Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

kotlet_schabowy

Użytkownicy

Treść opublikowana przez kotlet_schabowy

  1. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Wolfentein: Youngblood (PS4) Czyli niby sequel, niby spin-off głównej serii, nastawiony na co-op (online lub z botem w singlu). Po premierze gra zebrała słabe oceny, a że sama idea też mnie nie zachęciła, to i wpisem do backloga tytułu tego nie zaszczyciłem. Minęło parę lat (a konkretniej prawie 7, notabene The New Order zaliczyłem niecałe 4 lata po premierze i wtedy mi się wydawało, że gram w starocia...) i jakoś mi ten Wolf zaczął migać na promkach w śmiesznych cenach w okolicach 20 zł. Pomyślałem: co mi tam, serię bardzo lubię, a za tę kasę nawet jeśli wtopię, to nie będę płakał. No i pozytywnie się zaskoczyłem. Owszem, zarzuty co do Youngblood są w większości podstawne i dla wielu mogą być gamebreakerem, jednak przymykając nieco oko i traktując całość jako niezobowiązujący skok w bok, można sobie fajnie postrzelać. Po pierwsze, słynny co-op. Cóż, grałem offline, więc siłą rzeczy ominął mnie fun związany ze współpracą z żywym przeciwnikiem. Z drugiej strony AI raczej daje radę i poza naprawdę grubymi akcjami w dalszych etapach gry, raczej nie sprawia kłopotu swoimi "zgonami" (w kryzysowej sytuacji trzeba drugiemu graczowi pomóc i w typowy dla multi sposób uzdrowić go, działa to oczywiście w obie strony), a tam, gdzie jest to potrzebne do kontekstowych akcji (standardowe motywy typu "razem otwieramy ciężkie wrota"), pojawia się i szybko robi swoje. Sam fakt, że gra jest zaprojektowana pod taki styl rozgrywki oczywiście odbił się na level designie, ale przy niewielu zmianach spokojnie przeszłoby to jako zwykły singiel. Druga sprawa, to główne bohaterki. Nie będzie spoilerem informacja, że gramy tutaj córkami Blazkowicza, a akcja jest osadzona w 1980, czyli bodajże 19 lat po The New Colossus. Sam Blazko jest tylko fabularnym wytrychem i szybko schodzi na daleki plan, a siostrzyczki...no cóż, można argumentować, że to nastolatki, więc pewne ich cringe'owe zachowania i gadki są zrozumiałe, ale ogólnie nie udały się te postacie. Nie pomaga ich "specyficzna" uroda xD. Ale bywało gorzej, nawet w ramach tej serii (tu patrzę na TNC). Fabuła ogólnie jest prosta i mało angażująca, główny antagonista nijaki, a całe lore, choć rozbudowane za sprawą klasycznych znajdziek, nie jest już tak interesujące, jak w przypadku poprzednich części. Skala wszystkiego jest po prostu mniejsza i pomijając rozbudowane wręcz do przesady poziomy-dzielnice miasta (na których niestety czeka nas sporo backtrackingu, a i za sprawą praktycznie nieobecnej mapki, można się zgubić), Youngblood spokojnie by przeszło jako duże DLC. NPC, których spotykamy okazjonalnie w standardowej dla serii bazie-HUBie, są praktycznie anonimowi, ot zlecają nam generyczne misje poboczne (zrobiłem po jednej dla każdego i odpuściłem). Główne zadania też opierają się na jednym schemacie. A no i krany kutas za chamski skok trudności w ostatniej walce (grałem na normalu), można trochę porzucać mięsem. Na minus też dziwny pomysł z respawnowaniem się wrogów przy każdej ponownej wizycie w danej dzielnicy, tzn. no ma to jakiś tam logiczny sens, ale z punktu widzenia rozgrywki i wspomnianego już backtrackingu (lub błądzenia w poszukiwaniu celu) jest po prostu upierdliwym utrudnieniem. Nie czaję też, czemu nie ma tu opcji zaznaczenia kilku misji na HUDzie, jednocześnie możemy śledzić tylko jedną, a czasami na jednym obszarze możemy mieć kilka zadań. Urozmaicony jest, jak zawsze, arsenał. Mocniej postawiono tu na duże zabawki, rozbudowany jest też rozwój postaci i pukawek (dla mnie meh, wolę bardziej prostolinijne podejście w FPSach). Ulice Paryża, po których głównie się poruszamy, są mocno "wertykalne", premiują wyszukiwanie skrótów i pochowanych gadżetów. Sam gameplay to już miodzio. Trzon nie zmienił się od początku serii, więc jeśli już zdecydujemy się na otwartą walkę (bo, tradycyjnie, można się też poskradać, w poprzednikach lubiłem ten styl eliminacji nazioli, ale tutaj odniosłem wrażenie, że jest mniej efektywny i zwyczajniej trudniej się długo czaić), to czeka nas dynamiczna rozpierducha, dużo juchy, wybuchów i latającego po ekranie stuffu, z dynamiczną muzyką w tle. No nie nudzi się to w sumie do samego końca (na koniec na liczniku miałem ok. 9,5h, ale wydaje mi się, że coś dziwnie to zliczał i grałem spokojnie z 12h). Na plus działa płynna (zazwyczaj) animacja. Wizualnie jest spoko, ale to nie topka serii, aliasing jest dosyć mocny, tekstury momentami rozmazane, ale całokształ robi dobre wrażenie, głównie przez design, kolorystykę i wszelkiego rodzaju efekty. Także ogólnie takie uczciwe 6/10. Taki biedniejszy kuzyn głównej serii, bez kilku elementów, z którymi ją kojarzymy (epicko-kiczowate przerywniki, charyzmatyczny Blazko, ekipa odjechanych postaci drugoplanowych). Nie skaczemy po ciekawych lokacjach odwalając coraz to dziwniejszy szajs, więcej tu raczej generycznych korytarzy i kill-roomów na zmianę z całkiem rozbudowanymi i nieźle prezentującymi się ulicami miasta. Ale są też niezłe widoczki i trochę tego Wolfensteinowego rozmachu. Fanom serii mimo wszystko polecam. No i tym razem trafiamy do lat 80, co odbija się mocno na spotykanych tu gadżetach i motywach wizualnych (muzycznie też, ale niestety ogranicza się to niemal w pełni do znajdowanych kaset, których możemy słuchać tylko w menu).
  2. Ta, dobre parę lat temu zaliczona wersja HD, w sumie na ten moment jest najniżej w moim rankingu "klasycznych" Residentów.
  3. Tu nie chodzi o ściganie z technologiami, tylko adekwatność ceny do jakości. No tylko potem się wszystko pojebało i w praktyce przynajmniej do 2022 ceny były dużo wyższe, skalperzy rządzili "rynkiem", a rodzime sklepy jeszcze dokładały swoje 3 grosze. Ja dałem w 2023 roku za nówkę z napędem 1999zł, tylko taki drobny szczegół, że zarabiałem prawie 2x tyle, co pod koniec 2020. W żaden sposób to jednak nie umniejsza skali patologii, jaką były i w sumie są te ceny. Faktem jest, że dla wielkich korpo wszelkie kryzysy to idealna okazja do podbicia cen, a ile procent z tej podwyżki to realistyczne odbicie większych kosztów, a ile to napompowanie marży, to można się tylko domyślać (spoiler: nie robią tego, żeby po prostu wyjść na zero). Koniec końców jebany jest końcowy odbiorca. A w międzyczasie znowu przeczytamy o wyższych rok do roku zyskach producentów sprzętu. I tak to się żyje.
  4. No do momentu, do którego dotarłem (czyli sam początek bazy) dało się odnaleźć potężne 7 pocisków, których notabene pilnuje w ciasnej klatce dwóch zombiaków. Później podbiegłem po zawór, gdzie obudziło się ich chyba z osiem sztuk i tam na razie skończyłem.
  5. Gram sobie w Code Veronica, no fajna gierka, wszystko spoko do momentu, kiedy w "kampanii" Chrisa wylądowałem w zimowej bazie z pistolecikiem, 15 nabojami i jedną roślinką, pokręciłem się chwilę, zginąłem i zacząłem powoli zadawać sobie pytanie "czy to tak ma być?". No więc wygooglowałem sobie co nieco i odkryłem te, jak się okazało, słynne problemy tej części sagi. xDDDDDDDDDDDDDD nie no kurwa czyli w zasadzie mogę sobie już odpuścić dalsze granie, bo śmiałem przechodzić gierkę nie spoilerując sobie zawczasu jej opisu przejścia i bez odwalenia konkretnych akcji (ewentualnie zostawiania sobie save'ów sprzed paru godzin) jestem w zasadzie w dupie, ewentualnie pozostaje mi szkolenie się z technik speedrunowych z nożem? To dzięki panie Capcom.
