Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Kmiot

Senior Member
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  1. Prawie zdążyłem na sobotę. Okładka. Sarosik. 10/10. Co nowego. Tradycyjny news na temat jakiejś konsoli kolejnej generacji. Maciej, czy ta “przepotężna, oferująca gigantyczny skok jakości” PS6 jest teraz z nami w pokoju? Również tradycyjny news na temat GTA VI i czy będzie kosztować 100$? Zabawny ten krótki news dotyczący Star Wars Eclipse. A potem wszyscy zdziwieni, że studia upadają i są zamykane. Cytat numeru. Nie rozumiem. Nie podoba mi się crunch? Nadgodziny? Zbyt wiele obowiązków? Szukam innej pracy. Ja wiem, że sytuacje życiowe są różne i nie każdy może sobie pozwolić na tego rodzaju decyzje z dnia na dzień, ale no dajcie spokój z użalaniem się. Chłopy i baby robią gierkę 8 godzin dziennie, z przerwami wychodzi 7 godzin, weekendy wolne, a zarząd się zastanawia dlaczego im schodzi 8-10 lat zanim gra jest gotowa. Potem jeszcze rok patchowania. Dwa lata na jakieś DLC i znów można ruszyć z nowym projektem! Ohayo Nippon / Dobre, bo polskie. Chciałem pominąć, bo oba kąciki w tym miesiącu solidne, ale po chwili zastanowienia uznałem, że są lepsze niż solidne i zasługują na słowo pochwały. Mazzi raczej równa forma, ale Kroolik od kilku miesięcy wygrzebuje się coraz wyżej. Alkahest. Porównać do Wiedźmina 3 muszę, bo się uduszę. Moosa: Dirty Fate. Ponoć w grze są bestie z dawnych legend, więc nie zgadniecie do jakiego zabójcy potworów koniecznie trzeba tę grę porównać! Gadający Kwiatek. W sumie jedyne czego mi zabrakło to podania orientacyjnych wymiarów gadżetu, bo zdjęcie też nie oddaje skali. Nie żebym planował go kupić, to już chyba lepiej ten budzik. Chociaż to jak wybór między grzybem na ścianie i grzybicą stóp. Generalnie test z kategorii: sprawdzamy, abyście wy się nie dali nabrać na zakup. Takie testy też są potrzebne. The Blood of Dawnwalker. Ok, ciągłe porównywanie do Wiedźmina 3 tutaj uzasadnione, ale i tak mnie męczy, więc się dopierdolę dla zasady. Ogólnie odczucia Rogera lepsze i bardziej obiecujące, niż oczekiwałem. Mimo to nadal nieco nieufnie podchodzę do tej gry i o ewentualnym zakupie zdecyduję pewnie na ostatnią chwilę. Dziwne też, że na tym pokazie dla prasy nie zdradzili daty premiery, bo z pewnością już ją mieli ustaloną. W sumie niekoniecznie “dziwne”, może tylko nieco chytre. DLSS 5. Cztery strony, dużo “definiowania” “fundamentalnych”, “interpretacji”, ale przecież nawet nie ma co dyskutować nad tym gównem. Słyszałem, że zwolniło się miejsce na pustyni, gdzie były zakopane egzemplarze E.T. z Atari. Game Boy Advance. Wspaniały sprzęt. Nie pamiętam przy jakiej okazji wszedłem w jego posiadanie, ale miałem. Pierwszy model, fioletowy, szybko zgubiłem klapkę od baterii. Czego natomiast nie miałem, to wielu gier, bo mnie najzwyczajniej w świecie nie było na nie stać. Tylko Yoshi’s Island i Advance Wars. Musiało wystarczyć, ale i tak w wakacje graliśmy z kolegami na ławce w Advance Wars, tocząc pojedynki i przekazując sobie konsolkę co rundę. Dopiero po latach kupiłem model SP, a wraz z nim gry, które zawsze chciałem na tej konsoli ograć - Metroidy (Zero Mission i Fusion) oraz Minish Cap. Przeszedłem wszystkie, konsolę nadal posiadam, choć w dobie Anberniców i NSO na Switchu nie jest to najwygodniejszy sposób na granie, więc pewnie będzie leżała, aż bateria się wysra i uśmierci sprzęt. Dżujo w ostatnich miesiącach skupiał się na raczej mało ciekawych, albo mocno pesymistycznych tematach, ale w tym numerze wreszcie wrócił na odpowiednie tory i pisze o miłych rzeczach, aż ma się ochotę odpalić jakąś gierkę na GBA (Golden Sun, patrzę na ciebie). Oby trzymał ten kierunek jak najdłużej i wybierał sobie optymistyczne tematy. Hyde Park. Roger: “Butcher będzie obrażony, jeśli w podsumowaniu roku nie znajdzie się na pierwszej, tylko trzeciej stronie.” Dokładnie tak sobie Butchera wyobrażam w wielu kwestiach, nie tylko podsumowania roku. Piechota: bardzo pokrzepiające słowa, bo jak już spłynie ten krytyczny łomot w opiniach, to przynajmniej dobrze się bawiliście przy tworzeniu albumu i to będzie pocieszające. Nie no, żartuję, będzie dobrze. W tej chwili nie jest, ale będzie. Piękny rysunek. Headshot. Darka nostalgia boli, a ja w zeszłym roku też nadrabiałem odświeżoną trylogię Tomb Raiderów (TR2 po raz pierwszy) i choć nie da się ukryć, że mechaniki mocno nadgryzł ząb czasu, to kompletnie mi to nie przeszkadzało. Szybciutko się przestawiłem i równie szybko zacząłem z tych Tomb Raiderów czerpać po prostu przyjemność. Oczywiście opcja quick save/load miała tutaj kluczowe znaczenie, bo tylko dzięki niej nie było frustrująco, a wręcz… rozluźniająco? Wiele gier źle zniosło czas, ale według mnie cykl TR wciąż się broni, ze względu na swoją specyfikę, często atmosferę i pewną niepowtarzalność w obrębie gatunku, bo nawet nie było wiele “podrób” tamtych Tomb Raiderów. Recenzje. Pragmata. Jak to u Kaliego (Kalego?) - jest entuzjastycznie, pewnie aż zbyt entuzjastycznie, a co za tym idzie - nieco chaotycznie. Padają jakieś dziwne stwierdzenia. No bardzo ciekawy jestem jakie to angażujące dyskusje Kali tam prowadził, bo chyba nie chodzi o te raczej urocze i sympatyczne wymiany zdań z androidem, którego pojmowanie świata porównywalne jest z sześciolatką. Ale jeszcze bardziej ciekawi mnie jakie istotne znaczenie dla samej rozgrywki ma zabawa w chowanego, bo możliwe, że coś mnie ominęło. Brzmi, jakby solą shootera TPP zwykle nie był arsenał, a tutaj zachodzi jakaś anomalia. Aha, czyli od 25 lat żadna gra nie miała udanego trybu wyzwań? Czy o co chodzi? Fabuła jest udana, ale już nie przesadzajmy z jej ambicjami. Poza tym śródtytuły jakieś dziwne i zwykle bez sensu. Recenzja wydaje się pełna skrótów myślowych i niepoukładana jakbym czytał PE w latach 1998-2000. Gdyby nie fakt, że w Pragmatę grałem, to duża część tej recenzji byłaby dla mnie niezrozumiała (hipostaza? Nie dało się użyć bardziej intuicyjnego dla kontekstu słowa?). Saros. Surowa ocena, ale sama recenzja w swojej treści bardzo dobra. Z oczekiwaniami jest tak, że