Helldivers 2 [PS5]
Pierwsze Helldivers? Odpaliłem kilka lat po premierze, pograłem również kilka godzin i sam nie wiem. Oczekiwałem czegoś w stylu Alienation (btw. wspaniała gra), więc drobne ukłucie rozczarowania okazało się na tyle dotkliwe, że grę ostatecznie porzuciłem. Tym bardziej, że w tamtym momencie niewielu upartych graczy nadal w nią grało, a solo to się dobrze wali konia (choć z kolegami i tak trochę lepiej). Łatwo zatem przewidzieć, że zapowiedź kontynuacji nieszczególnie mnie rozgrzała, nie obeszła wręcz. Premiera przyszła cichaczem i zaczęła się dziać magia. Helldivers 2 było chwalone tu i tam, gracze świetnie się bawili gameplayem, było dużo śmiechu, niewiele krytyki. Dziwne. Przyjrzałem się kwestii bliżej i zapragnąłem spróbować. A trzeba Wam wiedzieć, że jestem niereformowalnym single playerem, obrzydliwie zatwardziałym. A jednak mimo to pozwoliłem się uwieść grze stworzonej stricte do zabawy z innymi. Jeśli to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia, to ja nie wiem co jest.
Odpalamy i wita nas filmik. Sto sekund, które mógłbym oglądać sto razy. Absolutnie kunsztowne dzieło, które idealnie wprowadza nas w klimat tej gry. Inicjuje nastrój jednocześnie śmiertelnie poważny oraz satyrystycznie podkręcony do poziomu umiejętnie balansującego na granicy absurdu. Wszędobylskie przywołania kultowych “Starship Troopers” są tutaj na tyle oczywiste, że moim zaniedbaniem byłoby, gdybym i ja o nich nie wspomniał. Zresztą twórcy bardzo otwarcie się dziełem Verhoevena inspirują, czerpiąc z koncepcji całymi garściami i rzecz jasna dodając kolejne elementy od siebie.
Wojenna propaganda jest tutaj wszędobylska. Zaciągnij się. Umieraj wielokrotnie dla Super Ziemi. Wykonaj misję, a to czy potem przeżyjesz, to już mniej istotne. Zastąpimy cię kolejnym rekrutem. Za Wolność. Za Demokrację. Nie zadawaj pytań. Nie zastanawiaj się nawet jakim cudem gigantyczne insekty są w stanie nadawać nielegalną transmisję przez stację radiową. Masz ją zniszczyć i nie myśleć przy tym za dużo. Wątpliwości oznaczają zdradę, a zdrada to śmierć. Ministerstwo Prawdy to jedyne źródło twojej wiedzy, kadecie. Nawet nie próbuj wątpić w demokratyczne idee.
Po szybkim treningu jesteśmy teoretycznie gotowi do boju. Otrzymujemy pierwszą pelerynę (w końcu jesteśmy super bohaterem, nie?) własny statek kosmiczny, którym będziemy latać na kolejne planety i misje. Na jego pokładzie będziemy mieć również dostęp do “sklepiku” z manewrami (o nich za chwilę), modułami statku (permanentne ulepszenia tych pierwszych) czy wreszcie zbrojowni, a w zasadzie Obligacji Wojennych, gdzie będziemy mogli odblokować kolejne bronie główne, podręczne, granaty, pozy, emotki, zbroje, hełmy, wspomniane pelerynki (kocham!) i parę innych elementów. Oczywiście nie ma nic za darmo, a na żołd trzeba zasłużyć, więc aby uzbierać jedną z kilku walut w grze musimy najpierw wyruszyć na misję i ją wykonać.
