Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

kotlet_schabowy

Użytkownicy
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez kotlet_schabowy

  1. Mój głos też idzie na 1+2 (choć nie bardzo czaję dylemat: biorąc pod uwagę obecną cenę tych gier i to, jak szybko można je zaliczyć, warto sprawdzić po prostu obie, no ale ok). Akurat sentyment mam plus minus taki sam do całej serii, bo ogrywałem ją mniej więcej tak, jak wychodziły kolejne części, ale jednak dwójeczka to GOAT. Na niekorzyść drugiego pakietu działa to, że czwórka jest mocno wykastrowana (i to, czy podoba się komuś formuła oryginału, czy nie, nie ma tutaj większego znaczenia, po prostu jest mniej zawartości), na dodatek sporo tu pocenzurowano, a OST to kwestia dyskusyjna, bo dominują tu nowe kawałki, w 1+2 jest to bardziej spójne i zbliżone do starych części (choć też sporo poszło pod nóż).
  2. Ja polecam "Jacked", bo tylko ją z tego zbioru znam xD. Czyta się dobrze, no i w końcu dotyczy Rockstar i GTA (choć kończy się w okolicach 2011 roku).
  3. Dlatego najsensowniejsze by było zebrać parę takich opinii i wrzucić je choćby po miesiącu, bo nie uwierzę, że wśród zawodowych graczy-pasjonatów, jakimi są zgredy, nie znajdzie się parę osób, które plus minus w "okienku premierowym" sprawdza co większe/ciekawsze tytuły. Zresztą zgredgen lub jakaś analogiczna forma wracania do już raz ocenionych gier to jedna z rzeczy, o które od dawna postuluję w tematach typu "co byście widzieli w piśmie", i z tego co widzę, nie jestem sam. To, że nie każdy kupi koncepcję i komuś może ona nie pasować, można odnieść w zasadzie do połowy elementów pisma, począwszy od słynnych recek 6/10, przez listy, kącik anime, region filmowy czy recki komiksów. Trudno, PE ma na tyle dużo stron, że czytelnik jakoś przełknie to, że jedna czy dwie z nich niekoniecznie go zaciekawią. Osobiście (i, jak widzę przynajmniej po ludziach z forum, nie należę do mniejszości) nie tylko nie mam problemu z wracaniem do opinii na temat starszych gier (choć to słowo może nie na miejscu, skoro mówimy o nadal w miarę świeżych tytułach), co wręcz robię to regularnie, na co wpływ ma chociażby to, że nie cierpię na FOMO i nie lecę po każdą nowość w "weekend otwarcia". A z drugiej strony, jeśli coś kupiłem i ograłem, to chętnie przeczytam kolejną opinię, mając już wyrobioną swoją. Co więcej, takie przemyślania "po miesiącu" mogą mieć tę zaletę, że są pisane z pewnym dystansem, oderwaniem od hype'u, na spokojnie (bez słynnego pośpiechu "żeby zdążyć z recką"), czy w końcu w luźniejszej formie literackiej. Wyobrażam to sobie trochę jak opinie o gierce na FPE, czy to w jej temacie, czy we "właśnie ukończyłem". Czasami wywiązuje się przy nich rozmowa o grze, która miała premierę nawet parę lat wstecz. Hyde Park to mimo wszystko strasznie ograniczona przestrzeń. Felietony, owszem, często spełniają tę rolę i między innymi dlatego tak lubię je czytać, no ale są ograniczone przez stały zestaw autorów, więc nie spotkam tam Adamusa czy Graby (przynajmniej na razie xD), a np. Zax czy Piechota w danym miesiącu nie sprawdzili akurat nic świeżego (tu patrzę na pytanie miesiąca z ostatniego HP). Także tl;dr: Roger mobilizuj towarzystwo i wracajcie z jakąś formą zg(red)gena, choćby nieregularnie.
