-
Mina the Hollower
Powoli, ale metodycznie wycisnąłem z Miny 100% mapy i znajdziek, choć przy 3-4 ostatnich potrzebowałem podpowiedzi, bo niektóre patenty są dość... niekonwencjonalne. A i tak spędziłem z grą 32 godziny, więc speedrunem tego nie nazwę. W ogólności świetny tytuł, szczególnie podobała mi się konstrukcja świata i przepych sekretów, które on kryje. Uwielbiam szperać po kątach, a Mina mnie za dociekliwość całkiem solidnie wynagradzała. Sama rozgrywka po paru ulepszeniach nabiera rumieńców, choć do końca trochę mnie irytowało ograniczenie ataków w tylko czterech kierunkach i często po prostu brakowało mi kilku pikseli, by trafić w hitbox wroga, choć wizualnie gra sugerowała co innego. Ale to pierdoła, bo o ile początek zwiastował ekscytujące starcia z bossami, to w praktyce okazało się, że 90% z walk wystarczyło "tankować" i finezja była raczej zbędna, a wręcz niepożądana. Czy to dobrze, czy źle, niech każdy oceni sam. Zawsze jest opcja modyfikacji, ale ja grałem na domyślnych ustawieniach. Niemniej tak jak piszę: siła Miny leży w świecie i jego otwartości na kreatywność gracza. Do wielu miejsc i sekretów możemy się dostać na kilka sposobów, wykorzystując inne umiejętności czy gadżety i pod tym względem Mina jest bardziej zeldowa od samej Zeldy. I bardzo satysfakcjonująca. Do tego jest kolorowa, skoczna muzyczka gra, tytuł jest tani i zapewnia długie godziny przygody, czego chcieć więcej? Widać w tym dużo serca oraz przemyślanych decyzji i choć wydaje mi się, że oceny jednak nieco zawyżone, to kim ja jestem, by komuś mówić, co mu się ma podobać? Skoro Mixtape może być 10/10, to Mina the Hollower tym bardziej.
-
Zakupy growe!
Spóźniony, ale jestem z podsumowaniem czerwca. Bo przed kim mam się pochwalić, jak nie przed Wami? Moja faza na stare (acz odświeżone) FPSy trwa w najlepsze, więc wleciał System Shock 2, Heretic+Hexen i Turoki. W pierwszego Turoka aktualnie gram na Switchu (H+H też już wcześniej kupiłem na tę konsolę) i podoba mi się na tyle, że zapragnąłem go również mieć na PS5, nawet jeśli ostatecznie nie planuję go tam odpalać, bo Switchowa wersja mnie nasyci. Do tego odświeżony SNES-owy Clock Tower, bo przeczytałem tekst poniekąd poświęcony temu cyklowi (PlayStation Extreme) i jakoś spontanicznie poszło zamówienie. Burnhouse Lane, bo redaktor Szermac polecał w PSX Extreme #346 (a tak naprawdę wcześniej czytałem już recenzję we "właśnie ukończyłem"). Shin Chan, bo po ukończeniu Pokopii (300/300 Pokemonów) niedługo pewnie najdzie mnie na kolejną chill gierkę. Musiałem też wydać wydać skumulowane cebuliony w Perfect Blue więc się doskonale złożyło, bo Tomodachi Life i kolekcja MGS-ów (o dziwo do tej pory nie miałem, a mieć wypada) wyszła mi prawie jak za darmo. Potem doszło jeszcze zalegające mi w preorderach Hi-Fi Rush. To nadal mój sklep pierwszego wyboru, ale większość interesujących mnie rzeczy po prostu stamtąd już wykupiłem, więc dawaj Dawid więcej, portfel wytrzyma xd. No i na deser nowe wydawnictwo Open Beta, czyli "drogi pamiętniczku" Jordana Mechnera z okresu tworzenia PoPa, pełny szkiców, notatek i głupkowatych rysunków. Do tego garstka zdjęć i treść, co do której nie jestem przekonany czy ostatecznie będzie ciekawą lekturą, ale to kawał historii, więc dam szansę.
-
PlayStation 5 - komentarze i inne rozmowy
Po pierwsze: niech nie robią Hadesa 3, bo ile można? Niech robią coś nowego. Po drugie: zaleta jest taka, że będzie u mnie dużo oszczędności, skoro jedna platforma od pudełek odpada, hehe. Wiem, że nikt nie pytał, ale gdyby jednak pytał o to, czy się przejmuję sytuacją? Nieszczególnie. Szczerze pisząc myślałem, że mnie to bardziej ruszy. Jest lekki smuteczek, ale dramatu nie odczuwam i skoro nie chcą moich pieniędzy, to chuj z nimi, ja jakoś to przeżyję. Szkoda tylko alternatywy. Często po prostu tańszej, niż cyfra. No i drugiego obiegu, choć ja i tak używek nie kupowałem (tylko w skrajnych przypadkach). Zobaczymy jak się sprawy potoczą, jestem spokojny. Nawet gdyby miało wszystko jebnąć, mam w co grać do końca życia.
-
Crimson Desert
Generalnie grałem od premiery, z tym, że grze poświęcałem jedynie weekendy (w tygodniu ogrywałem inne tytuły), dlatego zeszło tyle, ile zeszło. Starałem się robić wszystko na bieżąco i fabułę posuwać dopiero, gdy skończą mi się questy opcjonalne. W efekcie do napisów końcowych dotarłem dopiero po 220 godzinach, a dodatkowe 30-40 godzin to już sama walka o platynę. Platyna ogólnie... całkiem fajna i miałem sporo frajdy, nie licząc kilku irytujących wyzwań i takich, które bliżej premiery były "missable", ale albo naprawiono to w patchach, albo społeczność znalazła swoje sposoby (chyba tylko wyzwanie związane z Listami Gończymi nadal jest missable) . Dużo tutaj zbieractwa i eksploracji, bo trzeba znaleźć i ukończyć wszystkie Otchłanie, Sekretne Miejsca czy Ruiny z zagadkami, co potrafi być najbardziej czasochłonne, zakładając, że ktoś zwykle takich rzeczy w grach nie robi na 100%, skoro duża ich część jest czysto opcjonalna. Ja robiłem je na bieżąco, więc na koniec fabuły brakowało mi raptem kilku sztuk do kompletu. Podobna sytuacja z wyzwaniem związanym z odkryciem 100 jaskiń, bo jeśli zaniedba się tę kwestię od początku, to na koniec może się okazać, że musimy jeszcze poszperać za 70-80 jaskiniami, a te się nie świecą, gdy błyskamy mieczem, więc zlokalizowanie ich może zająć sporo czasu. U mnie na koniec fabuły brakowało mi ich jednie koło 20, no ale robiłem wszystkie poboczne questy i nawet najbardziej generyczne fetchquesty, więc sporo jaskiń odkryłem w międzyczasie. Poza tym jest trochę kombinacji z wyzwaniami bitewnymi, trochę ganiania za konkretnym orężem, ale tutaj często pomaga internet, bo samodzielnie niektóre bronie są trudne do zlokalizowania, bo nie prowadzi do nich żaden quest czy znacznik i mogą leżeć dosłownie wszędzie w tym ogromnym świecie. Czasem dodatkowo ukryte. Wyzbieranie wszystkich "gatherables" (nie wiem jak to w polskiej wersji nazywają - materiały? surowce?) jest o tyle uproszczone, że ubicie pewnego bossa daje nam dostęp do pełnej wiedzy na ich temat, więc nie musimy nawet ich kolekcjonować. Gorzej sytuacja wygląda z owadami, ale tutaj z pomocą przychodzi plecak-odkurzacz wciągający całe robactwo w najbliższym promieniu, choć i tak trzeba trochę z nim pobiegać. Najbardziej czasochłonne było natomiast łowienie ryb. Wiele wiedzy dotyczącej życia wodnego można zdobyć też na inne sposoby (przeglądając ofertę sprzedawców ryb, wysyłając załogę na misje związane z połowem ryb, legendarne ryby można też złapać rękami, metodą "na jastrzębia"), ale te najrzadsze i największe okazy trzeba złapać na wędkę i wiedzieć gdzie żerują. W tej drugiej kwestii z pomocą przychodzi oczywiście internet, ale złapać rybę musimy już samodzielnie. Czasu zajmuje to różnie. Najdłużej na jedną sztukę polowałem chyba dwie godziny i w jakby nie patrzeć to właśnie ryby uznaję za najbardziej czasochłonne zajęcie typowo "pod platynę". Pomaga wędka od Dzieci Lasu (ostatni poziom ich researchu umożliwia jej zdobycie, nie zawiodła mnie ani razu). To znaczy jest tam dużo czasochłonnych zajęć (głównie eksploracyjnych), ale to już zależy od stylu grania, bo ja zwykle i tak staram się takie rzeczy czyścić metodycznie i na bieżąco, niezależnie czy są/będą wymagane do platyny, więc nie traktuję ich w tej kategorii. Nie wiem czy będzie. Możliwe, ale nie mogę obiecać. Śednio u mnie ostatnio z zapałem, więc trzeba czekać na wenę.