  6. Świeżo po Project Hail Mary mogę dołączyć do propsów. Żadne arcydzieło, ale naprawdę bardzo dobry film, taki feel-good movie, ale na poziomie i z rozmachem, cieszę się, że Kto nie śledził wcześniej materiałów lub jakichś opinii, może mieć lekkiego zonka, bo to w zasadzie komedia/buddy movie w kosmosie, z dużą stawką w tle. Dla mnie spoko, choć momentami tego humoru chyba faktycznie było aż za dużo (ważne, że jego poziom jest odpowiednio wyważony,mimo, że czasem jest to prosty slapstick). Ogólnie druga połowa trochę zbyt przymuliła w jednym miejscu, film w ogóle jest długi (a końcówka już w ogóle rozwleczona) i w kinie już byłem trochę zmęczony, ale bynajmniej nie znudzony. Rocky jest świetny Wizualnie cacy, choć nie zaszkodziłoby trochę więcej epickich ujęć kosmosu, film mimo wszystko jest dosyć kameralny, może poza sekwencją kulminacyjną. Całość ma w sobie trochę Interstellar, trochę Cast Away, trochę Marsjanina. Dla mnie świetna zabawa i oczywiście polecam. A Gosling jest wręcz stworzony do takich ról.
  7. Numer przeczytałem praktycznie w całości (odpuściłem tekst o Falloucie, bo jeszcze nie obejrzałem drugiego sezonu, o druku 3D też na razie poszedł w odstawkę, sorry, ale wybitnie nie moja bajka, a efekty też jakoś mnie nie przekonują). Także parę zdań z wrażeniami. Recka RE9: lubię ten wyważony styl Komodo i podchodzenie do hajpowanych tytułów z lekkim dystansem czy po prostu uczciwością dziennikarską. Może to kwestia tego, że w necie raczej mało czytam o grach i działa na mnie bańka FPE, ale to podniecanie się niektórymi giereczkami w okolicach premiery osiąga czasem poziom wręcz zabawny, bo prawie każda duże wydawnictwo z lubianej serii to automatycznie GOTY, a jak ktoś się czepia, to się nie zna. Podobny vibe miała recka DS2. A przecież 8/10 i w górę to nadal rewelacyjne produkcje. Reszta recenzji: w tym miesiącu znowu raczej mało co w moim guście, jedynie Planet of Lana II zwróciło moją uwagę, mam już demko na Switcha i muszę w końcu sprawdzić. Za to High on Life 2 i 5/10 od Hiva mnie trochę zaskoczyło, miałem wrażenie, że tytuł został raczej ciepło odebrany przez szeroko pojętych graczy. W temacie publicystyki wyróżnię tekst Kubicy o Vanillaware. Wyróżniam, bo mimo, że dotyczy ekipy, od której nie grałem absolutnie w żadną gierkę (i nie zapowiada się, żebym zagrał, choć po lekturze trochę mnie tknęło, żeby nadrobić Dragon's Crown, Odin Sphere w sumie też, ale właśnie wyszukałem, na ile to mniej więcej godzin przygoda i podziękuję xD) i w sumie nie bardzo mnie one grzeją, a i tak czytało się dobrze i lekko. Za to duży art Adamusa niestety w tym miesiącu nie dla mnie. Kuriozalna jest natomiast dla mnie publikacja wywiadu z Lipińskim i w zasadzie to była pierwsza rzecz, o której miałem ochotę napisać w kontekście nowego numeru. Nie żebym coś miał do samego twórcy (pomijam, że to nie moja muzyka, a Tilt kojarzę jedynie z tego, że namalowali ekipie KSU chuja na logosie na jednym z koncertów dekady temu), no ale po prostu...po co to tutaj trafiło? Cała ta rozmowa miała niezręczny vibe, gdzie dziennikarz chwycił się jednego motywu z twórczości i historii zespołu i męczył bułę w temacie tych flipperów, jakby to była jakaś ważna w życiu Lipińskiego kwestia, a ten kilka razy uprzejmie próbował zmienić temat i zaznaczał, że na te gierki to generalnie mieli wywalone. A Dziatkiewicz znowu "ale wróćmy jeszcze do flipperów" xD. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek, że ten autor wrzuca do numeru mocno na siłę tekst:wywiad (w którymś z wydań specjalnych była to rozmowa z jakimś randomowym dla czytelników typem, opowieść o jego historii z automatami xD). A już myślałem, że mamy z tą tematyką spokój. Sorry, że mi się trochę ulało, bo to tylko 4 strony, no ale. Odniosę się jeszcze do tekstu Marcellusa. Wiadomo, że najłatwiej by było odgórnie uznać całą tę rubryczkę za comiesięczne wylewy "lewaka" zafiksowanego na kapitalizmie (tu akurat często stawia słuszne diagnozy) i prawactwie/incelach/białych facetach (tu już wpada w prostackie czy nawet błędne u podstaw uogólnienia), ale powiedzmy, że jestem ponad to i zwykle się nie czepiam. Ale sprowadzenie wszystkich "obyczajowych" afer w gejmingu, które odbywały się na przestrzeni lat do tego, że twórca 4chana, który znał się z Epsteinem, manipulował masami i to wszystko była jedna wielka halucynacja, to już dla mnie nie tylko śmieszne uproszczenie, co wręcz żenada. "Patrzcie, faceciki, narzekaliście na woke w grach, bo tak to sobie zaplanowali spiskowcy 15 lat temu, nie dlatego, że was to serio obrzydza i odrzuca". Żeby było "śmieszniej", w aferę są zamieszane kręgi z obu amerykańskich stron politycznej barykady, a wydźwięk tekstu sugeruje wykazywać jakaś ironię losu w tym kontekście ("złodziej krzyczy łapać złodzieja"). Chuj, że miliony graczy pewnie nawet nie śledzą amerykańskiego internetu i memów, a już 4chana w szczególności (tak, wiem, potężny board oddziałuje na resztę memosfery tak mocno, że i tak te treści się przebijają i REZONUJĄ). Jacyś grifterzy, redpillowcy, q-anon. Typ siedzi w internetowej bańce i mu się wydaje, że wszyscy tym żyją. Smaczku dodaje ta poza na będącego ponad "maluczkimi" intelektualistę, którego dezinformacja i manipulacja nie dotyczy, oj nie, co to to nie. A boomer sam nie wie, że geneza rapu i ogólnie hip hopu to właśnie kontestacja systemu. A to że później się skomercjalizował? No spoko, jego wspaniały grunge wcale nie latał na MTV xD. Dobra, styknie.
