Battle Ruler wpadł bez większych problemów. No… powiedzmy. Poćwiczyłem w szybkich walkach. Jednego dnia wygrałem siedem pojedynków z Flame Ruler z rzędu, następnego było podobnie. Skusiłem się więc na walki rankingowe. Poszło gładko — kilka zwycięstw z rzędu, głównie 3–1 i 3–0. Trafił się niezły Kaz. Dostał 3–1, więc dałem „rewanż”, licząc na bezproblemowe zwycięstwo. I oczywiście, gdy doszło do walki o awans, w chłopa jakby demon wstąpił. Przy stanie 2–2 on miał milimetry energii, ja niewiele więcej. Wyrwał się z rzutu i odpalił kombo. Prawdopodobnie Rage Art by wystarczył, ale zaczął klecić coś w powietrzu, a ja patrzyłem, jak pasek życia topnieje, czekając na RA na końcu. No i zonk. Spudłował ostatnim ciosem, ja wstałem i odruchowo klepnąłem 3, 3, 4 — coś, co na obeznanych z Fengiem graczy nie wchodzi (na nim samym też próbowałem i boleśnie mnie za to karał). Chyba jednak zjadły go nerwy, bo w ostatniej sekundzie wyłapał całość. Potem jeszcze osiem zwycięstw już w randze BR, więc pogram z niebieskimi i może, może uda się dobić do Tekken Emperor.