-
Crimson Desert
Pora na wstydliwy comming out. Chwilami uwielbiałem, chwilami nienawidziłem, ale ani przez chwilę nie myślałem, by porzucić.
-
GTA VI
Może źle rozumiem, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę. Wersja Ultimate jest tą podstawową. Wersja Standard jest tak naprawdę okrojoną wersją gry, w której nie wpuszczą was do niektórych sklepów, warsztatów, fryzjerów, bo śmierdzicie biedą.
-
Pamiętacie Steam Machine?
Pamiętacie Steam Machine?
-
PSX EXTREME 345
No cześć. W tym miesiącu jestem tydzień wcześniej, ponieważ w przyszły weekend nie będę miał możliwości opublikować "recenzji", a ponieważ jestem profesjonalistą, to zamiast ją opóźnić - przyspieszam. Niech się redaktorzy uczą sumienności. W związku z tym może będzie z mojej strony krócej, zwięźlej, ale na pewno nie rzetelniej. Lecimy. Okładka solidna, ale myślę, że wszyscy już zdążyliśmy się do poziomu przynajmniej “solidnej” przyzwyczaić. Romka pewnie aż ręka swędzi, żeby dorzucić trochę festynowych elementów, ale Perez czuwa. Faktycznie można było coś pokombinować z tym czerwonym kolorem, by nadać okładce spójności barwowej, ale w sumie nie ma czego roztrząsać. Co nowego. Tradycyjnie news na temat tego jaka to potężna będzie konsola kolejnej generacji (w tym miesiącu PS6), obowiązkowy news o GTAVI, no i pora zacząć grzać temat nowego Call of Duty, koniecznie. Co z tymi pudełkami? Maciej: “nawet możliwość odsprzedaży pudełka nie ma dużego znaczenia”. Oj, dla wielu jednak ma. Wydać 300 zł na premierę i po tygodniu- dwóch odzyskać z tego 200-250 zł to dla sporego grona graczy sposób na rotacyjne życie gier. Jak taki ktoś będzie musiał wydać 350-400 zł (bo w takie standardy zmierzamy, a jak zabraknie pudełek, to kto ich powstrzyma?) na cyfrową premierę i po przejściu odzyskać całe 0 zł, to pięć razy się zastanowi przed zakupem. Wydawcy chcieliby w pełni cyfrową dystrybucję, ale graczom powinno zależeć na tym, by był wybór. Krótka seria, czyli GTAV i RDR2 na Switchu. Odpowiednio 13 i 8 letnia gra. Świetnie, właśnie po to kupiłem tę konsolę. Dajcie jeszcze Skyrima. A sorry, już jest? Za 220 zł. Kurtyna. Cyniczne skoki na kasę. Cytat numeru. A ten Komodo czego się najadł, że ”cieszy go fiasko Sarosa”? Przecież ta gra jest dokładnie tym, czego gracze w teorii się domagają - single playerowym urozmaiceniem. “różnorodnością gatunkową” i grą nie od sztancy (inna sprawa, że kiedy już taka się ukazuje, to nikt jej nie kupuje). To nie jest ani “modna” gra-usługa, ani soulslike, a jeśli się przyjrzeć to nawet nie jest rogal, choć ma jego elementy. To po prostu świetna, dynamiczna strzelanka bullet-hell w TTP, która w sumie jest niepowtarzalna (nie licząc wcześniejszego Returnala). Pokaż mi w którym miejscu tego typu gry były/są “modne”, żeby teraz cieszyć się z ich potknięć, nie wspierać ich, a potem udawać oburzenie, że kolejne studio, które miało swój specyficzny styl jest zamykane przez Sony czy MS, po czym wracamy do reskinów Spidermana i God of War. Zestawienie Sarosa w jednym zdaniu z Concordem czy Marathonem to kompromitujący pokaz ignorancji. Podniósł mi ciśnienie. Dobre, bo polskie. Plusik za wątek Mouse: P.I. For Hire, tylko nie bardzo rozumiem dlaczego główny bohater raz jest nazywany Johnem Maustonem, a potem już poprawnie Jackiem Pepperem. Po co? To jakiś easter egg czy żarcik, którego nie łapię? No i cóż, narzekanie na strzelanie w strzelance jest jak najbardziej uzasadnione, więc należałoby tutaj uściślić, że sama mechanika autorowi recenzji IGN się podobała. Nie podobało mu się, że strzelamy do innych myszy, bo jak to możliwe, że prywatny detektyw staje się po prostu masowym mordercą? Czyli dysonans ludologiczny. W grze o myszach zmontowanych z dętek rowerowych. Rzeczywiście poważna sprawa wybijająca z immersji. The Expanse: Osiris Reborn. Rudymentarna. REKLAMA książek od Insignis. Nie mój typ literatury (chociaż Metro się czytało), ale -40% od ceny okładkowej to chyba solidna zachęta, więc doceniam tego rodzaju współpracę marketingową. Heroes of Might and Magic: Olden Era. Gra dla taboreciarzy, ale ze względu na autora przeczytałem, aby jego trud nie poszedł na marne. The Sinking City 2. Rudymentarne aż dwa razy. Starfield wspomniany kompletnie nie wiadomo po co. Poza tym zauważyłem, że od kilku numerów autor ma nowe, ulubione słówko - mamałyga. 007 James Bond. Na ile potrafię ocenić (a ekspertem w grach z Bondem nie jestem) to wszystko brzmi rzetelnie, profesjonalnie, a to zawsze grozi przynudzaniem. Jednak Czartoryski uniknął tej pułapki. Z wierzchu to trochę wyliczanka, jednak dedykowane tematowi sześć stron pozwoliło pomieścić kilka zdań opisu dla każdej gry, więc nawet nie czuć zbyt wysokiego tempa. Bardzo solidny tekst, podobał mi się. Co do gier, najmocniej utkwiły mi w pamięci Tomorrow Never Dies, a tym bardziej w The World Is Not Enough, bo w obie zagrywałem się z wypiekami na policzkach. Nie było mowy o rozczarowaniu, o którym pisze autor (w kontekście TWINE), bo nie wiedziałem, że moja wersja na pierwsze PlayStation jest “biedniejsza” w stosunku do tej z N64. A nawet gdybym wiedział, to pewnie nie miałoby znaczenia. Dzisiaj najbardziej w tej roli cenię Craiga, ale to do Brosnana i jego filmów mam chyba największy sentyment. Connery? Moore? No pewnie fajnie, ale to Brosnan towarzyszył mojemu dojrzewaniu i byłem w kinie na każdym Bondzie z jego udziałem. Również z tego powodu Everything or Nothing nieco mnie kusi, bo nie miałem okazji w to zagrać. W ogóle nieco szokujące, że tegoroczny Bond jest pierwszym dużym tytułem związanym z marką od 14 (Legends) i 16 lat (Bloodstone). Zamrażarka większa niż dla Maryli Rodowicz. W każdym razie tekst na mocny plus, bo narobił mi apetytu na gierki. Hyde Park. Jak to mówią - już tego nie odzobaczę - bo Roger ciekawostką, że Butcher wymaga umieszczać go zawsze na początku i szczycie wszelkich zestawień sprawił, że teraz będę tę prawidłowość dostrzegał wszędzie. I że nie ma w tym przypadku. Gratulacje dla Seby, któremu komuniści próbują odebrać radość z osiągnięć. Buczyński dorzuca kolejny argument dla sensowności Kącika Książkowego ukierunkowanego pod graczy na łamach PE. Nic nie sugeruję! Roger sprawia wrażenie takiego, który potrzebuje oddechu i odpuszczenia nogi z gazu. Pozwolić, by auto jakiś czas się samo potoczyło. Cieszy spora dawka entuzjazmu u Piechoty. Zax: Elite