można nimi usprawiedliwić każdy werdykt i nawet skrytykować takie Mouse P.I. for Hire że "jest za mało poważne i mysi detektyw nie powinien zabijać tylu wrogów, bo to kreuje dysonans ludonarracyjny" (IGN). Szczęśliwie Butcher do takiego ekstremum się nie posunął i trzymał oczekiwania w rozsądnych ramach. Osobiście się cieszę, że Housemarque odświeżyło otoczkę, ale mocno trzymało się koncepcji Returnala. Dlaczego? Bo przez pięć lat nikt nawet nie próbował stworzyć podobnej gry, tak się prezentujące, tak soczystej i na rynku wciąż była niewypełniona luka (podobnie jak w moim sercu). Trzeba fachowców, by zrobić to dobrze i satysfakcjonująco, a Saros jest wściekle satysfakcjonujący. Zachodzi tutaj sytuacja odwrotna, niż w przypadku Hadesa, którego przez lata dostaliśmy dziesiątki naśladowców, a kiedy wyszła kontynuacja, to byłem już tak nasycony gatunkiem, że nawet mi się nie chciało gry sprawdzić. Drugiego Returnala (albo jego udanego naśladowcę) najwyraźniej byli zdolni stworzyć jedynie autorzy pierwszego i to działa na korzyść Sarosa. Ogólnie z dwóch najgorętszych recenzji tego miesiąca Butcher wypadł dużo lepiej od Kalego. Entuzjazm jest fajny, ale nie sprzyja klarowności przekazywanych myśli. Life is Strange. Reunion. Zgadzam się z Mazzim, że nie wszystko musi być domknięte. Dlatego też osobiście nie pokuszę się na domykanie historii Max i Chloe. Pachnie trochę odcinaniem kuponów. Mouse. P.I. for Hire. Gdyby nie to, że grę kupiłem już w okolicach premiery, to Adamus oczywiście by namówił. Wziąłem trochę w ciemno i w ramach wsparcia twórców. Choć jestem kroplą w morzu, to lubię w ten sposób dać sygnał, że takich gier i w jakiś sposób oryginalnych inicjatyw oczekuję od branży. Na nieszczęście Myszy trafiła ona z premierą w okolice Pragmaty i Sarosa, więc chwilę poczeka na swoją kolej, ale przecież się nie pali. Przy okazji: polecam recenzję IGN (6/10). Bardzo zabawna - jakby krytyka filmowego zmusili do zrecenzowania gry wideo (“dlaczego bohater musi zabijać tylu przeciwników? Dlaczego każdy żart musi się odnosić do sera?”). Tomodachi Life. Chwila, moment. Czy Komodo właśnie przemycił w tekście tłuściutki spoiler dotyczący Silent Hilla 2? Nie zdradzę, ale gdybym nie znał fabuły SH2, to w trakcie tej lektury trochę bym się zirytował. Poza tym na eShopie jest darmowe demo. Można po prostu sprawdzić, bo gra jest na tyle specyficzna, że trudno to oddać w tekście. Diablo IV. Mamy to. Po trzech latach łatania i sprzedawania dodatków Diablo IV jest wreszcie dziełem “kompletnym”. Przez chwilę zastanawiałem się ile trzeba wydać kasy, aby cieszyć się grą w pełni, skoro sam ten dodatek kosztuje 179 zł, ale potem straciłem zainteresowanie, bo przecież i tak nie zamierzam w to grać. Cthulhu. The Cosmic Abyss. Obowiązkowy horror FPP w tym miesiącu oficjalnie odhaczony. Choć z tym horrorem to ponoć trochę na wyrost, skoro nie straszy? Starfield. Ciekawie wygląda ta recenzja Rogera w konfrontacji z wcześniejszą recenzją Zaxa. U niego wszystko jest w porządku, jest rewelacyjnie, rewelacyjnie robią, wszystko jest w porządku. Jest git. Pozdrawiam całą Bethesdę, dobrych chłopaków, niech to się trzyma, dobry przekaz leci. A tymczasem naczelny to jednak parę wad wytknął. I to w najbardziej wypasionej wersji gry, która jest po trzech latach łatania. ChainStaff. Nie sądzę, aby wielu graczy skorzystało z tej rekomendacji, ale ja dodałem do listy życzeń, więc jestem żywym dowodem, że takie recenzje wciąż mają sens. People of Note. Aysnel się wyrabia i wciąż mu kibicuję, szkoda jedynie, że gry które recenzuje w 90% leżą poza kręgiem moich zainteresowań. People of Note w tym miesiącu miało u mnie największe szanse, ale jednak jeszcze nie tym razem. Może w kolejnym numerze się uda? Legacy of Kain. Ascendance. Jestem w sumie wdzięczny za tą recenzję, bo gdyby gra w najbliższych dniach trafiła do promocji, to możliwe, że kupiłbym ją w ciemno. A tak to z dużym zainteresowaniem przeczytałem o tym wszystkim, co jej dolega, szybko rzuciłem okiem na metacritic da potwierdzenia, że Darek tym razem nie znęca się nad jakąś grą bezpodstawnie i nowy LoK z hukiem wyleciał z mojej listy życzeń (dodany jeszcze długo przed premierą, aby mieć tytuł na oku). Replaced. O, Mielu. To zawsze małe święto, gdy Michał nie recenzuje jakiegoś soulslike’a. A w sumie i tak miło się czytało. Emotionless. Drugi w tym miesiącu horror psychologiczny FPP. I drugi, który nie straszy. A może Graba jest już jakiś znieczulony, skoro ogrywa kilka takich chodzonych horrorów w miesiącu? Retrorecenzja. Zelda: Majora’s Mask. Dobra, ale odpowiedzcie mi czy powinienem się martwić, skoro to już trzeci albo czwarty numer z rzędu, gdzie w tym dziale rozpycha się Graba i nie dopuszcza innych recenzentów? Nie żeby mnie to jakoś szczególnie bolało, ale ceniłem w retrorecenzjach różnorodność autorów, a ostatnio ta wymienność znacząco osłabła. Natomiast co do Majora’s Mask to miałem okazję ten tytuł po raz pierwszy grać właśnie w wersji na 3DS-a (podobnie zresztą jak Ocarina of Time) i największe obawy miałem oczywiście w związku z presją czasu, bo nie po to gram w Zeldę, by stale patrzeć na zegarek i gdzieś się spieszyć. Ale to szybko minęło i z kolejnymi godzinami nawet polubiłem ten patent, bo po latach mocno wyróżnia Majora's Mask z tłumu innych Zeld. No i mroczny, niepokojący klimacik też swoje robi. Publicystyka. 40 easter eggów z Super Mario Galaxy Film. Niepotrzebny tekst rodem z PPE. Pewnie kosztował trochę czasu i wysiłku, a radości czytelnikowi daje niewiele. Trochę tu oczywistości (naprawdę walka z Bowserem na moście nad lawą jest ukłonem w stronę Super mario Bros? W życiu bym na to nie wpadł oglądając film!), trochę wskazań palcem “patrz, to jest easter egg, zauważyłeś? A Pikminy znasz? Słyszałeś? Powiedział Rainbow Road, a to przecież jedna z tras Mario Kart! Wow!”