  8. Wśród tytułów nominowanych do Oscarów w tym roku większość była słaba lub po prostu nijaka, więc sporo z nich sobie odpuściłem po przeczytaniu zarysu fabuły/obsady/opiniach (Grzesznicy xD), ale mimo wszystko coś tam z listy wybrałem i sprawdziłem. F1: Film W tym akurat przypadku na seans skusiłem się niezależnie od nominacji (chyba nawet jeszcze nie były ogłoszone), bo choć tematyka jest mi maksymalnie obojętna, tak liczyłem, że w Hollywood jak to w Hollywood: wyścigi będą z grubsza tłem, okazją do popatrzenia na dynamiczne sceny "akcji", a z reszty wyciągnie się jakiś w miarę angażujący scenariusz opierający się bardziej na sprawach międzyludzkich. No i w sumie tak było, choć otoczka związana z F1 jest tu jednak bardzo mocno akcentowana (z jednej strony fani mogą się jarać, z drugie trafiłem na głosy, że sporo tu elementów oderwanych od rzeczywistości) i momentami się trochę nudziłem. Do tego generyczny, wepchnięty na siłę wątek romantyczny (byle jakaś BABA miała więcej, niż 5 minut na ekranie, oczywiście jest to maksymalnie odpychająca i zimna girl boss), bez którego ten przydługi film w zupełności by się obył. Cóż, całość ciągnie Brad Pitt, powoli odnajdujący się w rolach "boomera", i na takiej rywalizacji z młodym gniewnym opiera się w zasadzie cała dramaturgia F1, i to akurat działa, choć jest mocno kliszowe. Ogólnie: nawet spoko filmidło, takie 6/10 na niedzielę do obiadu. Bugonia Kto w miarę się interesuje kinem, to pewnie kojarzy, o co tu chodzi, ale w skrócie: dwóch gamoni z prowincji porywa szefową korpo farmceutycznego, bo przesiąknięci szurskimi teoriami, uważają, że jest ona kosmitką. Mi ten pomysł wyjściowy wystarczył, żeby filmem się zainteresować, pomogła też obsada (choć Emma Stone występująca co chwilę w jakichś dziwnych rolach, krzyczących wręcz "patrzcie, jestem wszechstronna i potrafię GRAĆ" już mnie trochę męczy), na czele z jednym z moich ulubionych aktorów, Jesse Plemonsem. Marketing skupiał się chyba na głównej roli kobiecej, ale tak naprawdę gwiazdą Bugonii jest dla mnie odtwórca roli Teddy'ego, no rewelka. Co więcej Drugi plan też się sprawdził, na czele z autystycznym kuzynem i obleśnym policjantem. Całości dopełnia świetny OST (choć może nieco zbyt pompatyczny) i warstwa wizualna. Żadne objawienie, ale film jest interesujący, dobrze zagrany i zwyczajnie dobry. Polecam. Marty Supreme Tu natomiast mocne meh i ogólnie pytanie "czym to sobie zasłużyło na taki hype". Poniekąd rzeczywistość mocno zweryfikowała ów hype, bo przy tylu nominacjach, Marty nie dostał ani jednej nagrody, a z Chalameta robi się wręcz największego przegranego gali Oscarowej xD. Cóż, nie powiem, żeby zagrał źle, choć rola jest uszyta pod nagrody festiwalowe i w swojej ekspresyjności wręcz męcząca. Druga sprawa, że ja za tym aktorem zwyczajnie nie przepadam i nie chodzi o jakieś tam skandale na kiju, których nie śledzę, ale po prostu nie trafia do mnie jego maniera i niestety przede wszystkim fizys. No nie trawię tej mordy, absolutnie punchable face xD. Faktem jednak jest, że w roli Wielkiego Marty'ego sprawdza się idealnie, bo "bohater" ten jest absolutnie irytującym, egoistycznym, bezczelnym dupkiem, z którym nie sposób się utożsamić (o ile samemu nie jest się idącym po trupach do celu cynikiem czy wręcz socjopatą). Smaczku dodaje fakt, że to żydek (i niestety otoczka nowojorskiej diaspory jest tu nam wpychana jako element budujący klimat filmu w sposób wręcz nachalny). Ja wiem, że "tak miało być", że w kinie są i takie postacie, no ale co ja zrobię, że film traci u mnie, jeśli nie ma w nim dosłownie nikogo, kogo mógłbym polubić i mu kibicować? Reszta ekipy nie jest lepsza, ale w sumie nie chce mi się na ten temat rozwodzić. Historia ogólnie jest strasznie rozciągnięta (2,5h) i w zasadzie poza wstępem i zakończeniem ma niewiele wspólnego ze sportem (czyli tenisem stołowym). Cały środek filmu to jakieś dziwne dygresje, side questy, w których obserwujemy Marty'ego próbującego zdobyć kasę i wpadającego w kłopoty niemalże w stylu fajtłapowatych bandziorów z filmów Guy'a Ritchiego. Tyle, że ani to jakoś specjalnie wciągające, ani humorystyczne, a przesłanie filmu jest zupełnie rozmyte, żeby nie powiedzieć: niejasne. Marty Supreme to też kino, które może wręcz fizycznie zmęczyć widza. Trochę w stylu poprzedniego dzieła tego reżysera (Nieoszlifowane Diamenty), mamy tu wieczny pośpiech, hałas, krzykliwość, montażowe ADHD. Dialogi są wystrzeliwane jak serie z karabinu, rzadko występują momenty wytchnienia. Wiem, że to taki styl, ale mi on nie pasuje, szczególnie przy tak długim metrażu. Ogólnie film mnie zawiódł i trochę wymęczył, choć nie jest to bynajmniej crap. Na pewno robotę robi warstwa wizualna (świetne oddane realiów lat 50: scenografia i kostiumy), muzyczna w sumie też, choć decyzja, żeby oprzeć OST na muzyce z lat 80 jest może i atrakcyjna, ale w sumie mocno od czapy. Nie mogę polecić.
  9. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    To The Moon (Switch) No zawód. Tzn. wiedziałem, że siadam do indyka zrobionego w RPG Makerze i że siła tej pozycji tkwi w fabule, no ale i tak trochę żałuję wydanej kasy. Nie wiem, skąd się wziął fenomen tej gierki (no w każdym razie ja zapamiętałem panującą wokół niej od wielu lat otoczkę, że kult, że wyciska łzy, że trzeba znać), bo choć pomysł wyjściowy jest interesujący i w świecie gejmingu oryginalny (jakkolwiek znany z innych wytworów kultury, najbardziej oczywiste skojarzenia, jakie miałem, to Incepcja czy Zakochany bez pamięci), tak koniec końców nie dostarcza jakiejś niesamowicie wciągającej czy wzruszającej opowieści. Nie chcę wchodzić w szczegóły czy spoilerować, bo sam też odpalałem grę praktycznie w ciemno, ale no zwyczajnie mnie aż tak nie ruszyło, choć momenty były (tu bardziej przysłużyła się niezła, choć monotonna na dłuższą metę, muzyka). Cóż, może jednak jest pewien poziom technologicznego poziomu, poniżej którego po prostu ciężej się wczuć i immersja w opowieść spada (inb4 "w książkach w ogóle nie ma grafiki, a jakoś potrafią działać na wyobraźnię"). Bo graficznie i gameplay'owo jest naprawdę prościutko, żeby nie powiedzieć, prostacko. Mimo vibe'u staroszkolnego RPGa, To The Moon to bardziej prosta przygodówka, oparta na dialogach i eksploracji, tudzież zbieraniu stuffu (i związanej z tym, wciśniętej jak dla mnie na siłę, mini gierki). Całość zajęła mi pewnie jakieś 4-5h i zdecydowanie wystarczyło. Nie męczyłem się (no może niektóre mechaniki czy wynikające z rodowodu problemy, np. ze schodzeniem ze schodów, trochę drażniły), ale też nie wciągnęło mnie jakoś specjalnie. Meh. Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge (Switch) Oj długo leżała w backlogu, bo w zasadzie od premiery byłem gierką zainteresowany. Co ciekawe, mocno trzyma cenę i nawet na promkach raczej nie spada poniżej 60 zł. Jeśli spojrzeć na Żółwie jak na "typową" grę, no to jest tutaj temat do rozkminki, no bo "przejście" trybu Story jedną postacią to pewnie z 1,5-2 godziny, więc słynny współczynnik cena-długość gry wypada tu słabiutko. Jednak TMNT to tytuł wybitnie arkejdowy, więc po pierwszym playthrough zabawa dla niektórych może się dopiero zacząć, w końcu postaci do wyboru jest jest kilka, a do tego dochodzą wyzwania na każdym z kilkunastu leveli (dosyć wyśrubowane jeśli chodzi o poziom ich trudności) czy znajdźki. Osobiście nie wyobrażam sobie maksowania tej produkcji, nie moja bajka, nie moja cierpliwość, ale jeśli ktoś podszedłby do tego z chęcią wbijania platyny, to trochę czasu pewnie by tu spędził. Abstrahując od powyższych, gierka jest jak najbardziej udana, choć dosyć prosta w założeniach. To po prostu chodzona nawalanka, oddająca hołd klasykom znanym z retro sprzętów (u nas to głównie Pegaz). Prezencja jest stylizowana na retro i całość wygląda i rusza się świetnie. Choć w TMNT akurat się za dzieciaka nie zagrywałem, tak ogólnie otoczka oldschoolowych beat-em upów została tu oddana rewelacyjnie, oczywiście wprowadzając przy tym zdobycze "cywilizacji" w postaci save'ów chociażby. Zwykłe zaliczenie Story nie stanowi specjalnego wyzwania, szczególnie w co-opie (w moim przypadku jakoś 1/3 gry, frajda dużo większa, niż samemu, no ale to chyba oczywiste). No fajnie się chodzi i obija ryje, poziomy są różnorodne i fajnie zaprojektowane, pełne ciekawych detali, a za sprawą wspomnianej oprawy aż miło się na to patrzy w ruchu, tylko koniec końców w kółko robi się to samo. Ciosów i combosów (tudzież specjali) jest tu naprawdę niewiele i w sumie dobrze, że gra nie jest zbyt długa, bo w pewnym momencie zrobiłoby się po prostu nudno. Oczywiście, jak wspomniałem, mamy sporo postaci, a każda ma swój zestaw ruchów, no ale w praktyce raczej nie ma sensu między nimi przeskakiwać, jeśli już trochę rozwiniemy jedną (każdy startuje od zera, mimo, że możemy wybrać kogokolwiek na każdym etapie przygody). Nie pasowało mi też poruszanie się góra/dół (czyli w głąb ekranu i z powrotem), jest dziwnie spowolnione i psuje dynamikę, a do tego sprawia, że walka z mobkami na dalszym planie staje się utrudniona. Przyjemna gierka w lubianym uniwersum, ale chyba spodziewałem się trochę więcej. Wiem, że pozbawiam się dużej ilości grania i wyzwania na własne życzenie, no ale co ja zrobię, że wizja żyłowania wyników i powtarzania tych samym poziomów mnie nie grzeje? Tak czy siak, dla fanów żółwi pozycja obowiązkowa.