Dangerous. #TataTeżCzyta. Dość urocza akcja i bardzo doceniam, że redaktorzy tak fajnie się w temat zaangażowali. Czytanie książek nigdy nie wychodzi z mody, a jedne z moich najcieplejszych wspomnień dzieciństwa często związane są z czytaniem właśnie. Co prawda nie z ojcem, bo głównie ze starszą siostrą, ale mocno utkwiły mi te chwile w pamięci. To ona wprowadzała mnie między innymi w niepokojący świat baśni Andersena i czytała ze mną Thorgala, więc - no cóż - nie miała litości, dobierając raczej wyraziste lektury hartujące małego Kmiota. I piszę o tym dlatego, że Wasze dzieci też mogą mieć takie wspomnienia na całe życie. Recenzje. Miły smaczek z dodaniem podium i “medali” dla najlepszych gier w miesiącu, choć jak zwykle to będzie kolejne subiektywne wyróżnienie trudno orzec na jakich zasadach przyznawane. Poza tym widzę, że w dziale recenzji Konsolite dominuje ze swoimi gierkami 5-6/10, z których trudno wybrać coś interesującego, więc tradycja zachowana. Forza Horizon 6. Przyczepię się do oprawy tej recenzji, a konkretnie do screenów. Problem ten sam, co w wielu artykułach/recenzjach, które widzę w sieci: Japonia w grze niby piękna, ale żaden screen tego nawet nie próbuje oddać. Żaden nie wygląda “japońsko”, więc cała recenzja prezentuje się bez wyrazu. Czytam zachwyty HIVa nad miastem, zerkam na pięć screenów i żaden nie rzuca mi “smaczka” na zachętę, nie pokazuje tego miasta. Można było się bardziej przyłożyć, niewykorzystany potencjał. Batman: Legacy of the Dark Knight. Nieco zaskoczony jestem, że Muszyński zgarnął taki tytuł do recenzji (pewnie Komodo zaspał), ale po lekturze wydaje mi się, że raczej podołał. Było całkiem zajmująco, a że osobiście w tę grę nie grałem (jeszcze), to nawet nie mogę wytknąć ewentualnych nieścisłości. No i na koniec nieco rozbawił mnie slogan: Najlepszy od czasu Arkham Knight. Czyli jakby nie patrzeć najlepszy Batman od czasu... poprzedniego Batmana. Bo VR-owych gałęzi nie liczę. 007: First Light. Lubię recenzje Rogera. Są przyjemnie bezpretensjonalne. Merytorycznie nic od siebie nie dodam, bo ogranie nowego Bonda przepycham na dalszą część roku. Mina the Hollower. Gram. Początek nieco frustrował, bo chyba zapędziłem się w zakątki mapy, w których nie powinno mnie jeszcze być. Nikt nie powiedział tego bezpośrednio, ale przeciwnicy ubijający mnie “na strzała” byli dość wyraźną wskazówką, bym poszukał innej, bezpieczniejszej okolicy. W innym zakątku mapy poszło mi już lepiej i powoli, krok po kroku robi się przyjemniej, rzadziej frustrująco, częściej satysfakcjonująco. Gra myląca powierzchownością, bo potrafi być bezwzględna, ale z czasem wybacza coraz więcej. Brak mapy rzeczywiście mocno doskwiera. Nie tyle dlatego, że się gubię w tym świecie, a raczej dlatego, że pewnie do połowy pomieszczeń pozostawionych “na później” zapomnę wrócić z odpowiednią umiejętnością/narzędziem. Modyfikatorów póki co nie ruszam, gram jak bozia przykazała. Atak w czterech kierunkach też póki co wydaje się niepotrzebnym ograniczeniem. Dobra gra, zyskuje z każdą godziną, rewelacyjnie skonstruowany świat pełen sekretów i wartościowych nagród za eksplorację. A ja uwielbiam, gdy mnie nagradzają za eksplorację. Można było się nawet pokusić na dwie strony recenzji, bo gierka będzie jeszcze rezonować w branży. Yoshi and the Mysterious Book. Tutaj odwrotnie - brzmi jak popierdółka, na którą dwie strony recenzji to za dużo, bo za miesiąc nikt o niej nie będzie pamiętał. KIBORG. Hmmm, dziwne. Ta gra debiutowała rok temu (miała recenzję w PE #332 - Konsolite, ocena 4/10). Więc co ona tutaj robi ponownie? Z treści się nie dowiedziałem. Pogrzebałem nieco i jedyne wytłumaczenie jakie widzę, to fakt, że KIBORG doczekał się ostatnio solidnego update’u dorzucającego trochę zawartości i - jeśli dobrze patrzę - tryb kooperacji. Problem w tym, że recenzja ani słowem o tym nie wspomina. Nie o taki dział Rewizja walczyłem. The Art of inKONBINI. W sumie czuję się zachęcony. Kilka godzin relaksu i wyciszenia lubię sobie zafundować przed konsolą. Tylko raczej dopiero na promocji. No i autorem recenzji nie mógł być nikt inny. Muminek: Ciepło Zimy. Włóczykij był przeuroczy i Muminek też z całą pewnością jest, ale umówmy się - z zagraniem to trzeba poczekać na zimę i ciepły kocyk na nogach. Guilty Gear: Strive. Uuu, cała stronka na “zaledwie” update dla Guilty Gear. Roger to jednak wie jak uszczęśliwić Darka. A sam Darek zaskakująco wstrzemięźliwy w swoim werdykcie, choć pewnie miał niemałą zagwozdkę pod jakim kątem to ocenić, skoro to nie dodatek, a raczej “podmiana” starej bazy na nową. No i przykro mi, ale muszę być konsekwentny: cała strona na recenzję patcha to za dużo, hehe. MotoGP26. Obstawiam, że mają w dupie recenzenta i ocenę, bo wiedzą, że ta opinia (której nikt w Milestone nawet nie czyta, ba! większość regularnych czytelników PE z pewnością ją omija) w żaden sposób nie wpłynie na potencjalną sprzedaż, a nieważne jak mówią, ważne żeby mówili. No, ale chłop z przerośniętym ego i tak będzie zdziwiony, że on bije twórców, a oni nic sobie z tego nie robią, bo siła uderzeń jest tak rachityczna i bez znaczenia. Vampire Crawlers. Pół strony? Na nową grę twórców Vampire Survivors, która dosłownie rozjebała rynek i dała początek całej serii naśladowców? Widzę, że w PE nadal nie traktujemy poważnie gier/twórców indie. Zero Parades. Jak już Bzduras wcześniej odnotował: strasznie gęsta ta recenzja. Mało intuicyjna, chwilami wręcz chaotyczna. Zbyt wiele informacji upchanych na zbyt małej przestrzeni. Z ogromną ochotą poczytałbym obszerniej o tej grze, tym bardziej, że jej potencjał był znany nie od wczoraj i można było to przewidzieć. Ale najwyraźniej lepiej dać dwie strony nowemu Yoshiemu, albo trwającej trzy godziny przygodzie w Mixtape. Motorslice. Jest demo, które postanowiłem sprawdzić. Pierwsze wrażenie zalatuje tandetą, ale jak już się zacznie grać, biegać po ścianach i kombinować z eksploracją, to robi się całkiem przyjemnie i satysfakcjonująco. Jedynie “system walki” z podrzędnymi przeciwnikami nie przekonuje (bossowie to inna para kaloszy). W każdym razie dodane do Listy Życzeń, bo gierka ma fajny nastrój. The Caribou Trail. O kurde, uszczypnijcie mnie, gra od Aysnela, która rzeczywiście mnie leciutko zaintrygowała. Tematyka mi siada, gra jest tania, a nawet jeśli nie podejdzie, to jest krótka, więc dużo czasu