. Naprawdę nie wiem dla kogo to i komu potrzebne, skoro ten film to przede wszystkim zlepek easter eggów, piękna oprawa i niewiele więcej. Turystyka gamingowa. Uwielbiam odkrywać światy w grach. I nie piszę jedynie o tych naśladujących “prawdziwość”. Każdy. Ale czy czuję potrzebę albo ochotę, by na własne oczy obejrzeć katedrę albo piramidę, na którą właśnie się wspiąłem asasynem? Niekoniecznie. Może gdyby jakaś gra absolutnie zawładnęła moimi myślami i była gdzieś w prawdziwym świecie lokacja, na której się wzorowano, to inaczej bym śpiewał. Pewną pokusę czułem przy okazji Silent Hill f i “prawdziwej Ebisugaoki”, czyli Kanayamy, ale taka wyprawa i tak byłaby poza moim zasięgiem (choć jestem ciekawy czy gra znacząco wpłynęła na tamtejszą turystykę). Nieco większe szanse były i nadal są związane z… Cronosem, bo jak ostatnio sprawdzałem, krakowska Nowa Huta nadal stoi, hehe. Poza tym ciekawy jestem jak w swojej roli wypadnie portowa mieścina w nadchodzącym Silent Hillu, bo też czuję potencjał. Turystyka gamingowa wydaje się tematem na wiele interesujących stron okraszonych odpowiednimi materiałami graficznymi, które w tym przypadku mówią więcej, niż sto słów. Kochaniec z racji ograniczonego miejsca siłą rzeczy zdołał jedynie musnąć tematu, nakreślić ideę, ale niedosyt jest. To progres, bo przy okazji tekstu o wróżbiarstwie to nawet się cieszyłem, że już koniec. No i plus za wciągnięcie do materiału Trylogii Husyckiej. Im dłużej o tym myślę, tym wyżej ją cenię w stosunku do Wiedźmina. Crowdfunding. Mam wrażenie, że ten temat powraca cyklicznie. Mam też wrażenie, że Buczyński już coś podobnego pisał, ale konkretniej o samym Kickstarterze czy coś. A może to tylko moje przewidzenia, a weryfikować mi się nie chce. Generalnie nie jestem jakimś fanem tematu i w całym swoim życiu wsparłem tylko jedną tego rodzaju inicjatywę, czyli wspomniany w tekście Eiyuden Chronicle, bo wtedy aż się podnieciłem i ani sekundy zawahania. Absolutnie nie żałuję, ale w krew i nawyk mi nie weszło. Tekst oczywiście przeczytałem, choć bez rumieńców na twarzy i nawet trudno mi się do niego jakkolwiek odnieść czy cokolwiek wytknąć, bo się nie interesuję i nie znam na tym. Loremasters. Strażnicy wiedzy. Niby temat fajny, ale z racji, że poruszone w tekście uniwersa kompletnie mnie nie grzeją, to całość przeczytałem bez emocji. I choć w trakcie nie ziewałem, to jednak wolałbym przeczytać jakieś lore, niż o gościach, którzy tego lore doglądają. Sekiro. Ciekawy zbieg okoliczności, bo osobiście po raz pierwszy Sekiro przeszedłem dopiero trzy miesiące temu. A potem przeszedłem drugi i trzeci raz. Wciąż jestem pod wrażeniem tej gry, a tutaj Kacper przyczaił się z obszernym tekstem o kulisach i nie tylko. Muszę pisać, że była to wspaniała lektura? Satysfakcjonująca jak system walki w Sekiro. Dla mnie to najlepsze połączenie: Adamus skupiony na jednym konkretnym tytule, precyzyjny cel. Najbardziej intrygował mnie wątek powiązań z Tenchu, bo jakoś nigdy nie miałem okazji przeczytać opracowania na ten temat. Autor nie zawiódł i opisał to obszernie. Poza tym Sekiro jest wyjątkową grą. Po jednym przejściu nie miałem jej dość i bez wahania chciałem to powtórzyć. Powtórzyć chcę też lekturę tekstu Kacpra, ale to dopiero jutro. Daredevil. Zaskakująco dobry serial (nic dziwnego, że wrócił) i równie dobry tekst mu dedykowany. Oczywiście trochę spodziewałem się autorstwa Ostasza, ale Kozłowski też udźwignął. Jeśli były jakieś wpadki (dużo dat, więc z pewnością gdzieś się pomylono, hehe), to ich na pierwszy rzut oka nie wyłapałem, a na drugi rzut oka mnie one nie interesują, bo nie mają większego znaczenia, gdy opowieść o kulisach wartko płynie. Steam Machine z odpadów PS5. Zapytałem sam siebie: czy w ogóle chce mi się to czytać? Przeczesałem tekst wzrokiem, widzę masę RTXów, GPU, GDDRów, NVMe, RDNA, BIOS i innego chujstwa, które mnie zwyczajnie nudzi, więc odpuściłem lekturę. Stargate. Również jeden z lepszych artykułów w tym numerze. Nastawiony pozytywnie Konsolite - gdy tłumi swoją naturalną zgryźliwość - potrafi spłodzić wciągającą opowieść. Tłusto tutaj od treści, a jednak w trakcie lektury kompletnie to nie przytłacza i całość czyta się lekko. To zawsze mnie u Darka zaskakuje, że w długich formatach wypada dużo korzystniej, niż w krótkich recenzjach, gdzie bywa chaotyczny i z przymusu stosuje dużo skrótów myślowych. Tutaj jest przyjemnie, choć merytorycznie nie potrafię tekstu ocenić, bo Stargate to nie moja pasja i nie obejrzałem chyba nawet jednego epizodu (za dzieciaka oglądałem jedynie film). Niemniej po lekturze przeleciała mi przez głowę myśl, by serial sprawdzić i nawet jeśli ostatecznie tego nie zrobię, to niech to będzie komplement dla autora. Final Fantasy: The Spirits Within. Kubica rozentuzjazmowany. Są nawet wykrzykniki. Najbardziej w tym tekście zaskoczyło mnie wyznanie autora, że filmy uwielbia bardziej od gier. Poza tym to klasyczny Kubica na wysokim poziomie, a ja po raz kolejny cieszę się, że nie czuję potrzeby dodawania kolejnej gry do backloga. Chuck Norris. Fanem trudno mnie nazwać, ale nie da się też ukryć, że pożegnaliśmy legendę kina lat 80-90. Jedną z wielu i niedobra jest myśl, że przyjdzie nam te wszystkie ikony żegnać coraz częściej. Skróconej biografii Chucka Norrisa nie miałem okazji nigdy czytać, więc Ostasz podsunął mi wygodną możliwość. I jak to u autora - trudno mi się przyczepić do czegokolwiek, bo jeśli lektura jest zarówno lekka, jak i pouczająca, to czego mogę wymagać więcej? Extreme Plus. Biznesowa i technologiczna anatomia upadku 3dfx Interactive. Nawet nie czytałem, bo osiem stron na temat, który mnie kompletnie nie grzeje, to za duże poświęcenie, na które nie jestem gotowy. Nie krytykuję doboru tematu, bo pewnie znajdzie swoich fanów, ale dla mnie to usypiacz. Felietony i kąciki. Region filmowy. Filmu z YouTube to się nie spodziewałem. I to takiego z 1980 roku. Ale kurde, opinię przeczytałem z większym zaciekawieniem, niż wszystkich tych nowości. Sobek ostatnio miło kombinuje z kącikiem i szuka urozmaiceń, a ja to doceniam i kibicuję. Comix Zone. No jasne, jeszcze tutaj wrzućmy Wiedźmina. Albo od razu dwa. Aż zatęskniłem za Marvel/DC. Ale tylko na chwilę, bo niżej znalazłem kolejnych X-Menów 4/10. BAKA. Czyli jednak wracamy do formatu kilku recenzji w miesiącu? Moja lista “anime, które może chciałbym, ale - kogo ja oszukuję - i tak nigdy nie obejrzę” będzie puchnąć trzy razy szybciej! HIV. Ujmę to tak. Doceniam, że HIVowi najwyraźniej się chce i ma motywację, by narobić nieco szumu. Na ile wystarczy mu zapału? Nie wiem, choć znając jego inicjatywy jestem raczej sceptyczny, aby się nie rozczarować. No ale zobaczymy, bo wbrew pozorom mu kibicuję, wyczuwając spory potencjał do “poddymienia”. Wciąż jednak dostrzegam pewne hamulce, skoro “krakowska szmata” nie została wywołana z ksywy, ale może na to jeszcze przyjdzie czas, bo HIV najwyraźniej zaczyna od początku istnienia PE. Z jednej strony to tylko kolejne teksty wspominkowe, jak to “kiedyś było”, z drugiej - może się zrobić pikantnie, jeśli HIV rzeczywiście poleci bez cenzury. Daję kredyt zaufania i czekam na ciąg dalszy. Jednocześnie zastanawiam się czy to będą dwie strony na stałe, czy raczej zejdziemy do jednej strony miesięcznie, jak cała reszta felietonów? Opowieści wystarczy na dłużej, a i samemu HIVowi będzie łatwiej dostarczyć regularnie jedną stronę, niż dwie. Choć nawet z jedną pewnie może być problem. Zax. Postaram się krótko, bo szkoda mojego czasu, a nie chcę się powtarzać. Ocenę 6/10 można uznać za sprawiedliwą, bo wyobrażam sobie, że przedpremierowa wersja gry musiała mieć sporo bolączek, ale jednocześnie w nią nie grałem, więc trudno mi się odnieść. Większym problemem od wystawionej oceny był w recenzji najzwyczajniej w świecie protekcjonalny ton Zaxa, uwypuklanie wad (albo ich wymyślanie - makietowy świat, system walki porównywany z soulslike’ami) i lekceważenie tego, co Crimson Desert robi dobrze (choćby autorski, imponujący silnik). To była słaba recenzja, bo autor miał za duże ego, by uczciwie się nad grą pochylić. A teraz dostrzegam pęknięcia w narracji, bo Zax już nie odradza zakupu, tylko poleca się z nim wstrzymać. Bo co jak co, ale podejście Pearl Abyss jest wzorowe - słuchają graczy, działają błyskawicznie, praktycznie co tydzień nie tylko usprawniają działanie gry, ale dodają elementy uprzyjemniające rozgrywkę i zupełnie nową zawartość. Modyfikacje, które Bethesdzie zajmują rok czasu, Koreańczycy wprowadzają w tydzień. Jednocześnie gra wciąż działa stabilnie. Przez 130 godzin, które jej poświęciłem tylko raz miałem crasha. Nie zbugował mi się też żaden quest, choć niektóre mogą sprawiać takie wrażenie, bo bywają niejasne w opisie, ale to tylko jedna z ich wad, hehe. Walkiewicz. Ten felieton dużo trafniej oddaje to czym Crimson Desert jest, czym mógłby być i czym nigdy nie będzie, niż jakiekolwiek wypociny Zaxa. Oczywiście nadal kilka wysuniętych przez Michała zarzutów czy przykładów to już przeszłość, bo w samym mijającym tygodniu Pearl Abyss opublikowało trzy patche, ale konkluzja jest celna: grze nie sposób odmówić ambicji, mimo że właśnie przez tą ambicję się potyka. W takich samych proporcjach imponuje i zachwyca (ten świat!), co frustruje i irytuje (fetchquesty, chaotycznie poprowadzona fabuła). Mielu. Sporo jest takich gier, które małe studia pokazują po raz pierwszy, a potem na długie lata zapada martwa cisza. I czasem te gry umierają w tej ciszy, a czasem niby coś tam powstaje, ale kto wie. EITR pamiętam, a nieco nowszy Little Devil Inside? Zresztą nie musimy szukać w mniejszych tytułach, skoro taka Pragmata też pierwotnie miała się ukazać w 2022 roku i skoro Capcom może mieć problemy, to jak się dziwić mniejszym ekipom? Marcellus. Korporacje są, a towarzyszy im kapitalizm. Autor kolejny miesiąc nie zawodzi. Do przeczytania w następnym numerze. Adamus. Przeczuwałem puentę, bo wciąż w pamięci mam pierwszy felieton Kacpra, gdzie chyba nieco zasygnalizował, że był z tym pewien problem. Osobisty akcent nie wymaga komentarza, bo jest wystarczająco wymowny, ale nie można zignorować tego, jak ten felieton docenia kunszt rimejku Silent Hilla 2. Opisana scena to świetny przykład tego, jak w Blooberze rewelacyjnie rozumieją pierwowzór i choć potrafią podkreślić jakiś kontekst w scence, to robią to na tyle umiejętnie, subtelnie i z gracją, że wciąż pozostaje pole do interpretacji. Mazzi. Trochę spóźniony na imprezę związaną z RE9 Requiem i trochę w obronie gry. Jasne, że seria ciągle się zmienia i od dekad “mutuje” i pewnie tylko dlatego wciąż regularnie się ukazuje, bo stara się odświeżać formułę. Ale jeśli dobrą zmianą ma być wrzucenie Leona w mdłe, kompletnie pozbawione wyrazu lokacje, by sobie strzelał do zombiaków, to ja już wolę, aby się trzymali dawnej formuły. Głos Ludu. Tradycyjne wywołanie @lukas_k96 , bo może wie, że jego recenzja (albo jej fragment) trafił do druku. A może nie wie, ale chciałby się dowiedzieć. Listy. Czytam w temacie, że ponoć któryś list pojawił się w druku już wcześniej i wierzę na słowo, ale sam bym pewnie nawet tego nie wychwycił. Od wielu miesięcy te listy zlewają mi się ze sobą, wiele jest podobnych i nawet niespecjalnie chce mi się je czytać uważnie. Ale w ramach ciekawostki zauważyłem, że autor listu miesiąca - Patryk D. - doczekał się publikacji swojego listu również w #340. Za chwilę rzeczywiście się okaże, że do działu pisze na zmianę czterech czytelników, tylko pod innymi pseudonimami. I w sumie tak to zostawię w tym miejscu. Udany numer, szczególnie dział recenzji, bo mało w nim Zaxa (i rudymentarnych). Z kolei w publicystyce zauważyłem duże natężenie tematów około filmowych i serialowych, ale cóż, pewnie tak bywa. Osobiście chętnie poczytałbym coś więcej o… książkach. Cyklach, pojedynczych tytułach, cokolwiek, byle nie o Wiedźminie (jest wspomniana przez Kochańca świetna Trylogia Husycka). Kilka lat temu pochłaniałem literaturę nałogowo, ale potem nadszedł jakiś kryzys i niby coś tam czytam, ale motywacji (i czasu) trochę brakuje. Może by się udało podsycić te płomień na nowo. No i standardowo: dziękuję za kolejny numer, którego lektura zawsze jest przyjemnością (wykluczając momenty, gdy nie jest). Dzięki Perezowi za terminową wysyłkę mojego egzemplarza i dbanie o zaplecze. Rogerowi za nieustanne zarządzanie tym cyrkiem, bo trochę podziwiam. Każdemu autorowi, który co miesiąc dokłada do PE swoją cegiełkę wypalaną w piecu pasji.