  10. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na selene temat w Region Filmowy
    Oglądałem sobie "w tle", bo i tak miałem luźną nockę i wolny poniedziałek, ale nie wczuwałem się w całość zbytnio, bo raz, że tak słabego roku jeśli chodzi o nominowanych dawno nie było, a dwa, że banhammer wyjątkowo bezlitośnie w tym roku walił po streamerach na co bardziej normickich stronach i ciężko było coś namierzyć, żeby nie spadło po paru/parunastu minutach. Nie wiem, 2026 rok, zakładam, że liczba widzów i ogólne zainteresowanie społeczne tą galą spada, a nadal robi się z możliwości jej obejrzenia bez opłat lub kombinowania jakieś jebane tabu. Conan jak i reszta towarzystwa siląca się na żarty raczej cringe'owi i tryhardowi, no ciężko się uśmiechnąć z bezpiecznych i bezjajecznych tekstów, wyrecytowanych jak z kartki. Stosunkowo mało polityki, choć BLM i women stronk nadal silne w środowisku xD. Dobrze, że chociaż Bardem miał jaja i zamanifestował solidarność z Palestyną.
  11. Nie wpisałem się, a lubię mieć później możliwość "skonfrontowania" zamiarów z efektami, więc niech będzie. Na 2026, poza standardowym ogrywaniem backlogu i tego, co mi tam spontanicznie się nasunie (ostatnio kończę chyba więcej tytułów z tej drugiej kategorii, co skutkuje tym, że lista zamiast się skrócić, urosła o kilkanaście pozycji), nie mam jakichś sztywnych postanowień. Pewnie w końcu kupię to PS5, bo o ile Rockstar nie odwali numeru, to na ten listopad wypadłoby już mieć na czym ograć to mityczne GTA. Jeśli nic dziwnego nie podzieje się z cenami (tak wiem, w świetle ostatnich wydarzeń może to być naiwne marzenie), to raczej postawię na Prosiaka, do tego jakiś OLED i można grać. Ale jak tak patrzę na tę moją listę, to wcale nie ma tam zbytnio rzeczy, na myśl o których serce szybciej bije. Myślę, że sięgnę w końcu po Disco Elysium (po jednej nieudanej próbie 2 lata temu xD). Chciałbym też w końcu przytulić jakiś sprzęt retro, przynajmniej tego Dreamcasta, póki jeszcze ludziom całkiem nie odjebało z cenami/póki w ogóle da się kupić w sensownym stanie. O, i naprawić szaraka, to jest mus. Co do checklisty z początku 2025: O ile odhaczonych pozycji miałem w poprzednim roku sporo, tak legendarnej Zeldy na liście nie było xD. Cóż, może w 2026. Jak widać z kupnem PS5 odpuściłem (choć trzeba przyznać, że w okolicach Black Friday dało się upolować Prosiaka i napęd sumarycznie za jakieś 3000-3200 zł, więc zbliża się do granicy zdrowego rozsądku), z GTA trafiłem, ale to nie trzeba było być Nostradamusem. Parę razy mnie korciło jakieś GPU na promce i za każdym razem odpuściłem, nie mam ciśnienia, ot chcę to zrobić bardziej dla świętego spokoju, żeby mieć kolejne parę lat poczucie, że coś tam nowego mogę od biedy odpalić. Tutaj raczej lipa, o DeCeku już pisałem, nadrabianie kolekcji na PSX stanęło w miejscu, bo laser padł, na PS3 kupiłem chyba jedną gierkę xD.
  12. Początek mi nie za bardzo przypasował, zwiastował komediowy, żeby nie powiedzieć: slapstickowy charakter całości, co samo w sobie nie byłoby aż takim problemem, ale tutaj pachniało to już (hehe) humorem fekalnym i sileniem się na szyderę z powagi sagi ("patrzcie, już ma być patetycznie, już wjeżdża muzyczka z intro, a tu SRANIE"). Całe szczęście później (tak powiedzmy od 3 epizodu) wyszło to już na prostą. Spoko bohaterowie (choć Egg trochę irytujący na początku, może kwestia głosu), skupienie się na kameralnym wątku i z grubsza jednym miejscu wydarzeń, trochę prostych, ale sprawdzonych działających w kinie/tv chwytów narracyjnych (od zera do bohatera, honor rycerza, pozbieranie się z beznadziejnej sytuacji), to wszystko w klimatach znanego i lubianego uniwersum (choć nie jestem na tyle wiernym fanem, żebym jarał się jakimiś powiązaniami rodzinnymi bohaterów 100 lat wstecz od głównej serii), no ogólnie spoko się oglądało i z chęcią sprawdzę kiedyś ciąg dalszy. Szkoda tylko, że odcinki są aż tak krótkie (szczególnie finałowy), no i nie wiem, czy konwencja będzie działać, jeśli w fabułę będą wplatane jakieś ważne/duże wydarzenia, bo tak pewnie się kiedyś stanie (a może i nie?).
  13. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    SOMA (PS4) Tytuł w tutejszych kręgach nabrał ostatnio popularności, to i ja dołączam do grona tych, co skończyli i zachwalają. Swoją drogą, ciekawie czytało się po latach opinie z okolic premiery, raczej umiarkowane propsy, a najczęściej zawód, że "nie takie straszne", że mało zagadek, że bez ekwipunku jak w Amnesii xD. Cóż, może kwestia oczekiwań, jakie sobie ktoś zbudował znając wcześniejsze dokonania deweloperów, w moim przypadku był to pierwszy kontakt z ich twórczością, więc wchodziłem pod tym względem na świeżo, a w wyżej wymienione zarzuty stanowią dla mnie wręcz zalety. Istotnie, jest to mocarne dzieło. Ma swoje wady, ale można je przełknąć w obliczu ogólnej jakości. Od premiery minęło "tylko" 10 lat, a i tak miałem poczucie, że mam do czynienia z przygodą niedzisiejszą, "staroświecką" w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Taki niby samograj nastawiony na narrację, ale wcale nie taki prostacki, nie zabierający nam co chwilę kontroli, nie za krótki, nie za długi, wykonany na wysokim poziomie, z dbałością o detale. Czułem taki vibe generacji PS3. Z jednej strony narzucają się oczywiste skojarzenia: Bioshock czy późniejsze Alien: Isolation, ale też te filmowe: Otchłań, Kula (chyba obecnie mocno zapomniany, a w czasach bliższych premiery trochę zjechany, a dla mnie to kawał świetnego, dobrze obsadzonego i niezwykle klimatycznego filmu, absolutny must see dla fanów takich tematów). Z drugiej strony Soma (pozostanę już dla wygody przy takim zapisie) ma swój charakter i osobowość i na pewno zapisze się mocno w mojej głowie. Siła tego tytułu tkwi w kilku głównych elementach, podanych w idealnych proporcjach. Po pierwsze: historia, główny pomysł (technologia), wokół którego się ona kręci i w końcu rozkminki filozoficzne, do których skłania. Nie zamierzam zbytnio spoilerować (ale wrażliwi mogą odpuścić ten akapit czy nawet screeny na końcu posta, bo coś tam na ten temat wspomnę), tym bardziej, że sam wszedłem w ten świat na totalnej niewiadomej i odpalając