nie zmarnuje. Dorzuciłem do Listy Życzeń, ale nie wykluczam, że za kilka miesięcy nie będę pamiętał skąd ona tam się wzięła i ją wyrzucę. Przy okazji okazało się, że jeszcze nie jest dostępna na PS5 (premiera 7 lipca), więc nawet gdybym chciał, to bym nie kupił. Hollowbody. W pierwszej chwili myślałem, że to tradycyjny comiesięczny horror FPP, ale nie tym razem! W plusach widnieje “parkour”, w recenzji o tym aspekcie ani słowa. Szkoda, bo zaintrygowała mnie ta kwestia. Horror w stylu klasycznych RE/SH/Alone in the Dark, ale z parkourem? Brzmi ciekawie, więc recenzja tym bardziej zawodzi, że nie rozwija tego wątku. Mixtape. Znamienne, że przy okazji tej gry w dziale recenzji debiutuje Ostasz, czyli “gość od filmów i seriali”, hehe. Nie grałem, ale kiedyś (na solidnej promocji, albo w abonamencie) nadrobię, bo skoro Zax odradza, to gra jest zapewne co najmniej dobra. Poza tym wydaje się idealnym kandydatem do przyszłego Zgrentgena - budzi kontrowersje, plus jest na tyle krótka, że wielu zgredów zdoła zagrać i nawet ukończyć, więc dyskutantów nie zabraknie. Możliwe, że Ostasz recenzję pisał dłużej, niż grał w Mixtape, więc dwie strony wydają się przesadą. Replay. Zapowiada się fajny dział z wieloma zaletami. Zgredzi mogą się podzielić dodatkową opinią, gracze i tak nie nadążają ogrywać wszystkiego w danym miesiącu, więc takie przypominajki i dodatkowe zachęty spełnią zadanie. W tym miesiącu nie skorzystam, bo 3 z 4 tytułów mam już zaliczone. Jeśli mogę coś zasugerować, to żeby niekoniecznie trzymać się najgłośniejszych tytułów i czasami pogrzebać gdzieś poza mainstreamem. Trzymam kciuki, żeby przez kolejne miesiące dział nie umarł. Retrorecenzja. Wiedźmin. I wracamy do kwestii sprzed miesiąca, czyli dominacji Graby w tym dziale. Dziale, który jeszcze kilka miesięcy temu można było określić multi-autorskim. Nie obwiniam Graby, bo zakładam, że brak innych chętnych to nie jego wina i gdyby nie on dział mógłby nawet zniknąć. Ale co jest panowie? Nikt poza Grabą tam nie gra w starsze gry? A pierwszego Wiedźmina (w ogóle dlaczego to znowu musiał być Wiedźmin? Mam wrażenie, że od lat czytamy ciągle to samo, byle było związane z marką) przeszedłem w trakcie kilkuletniego “okienka”, gdy grałem na PC. Podobało mi się na tyle, że Wiedźmina 2 zamówiłem w preorderze (kolekcjonerkę tym popiersiem, nie wiem na chuj mi to było, ale po kilku latach sprzedałem z zyskiem, więc przynajmniej zarobiłem). Odpaliłem, nie spodobało mi się za dużo zmian w rozgrywce i po godzinie czy dwóch zniesmaczony porzuciłem grę, nigdy do niej nie wracając. Koniec anegdotki. Przysięgam, jak ktoś tam już przygotowuje retrorecenzję Wiedźmina 2, to nie ręczę za siebie. Publicystyka. Echo w kodzie. Ciekawe, ale jak na mój gust zbyt zdawkowe. Pomysł na materiał fajny, ale na YouTube, gdzie można od razu puścić fragmenty do odsłuchu. W tekście sprawdza się to średnio. Łobuz kocha bardziej. Nie wiedziałem, że w Star Warsach był jakiś Lucjan. Lektura jak najbardziej udana, jedynie chciałbym mniej mainstreamowe przykłady, choć zdaję sobie sprawę, że jestem w tym chceniu w mniejszości. KC: Deliverance 2 spoko, mógłby zostać (chociaż dopiero co był w tekście o turystyce gamingowej, więc dostrzegam u Kochańca mały schemat), ale RDR2 czy Cyberpunk to już trochę zgrane płyty (mimo że RDR2 uwielbiam). Jak już Seba koniecznie chciał zawrzeć Rockstar, to zmarnował fajną okazję tematyczną (łobuzy, gangi), by przypomnieć takie tytuły jak Bully czy The Warriors. No i mały dodatkowy plusik za osobisty wątek z synem. Lubię takie drobne wtręty, nadają tekstowi autorskiego charakteru. Głaskanie zero-jedynkowego psa. Coś lżejszego i aż uniosłem brew ze zdziwienia, że Adamus z takim tematem wyskoczył. Fanem nie zostałem, ale każdy czasem zasługuje na chwilę wytchnienia i podjęcie tematu prawie że żartobliwego. Szkoda jedynie, że Kacper nie wspomniał o… Crimson Desert. Bo tam nie tylko można głaskać koty i psy (po kilka różnych ras!), ale nawet karmić mięskiem, zapełnić im wskaźnik zaufania, a w efekcie zrobić z nich towarzyszy (będą za nami biegać, zbierając loot) i ubrać w urocze zbroje. Byłby idealny przykład. Nie mam psa, kota, ani gekona, więc na końcowy apel nie mogłem zareagować odpowiednio, ale pogłaskałem innego zwierzaka, hehe. Ech... Gotham City. Widzę, że Graba ostatnio jakiś zafascynowany popkulturowymi miastami, bo dopiero co dostaliśmy od niego kronikę Raccoon City, a teraz czytamy historię Gotham. Do tematyki nastawiony jestem raczej neutralnie, z lekkim wskazaniem na sceptycznie, więc tym milej zostałem zaskoczony faktem, że koniec końców mi się ten test podobał. Bardziej, niż zakładałem. Nie oznacza to od razu, że zostałem fanem, ale doceniam wysiłek, bo wyobrażam sobie jak intensywnego i jednocześnie ostrożnego riserczu taki artykuł wymaga. Tyle dekad istnienia Gotham, dziesiątki autorów i każdy dodający do historii miasta coś od siebie, alternatywne linie czasowe, odmienne wizje, resety - ogarnąć to wszystko w spójną całość brzmi jak karkołomne zadanie. Nie potrafię ocenić na ile w zgodzie z faktami zrobił to Graba, ale tak jak wspomniałem - czytało mi się to przyjemniej, niż zakładałem. Wyścig na Księżyc. Świetny, obfity, zajmujący. I pouczający, bo mimochodem dowiedziałem się dużo interesujących rzeczy. Jedynie wątek popkulturowy wydaje się wręcz niepotrzebny i trochę wybił mnie na koniec z rytmu. Wszak tekst o technologicznych wyścigach na Księżyc to nie to samo co tekst o Księżycu. A większość przytoczonych w ramach przykładów gier to po prostu ma etapy na Księżycu. No i to drugi tekst w tym numerze, który dostał sześć stron. Było warto, bo Buczyński ich nie zmarnował. Zgrentgen. Zgrentgeny zawsze na plus. Fajnie było poczytać obszerniejsze wrażenia innych redaktorów, tylko Zax tam już niepotrzebny, bo w zasadzie powtarza to samo, co już pisał w recenzji, dokładnie te same wątki, te same porównania (Wiedźmin, FromSoftware), no generalnie strata miejsca, bo już to czytaliśmy (przy okazji udało się wcisnąć kolejną “mamałygę”). W kilku kwestiach ma rację, ale jednocześnie skupia się wyłącznie na negatywnych elementach, wygodnie przemilczając zalety gry. Tak, niektórzy bossowie irytują ciągłym teleportowaniem się, ale no właśnie - tylko niektórzy, a jest ich tam kilkadziesiąt i wielu jest świetnych (choć "soulsiarze" i tak nie mają tam czego