I tutaj bez zbędnego pierdolenia zaczyna się cała frajda. Chociaż nie, wróć żołnierzu, ja jeszcze chwilę popierdolę (może zbędnie, może nie, nie wiem). Gra oferuje aż dziewięć poziomów trudności. Startujemy od pierwszego (cóż za zaskoczenie!) i aby odblokować kolejny musimy ukończyć pełną Operację. Ta na łatwych poziomach ogranicza się do jednej misji, ale potem wymagania rosną i w jej skład potrafi wejść kilka obowiązkowych zleceń, coraz bardziej rozbudowanych. Gra z założenia nie ma skalowania poziomów trudności. Każdy rodzaj przeciwnika zawsze ma taką samą pulę zdrowia i zawsze jest tak samo agresywny (dzięki temu przewidywalny), ale na wyższych levelach jest ich po prostu więcej (szczególnie tych ciężkich do powalenia bydlaków), gęściej, tłoczniej. Dlatego o ile pierwsze 4-5 poziomów jest względnie łatwych do ogarnięcia solo, to potem mogą się zacząć ciężary. Bo siła ognia jest niewystarczająca, po prostu. Potrzebne są więc kompromisy, umiejętność wycofania się i unikania niepotrzebnej walki, ale tak - nawet misje na najwyższym poziomie trudności są w mniejszym lub większym stopniu do zrobienia solo, o ile dobrze się zna mechaniki gry.
Dlatego o ile w Helldivers 2 można grać solo i szukać tam różnego rodzaju wyzwań (trofea bywają niebanalne), to gra jest przede wszystkim tytułem multiplayerowym, bo nawet umierać w grupie towarzyszy jakoś raźniej. Warto jednak wyraźnie zaznaczyć, że nawet do samotnej rozgrywki niezbędny jest abonament PS+, żeby się nikt nie rozpędził przypadkiem.
Zbieramy więc grupkę mniej, lub bardziej zaprawionych w boju graczy (można też polegać na randomach, gra obsługuje rozgrywkę między platformami PC/PS5) i przy akompaniamencie epickiej muzyki nurkujemy w swoich hellpodach na nieprzyjaznej planecie. Z pozoru gra sprawia wrażenie prostej strzelanki TTP (choć każdą broń możemy obsługiwać też z perspektywy FPP), ale szybko zaczynamy dostrzegać detale. Obsługa kolejnych broni potrafi różnić się diametralnie. Gołym okiem widać, że pracowano nad tym elementem intensywnie i starannie. Ciężkie armaty potrafią być chybotliwe i potrzebują chwili, by się wcelować. Odrzut niektórych pukawek jest trudny do opanowania, ale szalenie satysfakcjonujący, jeśli się już dojdzie do wprawy. Przeładowanie magazynku sprawia, że naboje, które w nim pozostały przepadają. Logiczne, ale wciąż pomijane w większości gier, co często prowadzi do kompulsywnego duszenia przycisku “reload”. Tutaj lepiej tego unikać. Zresztą sama procedura przeładowania w przypadku niektórych broni potrafi trwać tyle, że można ją robić etapami, jeśli nie mamy wystarczającej ilości wolnego czasu i przestrzeni. Gra uwzględnia nawet to, czy w komorze zostawiliśmy ostatni nabój, wtedy przy podpięciu nowego magazynka nie musimy go wprowadzać, a całość przeładowania trwa sekundę krócej. Smaczki, szczegóły tarmoszące siusiaka. Do tego muszę oczywiście wspomnieć o “friendly fire”, bo ten jest bezwzględny i trzeba mieć oczy wokół głowy, co przy otaczającym nas chaosie prostym zadaniem nie jest, jednak zawsze warto rozważyć, czy koniecznie musimy pociągać za spust.
A znacie ten element projektowania gry, gdy twórcy nie nie wiedząc jak poinformować gracza o zadawanych przeciwnikom obrażeniach stosują pojawiające się na ekranie kolorowe cyferki? Helldivers 2 ma lepszy sposób. Bardziej satysfakcjonujący. Wejdź na misję z Robalami, zacznij strzelać i gwarantuję ci, że instynktownie będziesz wiedział czy zadajesz przeciwnikowi obrażenia. Chitynowe pancerze spektakularnie odpadają od wrogów odsłaniając gąbczaste wnętrza, chude odnóża odpadają, zielona posoka leje się strumieniami, a jeśli nasza broń nie robi przeciwnikowi krzywdy, to dostajemy od gry klarowną informację, widać nawet rykoszetujące pociski. Tytuł co prawda wspomaga się pewnymi ikonami, ale to tylko w sytuacji, gdy nie zdajemy obrażeń. W każdej innej przeciwnicy tracą pancerz, zaczynają kuleć, krwawić, niekiedy zdarzy się im nawet atakować nas pomimo utraty głowy, czy czołgać w naszym kierunku przy pomocy jedynego pozostałego im odnóża. Zmierzam do tego, że wybijanie wrogów to czysta, sadystyczna satysfakcja. Pancerz się sypie, blachy odpadają, fragmenty przeciwników fruwają, bezradne robale człapią, a zdruzgotane roboty kręcą kończynami w powietrzu, niczym przewrócona nakręcana zabawka. Co? Nie wspominałem o żadnych robotach? Spokojnie, przyjdzie czas i na to.