początek myślałem sobie "o co tu chodzi?". Przecież w materiałach, które do tej pory gdzieś mi się przewijały, widziałem jakieś dziwne, obce krajobrazy i elementy typowe dla sci-fi, a tu sobie chodzimy chłopkiem po mieszkaniu xD. No ale później już się zaczęła jazda. Największa siła scenariusza Somy to wątki związane z istotą ludzkiej świadomości czy życia samego w sobie. No nie powiem, działają na wyobraźnię, choć generalnie nie jest to nic nowego pod słońcem, szczególnie, jeśli coś się już w życiu na ten temat poczytało/oglądało/samemu rozmyślało. Tematyka ta wywołuje specyficzny niepokój (żeby nie powiedzieć: schizę) i to tutaj tkwi jak dla mnie cała moc "straszenia" gracza, nie w uciekaniu przed złolem czy w tanim jumpscarze. Wyobraźnia dopowiada swoje i nie powiem, miałem lekką spinę na myśl choćby o tym, co zobaczę w zakończeniu (mimo wszystko nie było tak źle xD). Z drugiej strony mamy ten bardziej przyziemny, można być nawet rzec: sztampowy motyw narracyjny, czyli Choć jak dla mnie mogłoby się zupełnie obejść bez nich, bo elementy omijania mutantów są dla mnie największą wadą Somy. Abstrahując od tego, że można odpalić grę w trybie ułatwionym (nie da się zginąć), to patent ten jest strasznie upierdliwy i rozwiązany w sposób, który mocno spowalnia i tak raczej powolne tempo narracji (żeby nie powiedzieć, że z niego wybija) i po prostu męczy. No nie znoszę w gierkach elementów stealth zaimplementowanych w takiej formie. Co gorsza, na dalszych etapach fabuły obecność monstrów robi się częstsza i bardziej uciążliwa. A ja chciałem sobie spokojnie poprzeglądać pomieszczenia, posłuchać "nagrań" i chłonąć atmosferę... No właśnie, szeroko pojęta atmosfera, czyli kolejna mocna strona Somy. Jest gęsto, jest klaustrofobicznie, jest ciężko, ale momentami występuje taka specyficzna dla gatunku (a w każdym razie ja to tak odbieram xD) "przytulność". Lubię te spokojne momenty, gdy zwiedzam sobie opuszczone pomieszczenia, oglądam pozostawione przez załogę przedmioty, czytam ogłoszenia na ścianach. Jako fan tego rodzaju settingu w innych dziełach kultury, czułem się jak w domu. Sci-fi w czystej formie. Realia, w jakich się poruszamy, czyli podwodna stacja badawcza, zapewniają cały zestaw klasycznych motywów: dziwne odgłosy rozprężającego się metalu, przeciekające instalacje, problemy z zasilaniem, ciasne, ciemne korytarze, ale też retrofuturystyczna elektronika, gmeranie w komputerkach i innych instalacjach. A gdzieś tam w tle urywki informacji, przedstawiających skalę Miodzio. Trzeci ważny aspekt, to w końcu gameplay. Bo nawet najciekawsza historia robi się nudna, jeśli podziwiamy ją na przedłużających się filmikach czy w innej minimalnie interaktywnej formie. Tutaj rozgrywka współistnieje z opowieścią (m.in. o tym, co uważają na ten temat twórcy, jest w tekście Adamusa w ostatnim PE), a kontrolę graczowi odbiera się jak najrzadziej. Jasne, można się lekko uśmiechnąć mówiąc o skomplikowaniu zagadek czy w związku z faktem, że poza latarką w zasadzie brak tu ekwipunku, dla mnie jednak wypadło to na plus i przysłużyło się spójności i płynności gry. No i czysto subiektywnie: nie potrzebuję przesadnie i na siłę rozbudowanych patentów gameplay'owych tam, gdzie, no właśnie, wcale ich nie trzeba. To jest zresztą charakterystyczne dla wspomnianej wcześniej siódmej generacji konsol. Wracając: są momenty bardziej ślamazarne (choć zaskakująco mało tu typowych gamizmów), walki tu nie ma w ogóle, o skradaniu się już pisałem. Można za to podnosić prawie każdy przedmiot (z czego niestety nic nie wynika, poza okazyjnym rozbiciem szyby), a przeszukiwanie szafek owocuje odkryciami w temacie świata przedstawionego. Soma to pod względem gameplay'u dosyć oszczędna i spokojna pozycja o odpowiednim balansie. Ale regularnie wrzuca graczowi coś nowego i nigdy nie staje się monotonna. Choć powtórki przygody sobie raczej nie wyobrażam. Co poza tym? Całość prezentuje się bardzo dobrze (są uproszczenia w teksturach czy modelach postaci, ale poza tym jest bardzo estetycznie, czysto, w osobliwej stylistyce, zupełnie nie czaję zarzutów dotyczących oprawy), na PS4 działa w stabilnych 30 klatkach, brzmi dobrze. Wyjątkowa pozycja, w którą, jak to się mówi, TRZEBA zagrać, choć nie jest to aż tak wielki kamień milowy, na jaki niektórzy zdają się go kreować. Ostatnio coraz ciężej o grę, która aż tak by mnie wciągnęła, wręcz wchłonęła w świat przedstawiony, jednocześnie dając troszkę do myślenia w świecie realnym. Dobrze wiedzieć, że twórcy szykują duchowego następcę (Ontos).
  14. Nie no pierwsza i trzecia okładka elegancka przecież (bo arty estetyczne), druga taka sobie, bo i cover RE1 był specyficzny, ale ten Nemesis to już lekkie xD. Słaby artwork i dziwne kadrowanie, skutkujące w zasadzie wycięciem sylwetki bez ładu i składu. To już lepiej było wrzucić mordę z okładki wersji PAL. Faktem jednak jest, że nie mieliście w czym za bardzo wybierać. Samą "książkę" pewnie kiedyś nabędę, ale na ten moment bez podjarki, niestety ten format w dotychczasowych wydaniach mnie nie do końca do siebie przekonał (może niedługo wrzucę post w temacie o MGS: Trylogii).
  15. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Ruffiego mam na liście, ale czekam na jakieś przeceny, stylistyka i patent przewodni mnie kupiły. Mam podobne wspomnienie, choć raczej nie była to Wigilia, ale też zimowy (powiedzmy) wieczór i oczekiwanie na rodzinę. Ogólnie to TR4 był moim pierwszym TRem i cóż, nie pokochałem go. No za trudne to dla mnie było wtedy, a i dziś nie chciałoby mi się pewnie męczyć. Podejmowałem nawet haniebne próby grania na kodach, ale i tak gdzieś w końcu utknąłem. Jeśli dobrze pamiętam, to koniec mojej przygody nastąpił w momencie, kiedy spadając w przepaść nadpisałem swój save, zamiast załadować stan xD Ale to, co zdołałem przejść (myślę, że jakaś 1/4 gry, w porywach do 1/3) było bardzo klimatyczną przygodą. Atmosfera samotności, zagubienia, rzadko przerywana jakąkolwiek muzyką (notabene, motyw z menu idealnie podsumowuje ten klimat), wspomniane ograniczenie kontaktu z ludźmi, mimo wszystko niezła oprawa (woda i te refleksy), no i w końcu Egipt, czyli klasyka przygodowa w mediach wszelakich.