szukać, więc zestawianie z FromSoftware wciąż uważam za absurdalne). Tak, wnętrza potrafią być “zaszumione” graficznie i oświetlenie nieco świrować, ale świat na powierzchni potrafi olśnić i zachwycać pięknymi widokami. Tak, niektóre zagadki są zbyt niejasne i łatwo przegapić jakiś detal, co sprawi, że utkniemy na dłuższą chwilę, ale znów - dotyczy to tylko niektórych zagadek, bo pozostałe albo są poprawne, albo wręcz świetne (wiem co piszę, bo dopiero co zrobiłem ich kilkanaście z rzędu). I tak dalej i tym podobne, no ale lepiej o plusach gry nie wspominać, bo narracja się posypie. Reszta chłopaków bardzo na plus - wyważeni i spostrzegawczy w osądach, widzą wady i zalety, bez megalomanii, bucerki i kreowania się na jednego słusznego opiniotwórcę. Na temat Crimson Desert napisałem już wystarczająco, więc na tym poprzestanę. Ale gram nadal - to moja weekendowa odskocznia. Street Fighter. Czytam historię tego filmowego Street Fightera z 1994 roku i to się nie mogło udać. Klapa i klęska artystyczna, a jednak w jakimś sensie… się udało, skoro trzy dekady później zaskakująco wielu o tym filmie pamięta i nawet czule go wspomina. A “kontynuację”? No właśni Ostasz musiał mi przypomnieć, że w ogóle istniała. Tekst zgodnie z tradycją autora bardzo zacny, ale do ponownego seansu zachęcony się nie czuję. Lost Odyssey. Kubica w najlepszym wariancie - czyli Kubica skupiony na jednym, konkretnym tytule. Xboksa nie mam, na tę chwilę nawet nie planuję mieć, więc siłą rzeczy do tekstu podchodzę na chłodno. Bo o ile zdarzało się, że autor namówił mnie na kupno jakiejś gry, to do kupna konsoli nie przekonał. Przynajmniej nie tym razem. Mortal Kombat 2. Jak przeczytałem, że twórcy umieścili w filmie ponad 100 easter eggów, to wyobraziłem sobie, że może przeszło tam komuś w redakcji PE zrobienie artykułu “100 easter eggów w filmie Mortal Kombat 2”. Nie róbcie tego, proszę. Extreme Plus. Anatomia cyfrowego haraczu. Logo EA na “ekranie tytułowym” trochę mylące, bo w pierwszej chwili myślałem, że tekst dotyczy tylko EA właśnie, a to tylko jeden wątek. Przyznam, że przejrzałem ten artykuł tylko wybiórczo, bo temat średnio mnie pociąga. A jak już zobaczyłem, że znów wałkujemy temat tego, jak Microsoft chciał być “always online” i uniemożliwić drugi obieg pudełkowych gier, a Sony to wykorzystało i wygrało generację, to mi się odechciało lektury. Kąciki i felietony. Region filmowy. W poprzednich miesiącach było ciekawiej. Tym razem trochę powrót do bieżących wydarzeń kinowo-streamingowych, a szkoda, bo podobały mi się wcześniejsze “eksperymenty”. Mam nadzieję, że niedługo wrócą. Comix Zone. Marvel, Marvel, DC, Marvel. Pora na drzemkę. BAKA. Brzmi jak przeciętne anime, ale motyw przemijania ludzkich bohaterów sprawia, że gdzieś tam szczypta zainteresowania się u mnie pojawiła. Na plus powrót do jednej recenzji w miesiącu, bo przynajmniej jakoś nie przytłacza. Rzecz jasna i tak Frieren nie obejrzę, przestałem się oszukiwać i Was też nie będę, ale kącik wciąż czytam z większym zainteresowaniem niż ten z filmami od Myszaqa. Pisarski i Zax. Dwa spojrzenia na ten sam wątek. Michał skupia się na grze i na swoich odczuciach, Zax tradycyjnie ogląda się przede wszystkim na innych (“widziałem opinie”) starając się udowodnić (głównie samemu sobie), że tylko on się zna na grach i Mixtape nie miał prawa się podobać. Zostawmy go w jego bańce samouwielbienia. Istotniejsze jest to, że mamy trzecią w numerze mamałygę. HIV. No nie wiem. Liczyłem na więcej kulisów samego PE (chłop jest tutaj od blisko 30 lat, na pewno ma jakieś ciekawe opowieści), tymczasem dostałem losowy epizod z życia HIVa, mało powiązany z samym czasopismem. Lekko pikantny i choć nigdy w korporacji nie pracowałem, to nie jestem zaskoczony. Więc póki co po lekturze u mnie bez większych emocji, ale wciąż wierzę, że jest tutaj potencjał. Brakuje trochę znaków do tych dedykowanych dwóch stron i trzeba przestrzeń zapełniać grafikami na pół kartki, drugie pół kartki trzeba polać wody, ale ok, mogę poczekać na konkrety. Walkiewicz. Ciekawy zbieg okoliczności, że dostajemy swoisty bonus do tekstu Ostasza o filmie Street Fighter (1994). To musiał być przypadek, prawda? Adamus. E tam, ja to lubię wszystko po trochu. I na wszystko po trochu narzekam. Nawet leniwe remastery są dla mnie wartościowe w przypadku, gdy w daną grę nigdy nie grałem, bo dzięki nim będę mógł nadrobić zaległość w lepszej (nieznacznie, ale jednak) jakości. Wszystko zależy więc od leniwie remasterowanego tytułu i odpowiedniego lawirowania między nimi. Oczywiście bezwarunkowo wyżej stawiam twórczą odwagę i nowe IP, bo jestem na takim etapie, że wciąż szukam nowych doznań czy nawet całych gatunków, które do tej pory omijałem (póki co świetnie na tym wychodzę). Więc tak, moje wewnętrzne wilki funkcjonują bezkonfliktowo. I przestałem się nawet zastanawiać ile w tym pewnej hipokryzji. Po prostu czasem decyduje portfel i rozsądek, innym razem spontaniczność i serce. Ważne, że dobrych gier nie brakuje. Mazzi. Ja tylko napiszę, że jedną z najlepszych rzeczy, którą FromSoftware zrobiło przy okazji Sekiro, to rezygnacja z kreatora postaci. Najchętniej bym zakazał kreatorów. Roger. Kurde, teraz jak o tym myślę, to ten serialowy “Czterdziestolatek” wyglądał bardziej jak sześćdziesięciolatek. A sam felieton wydaje się tylko potwierdzać moje odczucia po lekturze Hyde Parku Rogera. Naczelny może niekoniecznie potrzebuje odpoczynku, ale zmiany tempa. Bo jest możliwe, że zajmowanie się pasją dodaje mu niezbędnej energii, ale jednocześnie zbyt intensywna praca sprawia, że tę energię szybciej spala, niż wytwarza. Trzymam kciuki, aby znalazł odpowiedni balans. Głos Ludu. Musiała być straszna bieda w statusach, że Perez do druku wybrał pytanie Balona o to, ile może zawołać za używanego XSX. Pixa nawet nie wołam, bo wiem, że PE czyta i z całą pewnością zauważył się w rubryce. Listy. Na dwie strony zmieściły się całe dwa listy, w tym jeden na pół kolumny. HC Room też niezły, niedługo do publikacji wystarczy telewizor na gołej ścianie i konsola pod nim. Mocne. Tymczasem należą się tradycyjne podziękowania za kolejny numer, całkiem udany zresztą. Doceniam nowe elementy, rubrykę Replay, fakt, że po raz kolejny udało się zorganizować Zgrentgena, a ja mogłem po raz kolejny poczytać o interesujących mnie rzeczach i grach na papierze. Do następnego.