Poruszanie się postaci również zasługuje na własny akapit. Nasz helldiver jest niezwykle przyjemny w obsłudze, sprintuje, wspina się, kuca, czołga się, rzuca się na panterę niczym Max Payne, Wszystko to pięknie animowane, choć wielokrotnie zdarzy się nam mówić do niego: “no biegnij, no lecz się, no podnieś się!”. Ale jego niedostatki motoryczne najczęściej po prostu z czegoś wynikają. Jest otoczony przez wrogów, albo trudny teren (krzaki, błoto, głęboki śnieg). Oberwał w nogę, więc nie zerwie się momentalnie do sprintu. W gorących sytuacjach niektórych przyczyn po prostu nie dostrzegamy i choć z pewnością zdarzają się momenty, gdy postać z winy gry nie reaguje tak, jak powinna, to jednak w większości przypadków da się to jakoś wytłumaczyć. Bohater może krytycznie oberwać w każdą z kończyn, co znacząco wpływa na jego kontrolę. Zranione ręce wpływają na stabilność celowania czy odległość rzutu (manewry, granaty), pokaleczone nogi uniemożliwiają sprint czy wspinanie się. Dziurawy korpus to zgon na miejscu, a przy wyjątkowym farcie powolne wykrwawianie się. Znów o sobie dają znać detale, niuanse, ale obsługa naszej postaci to przez większość czasu czysta przyjemność. Jest odpowiednio “ciężka”, ale pozostaje przy tym wystarczająco rześka, by uniknąć "klockowatości".
Wybitne strzelanie, kapitalny movement, intuicyjny system obrażeń, co jeszcze? Koniecznie należy wspomnieć o manewrach, bo to element rozpoznawczy gry. Otóż w każdym momencie misji mamy możliwość wezwania wsparcia z unoszącego się nad planetą Niszczyciela i krążącego w okolicy bombowca. Manewry, które chcemy mieć na podorędziu wybieramy przed zrzutem na misję. Może to być wsparcie Orła-1 (wspomniany bombowiec), albo potężne orbitalne działo, które za nas poradzi sobie z silnym przeciwnikiem. Opcjonalnie jakaś wyjątkowo skuteczna broń wsparcia do zarzucenia na plecy, wieżyczki obronne rodem z gry tower defense, które za nas rozprawią się z naporem wrogów, plecaki równego rodzaju (tarcza energetyczna, jetpack, agresywny dron). Jest tego wszystkiego kilkadziesiąt, a obfitość wyboru znacząco przerasta limit, który nam narzucono, więc zawsze chciałoby się zabrać na misję więcej, niż Ministerstwo Obrony nam pozwala. Trzeba iść na kompromisy, optymalnie uzupełniać się z kolegami i dobierać manewry tak, by mieć coś mocnego na każdą sytuację. Niektóre manewry mają ograniczoną ilość użyć, inne niezbędny cooldown, więc przyda się odrobina strategicznego zarządzania, nawet w ogniu walki. A to bywa kluczowe, bo komendy uruchamiające manewry to kombinacje kierunków niczym taniec na macie w Dance Dance Revolution - im potężniejszy manewr, tym bardziej skomplikowana sekwencja, co w stresowych sytuacjach łatwo może powodować ciśnienie i plątanie się palców. Świetna rzecz, kocham.
Całość tego wojennego tumultu uroczo przyozdabiają sami helldiversi. Nie żałują oni komentarzy do zastanej sytuacji i często z niezwykłą egzaltacją oraz niezachwianą determinacją wykrzykują wspaniałe hasła. Albo cierpią katusze i umierają dla sprawy, wrzeszcząc górnolotne deklaracje. “Sweet Liberty! My leg!” cytuję sobie w losowych fragmentach codzienności, na przykład gdy uderzę się w nogę. Fakt, że po ponad 160 godzinach te teksty kompletnie mi się nie znudziły uznaję za mały fenomen. Maniakalnego śmiechu mojej postaci gdy przez dłuższą chwilę nie ściągamy palca ze spustu (karabin, miotacz ognia) mógłbym słuchać jak kołysanki. Bawi zawsze. A kolegom podnosi morale (i bawi też).