  16. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Super Mario Galaxy (Switch) Post z poślizgiem, bo "fabułę" ukończyłem z miesiąc temu, ale w planach miałem pobawić się jeszcze trochę w endgame i dobić do tych klasycznych 120 gwiazdek (na razie stanęło na 100 albo 101). Cóż, nie wyszło xD. Ale wszystko przede mną. Choć wiem, że tam się coś jeszcze odwala i komplet to bodajże dwukrotność tej liczby, no ale już bez przesady. Ciężko mi męczyć grę, kiedy już nastąpiło jakieś jej oficjalne zakończenie, dlatego też staram się robić wszystko, co dam radę, zanim dotrę do napisów końcowych. Ot taka przypadłość, nie poradzę. Zgodnie z własną tradycją, Mariana trzymałem na okres świąteczny. Powoli mi się już notabene kończą główne gry z serii, ale grunt, że SMG2 jeszcze czeka, może do tego czasu zapowiedzą coś nowego. No ale wracając: SMG idealnie wpasował się w świąteczno-noworoczną i ogólnie zimową atmosferę, ale przede wszystkim jest po prostu świetną grą. Chociaż (tu mogę się co niektórym narazić) oczekiwałem chyba czegoś jeszcze mocniejszego. Może wręcz czegoś niemożliwego, bo po tak wysokim poziomie hype'u i prawie 20 latach pompowania balona, jakoby to SMG i jego sequel były mesjaszami platformówek i przeżyciem wręcz mistycznym, w zasadzie ciężko było sprostać oczekiwaniom. Żeby nie było: to wspaniały platformer. W sumie nie mam się do czego przyczepić, może poza niezmienną i IMMANENTNĄ cechą Marianów w 3D, czyli specyficznym feelingiem bohatera i lekką ociężałością skoków (i zminimalizowaną możliwością manewrowania w powietrzu) tudzież "ślizganiem się" i rozpędzaniem. Nieraz skutkowało to zrobieniem salta zamiast skoku z rozpędu. Inna sprawa, że podstawowe playthrough i nawet to 100 gwiazdek nie stanowiły jakiegoś specjalnego wyzwania (dosłownie parę "kometowych" czelendży wymusiło kilka powtórek, przy czym wyzwanie polegało głównie na tym, że po śmierci trzeba zaczynać od samego początku, chociażby zbierając 100 fioletowych gwiazdek na poziomie). O właśnie, to może od razu dorzucę minusik za system komet: kto grał, ten wie, ogólnie chodzi o to, że pojawiają się randomowo, ewentualnie można je "przywołać" za walutę (tylko u jednego NPCa), ale też niekoniecznie tam, gdzie akurat mamy jeszcze coś do zdobycia. Zbędna upierdliwość. Występują tu też inne dziwne pomysły, które zwalam na karb wieku SMG. Ot np. dla testu chciałem sobie sprawdzić inną postać na osobnym save. Po powrocie do "swojego" Mariana, miałem wyczyszczony licznik żyć. Dzięki Nintendo. No dobra, bo jak nieraz wspominałem, łatwiej pisze się o czymś, co w grze uwierało, a potem w poście jest dysproporcja między pochwałami i ganieniem. Bawiłem się naprawdę bardzo dobrze. Czysty fun i radocha, czyli magia N w pigułce. Za sprawą zasadniczego pomysłu na gameplay, jakim są mini planety (choć trafiamy też na większe), SMG jest, że tak powiem, mocno natychmiastowe. Nie żebym jakoś często grał z doskoku, ale jak się już zdarzyło, to można było sobie spokojnie zapewnić jakiś element postępu przy krótkiej sesyjce. Choć nie ukrywam, że jestem fanem raczej bardziej "klasycznej" otoczki i dla mnie opus magnum w świecie hydraulika dalej pozostaje Odyseja. Ale Galaxy to taki trochę złoty środek, bo są tu, jak wcześniej napisałem, również obszerniejsze levele. Ogólnie dużo tu różnorodności i chyba za to należą się największe pochwały dla gry. Po prostu co chwila dostajemy jakiś nowy patent i nie sposób się znudzić. Co prawda nie wszystkie są aż tak trafione (Mario-Sprężyna chociażby, albo ujeżdżanie kuli, męczące fragmenty), ale większość wywołuje banana na gębie. Do tego mimo wieku prezentuje się to naprawdę wybornie. Jasne, czysto technicznie widać pewne uproszczenia, ale level design, projekty postaci (ultra urocze Lumy, z moim faworytem w postaci gwiazdki-głodomora) czy w końcu kolorystyka i wszelkie kosmiczne efekty (szczególnie na Oledziku) wyglądają naprawdę bajkowo. Do tego piękne melodyjki, na czele z motywem w hubie (nabierającym coraz więcej głębi wraz z naszym postępem). Całość jest dopracowana na najwyższym poziomie. No i to typowe dla serii połechtanie gracza różnymi dżinglami i wyrzuty dopaminy przy osiąganiu progresu, choćby odnajdując kolejne gwiazdy. Uzależniające. Pisząc o SMG nie da się nie poruszyć tematu sterowania, szczególnie w kontekście jej rodowodu (czyli Wii z jego Wiilotem). Cóż, faktem, jest, że najlepiej gra się z odpiętymi Joy-Conami (co niekoniecznie musi wiązać się z odpalaniem gry w trybie stacjonarnym: ja sobie często pykałem z konsolką opartą o nóżkę). Sterowanie z elementami ruchowymi jest intuicyjne, choć wskaźnik lubi wariować i często trzeba go resetować. Jest po prostu wygodniej, ale jest też wtedy większa wczuwka, inaczej mówiąc: immersja. Co innego klikać sobie przyciski, a co innego energicznie machać kontrolerem w celu wystrzelenia wąsacza w kosmos. Nie zmienia to faktu, że poza kilkoma patentami gameplay'owymi (przede wszystkim chwytanie się gwiazdek "liną") spokojnie można sobie dać radę w trybie handheldowym. Ot, mazianie po ekranie w celu zebrania okruchów gwiazd nie należy do najwygodniejszych rozwiązań, no i siłą rzeczy zasłaniamy sobie wtedy widok. Ale koniec końców nie miałem tu dylematu i zazwyczaj kontrolery były odpięte. O czym tu jeszcze można napisać? Atmosfera jest super, bossowie są super, strój pszczoły jest super, zabawa z grawitacją jest super (ale już motanie się kamery i sterowania przy tej zabawie nie jest super). Nie są super wyścigi wodne czy wspomniane już balansowanie na kuli). Świat "zabawkowy" odstaje klimatem i poziomem od reszty. Ale to szczegóły. Sumarycznie? Super gra. Grać i się jarać. Ja grałem i nie chciałem, żeby się to kończyło, ale miałem na uwadze, że gdzieś tam czeka na mnie jeszcze kontynuacja. No i dozbieranie chociaż tych 20 gwiazdek. Czy SMG to klasyczne 10/10? W 2007 pewnie tak, dla mnie, na dzień dzisiejszy, już nie. Ale w sumie co z tego? To, co dostałem, w zupełności mi wystarczyło do szczęścia.
  17. Główny wątek idzie zrozumieć mając poziom podstawowy. Tyle, że ta gra stoi przerywnikami, 10 minutowymi gadkami i niuansami, których raczej już się nie załapie bez jako takiego inglisza. No w każdym razie pewnie nie będzie się ich chciało czytać. Granie na rambo w jedynkę jest praktycznie bez sensu, szczególnie przy pierwszym razie, kiedy trzeba spokojnie eksplorować miejscówki, szukać itemów i odnajdywać dalszą drogę. Wrogowie w fazie alarmu respią się bez końca, broni nie mamy przez dosyć długi początkowy fragment scenariusza (a później i tak nie mamy tłumika, więc na jedno wychodzi).
  18. Ale po premierze Dual Shocka 3, zapewne przy okazji jakiegoś patcha (możliwe, że tego dodającego trofea) zostało to zmienione i Mantis już wspomina o wibracjach. Co do zapowiedzi kolekcji vol.2: o ile MGS4 znam na wylot i nie marzę jakoś specjalnie mocno o powrocie do tej części serii (tym bardziej, że mogę sobie ją w każdej chwili odpalić na DEDYKOWANYM sprzęcie), tak wizja przejścia jej w końcu w normalnej rozdziałce i w 60 klatkach (emulację pomijam) troszkę mnie ruszyła. No tylko że tym razem dostaniemy tylko dwie duże gry i jedną przenośną, co jest sporym krokiem wstecz w stosunku do i tak zrobionej najniższym możliwym kosztem kolekcji nr 1. A jakoś nie sądzę, żeby premierowo krzyczeli sobie za drugi pakiet mniej, niż za pierwszy xD No i spoko, że łaskawie po dwóch latach rzucili update sprawiający, że starocie będą wyglądać tak, jak powinny wyglądać Day One. Co nie zmienia faktu, że i tak powinni wrzucić tam (choćby jako opcję do wyboru, jak w innych prawilnych kolekcjach retro) pecetową wersję MGS1. No ale to Konami xD Sam sobie odpowiedziałeś. Nawet obecność Acidów robiłaby lepsze wrażenie, niż to, co zaproponowano. Albo Mobile: to jest dopiero zapomniany i zabetonowany na ultraniszowym sprzęcie (z mocno upierdliwą i niewygodną opcją emulacji) tytuł. O Portable Ops nawet nie wspominam, bo to powinien być mus w takiej kolekcji, a gra stała się jakimś niechcianym dzieckiem, może przez trochę ograniczony udział Kojimy przy produkcji i jakiś zjebany fandomowy konsensus (nie mający nic wspólnego z faktami i wizją MISTRZA), że PO to nie kanon, tylko jakie to w sumie miałoby mieć znaczenie z perspektywy Konami i w kontekście tego, że do kolekcji i tak pcha się faktycznie "niekanoniczne" epizody? Chuj, po prostu im się nie chce/szkoda zasobów, tym bardziej, że graczyki i tak się rzucą na najhajpowany i niemal mityczny już port czwóreczki i pewnie równie dobrze mogliby wydać go solo i hajs by się zgadzał. W sumie i tak łaska pańska, że PW dorzucili. A szkoda, bo dla mnie PO>>>PW. TTS to ma chyba nawet mocniejszą otoczkę "portu nie do ruszenia z oryginalnej platformy", niż miał MGS4, więc tego to nawet pod uwagę nie brałem. Koniec końców, kiedyś pewnie zapowiedzą vol 3. i poupychają tam do obsranej piątki jakieś niedobitki z tych, które tu wymieniamy.