-
Mina the Hollower
Gram, choć z racji, że miałem kilka zaczętych gier, które planuję najpierw dociągnąć do końca Mina póki co nie otrzymała ode mnie tyle uwagi, ile chciałbym jej dać. 6-7 godzin za mną, pierwszy generator uruchomiony, w drodze do drugiego. Początek najbardziej wymagający, bo gra daje dużo swobody w kwestii gdzie możemy pójść, ale nie wszędzie przeżyjemy więcej niż jeden czy dwa strzały od wroga. Nie mamy też żadnej mapy (mimo wszystko to mój największy zarzut na tę chwilę), jesteśmy dość słabi i przede wszystkim dopiero uczymy się na własnych błędach mechanik gry. Jednak z każdą godziną jest nieco lżej. Odłożona waluta szybko pozwoli nam kupić kilka ulepszeń, kilka innych znajdziemy w trakcie eksploracji, czujemy się coraz pewniej w kwestii sterowania i mechanik, no jesteśmy coraz mocniejsi w każdym względzie, więc rozgrywka zaczyna iść płynniej, bo rzadziej giniemy. Oprawa jak widać - stworzona raczej dla małego ekranika Switcha, ale ja gram na TV, bo coraz rzadziej mi się chce ślęczeć nad tym tabletem. Ogromne piksele kłują w oczy przez pierwsze 10-15 minut, potem się przyzwyczajam i w chuju to mam. Muzyka początkowo "tylko" dobra, ale jakoś mnie nie porwała do tańca, dopiero w drodze do drugiego generatora trafiły się jakieś bangery, że głowa zaczęła lekko chodzić. Generalnie bardzo dobra gra, która ufa, że gracz sobie poradzi bez ciągłych wskazówek i popychania, ale też na ten moment nie widzę w niej tego ponad 90 metacritic. Aż tak to nie. Może jak pogram więcej?
-
własnie ukonczyłem...
Pragmata [PS5] Krótka piłka: na tę chwilę to zdecydowanie najlepsza gra Capcomu wypuszczona w tym roku. A przynajmniej spośród tych, w które grałem. Prawie wszystko tutaj zrealizowano co najmniej dobrze, bardzo dobrze, albo wręcz świetnie. Fabuła początkowo nie poraża i sam prolog wypada nieco blado, ale od momentu poznania Diany jej relacja z głównym bohaterem jest na tyle angażująca i naturalna (o ile można tak powiedzieć), że sama w sobie napędza całą opowieść. Trudno Diany nie polubić. Urzeka już od pierwszych chwil, gdy radośnie tupta bosymi stopami po schronie i zadaje naiwne pytania. Bardzo jej zależy na tym, by być przydatną, szuka pochwały i pragnie, aby Hugh był z niej dumny. Uroczo go naśladuje i uszczęśliwia ją byle pierdoła. Gracz z łatwością się do niej przywiąże, a to już połowa sukcesu opowieści, jeśli zależy nam na bohaterach. Tutaj to działa praktycznie od początku, aż do wyrazistego końca. Rozgrywka? Hugh strzela, a Diana na jego plecach odpowiada za hackowanie wrogów, co prowadzi do ich osłabienia, odsłonięcia wrażliwych punktów, sparaliżowania i tak dalej, i tym podobne. Często będziemy zmuszeni robić te dwie czynności jednocześnie, ale z każdą godziną wchodzi nam to w krew mocniej i na pewnym etapie staje się naturalne. I przyjemne, bo strzelanie zrealizowano mięsiście, choć to może złe słowo, skoro wrogami są różnego rodzaju roboty, automaty i maszyny. Ale pociski naszej broni “siadają” na odsłoniętych celach z satysfakcjonującym brzękiem i trzaskiem, strzelba pięknie tworzy z przeciwników blaszane konfetti, granatnik rozrzuca złom na wszystkie strony, a railgun przeszywa metalowe płyty jak kartkę. Oczywiście jest tutaj kilka dodatkowych mechanik i patentów (przegrzewanie wrogów, ładowanie specjala, bronie wsparcia niekoniecznie zadające obrażenia, ale pozwalające na lepszą kontrolę pola walki), ale nie ma sensu ich wyliczać. Wystarczy wiedzieć, że przez całą długość gry twórcy ciągle podrzucają jakieś nowe zabawki do arsenału Hugh i Diany, więc tempo jest w zasadzie wzorowe. Choć całość opowieści rozgrywa się w bazie na Księżycu, to jednak przyjdzie nam zwiedzić kilka zaskakująco urozmaiconych miejscówek. Nie będą one przesadnie rozległe, ale będą zadowalająco pokombinowane, pełne sekretów, sekrecików, opcjonalnych wyzwań. Gra mocno motywuje do wzmożonej eksploracji, bo znaleziona waluta pozwoli nam na ulepszanie bohaterów i ich wyposażenia. Będzie też do odnalezienia trochę tradycyjnych audiologów z grubsza nakreślających sytuację fabularną i co się stało, że się zesrało. W centrum tego wszystkiego jest nasz Schron, czyli swoisty hub. To tam znosimy wszystkie znalezione graty, tam możemy spędzić chwilę na rozmowie z Dianą (albo obserwować jak się zajmuje sama sobą), tam możemy sprawdzić się w szeregu wyzwań VR (warto, bo nagrody są znaczące), tam odblokowujemy dodatkowe stroje, tam ulepszymy pancerze i bronie. To wreszcie stamtąd wyruszymy do nowych lokacji by popchnąć fabułę, albo wrócimy do tych już odwiedzonych, by poszukać przegapionych sekretów - wszystko klarownie wyszczególnione, więc nie musimy tego robić w ciemno. W związku z wszystkim co powyżej, Pragmata jest grą niezwykle przyjazną i przyjemną strukturalnie. W żadnym momencie nie przytłacza, ale zawsze jest zajmująca. Praktycznie nie posiada dłużyzn, ma mocno urozmaiconych wrogów, którzy wymagają różnorodnego podejścia, potrafi być intensywna, ale raczej nie męczy przesadną ilością kill-roomów. A po ukończeniu udostępnia świetny etap post-game, dla spragnionych dodatkowych wrażeń. Szukam w głowie jakichś znaczących wad, którymi mógłbym negatywnie zabarwić swoją opinię, ale nic poważnego nie potrafię znaleźć. Może to kwestia tego, że nie miałem wobec Pragmaty praktycznie żadnych oczekiwań i dlatego pozwoliłem się miło zaskoczyć? Z drugiej strony to gra na tyle dobra, że nawet gdybym miał oczekiwania, to i tak z łatwością by im sprostała. Warto.