  2. Kmiot odpowiedział(a) na ASX temat w Ogólne
    Mogą sprzedawać niechętnie, ale wszystko ma swoją cenę, a za odpowiednią kwotę figurującą w excelu, to już sprzedadzą chętnie, bo po to są licencje, by zarabiały. I prędzej sprzedadzą takiemu "niegroźnemu" indykowi, który może zrobi szum, a może zniknie z radarów po miesiącu od premiery (to już ich nie interesuje), niż do kolejnego GTA, hegemona branży, który będzie aktualny i zyskowny przez kolejną dekadę minimum. Generalnie kwestia postawionych wymagań, zapewne mniejszych dla indyka na trzy godziny, niż Take Two, ale jak na stół pójdzie zadowalająca kwota, to niechęć jest do przełknięcia. Nie wiem, nie znam się, ale tak to sobie wyobrażam.
  3. Kmiot odpowiedział(a) na ASX temat w Ogólne
    Powinno i pewnie by chciało, ale może twórców nie stać.
  4. Kmiot odpowiedział(a) na Czezare temat w Ogólne
    Pochwy, hehe.
  5. Nie no, upośledzonych nie biję.
  6. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Resident Evil Requiem [PS5] Ok, postaram się być wyrozumiały, aby nie robić krzywdy fanom marki. Ale ta gra jest tak nierówna, że aż mnie ręka swędzi, by jej zajebać. To oczywiście pokłosie decyzji, by dwie koncepcje rozgrywki wlać w jeden tytuł i tak je wymieszać, że gracz nie do końca wie czego twórcy od niego oczekują. Dlaczego musi tak być, że ja chomikuję naboje do rewolweru, a wy i w połowie gry je zabieracie razem z gnatem? Dlaczego ja się cieszę ze znalezionego rozszerzenia ekwipunku, a wy za 10 minut puszczacie napisy końcowe? Po co nastawiam się na eksplorację laboratoriów, skoro wy mi dajecie trzy korytarze i cztery pomieszczenia odwiedzane liniowo? Pierwsze przejście gry to ciągłe robienie gracza w chuja i wybijanie go z rytmu. Drugie i kolejne wypadają już nieco lepiej, bo gracz w chuja się robić już nie da, ale wciąż pozostają etapy symulatora chodzenia, które zaburzają “flow” zabawy i najchętniej bym je po prostu pominął. Ale nie da się. Fragmenty Grace są generalnie lepsze, bo lokacje mają odpowiedni nastrój i są przyjemnie pokombinowane, choć logika zdarzeń i decyzji poszła się jebać, a zagadki w sumie nie istnieją, są jedynie kolejne klucze do podniesienia. Ja wiem, że to Resident Evil i nierozsądnym jest oczekiwać jakiegokolwiek sensu w motywacjach bohaterów i nie mogło zabraknąć drzwi otwieranych rubinem, ale i tak jestem zaskoczony ile bzdur udało się tutaj wepchnąć. Żadnej innej marce nie uszłoby to w 2026 roku płazem i tak naprawdę ja już sam nie wiem, czy twórcy te głupoty wpakowali tutaj z premedytacją (niektóre z pewnością tak, ale czy wszystkie?), czy po prostu nie są zdolni wykreować wiarygodnego ciągu zdarzeń i uwielbiają drażnić inteligencję gracza. Grace, na litość boską, masz nóż, przetnij tę opaskę dostępową i zdejmij z ręki trupa - profit. Naprawdę nie musisz przez godzinę biegać za przedmiotami niezbędnymi do jego ożywienia, aby po pięciu sekundach ponownie go zabić i dopiero wtedy zdjąć mu tę jebaną opaskę. Leon jak to Leon - uwielbiam gościa i wcale się nie dziwię, że grające kobiety do niego wzdychają, sam bym chciał, aby założył mi suplexa w pościeli. Ale lokacje przez niego odwiedzane to jakaś wizualna sraka. Praktycznie zero imponujących widoków, garść fanserwisu, bieganie po szaroburych ulicach i pomieszczeniach, mało finezyjne kill roomy (wrzucimy dziesięć Lickerów jednocześnie w ciasnym pomieszczeniu i fajrant). Odbierz etapom Leona soczyste strzelanie i zostaną tylko pozbawione charakteru miejscówki, o których za rok nikt czule nie pomyśli. Żeby nie było, że się tylko znęcam. Bo Resident Evil Requiem nie jest złą grą. Technicznie i pod kątem mechanizmów rozgrywki jest dopracowana i dopieszczona do perfekcji. Bronie są satysfakcjonujące w użytkowaniu, wrogowie pięknie reagują na obrażenia i chwilami jest sadystycznie krwawo. Leon jest świetny, ale Grace też daje się z łatwością polubić, a jej etapy to najbardziej angażujące fragmenty gry. Filmiki są wzorowo zrealizowane. W Requiem po prostu gra się świetnie mechanicznie, szczególnie jeśli przymkniemy oko na tych kilka irytujących, albo nużących fragmentów. Ale Requiem jednocześnie w zbyt wielu aspektach zawodzi. Fabularnie to kiszka bez wyrazu, szczególnie zakończenie (wybaczcie, że miałem OCZEKIWANIA od gry tak doświadczonych twórców, z takim budżetem; od gry, która ponoć miała być zamknięciem pewnego etapu życia marki). Lokacje są nierówne i za jakiś czas tylko początkowa klinika będzie pozytywnie wspominana. Powrót na posterunek to zmarnowany potencjał. Motyw prześladowcy Grace irytuje skryptami (ten boss fight, ech). Do tego można dorzucić wszystko, na co narzekałem powyżej i zapewne kilka innych rzeczy, o których w tej chwili już nie pamiętam. Gra jednocześnie świetna i rozczarowująca. Aż nie chce mi się na ten temat dalej rozwodzić. Całość boli mnie tym bardziej, że ten sam Capcom za chwilę wydał Pragmatę, która jest najzwyczajniej w świecie pod wieloma względami lepiej przemyślana i spójniejsza. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszą grą. Resident Evil 2 (1998) [PS1] Tylko dzięki tej grze będę mógł powiedzieć, że w 2026 roku zagrałem w jakiegoś udanego Residenta. A tak poważnie, to trochę sentymentalny powrót. Bo po raz pierwszy w RE2 grałem w okolicach premiery, najpierw godzinami męcząc 10 minutowe demo, każdorazowo próbując dotrzeć nieco dalej, zobaczyć jakieś nowe pomieszczenie. To jeszcze w zeszłym wieku nie na żarty wystraszyłem się w trakcie filmiku wprowadzającego pierwszego Lickera. I choć grę ostatecznie przeszedłem, to siłą rzeczy, po prawie trzech dekadach, niewiele z niej tak naprawdę pamiętałem. Nie licząc pierwszych dziesięciu minut, bo te mogę ogrywać z pamięci, podobnie jak cytować wszystkie kwestie dialogowe z intra i scenek. Ale poza tym teraz grałem w RE2 w prawie jak nowy tytuł, szukałem optymalnej ścieżki po pomieszczeniach i parę razy dałem się zaskoczyć zdarzeniami, o których zapomniałem. I co ja tutaj dalej się będę rozwodził, skoro gra jest w zupełności zdatna do spożycia nawet dzisiaj? Na wszelkie głupotki z racji wieku łatwo jest patrzeć przychylnym okiem, tempo gry jest doskonałe (nieśpieszne 4-5 godzin i scenariusz zaliczony), intensywność rozgrywki w sam raz. Dialogi na swój ułomny sposób wspaniałe, Leon uroczo naiwny (“Ada nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Znam ją!”), walki z bossami irytujące mechanicznie, ale gra generalnie jest łatwa na normalnym poziomie trudności, bo amunicji i roślinek jest tyle, że możesz zabić wszystko co się rusza i jeszcze zostaną zapasy. No i ulepszony shotgun pięknie rozrywa korpusy. Przejście gry Leonem i Claire ma całą masę sensu, bo tylko w ten sposób poznajemy pełen obraz sytuacji, a scenariusze A i B różnią się praktycznie wszystkim, nawet uzbrojeniem postaci, więc pod tym względem jest pięknie. Zresztą wszyscy wiedzą jak udany i ważny był drugi Resident Evil. Nadal jest. No i Leon w trakcie zakończenia stwierdza, że “to nie koniec, to ledwie początek” i kurde, teraz po blisko 30 latach trzeba przyznać, że ten żółtodziób miał rację. Alone in the Dark (2024) [PS5] Nie potrafię wyjaśnić powodów, ale lubię tę markę. Może to jakiś głęboko zachowany sentyment, bo prekursorski Alone in the Dark (ten z 1992 roku) był jedną z pierwszych gier, które miałem okazję obserwować, jak szwagier gra. Bo sam się bałem i pewnie nawet bym nie umiał. Potem był równie sentymentalny epizod z Alone in the Dark: The New Nightmare na PS1, który udało mi się odpowiednio rozwinąć i ostatecznie zamknąć dopiero w tym roku, gdy grę wreszcie ukończyłem. Niczego nie żałuję. Idąc za ciosem wziąłem się więc za nowożytne wcielenie cyklu. Potencjał był niemały. Okres międzywojenny, Luizjana i jazzująca muzyka. Miejsce akcji to posiadłość Derceto, która najwyraźniej jest swoistym psychiatrykiem, bo bohaterowie tutaj rezydujący są co najmniej dziwni. Do tego garść okultyzmu, jakichś niewytłumaczalnych rytuałów i zaginiony Jeremy Hartwood. Jego odnalezienia podejmuje się Emily, siostrzenica Jeremy’ego, a pomagać jej będzie Edward Carnby, prywatny detektyw. Zgodnie z tradycją będziemy mogli wybrać kim chcemy pokierować, ale różnic tutaj nie będzie wiele. Inaczej potoczą się przede wszystkim scenki fabularne czy dialogi, ale sama rozgrywka w 90% przebiegnie dokładnie tak samo i w tej samej kolejności, dopiero pod koniec łatwo zauważymy elementy i lokacje ekskluzywne dla wybranej postaci. Trochę to rozczarowujące, ale lepsze chociaż tyle, niż nic. Sama posiadłość jest udana i ma swój nastrój. To strefa głównie eksploracyjna i bezpieczna, choć sporadycznie zdarza się, że będziemy zmuszeni poradzić sobie z jakimś zagrożeniem. Jednak przede wszystkim próbujemy odnaleźć kolejne klucze, rozwiązać zagadki, szukamy przejść, oglądamy przedmioty, czytamy notatki. Co jakiś czas otworzymy portale do “innego wymiaru” i te fragmenty najczęściej będą wymagały od nas walki z potworami. Potem z powrotem lądujemy w Derceto i eksplorujemy kolejne pomieszczenia. Zapętlić, powtórzyć. Wspomniane zagadki potrafią być miłym zaskoczeniem. Bywają miło pokombinowane i nie tak banalne, więc po ich rozwiązaniu czujemy pewną satysfakcję. Nie wszystkie, bo niektóre z nich (szczególnie środowiskowe) zagadkami są tylko z pozoru i są tak oczywiste, że równie dobrze mogłoby ich w ogóle nie być, bo wypadają aż niezręcznie. Kolejne pokoje posiadłości też są wystarczająco atrakcyjne wizualnie, aby chciało się z ciekawością je zwiedzać. Generalnie szperanie po Derceto to zawsze jeden z przyjemniejszych fragmentów gry i fajnie, że jest tego sporo. Kiedy trafiamy do wspomnianych portali, to pora w dłonie wziąć broń i trochę powalczyć o zachowanie życia. Strzelanie określiłbym ledwie poprawnym. Spełnia zadanie, ale nie daje satysfakcji. Od strzelania gorzej wypada jedynie walka wręcz, bo możemy podnieść jakieś łopaty, topory i inne wiosła, by wrogów trochę ponapierdalać z bliska, ale to mechanika bez polotu, niczym z jakiegoś hack and slasha w stylu Diablo. Po lokacjach walają się też przedmioty do rzucania, w tym koktajle Mołotowa, ale ich użyteczność bywa wątpliwa, bo w zasadzie nie możemy ich schować na później, jedynie rzucić z miejsca, w którym leżą. Samej walki nie ma przesadnie dużo, bo i rodzajów wrogów jest raptem kilka, a ich design niespecjalnie porywa. Ale te etapy poza Derceto mimo pewnej toporności stanowią miłą i konieczną odskocznię, zarówno gameplayową, jak i wizualną, bo skoro mamy do czynienia z portalami, to przecież wylądować możemy dosłownie wszędzie. I bywa naprawdę ładnie i różnorodnie, a kilka urokliwych miejscówek da się z łatwością wyłuskać. Inna sprawa, że jak na reprezentanta gatunku horroru Alone in the Dark raczej nie straszy. Nie buduje atmosfery zaszczucia i niestety częściej polega na jump scare’ach czy nagłych i głośnych dźwiękach, co rzecz jasna bardziej irytuje, niż kreuje jakiekolwiek napięcie. Mamy tutaj alternatywne zakończenia (dobre i złe), trochę drobnych bugów (utknięcia postaci, zawieszający się dźwięk, niemożność podniesienia broni). Rozgrywki wystarczy na 5-7 godzin, ale to tylko w przypadku, gdy postanowimy wylizać wszystkie ściany, bo speedrun to kwestia 90 minut i nawet nie trzeba być profesjonalistą. I tylko ze względu na tę niewielką inwestycję wolnego czasu napiszę, że można Alone in the Dark samodzielnie sprawdzić, bo nie zdążycie się znudzić, przesadnie zirytować, a może nawet odnajdziecie w tej grze pewien urok. Ja nie żałuję, ale jak