Wysokie morale będzie potrzebne. Czekają nas setki misji w różnych składach, okolicznościach, na urozmaiconych planetach galaktyki. Aktualnie walczymy na dwóch frontach - z Terminidami i Automatonami. Różnice są znaczące, bo o ile Robale chcą nas zdusić swoją nieprzebraną ilością i zgnoić na bliskim kontakcie, tak jawnie inspirowane Terminatorami Roboty nie żałują nam walki na dystansie i chaotycznej wymiany ognia. W zależności od rodzaju przeciwników gra się w Helldivers 2 zupełnie inaczej i to niezaprzeczalna zaleta, bo różnorodność rozgrywki wpływa na jej żywotność. A przecież wszyscy czekają na uruchomienie trzeciego frontu, który odmieni oblicze Galaktycznej Wojny. Póki co lądujemy naszymi Piekłonurkami na kolejnych planetach wymagających wyzwolenia z rąk wroga, lub obrony przed nikczemnymi zakusami przeciwników. Planety witają nas różnorodnymi okolicznościami przyrody (ach, te świetliki czy latające meduzy!), klimatem, niebanalnym nieboskłonem (zorze polarne, księżyce, pierścienie planetarne), roślinnością, utrudnieniami w rodzaju kataklizmów oraz anomalii pogodowych. Gorąca, pustynna planeta sprawi też, że nasz helldiver szybciej się męczy, a jego broń będzie miała tendencję do przegrzewania się. Z korzyścią dla niej będzie z kolei planeta z arktycznym klimatem, ale tam głęboki śnieg potrafi znacząco utrudnić poruszanie się. Innym razem doskwierać nam będą burze jonowe (zakłócają wzywanie manewrów), tektoniczne wstrząsy chwilowo unieruchamiające nas i wrogów, burze śnieżne drastycznie ograniczające widoczność (również naszą i wrogów), kwaśne deszcze i chuj wie co jeszcze, bo twórcy wciąż w tej materii działają.
Zresztą nie tylko w tej. Problemy związane z wydajnością serwerów znane z okolicy premiery są już przeszłością (tamten ruch na serwerach również, ale nadal, trzy miesiące po premierze, jest tłoczno). Grę wciąż trapią mniejsze bugi czy niedogodności, ale to po części wynika z tego, że ciągle wrzucane są nowe elementy, uzbrojenie, misje, przeciwnicy, planety, manewry, no słowem wszystko. I często wymaga to balansu, bo masowe testy graczy uwypuklają rzeczy, których twórcy nie przewidzieli i trzeba łatać. Ale ludzie z Arrowhead są całkowicie grze oddani i regularnie dostarczają poprawki, słuchają społeczności, rozszerzają rozgrywkę we wszystkich aspektach. Koniecznie muszę również napisać o fabule, bo ta, jak łatwo się domyślić, jest prostolinijna - toczymy Galaktyczną Wojnę oraz walczymy o Wolność i Demokrację. Rzecz w tym, że kolejne etapy wojny są tworzone na bieżąco. Jeden z developerów - Joel - pełni funkcję Mistrza Gry rodem z partyjki stołowego RPG i rzuca społeczności kolejne wyzwania w formie Głównych Rozkazów. To on pociąga za sznurki i wymaga w imieniu Ministerstwa Obrony. Wyzwolić jakąś planetę, albo wiele z nich jednocześnie. Obronić planetę, albo dziesięć. Zabić dwa miliardy Robali. Rozkazy ograniczone są limitem czasowym, a każdy helldiver biorący udział w operacji po jej zakończeniu (z sukcesem) zostaje nagrodzony medalami, czyli walutą do wydania na uzbrojenie albo głupoty. Pewnie, że Arrowhead mają już rozkład jazdy i zaplanowaną fabułę na najbliższe miesiące, pewne rozkazy dane jest nam wykonać, inne będą na tyle nierealne, że powinniśmy je zawalić, by opowieść mogła trwać. Ale fakt, że twórcy regularnie partycypują w rozwoju gry i poświęcają czas oraz uwagę, by kreować fabułę live action daje graczom jakąś miłą pewność, że ktoś tam trzyma rękę na pulsie i jest gotowy w każdej chwili sprawnie zareagować, szturchnąć nas łokciem, zrobić społeczności “pranka”. Zaangażowanie w narrację osiąga taki poziom, że nawet wszelkiego rodzaju kłopoty techniczne są wplatane w opowieść i podane w taki sposób, że nie sposób się na twórców czy sytuację gniewać.