-
Zakupy growe!
Klasycznie, pora na szybkie podsumowanie miesiąca. W maju było trochę impulsywnych zakupów na zasadzie "a wezmę, sprawdzi się w wolnej chwili" (która może nigdy nie nadejść), czyli Lil Gator, Toxic Commando i Ninja Gaiden 4 - gatunkowy rozstrzał od "połam sobie palce" do "zrelaksuj się przez wieczór albo dwa". Garść klasyków do nadrobienia, czyli Onimusha i Heretic + Hexen. Samurajskiej serii Capcomu nie miałem jeszcze okazji zakosztować, bo uparcie się mijaliśmy. Shooterki bo nigdy nie wiem kiedy mnie dopadnie ochota, a one generalnie się nie starzeją już. Ball x Pit do kolekcji, natomiast MIO bo to udana metroidvania, a dla mnie to wystarczający argument, by zdecydować o zakupie.
- Saros
-
Resident Evil: Incydent Raccoon City
Wypada napisać kilka słów od siebie, skoro jestem po lekturze. Przede wszystkim za konieczne uznaję powtórzenie, że do tych albumów podchodzę zupełnie inaczej, niż do miesięcznika czy wydań specjalnych. Tam szukam inspiracji, sentymentalnych bodźców, ciekawych historii zza kulis. Albumom pozwalam drążyć, kluczyć i kombinować. Być czymś większym i szerszym, czasem wręcz karkołomnym. Konkretne gry są jedynie punktem wyjścia do uniwersalnych wniosków i wypracowań. To zawsze było cechą tych albumów, ale w przypadku Incydentu Raccoon City widać to jeszcze bardziej. Nie mam żadnych badań na poparcie tych obliczeń, ale wydaje mi się, że jestem w mniejszości. Że czytelnicy w większości wciąż bywają zaskoczeni, że niewiele w tych albumach treści, do których się przyzwyczaili przez lata. Że oczekiwali publicystyki i recenzji rodem z miesięcznika/wydań specjalnych, ale tym razem w pięknym wydaniu i w twardej oprawie. I pewnie gdyby coś w tym stylu otrzymali to ta milcząca większość byłaby zadowolona, bo niczego więcej do szczęścia nie potrzebują. I w porządku, też koniec końców i na co dzień wolę takie lżejsze w odbiorze treści, bo jak wspomniałem - są inspirujące i spełniają swoją rozrywkową misję pielęgnowania pasji. Nigdy nie chciałem, aby albumy były tym samym. Wolałem, aby były inne, ambitne, czasem nawet dziwne, śmiałe i zaskakujące. Ostatnie co chciałem, to po raz kolejny czytać recenzję MGS-a, Silent Hilla 2, albo Residenta 2. Rozumiem jednak, że musiały się one w jakiejś formie pojawić, choćby w ramach desperackiej próby pogodzenia oczekiwań różnych grup czytelników. Ale skoro już przy recenzjach jesteśmy, to odnieść się do tekstu Rogera na temat RE3 muszę, bo się uduszę. Po tych batach w temacie, które tutaj przyjął spodziewałem się jakiejś katastrofy i abominacji, a po lekturze przyznaję, że nawet bym tych wpadek i detali nie odnotował (95% czytelników również). I szczerze mówiąc, nawet mnie one nie ruszają, bo czasami wynikają z interpretacyjnych nieporozumień i koniecznych skrótów. Z powalonego Nemesisa wypadają części nowych broni czy ulepszenia do broni? Dla mnie żadna różnica. Są dwa czy trzy zakończenia? Pewnie zależy jak interpretować zakończenia. Na roztrząsanie czym jest, a czym nie jest tryb Mercenaries zupełnie nie ma miejsca (i sensu), bo dla mnie - tak samo jak dla Rogera - zawsze były to tryby “zabijania zombiaków na czas i na punkty (rank, pieniądze)” i takie uproszczenie wcale nie uważam za krzywdzące czy błędne, a niuansowanie tego w takim albumie uważałbym za stratę miejsca. Tak, wyciągnąłem z szafy swoją białą zbroję i wstępuję w rolę obrońcy cnoty Rogera, bo akurat jemu jestem w stanie wybaczyć w zasadzie wszystko - ma mój miecz, topór, łuk i bezkrytyczny szacunek. Za zasługi, po prostu, choć wiem, że to niewychowawcze. Pewnie że można go przyjaźnie uszczypnąć i pokazać jak sześciolatkowi, że tutaj w zeszycie do biologii napisał “żułw”, ale według mnie lanie dostał nieadekwatne do przewinień. To podchodziło pod znęcanie się, a chłop przecież nawet sam się przyznał do popełnienia błędów, wytłumaczył z czego wynikają i za nie przeprosił. Ktoś taki wrażliwy jak Ściera po takiej krytyce mógłby ustąpić ze stanowiska, więc dbajmy o naszego Naczelnego, bo kolejnego możemy nie mieć. A teraz kiedy już to wyrzuciłem z siebie możemy szybko zajrzeć na pozostałe strony? Podobało mi się. Bywało odważnie, chwilami dziwnie, ale też bezsprzecznie ambitnie. Tak, z pewnością nie tylko ja dostrzegam tę ironię, że ten kampowy i chwilami najzwyczajniej głupkowaty Resident Evil doczekał się publikacji na podobnym poziomie tych, które wokół serii Silent Hill funkcjonują od dekad. Publikacji badających subtelności, doszukujących się nowych znaczeń. Publikacji, gdzie pewne motywy są jedynie inspiracją, by pogrzebać trochę patykiem w kulturowych wzorcach. To też okazja dla nawet zaprawionego czytelnika, by poczytać coś czysto autorskiego, eleganckiego, a przy tym poszerzającego postrzeganie, wiedzę i źródła. Coś śmiałego, chwilami wręcz wzniosłego. Bierzemy więc jeden element, motyw i badamy. Dlaczego pociąg, nawiedzony dom, opanowane chaosem miasto? Dlaczego i jak motyw prześladowcy się rozwijał? Czy czasami może się wydawać naciągane? Tak. Ale ja uwielbiam bagienko interpretacyjne, ślady popkulturowe, starannie przygotowaną eseistykę grową. Jest tego dużo na YouTube, ale w druku pojawia się rzadko. W prasie dominuje treść encyklopedyczna, po raz kolejny mieląca i przetwarzająca te same informacje. To też jest w porządku, niektórzy lubią po prostu po raz kolejny poczytać to samo (acz podane nieco inaczej) o ukochanych grach, sam uwielbiam. Ale albumy cenię, że szukają dla siebie innych, szerszych możliwości. Czasami niebezpiecznie balansują na granicy śmieszności, ale i tak oczekuję od nich szukania własnej, niewydeptanej ścieżki, nawet jeśli to je skazuje na ryzyko utknięcia w niszy. Bo że jest ambitnie, to już wiemy. Fragmentami zbyt ambitnie dla mnie, ale doceniam, że lektura jednocześnie wymusiła na mnie wzmożone skupienie. To też dziwne uczucie. Bo z całą pewnością twórcy trylogii na pierwsze PlayStation nie zakładali, że ich dzieła za trzydzieści lat doczekają się albumu, w których będą zestawiane z nazwiskami największych myślicieli, publicystów i literatów. Że ktoś włoży tyle niepotrzebnego wysiłku w nadinterpretację ich twórczych intencji, a oni chcieli tylko zrobić gierkę ze strzelaniem do zombie, a cała