  4. Fantastyczna Czwórka: Pierwsze Kroki Miałem już dosyć długą przerwę od MCU, a że rzucając okiem na jakieś tam materiały z nowej FF (chyba nawet trailera nie widziałem) stylistyka mnie zaintrygowała, to postanowiłem sprawdzić. No i było całkiem sympatycznie, choć niestety trzon fabuły opiera się na temacie, którego zupełnie w takim wydaniu nie lubię, czyli rodzicielstwie i całym zamieszaniu wokół narodzin dzieciaka państwa Fantastycznych. Na dodatek jest to podane w tak kliszowy sposób, że można co najwyżej ziewnąć. Ale poza tym ogląda się to dobrze, szczególnie pierwszy akt. Lekko podana geneza naszych bohaterów i przedstawienie ich sylwetek widzowi, świetna wizualnie podróż w kosmos i spotkanie z Galactusem, który mimo, jak to mówią komiksiarze, znerfienia, i tak budzi respekt. Casting raczej trafiony, wiadomo, że Pedro Pascal już właściwie wychodzi wszystkim z lodówki, ale i daje radę, wyróżnię też Człowieka Pochodnię, da się go lubić. Poza ekipą cały film ciągnie wspomniana retrofuturystyczna stylistyka nawiązująca do lat 60, no i muszę ponownie podkreślić, że wyszło to świetnie, a twórcy podeszli do tego całkiem skrupulatnie. Po prostu przyjemnie się na to patrzy, no i wyróżnia film na tle raczej zlewających się wizualnie w jedno innych epizodów w tym uniwersum (i nie tylko). Także spoko popcorniaczek i na pewno jeden z lepszych Marveli, jakie ostatnio widziałem.
  5. Popatrzyłem i aukcji z kompletem jest w sumie niewiele, a jak już są, to ludzie wrzucają wyleżane starocie niewiele taniej, niż wychodzi nowy zestaw xD. Czyli polska klasyka. To już jednak zostanę przy reprincie.
  6. One Battle After Another Czyli "nowy film P.T. Andersona", względnie "nowy film z DiCaprio i Pennem". Poszedłem niemal w ciemno (widziałem trailer i w sumie mnie nie zachęcił, później padła propozycja kina i z braku laku się zgodziłem, bo na nowości żadnej nie byłem chyba ze dwa lata), wiedząc mniej więcej, czego mogę się spodziewać po tym reżyserze. No i dostałem to, czego "oczekiwałem": przydługaśny (2h40m, końcówka już mnie mocno zmęczyła, do tego montaż i muzyka nie pomagają), sprawnie nakręcony, momentami zabawny w lekki i nieprzymuszony sposób, a momentami pretensjonalny i trochę try hardowy, ale też groteskowy film z mocarną obsadą. Fanem Andersona specjalnym nie jestem, nie powiem, że "skończył się na Aż Poleje Się Krew", ale trochę tak jest, bo wszystko co później wypluwał, to dla mnie takie 6/10. Tutaj kolejny raz (po Inherent Vice) dostajemy adaptację prozy Pynchona i kolejny raz zupełnie mnie to ryra, bo jeśli chodzi o literaturę amerykańską, to jestem ignorantem, a na podstawie tych dwóch scenariuszy bynajmniej nie jestem zachęcony do zmiany tego stanu rzeczy, no ale może dla kogoś (pewnie dla widowni zza oceanu) jest to jakiś big deal. Faktem jest, że czuć tu vibe tamtego filmu, a czy to dla kogoś zaleta, niech sam sobie odpowie, dla mnie niekoniecznie. Jest trochę "dziwnie", chaotycznie, choć popisy aktorskie ogląda się z zaciekawieniem i w sumie są chyba największą zaletą filmów tego twórcy (choć Penn jest tutaj już na granicy przegięcia, nie wiem, na ile jego postać była śmieszna w sposób zamierzony, a na ile niezamierzony). Koniec końców, całokształt oceniam in plus, na pewno jest to dzieło lepsze, niż totalnie do zapomnienia Licorice Pizza. No i dla osób uczulonych na lewactwo może to być seans nie do przetrwania, szczególnie przez pierwszy kwadrans. W sumie dla nie lubiących The Last of Us 2 też: strzelająca z RKMu baba w ciąży included.
  7. Nikt nie mówi, że ten proces ma być w pełni efektywny od razu po napisaniu tekstu, ale również z doświadczenia powiem, że wystarczy ze dwa razy przeczytać to, co się napisało (niech będzie, że drugi raz po godzinie) i naprawdę można wyłapać babole. A przecież jak coś idzie do pisma, to tym bardziej nie jest natychmiastowa publikacja, jak post na forum. Tym bardziej, że tutaj rozmowa toczy się specjali.
  8. Kupował ktoś z Was ostatnimi laty mangę Dragon Ball (zwykłą, nie kolorową)? Zamówiłem sobie trochę tomów, czytam i rzuca mi się w oczy trochę "dziwna" jakość wydruku tych bardziej cieniowanych stron. Mam porównanie do tomu z pierwszego rzutu z bodajże 2002 roku i faktycznie część stron w reedycji jest jakby w niższej rozdziałce. Jacyś znawcy powiedzą, czy warto się tym przejmować i ewentualnie polować na jakieś konkretne wydania? Wiadomo, że oryginały są stare i używane, a reedycje można zamówić nowiutkie, więc no tutaj jest to dosyć ważna kwestia.