wspomniałem - lubię tę markę. The Punisher [PS2] W opcjach tej gry są ustawienia poziomu brutalności (gore). Dostępne warianty? Wysoka, albo brak. Nie ma nic pośrodku, bo Frank Castle półśrodków nie stosuje. Chłop mógłby przeciwnika uderzyć kolbą karabinu i zaoszczędzić nabój, ale i tak preferuje strzelić wrogowi z 10 centymetrów w ryj, dla pewności. Uwielbiam Punishera. Finezji nie oczekiwałem. Żadnego skradania i skrupułów. Drzwi otwieramy z kopa i rozdzielamy headshoty. Czasem rzucimy się za kanapę, albo schowamy za filarem, aby przeładować broń, ale nie ma sensu tam tkwić, bo zdrowie nam się nie odnowi. Jedyną metodą na odzyskanie kilku punktów życia jest torturowanie wrogów. Tradycyjne podduszanie, albo obijanie mordy pięścią jest dostępne zawsze, ale poziomy oferują też dodatkowe, atrakcyjne opcje. A to na kogoś wjedziemy wózkiem widłowym, a to podtopimy kogoś w kiblu, albo wsadzimy pod wiertarkę stołową. Wszystko to swoiste mini-gierki wymagające odrobiny wyczucia w operowaniu gałką, tak aby przesłuchiwanego przycisnąć, ale niekoniecznie zabić. Z sukcesem przeprowadzona “rozmowa” może zaprocentować również w inny sposób, niż odzyskanie części zdrowia, bo przeciwnicy czasem zdradzą miejsce tajnej skrytki z bronią, w zamian za oszczędzenie życia pomogą odwrócić uwagę grupy innych wrogów, albo ułatwią osiągnięcie celu misji (bez tego będziemy musieli podążyć okrężną drogą). Po wszystkim możemy się nimi posłużyć jak żywą tarczą, albo uhonorować ich widowiskową śmiercią, bo lokacje też miewają specjalne miejsca do egzekucji. Jedynie co mnie dziwi, to fakt, że po wyciągnięciu z ofiary niezbędnych informacji nie możemy jej zabić, choć na nic już nam się nie przyda. To znaczy możemy, ale gra nas wtedy ukarze ujemnymi punktami stylu. Musimy wyjść z trybu "przesłuchania" i dopiero wtedy możemy bezkarnie umieścić bandycie kule w głowie. Bez sensu. Generalnie łby i członki odpadają od wrogów, krew smaruje podłogi i ściany, trupy liczone są w dziesiątkach i setkach. Punisher zabijać musi, bo tylko w ten sposób otrzymuje punkty “stylu”, a za te punkty może kupować ulepszenia. Czeka na nas kilkanaście wizualnie urozmaiconych misji, na przestrzeni których rozprawimy się z mafią rosyjską, włoską, yakuzą, chuj wie kim jeszcze, a szeroki asortyment broni raczej nie pozwoli się nudzić i każdy znajdzie swój ulubiony zestaw do mordowania. Trochę w tym wszystkim rozczarowują walki z bossami, bo często sprowadzają się do zwykłej napierdalanki w gąbkę na pociski, no może poza starciem z pewnym Rosjaninem, który bierze nas z zaskoczenia. Ale z drugiej strony czego ja oczekiwałem od gry z Punisherem? Nie przyczepię się również do kompletnego braku warstwy eksploracyjnej, bo jedyne czego Frank szuka na poziomach, to kolejnej ofiary. Znajdźki czy sekrety go nie interesują. I o to chodzi, to mi się podoba. Trudno określić ile czasu zajęło mi ukończenie gry, bo oryginalny sprzęt nie pozwala tego wygodnie sprawdzić, a może ja nie wiem gdzie i jak szukać. Raczej na pewno było to nieco ponad dziesięć godzin i co zaskakujące - nie nudziłem się w zasadzie ani chwili. Inna sprawa, że tytuł rozsądnie sobie dawkowałem po jednej-dwie misje, więc monotonia nie zdążyła mnie dopaść.
  7. Adam, powinieneś odpocząć od cyklu Resident Evil.
  8. Pupcio jest jaki jest, można mieć o nim różne zdanie, ale jest nasz na tyle długo, że przestaliśmy się nad tym zastanawiać. Poza tym w jego postach nie stwierdzono ingerencji Sztucznej Inteligencji, a w dzisiejszych czasach to coraz rzadsza zaleta. W zasadzie nie doszukano się tam żadnej inteligencji. Ale jest nasz. Rodzina.
  9. W sumie tak sobie dyskutujemy, a nie wszyscy znają aferę, więc wygodny odnośnik do odpowiedniego posta może się przydać.
  10. Mieszana opinia, bo z jednej strony jestem w stanie sobie wyobrazić, że dla niektórych plusy najzwyczajniej w świecie mogą być dodatkową motywacją, by napisać coś rzeczywiście wartościowego, kreatywnego, albo po prostu włożyć nieco więcej wysiłku, a pozostali mogą to w prosty sposób docenić dając plusa czy serduszko. Nie każdy w ten sposób tutaj funkcjonuje, ale niektórzy z pewnością. Jak usunięcie tego kija z marchewką wpłynie na aktywność niektórych? To będzie trudno zmierzyć. Z drugiej strony oczywiście, że to nie działa jak powinno, bo w idealnym świecie najwięcej dobrej reputacji powinny zgarniać wartościowe posty, a wszyscy wiemy, że najwięcej reakcji zgraniają zdjęcia gierki, albo samicy w temacie "Kobiety". Więc wskaźnik "reputacji" siłą rzeczy będzie przekłamany, bo jak ktoś się uprze, to może farmić dziesiątki plusów. No i teraz okazuje się, że niektórzy zdolni są generować treść swoich wpisów w imię zgarnięcia kilkunastu plusów. Jak każdy lubię dostać plusa za włożony czas i postaranko w napisanie posta, więc o ile bywa to pewną motywacją, to nie jest z pewnością jedyną. Na tej samej zasadzie lubię docenić kogoś za wyczerpujący, zabawny, czy pomocny post, bo to wygodna możliwość i nie generuje bezwartościowych wpisów w rodzaju "dobra robota!", "xdddd". Więc jestem za tym, by reakcje generalnie zostały (można je ewentualnie uprościć i odchudzić), bo bez nich forum może zwyczajnie posmutnieć. Licznik reputacji? Można wyjebać, bo nic nie znaczy, niczemu nie służy i nie odzwierciedla niczego. Kompletnie się nim nie sugeruję, bo i bez jego wskazań wiem, kto jest aktywnym użytkownikiem i czy zawartość, którą dostarcza do mnie przemawia. Ujmę to inaczej: o ile reakcje lubię i uważam za przydatne w odpowiedniej sytuacji (no i co jakiś czas generują "dramy", więc przynajmniej coś się dzieje), tak licznik reputacji jest mi obojętny, więc jest mi też obojętne co się z nim stanie. Nie przeszkadza mi, że jest i nie odnotuję jego braku.