reszta była wynikiem ograniczeń. Oczywiście nie wszystko w tym albumie jest jednakowo dobre. Zdarzają się teksty i fragmenty, przy których można nieco przewrócić oczami, ale przy tego rodzaju wydawnictwie to raczej nie do uniknięcia. A może po prostu nie wszystko odpowiednio zrozumiałem, istnieje taka możliwość. Remaki w sumie mogły dostać po jednym, odrębnym tekście, ale rozumiem dlaczego zostały ściśnięte, by reprezentować tylko jakąś ideę, nie samych siebie. Z rzeczy na plus dodam jeszcze spójność oprawy i brak rozpraszaczy wizualnych. Poprzednie albumy też mi się pod tym kątem podobały, ale tam zawsze przewracając stronę i widząc kątem oka jakąś ramkę czy tabelkę, to kusiło by do niej natychmiast zajrzeć. Były bliższe miesięcznikowi/wydaniom specjalnym, a układ i oprawa Incydentu Raccoon City sprzyja skupieniu i jeszcze bardziej odróżnia ten typ wydawnictwa. Podobają mi się przyjęte ramy i skupienie się na trylogii z PSX-a, bo dla mnie to najbardziej sentymentalne gry. Bardzo trafia do mnie też idea, by całość przedstawić w oparciu o chronologię zdarzeń, choć RE3 staje tutaj nieco okoniem, bo była pokusa, by album zamknąć tamtym wielkim bum. Dołączę się również do pochwał na temat literackich wstępów przy każdej grze, bardzo smakowite i klimatyczne strony, domagam się publikacji autorów. Powtórzę więc raz jeszcze, by wybrzmiało. Podoba mi się ten album. Nawet jeśli idealny nie jest, to jest JAKIŚ. Specyficzny, gustowny i wartościowy. W pełni zrozumiem też, jeśli kogoś odrzucił, bo to długimi fragmentami nie jest łatwa i lekka lektura. Nie miała być. Doceniam, że Perez zostawia autorom na tyle wolnej ręki, że mogą tworzyć takie rzeczy, trochę się jeszcze rozwinąć, spełnić jakieś pragnienie i uzewnętrznić pasję. Tylko ktoś do pakowania tych wszystkich wysyłek by się jeszcze przydał, co? Dodatkowy plus, że jest tutaj trochę nowych autorów (i autorek!), więc jak się takie pisanie spodobało, to zapraszamy do publikacji w miesięczniku. Każdemu z osobna gratulował nie będę, składam więc zbiorcze gratulacje na ręce @Piechota . Fajnie, że zrobiliście to inaczej i po swojemu, jeszcze bardziej fajnie, że dobrze się przy tym twórczo bawiliście.
-
własnie ukonczyłem...
Astalon: Tears of the Earth [PS4] Zapraszam do tradycyjnego kącika, a którym podsunę mniej oczywistą metroidvanię być może wartą zainteresowania. Wyróżniającym elementem Astalon: Tears of the Earth z pewnością będzie fakt, że przyjdzie nam tutaj sterować drużyną trzech postaci. Oczywiście w danym momencie możemy się wcielić tylko w jednego z bohaterów, pozostali dwaj cierpliwie będą czekać na swoją kolej przy najbliższym ognisku. Każda z postaci dysponuje własnym zestawem umiejętności, a mapa plądrowanej przez nas wieży jest skonstruowana tak, że niektóre fragmenty będą do sforsowania tylko przez konkretnego bohatera. Twórcy wymuszają na graczu regularną rotację postaci przy ognisku, bo tylko w ten sposób zapewnimy sobie niezbędny progres. Zestaw postaci to klasyka growych stereotypów: mamy maga Algusa, rycerza Ariasa i zwinną łuczniczkę Kyuli. Cała trójka dzieli wspólną pulę zdrowia, a w przypadku zgonu… nie odradzamy się przy tradycyjnym ognisku. Zaczynamy znów przy wejściu do wieży, choć nie tracimy zdobytych przedmiotów, odkrytej mapy, a na miejsce porażki możemy wrócić względnie szybko dzięki systemowi wind, zazwyczaj wygodnie rozmieszczonych tuż przed pojedynkiem z bossem (cóż za przypadek). Co ważniejsze, jedynie śmierć pozwala nam na odwiedzenie “sklepiku”, gdzie za zgromadzoną z pokonanych wrogów walutę permanentnie ulepszymy bohaterów i zakupimy trochę przydatnych przedmiotów. To oczywiście nie wszystko, bo gra mocno premiuje eksplorację. W wieży na odkrycie czekają potężne artefakty. Niektóre z nich będą niezbędne aby przedostać się dalej, ale jest też solidna garść opcjonalnych, które możesz, ale nie musisz odnaleźć. I muszę przyznać, że pod tym kątem twórcy spisali się na medal, bo znajdowane ulepszenia i narzędzia są niezwykle sensowne, a często można je określić game changerami. Inna sprawa, że Astalon bywa na tyle enigmatyczny, że podnoszone artefakty nie posiadają nawet opisu jak działają. Znalazłeś jakieś buty? Świetnie, ale co one umożliwiają i której postaci dotyczą, tego już ci nie powiemy, domyśl się. Dla jednego gracza będzie to wada (pocieszam go, że jest na to pewne obejście problemu), dla innego to będzie swoista i mała zagadka do samodzielnego rozwikłania. Generalnie czuć w tej grze progres. Nasz zakres ruchów i asortyment możliwości regularnie rośnie, stale otwieramy jakieś skróty, by każdorazowo nie musieć biegać na około i tajemniczą wieżę eksploruje się naprawdę satysfakcjonująco. Choć muszę jednocześnie podkreślić, że backtrackingu trochę tutaj jest, bo punkty szybkiej podróży rozmieszczone są dość skąpo. Jest tutaj trochę najprostszej walki polegającej na umiejętnym pozycjonowaniu się wobec wroga, kilku imponujących bossów i całkiem sporo zręcznościowego skakania po platformach. Całość podana w schludnej, pikselowej oprawie kojarzącej się z epoką 8/16 bitów. Niczego nie urywa, ale jest całkiem przyjemna dla oka. Więcej niż przyjemna bywa natomiast oprawa muzyczna (również dźwiękowo nawiązująca do tej samej ery), bo niektóre fragmenty wieży mają na głośnikach utwory, do których nóżka sama tupie. Fabuła? Jest, chwilami dość mroczna i pozbawiona nadziei, ale bywa też całkiem zabawnie, gdy młodzież (Arias i Kyuli) jest uszczypliwa na temat wieku Algusa. Po ukończeniu gry (odkrycie 100% mapy to zajęcie na około 20 godzin) dostajemy jeszcze dodatkowe tryby. Boss Rush to taki mini-roguelike, gdzie a jednej puli zdrowia musimy zmierzyć się z serią bossów, ale między pojedynkami możemy podnieść jeden z trzech losowych artefaktów. Dwa pozostałe dodatkowe tryby umożliwiają nam zwiedzanie wieży pod postacią dwóch nowych postaci o własnych umiejętnościach, zupełnie innych niż bohaterowie z bazowej gry. Astalon: Tears of the Earth jest docenianą grą (bardzo pozytywne opinie na Steam, odznaka Mighty na opencritic, 82-84 metacritic), ale rzadko ocenianą, bo przez 5 lat od premiery nie doczekała się szerszej uwagi. I zapewne już się nie doczeka, a trochę szkoda.
-
Primera Division