  19. Akurat jakoś w sobotę skończyłem czytać ostatnie PE i gdy już siadałem do pisania, zobaczyłem rozprawkę Kmiota, także timing publikacji posta słaby, ale mimo wszystko kilka luźnych zdań od siebie dorzucę. Ogólnie nie byłem zachwycony line upem recenzji, wyjątkowo słaby miesiąc, no ale to już nie wasza wina. Nie powiem, jest kilka gierek, które choć minimalnie mnie zaintrygowały (choćby Cassette Boy, które demo sobie ściągnąłem), ale to taki poziom zainteresowania, który motywuje raczej do sprawdzenia na necie jakiegoś filmiku/transmisji z rozgrywki. No trudno, zawsze powtarzam, że w PE priorytetem są dla mnie pozostałe teksty, a tutaj było już całkiem syto. - 100 oczekiwanych gier: chyba wszystko już powiedziano, sam zresztą swoje 3 grosze już tu dorzuciłem (w temacie niezbyt sensownego umieszczenia screenów/artów między kolejnymi tytułami). Poza ogólnym zarzutem, że jest tego po prostu za dużo (i-jak się okazuje na przykładzie poprzednich lat-sporo z tego i tak wylatuje na inny rok), to doczepię się do dosyć podstawowej w sumie kwestii: braku daty premiery danej gry. Oczywiście mowa o tych, które takową już mają, no ale zakładam, że jednak trochę takich przypadków było. - temat, który też ktoś tu niedawno poruszał, czyli nieczytelność tytułów w reckach. Osobiście nigdy nie byłem zwolennikiem wrzucania na nagłówek logosów gier, ale powiedzmy, że nie chcę otwierać dyskusji na ten temat. Zwracam tylko uwagę na niekorzystny efekt z jakim się to może wiązać, tutaj na konkretnym przykładzie, mianowicie grze Sektori (strona 50) oraz Unbeatable (strona 42). W tym drugim przypadku problemem nie jest nawet samo logo, co niefortunnie dobrany screen pod nim (kilka napisów jako tło logosa). - Soma, czyli patrząc po odbiorze, tekst numeru. Cóż, należę do grona tych, którzy w momencie premiery nowego PE grę mieli niezaliczoną i choć dodatkowej motywacji nie potrzebowałem, bo i tak już czekała na dysku i tak czy siak miałem z nią spędzić ostatni weekend, tak perspektywa skonfrontowania swoich wrażeniem z tekstem cenionego autora była miła. Nie wytrzymałem jednak i mimo bycia gdzieś w połowie przygody "zerknąłem tylko" do tekstu, który, jak się okazało, jest raczej bezspoilerowy i można go śmiało czytać nawet przed skończeniem omawianej gry . No ale po paru akapitach jednak zostawiłem sobie resztę na deser. Na ten moment powiem tylko, że Soma faktycznie jest mocarnym i wyjątkowym przeżyciem, choć dużo zależy od osobistej wrażliwości i pewnego, że tak powiem, doświadczenia w rozkminkach egzystencjalnych, bo grając w nią te 10 lat temu mogłoby mnie ruszyć dużo mocniej. - obecność historii Racoon City mnie ucieszyła, bo serię bardzo lubię, szczególnie epizody osadzone właśnie w tym miasteczku, ale lektura okazała się niestety taka sobie. Trochę "surowy" ten tekst, z braku lepszych określeń. Odniosłem wrażenie, że trafiły do niego dosyć luźno wybrane ciekawostki, niekoniecznie te najciekawsze. Choć nie powiem, fakt, że jacyś ludzie odebrali outro do RE3 tak, że trochę mnie zadziwił i rozbawił, bo mając jakieś ~12 lat nie miałem problemu z wyłapaniem, że to kwestia montażu xD - tribute dla Zampelli: zaskoczyła mnie obszerność tekstu, bo w sumie nie przypominam sobie, kiedy ostatnio ktoś z branży po śmierci miał poświęcone aż tyle miejsca w magazynie. Okoliczności nieprzyjemne, ale lista kozackich tytułów, przy produkcji których facet miał swój udział, przypomniała mi o zaległościach, które dawno wyrzuciłem z głowy. COD 1 i 2, bo o nich mowa, są niestety teraz mocno "niewygodne" jeśli chodzi o możliwość ogrania, o ile nie chce się korzystać z mniej lub bardziej podejrzanych torrentów z wersją na PC albo kupować Xboxa. Za to Titanfall i jego sequel regularnie bywają na promocjach, więc może prędzej sięgnę właśnie po nie. - jeśli świadczy to w jakiś sposób o jakości tekstu (lub trafności w doborze tematu), to dodam też, że artykuł dotyczący Szybkich i Wściekłych nakręcił mnie, żeby ów dzieło nadrobić, choć to nigdy nie były moje klimaty (podobnie zresztą jak gejmingowe odpowiedniki w rodzaju NFSU). Chociaż kiedy całkiem niedawno widziałem lecące gdzieś fragmenty, to w swojej, nazwijmy to, szczerości i prostocie zwyczajnie dobrze się to oglądało. Może dla takich widzów jak ja musiało minąć właśnie odpowiednio dużo czasu od premiery, żeby spojrzeć na takie dzieła jak na "kapsułę czasu". Szczególnie mając porównanie do tego, jak marne są teraz hollywoodzkie blockbustery. - Roblox: abstrahując od tego, że nie jestem targetem takich tytułów (jak chyba większość czytelników PE, z czego autor zdaje sobie dobrze sprawę), to zabrakło mi tu trochę zarysowania, czym to coś w ogóle jest xD. Poczytałem o fenomenie, o wpływie na branżę i ludzi, o aferach, ale w sumie nie dowiedziałem się, czym w praktyce ten Roblox jest. - felieton Adamusa: tu bliżej mi do Kmiota, tym bardziej, że sam jestem team "kiedyś to było", więc z pierwszą przewodnią myślą tekstu mógłbym polemizować. Raz, że zwyczajnie lubię wrócić do staroci czy sięgać po nie pierwszy raz i często jest to (prawie) zupełnie bezbolesne doświadczenie, choć nie da się ukryć, że to medium starzeje się w nienajlepszy sposób. Dwa, że branża się zmienia i można mówić, że zawsze jest w co grać i wychodzi pełno perełek, a jako boomer mający coraz mniej czasu na rozrywki to już w ogóle nie powinno się narzekać, ale no tak się składa, że pewne marki czy nawet gatunki (ba, stylistyki) obumarły, pewne zeszły do "indyczego podziemia", z drugiej strony na inne jest moda. I to już nie kwestia nostalgii, tylko faktów. Ale w sumie nie chcę się tu rozkręcać z tym tematem, bo z końcowym wnioskiem (że powrót po latach daje możliwość przeżycia czegoś z zupełnie innej perspektywy) już w pełni się zgadzam. Podobnie zresztą mam z filmami, bo nawet ten mityczny i trochę wyświechtany (ale rzecz jasna genialny) Ojciec Chrzestny oglądany w wieku 13, 20 i 30 lat zapewnia bardzo różne doznania. I pewnie za kolejne 10 lat i 20 lat będą to wrażenia jeszcze odmienne. Z jednej strony to smutny dowód na to, że nie przeżyjemy już dokładnie tego samego, tych samych emocji (za pierwszym razem zazwyczaj najbardziej intensywnych), z drugiej optymistyczna wizja, że powroty po latach mają swoją wartość.
  20. Bo po prostu, wbrew popularnej ostatnio narracji, że w gejmingu NIGDY NIE BYŁO TAK DOBRZE JAK TERAZ, gierki teraz w dużej mierze takie są. Coraz ciężej o coś, co wywoła opisywane przez Ciebie uczucia, bo też ciężko o to przy kolejnej przygodzie na parędziesiąt godzin z obowiązkowymi elementami rpg i drzewkiem rozwoju. A im więcej ma się zaliczonych "must have'ów", tym trudniej coś wybrać. Dobrą alternatywą jest Switch i biblioteka Nintendo, więc polecam, jeśli nie siedzisz jeszcze w tym temacie.