I mógłbym pisać o tej grze jeszcze godzinami, bo ona ma wiele warstw, istotnych elementów (i tych mało istotnych również), rzeczy wartych wspomnienia i pochwalenia. Helldivers 2 jest imponująco zniuansowanym tytułem, który wciąż i z każdym tygodniem się rozwija, będąc wzorem Gry-Usługi (specjalnie z wielkiej litery w tym przypadku). Mikrotransakcje? Są. I są mikro, kompletnie do zignorowania, jeśli poświęcisz grze nieco czasu. Battle Passy? Są. Co miesiąc nowe, ale do wykupienia za walutę zbieraną na misjach i nie przepadają z czasem, więc odpada syndrom FOMO. Do tego gra jest obrzydliwie tania (cyfra 169 zł), biorąc pod uwagę obecne standardy cenowe.
Co oferuje w zamian? Symfonię destrukcji, której nie powstydziłby się sam Michael Bay, pełną pięknych wybuchów małych, dużych i nuklearnych, krystalicznie czystą frajdę z kooperacji, kompletnie wolną od toksycznych zachowań (pomimo friendly fire). Dużo śmiechu, jeszcze więcej satysfakcji z udanych drużynowych akcji i drobnych uprzejmości w stosunku do innych graczy. Tu podzielimy się uzbrojeniem z graczem na niższym levelu, tam go uleczymy, uratujemy z opresji biorąc przeciwnika w krzyżowy ogień. Albo przez przypadek zabijemy kolegę zrzucając mu za plecy "pięćsetkę". Zdarza się. Po co wchodził do gniazda Terminidów? Wspomniałem jak istotna jest komunikacja? Nie? No to się domyślcie, bystrzaki z Was.
160 godzin mi minęło jak w tydzień, a zapewne na tym mój licznik się nie zatrzyma. Wiele wieczorów, w trakcie których mówiłem do kolegów w boju “dobra, ja muszę na dzisiaj kończyć”, a potem bardzo się hamowałem, by nie wrócić do gry, bo wiecie - obowiązki domowe oraz takie błahostki, jak potrzeba wyspania się przed pracą. Po tych wszystkich godzinach nadal czuję potrzebę, by prawie codziennie wejść do gry, wykonać rozkaz dzienny, zrobić jedną, dwie misje, poeksperymentować z uzbrojeniem. Czasem w trakcie dołącza ktoś znajomy, albo dwóch, rzadko trzech i razem czyścimy losowo generowaną mapę z wszelkich punktów zainteresowań, misji pobocznych, gniazd/fabrykatorów wrogów, by wreszcie wykonać misję główną i udać się na odbiór, gdzie czeka nas jeszcze odrobina chaosu, a potem pełna rozluźnienia ewakuacja (z próbkami na pokładzie!).
Jestem Helldivers 2 zachwycony. Ujmuje mnie otoczka tej gry, poczynając od tego z jakim dystansem do siebie i rozgrywki podchodzi, po dokonania społeczności. Moja strona główna YouTube jest zdominowana materiałami z gry i często oglądam je z przyjemnością. To wszystko nie miałoby jednak znaczenia gdyby nie przemyślany, dopracowany gameplay, poczynając od niezwykle wdzięcznego poruszania się, przez wyborną obsługę uzbrojenia i dodające krztynę pikanterii manewry, na wymagających i przy tym przyjemnych do niszczenia przeciwnikach kończąc. Całość generuje obrzydliwie grywalną pętlę, z której trudno się wyrwać, a każdy nowy element dodany przez twórców działa szalenie motywująco.
Oby gra żyła nam wiecznie, jak Demokracja, Wolność i Super Ziemia.