  11. On się nie zorientował w liście sprzed trzech miesięcy, więc taki sprzed kilku lat to pewniaczek.
  12. Kmiot odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Nowy miesiąc, więc z mojej strony podsumowanie zakupów z poprzedniego. RDR czysto spontanicznie, bo w zasadzie do dzisiaj miałem te grę tylko w edycji PS3, a przecież nie wypada się tak ograniczać, bo o ile na większość GTA mam wyjebane, tak oba RDR-y na zawsze mam w sercu. Prince of Persia i Ruffy czysto do kolekcji, bo obie gry już splatynowane w cyfrze. Nine Sols i Tiny Bookshop od miesięcy na liście do ogrania, więc może w końcu się zmotywuję. Trylogia Turoka, bo w sumie nigdy nie grałem, a trochę jestem ciekawy. Atari 50 i Llamasoft to efekt lektury Atari Extreme. Obstawiam, że nie spędzę z tymi grami dużo czasu, ale tak jak wyżej - z czystej ciekawości chciałbym je sprawdzić. No i premierowe nowości, czyli Pragmata i Saros. Ten pierwszy tytuł kończę (i oceniam wyżej, niż RE9), drugi miał mi towarzyszyć w trakcie majówki, ale okoliczności nieco nie sprzyjały, więc nie chciałem go odpalać "na siłę" i zapewne wstrzymam się z tym do przyszłego weekendu, aby usiąść "na spokojnie". Nie ucieknie. Generalnie obfity, ciekawy miesiąc, wszystkiego po trochę. Lubię.
  13. Kmiot odpowiedział(a) na Kmiot temat w PS VR
    Miałem wrócić do robienia Physical na Expercie, no to wróciłem dzisiaj. Zrobiłem, choć trochę na farcie, bo przydało się nieco mojego cwaniactwa i łaski gry, która parę razy uznała, że "byłem wystarczająco blisko, by zaliczyć". Z rozpędu zrobiłem też Houdini, bo nie po to płaciłem za Music Pack, by w niego teraz nie grać. Komą! Lets get fizikal. Ale czując dzisiaj MOC wróciłem do mojego all time best utworu, czyli Vampirevanii, by wreszcie i tam zrobić Full combo na Expercie. Litr potu i trzy przerwy na złapanie oddechu później również się udało. Moja duma i chluba. Znam ten utwór już na tyle, że nie potrzebowałem szczęścia ani przypadku, tylko cierpliwości. Dużo tutaj zmiany stron i rąk, "krzyżakowania" i ruchów w stylu "gangam stajl", a moja toporna koordynacja tylko do takiego tańca jest w ogóle zdolna, więc czułem się jak ryba w wodzie. No i jak utwór wchodzi w ostatnie 90 sekund to jest kulminacja i uwielbiam ten fragment, mógłbym go powtarzać cały dzień. Oczywiście filmik nie odda tej satysfakcji, gdy kulki z subtelną wibracją rozbijają się na naszych kontrolerach, ale nutka fajna, więc warto posłuchać.
  14. Kmiot odpowiedział(a) na Kmiot temat w PS VR
    Kiedyś w temacie Beat Sabera pisałem, że liczę na Music Pack Dua Lipy, bo lubię niektóre kawałki i wydawało mi się, że świetnie by się nadawały. Beat Saber już się wycofał ze wspierania PSVR2 i w ogóle mam wrażenie, że tam raczej są nieciekawe nastroje, bo Meta to nie jest łaskawy właściciel. Praktycznie nie wydają już Music Packów (po Metalice w grudniu 2024 na kolejną duża paczkę trzeba było czekać rok), w zespole nie został chyba nikt z pierwotnych twórców gry, niby pracują nad czymś nowym, ale nie są już niezależni, więc może wyjść różnie. Ale ja nie o tym. Bo okazało się, że Music Pack z Dua Lipą właśnie wyszedł dla Synth Riders. Siedem kawałków za 52 zł, w tym oczywiście największe hity, które każdy zna i słyszał (można kupować pojedynczo za 9 zł sztuka). Wróciłem więc do gry i kurde, pozmieniało się. Twórcy dodali cały system progresji, poziomy gracza, dziesiątki wyzwań (dzienne, tygodniowe, globalne), nowe modyfikatory, areny, tryby, opcje osobistych preferencji, kolorów, nawet siły wibracji każdego elementu z osobna. Regularnie, co 2-3 miesiące dorzucali płatne DLC i obecnie wybór jest naprawdę szeroki. Osobiście nie kupowałem wszystkiego, tylko to co mnie rzeczywiście interesowało, a i tak moja lista ulubionych utworów liczy już około 60 kawałków (wszystkich jest pewnie trzy razy tyle). Teraz do mojej listy ulubionych doszły cztery utwory Dua Lipy i jeszcze dokupiłem sobie jeden wałek Infected Mushroom, bo wpadł mi w ucho i jest świetny. Rzecz jasna ostatnio w Synth Riders grałem pewnie z rok temu (co nawet sugeruje mój poprzedni post w temacie), więc forma nie ta, ale i tak bawiłem się wyśmienicie. Do tego stopnia, że rozładowałem kontrolery. Tragedii jednak nie było, bo na Expercie udawało mi się robić dobre wyniki, często nawet Full Comba, więc tego się nie zapomina. Levitating to jedna z pierwszych prób i od razu Perfect, bo to dość prosty układ, ale spełnia zadanie, bo buja pięknie. Za to Physical jest już nieco bardziej wymagające i po kilku godzinach najzwyczajniej w świecie zabrakło mi już siły (i baterii w kontrolerach), by na Expercie zrobić Full Combo. Ale Hard też jest przyjemny w rozgrywce, pozwalając na więcej "rozluźnienia". Niektóre kawałki na Hardzie są dla mnie już zbyt nudne, ale tutaj jest jeszcze akceptowalnie, choć oczywiście na świeże siły wrócę już do Experta. Na deser podrzucę jeszcze wspomniane Infected Mushroom i ich wersję Black Velvet, który z miejsca wskoczył w grono moich ulubionych kawałków do grania. Bardzo polecam przesłuchać i kupić, bo czysta frajda i bujanka. W ogóle szanuję twórców, bo pięknie się ta gra rozwinęła i najwyraźniej nie zamierza przestać. Jest dużo przystępniejsza od Beat Sabera, co ma znaczenie w przypadku jakiegoś party z VR, bo moi znajomi i rodzina, która miała okazję testować obie gry preferuje Synth Riders. Po protu szybciej się łapie zasady i zaczyna czerpać przyjemność, a całość jest bardziej "taneczna" niż "waleczna". Uwielbiam obie gry, ale obecnie wracam głównie do Synth Riders, bo dają powody.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.