  21. Podbijam. Co gorsza, "system" zmienia się przy topowej 10 i kiedy już przyzwyczaiłem się do faktu, że screen odnosi się do gry powyżej, nagle zaczyna odnosić się do tytułu poniżej xD
  22. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Bad Cheese (Switch) Zaintrygowała mnie recka w PE, o której w sumie ciężko nawet powiedzieć, żeby była "zachęcająca" w typowym tego słowa znaczeniu, bo uczciwie było tam zaznaczone, że to mocno specyficzna i ciężka tematycznie gierka. Oprawa również zwróciła moją uwagę, no to zaryzykowałem i kupiłem, tym bardziej, że na promkach można wyłapać kopię w dosyć niskiej cenie. W istocie, doświadczenie z BC było osobliwe i uczciwie mówiąc niezbyt przyjemne, w takim trochę innym znaczeniu, niż normalnie w przy ocenianiu gier się używa. Jedna rzecz to creepy otoczka (generalnie horrory mnie nie ruszają, w Silenty mogę grać w stereotypowych "słuchawkach i po zmroku", ale tutaj momentami czułem lekki niepokój i obrzydzenie, o jump scare'ach nie mówiąc, bo to akurat tanie), a druga, to ogólny przekaz, który mniej lub bardziej subtelnie starają się nam przekazać twórcy. Bo ogólnie rzecz biorąc Bad Cheese to gra o dziecięcej traumie i dysfunkcyjnej (żeby nie powiedzieć "patologicznej) rodzinie, ubrana w szaty koszmarnej wersji bajek Disney'a (nasz bohater to wizualnie w zasadzie Myszka Miki, parę innych postaci też nawiązuje designem do tego uniwersum, co wynika z faktu, iż Mickey należy od jakiegoś czasu do domeny publicznej). Gameplay'owo natomiast to horror w perspektywie FPP, opierający się głównie na eksploracji i odwalaniu "zleceń" w rodzaju posprzątania butów lub skarpet pijanego starego, co może w praktyce przyjąć np. formę strzelanki. Są tu różne patenty gameplay'owe (znalazło się nawet miejsce na mini gierkę) i choć nic tu nie zachwyca, tak patenty robią swoją robotę, zapewniając jakieś urozmaicenie. Niestety czasami dane czynności są trochę męczące przez swoją powtarzalność i wymaganą do progresu skrupulatność. Do tego dochodzą okazyjne starcia z przeciwnikami i tutaj już niestety jest zwyczajnie słabo, bo sama rozgrywka jest mocno drewniana i przez swoją niewygodę frustrująca (szybko można "zginąć"), a są tu momenty, że mobów jest naprawdę dużo. Element dodany mocno na siłę, choć narracyjnie ma sens. Oprawa A/V...cóż, spełnia swoją rolę, czyli buduje niepokojący nastrój. Efekt wzmacnia kontrast między infantylnymi, animkowanymi elementami tego świata, a totalnie wykręconymi kreacjami z piekła rodem. Czysto technicznie jest po prostu schludnie, ale czuć prostotę (choćby w temacie animacji postaci, składającej się z niewielu "klatek") i ogólną taniość. Trzeba mieć jednak na uwadze, że to mały, niezależny projekt (notabene polskich twórców). No ale Mouse: P.I to to nie jest. Ciężko użyć w kontekście Bad Cheese sformułowania "polecam". Ujmę to inaczej: warto się zainteresować. Na pewno jest to interesujący eksperyment, który, szczególnie jak na medium, w jakim operuje, porusza dosyć poważną tematykę i nie robi tego w sposób płytki. Nie będzie tu żadnego szoku czy wielkich rewelacji dla osób, które jakieś tam podstawy psychologii znają (lub, co gorsza, wyłapią w grze własne doświadczenia), choć przyznam, że czytanie interpretacji poszczególnych epizodów zaoferowało mi nowe spojrzenie na pewne elementy historii.
  23. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    The Stanley Parable (Switch) Wersja Deluxe, czyli prawie drugie tyle zakończeń, co w oryginale na PC i pewnie jakieś tam różne ulepszenia. Fenomen, który pewnie już każdy zainteresowany poznał, a u mnie od daaawna leżał w backlogu, trafił na listę długo przed wydaniem reedycji, no i w końcu się skusiłem. Co ważne, udało mi się przez te ~12 lat w zasadzie całkowicie uniknąć jakichkolwiek spoilerów, podchodziłem do gry zupełnie w ciemno, nie wiedząc, o co tu w ogóle chodzi. Jeśli jakimś cudem czyta to ktoś, kto też jeszcze nie wie, a zamierza grę sprawdzić, to może przestać czytać. Rozgrywka jest teoretycznie prosta w formie, ale innowacyjna w "treści" i oferująca grającemu dużą dawkę wolności wyboru. Wolności w stylu innym, niż przyzwyczaił nas gejming. Jak wiadomo, w The Stanley Parable kierujemy zamkniętym w pętli ludkiem-pracownikiem biurowym, który rusza ze swojego gabinetu do pozornie prostego celu. Oczywiście koncept robi się jasny i z grubsza powtarzalny już przy pierwszym podjętym wbrew Narratorowi wyborze (ikoniczne już zapewne dwie pary drzwi), ale odkrywanie każdej kolejnej iteracji naszej przygody i coraz to bardziej absurdalnych scenariuszy jest niezwykle wciągające i zwyczajnie bawi. Co prawda humor nie zawsze do mnie trafiał i momentami stawał się już mocno try-hardowy (cały wątek z wiadrem...), ale ogólnie było wesoło. W zasadzie cała narracja to jedno wielkie łamanie czwartej ściany a przy tym komentarz, najczęściej mocno ironiczny, na temat pewnych schematów i trendów w branży. Część się może już trochę zdeaktualizowała, ale kto siedzi w temacie od dawna, ten wychwyci różne szpileczki i nawiązania. Ogólnie gra jest META w chuj i jak na tamte czasy takie coś musiało robić duże wrażenie. Sama zabawa w pętli kojarzyła mi się natomiast z wydanym wiele lat później 12 Minutes, a po drodze pewnie pokazało się trochę innych naśladowców, ale to osobny temat. Główny zarzut, jaki mam do całości, to męcząca w pewnym momencie powtarzalność czynności, które musimy wykonać (a właściwie ścieżek, które musimy przejść), żeby dotrzeć do rozwidlenia, przy którym chcemy dokonać innego wyboru, niż poprzednio. Im dalej w las, tym więcej rozwidleń i potencjalnych "światów równoległych", no i jak wspomniałem, robi się to trochę żmudne. Nie pomaga fakt, że przy wielu scenariuszach słuchamy od nowa dokładnie tej samej gadki Narratora. Zdecydowanie sensowniejszym rozwiązaniem byłoby wyciszenie go, kiedy powtarzamy ścieżkę, w której nic się nie zmieniło. Chęć poznania wszystkich (albo przynajmniej jak największej liczby) możliwych zakończeń/ścieżek sprawia, że można się trochę gierką przejeść, tym bardziej, że element/wybór, który może wpłynąć na otwarcie nowych możliwości, jest czasami trudny do uchwycenia. Poza tym w pewnym momencie można się już pogubić, co gdzie było xD. Osobiście zaliczyłem "na oko" z 20-25 zakończeń i choć SP już mnie trochę nudzi, to staram się wycisnąć co się da bez zerkania do podpowiedzi w necie, ale chyba jestem na etapie, że już się bez tego nie obejdzie. Gra wygląda i działa na Switchu elegancko, jest płynnie, ostro i ładnie, wiadomo, że grafika jest prościutka, ale estetyczna i w zupełności robi robotę. Muzyki tu niewiele, za to najważniejszym elementem ścieżki dźwiękowej jest komentujący nasze poczynania Narrator, no i tutaj oczywiście props dla odtwórcy tej roli, bo spisał się doskonale. Ciekawy eksperyment, zapewniający dużo możliwości zabawy i odkrywania skutków naszych decyzji, okraszony przy tym humorystycznym komentarzem. Momentami trochę przekombinowany i wprowadzający w manowce, ale ogólnie dobrze się bawiłem i polecam.
  24. Zawsze chętnie biorę udział w takich akcjach, ale tutaj muszę powiedzieć to, na co już parę osób zwróciło uwagę: ankieta jest skonstruowana tak, że "muszę" odpowiadać na pytania dotyczące projektów, które w ogóle mnie nie interesują, co poniekąd skutkuje przekłamanym wynikiem. Na wstępie do sekcji o PSX Premium powinna być opcja "nie podoba mi się/nie interesuje mnie taki pomysł". Przy PSX Box jest lepiej, bo jest takie pytanie, ale dopiero jako drugie. Kursy: mogę zaznaczyć, że mnie interesują "na poziomie 0", a dalej i tak muszę coś wybrać w kontekście ich tematyki. Ze sklepu nie korzystam, a mogę odpowiedzieć tylko, że albo jest idealnie, albo mam jakieś zarzuty xD. Jest otwarte pytanie "czego bym nie zmienił w PE" oraz "czego brakuje w PE, co ma konkurencja", a nie ma podstawowej opcji "co wprowadziłbyś/co wywaliłbyś z PE". No chaotycznie i niekonsekwentnie to zrobione. Ale wypełniłem.
  25. A tam gadacie, momenty skradania się między (sub)bossami w Ashina Castle z tym ambientem w tle i padającym śniegiem spokojnie można podpiąć pod "relaksujące". A że to jakieś 5% ogólnego doświadczenia z gry, to inna sprawa xD

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.