silnego ataku (te możemy wykonywać też bez ładowania, ale bardziej opłaca się z nabitym paskiem) czy po wykupieniu jednej z pierwszych zdolności pozwala zadawać przeciwnikom minimalne obrażenia przez pozostawiane powidoki. Gra nie wymaga uczenia się przeciwników jak Sekiro, ale dranie chętnie uderzają w drugie i trzecie tempo, więc bezmyślne mashowanie uniku często bardziej szkodzi, niż pomaga. Do tego kilka aktywnych zdolności (grałem kombo unieruchomienie/teleport), duchy odpalane triggerami jako cios specjalny, możliwość używania specjalnych przedmiotów dających pewne bonusy (albo sprawiających trudności wrogom) oraz miła mechanika przemiany w kilku z przeciwników - wtedy gra się takim bydlakiem, który ma własny set ruchów i speciali.
No właśnie, wrogowie. Jeżeli ktoś przy przywoływanym Sekiro frustrował się, że to po prostu boss rush, to tutaj też będzie niepocieszony. Nie to, że nie ma walk z mobami, bo sporo się tego pałęta (no, pierwszy i ostatni chapter w sumie mają chyba więcej bossów, niż potyczek z mobami, ale potem robi się bardziej proporcjonalnie), ale solą gry są bardzo liczni bossowie. W zasadzie nie brak sytuacji, kiedy odstęp między jednym, a drugim to dwie minuty biegu. Starcia te są jednak świetnie zaprojektowane i się nie powtarzają. Jeżeli więc ktoś lubi walczyć z szefami (i subszefami, z których wypadają duchy), to gra mu sprawi masę radości. Mnie sprawiła. Nawiasem mówiąc, gra nie należy do szczególnie trudnych - ma niby soulsowe naleciałości (pasek wytrzymałości, który w praktyce mało kiedy po 1/3 gry spada do jakiegoś niepokojącego poziomu i w zasadzie można go olewać, kapliczki czy lokalne ektusy), ale problemy miałem z pojedynczymi bossami w dwóch pierwszych rozdziałach oraz z ukrytym bossem, który jest faktycznie srogim bydlakiem. Przez resztę gry szedłem jak przecinak - ostatni boss padł na trzy podejścia. Możliwe, że od premiery sporo przeciwników mocno znerfowano, bo do królów giereczek nie należę - tak jak uwielbiam Ninja Gaiden, tak do teraz mam PTSD po odpaleniu Master Ninja.
Elementy RPG to sympatyczna naleciałość, ale żadna tam esencja - mamy od cholery umiejętności w drzewku, wszystkich na pewno nie da rady wykupić (przy każdej kapliczce można za darmo pozmieniać rozkład przyznanych punktów), część to typowe pasywne bonusy, część daje nam nieco szersze możliwości na polu bitwy. Do tego zbieramy wspomagające przedmioty, jest też parę zbroi i wariacji kija, które można dodatkowo od pewnego momentu ulepszać. W statystykach to tu się raczej ciężko zgubić.
Gra wygląda dosyć ładnie i brzmi całkiem okej. Sympatyczny akcent stanowią wykonane w różnych stylach filmiki po każdym z chapterów - mój ulubiony wyświetlał się po drugim chapterze, wykonany techniką, którą na swój użytek nazywam kukiełkowo-plastelinową. No i tyle o technikaliach. Gra jest absolutnie znakomita i odciągnęła mnie praktycznie od jakichkolwiek innych gier - dawno nie przepalałem jednym ciągiem tyle czasu na jakąś gierkę. A pomyśleć, że pierwsze materiały z tej gry brałem za jakieś efekciarskie rendery, z których nic nigdy nie będzie. Koniec końców wychodzi na to, że chiński gamedev będę śledził teraz ze sporym zainteresowaniem - do tej pory miałem okazję z niego ograć tylko FIST (bardzo dobre), Eastern Exorcist (junk, ale fajny) i na Steamie czeka Gujian 3, poza tym nie miałem praktycznie żadnej świadomości tego, co się w nim dzieje. Przy okazji zlecę już żonie zakup kolejnego chińskiego bangera na święta