  9. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na Plugawy temat w Graczpospolita
    Oglądanie to jedno, ale bycie PŁATNYM SUBEM kogokolwiek (a już szczególnie takiego zjeba) to już wyższy level. A z tego co widzę u niektórych co popularniejszych nadawców z USA, to takie akcje jak ban z dupy bo czymś tam podważyłeś delikatne ego strimera albo po prostu memicznie jest zablokować kogoś ku ucieszy reszty gawiedzi to norma. Jakiś kurwa syndrom sztokholmski. W ogóle abstrahując od całej otoczki tego patusa, to przecież tego nie da się oglądać choćby przez jego irytujący głos xD
  10. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    New Super Mario Bros U Deluxe (Switch) W zasadzie to grę skończyłem w coopie ze dwa miechy temu, ale uznałem, że podzielę się przemyślaniami dopiero po zaliczeniu jej samodzielnie, co miało miejsce parę dni temu. Faktem jest, że singiel i multi to dwa różne doświadczenia, gdzie samotna zabawa jest odczuwalnie trudniejsza, za to współpraca z innym graczem wzbogaca całość o kilka specyficznych elementów, czy to stosowanych czysto dla funu, czy w celu osiągnięcia jakiegoś celu. Generalnie: nie zachwyciła mnie ta część. Tu zaznaczę, że mam za sobą stosunkowo niedawno skończonego Super Mario Wonder, który to jest grą ze dwie klasy lepszą. NSMBU jest, z braku lepszego słowa, mocno zwyczajny. Taki typowy Mario, gdzie czuć jeszcze vibe starych części w 2D, na dobre i na złe. Na pewno nie pasują do dzisiejszego gamingu patenty takie, jak licznik czasu (owszem, w praktyce ciężko go przekroczyć, grając sprawnie i nie wygłupiając się, no ale zawsze to niepotrzebna presja) czy zupełnie bezsensowne wywalanie na mapę świata po każdej śmierci (zwyczajna strata czasu). Równie oldschoolowy, w najgorszym tego słowa znaczeniu, jest system save: możemy zapisać grę tylko co kilka poziomów (zazwyczaj po walce z bossem/subbossem, w zamku), więc w przypadku stracenia wszystkich żyć może nas czekać powtórka nawet paru poziomów. Absurd. Żeby było "śmieszniej", jest tu dostępna opcja quick save, ale tylko przy wyjściu z gry, a po powrocie stan jest usuwany. Co więcej, jeśli wrócimy do rozgrywki ładując quick save, ale potem wypstrykamy się z żyć, to gra cofa nas do...ostatniego "prawdziwego" zapisu xD. Po zaliczeniu "fabuły" pojawia się co prawda opcja zapisu w dowolnym momencie, no ale teraz to mogą ją sobie już wsadzić, bo i tak nie chce mi się gry masterować. Mechanika to typowy Mario, z pewnymi elementami wyróżniającymi tę edycję: nowe stroje, obecność Baby Yoshi w kilku wydaniach (z różnymi "mocami"), minigierki dostępne z poziomu mapy (można podfarmić power-upy i życia). Wszystko to tworzy ogólnie satysfakcjonującą i przyjemną platformówkę opartą na klasycznych zasadach "idź w prawo, skacz po głowie przeciwnikom i dojść do masztu na końcu poziomu". I jakich bym nie miał zarzutów do NSMBU, to formuła ta jak zawsze zdaje egzamin i ogólnie rzecz biorąc grało mi się dobrze, no ale do topki Marianów ta część się nie łapie. Wizualnie jest spoko, gładziutko, płynniutko i kolorowo, design świata i otoczenia jest ok, ale brak tu elementu geniuszu, jakiejś magii, gimmicków, takich jak choćby we wspomnianym już Wonder, ale też przecież w niektórych starszych częściach. Są momenty wyróżniające się kreatywnością, wrzucające uśmiech na twarz (ot choćby takie w sumie proste patenty, jak level z gigantycznymi przeciwnikami), ale trochę tego za mało. Muzycznie też jest meh. Nie wiem, coś nie do końca zagrało. Ale to nadal Mario i odpalenie go na krótszą sesję zawsze było miłą zabawą. Little Nightmares (Switch) Czyli mała gierka na nocne odpalenie przed snem. No i jak to w takich przypadkach bywa, tytuł starczający na jakieś 2 godziny grania "robiłem" na kilka rat xD. Nie wiem, jakoś momentami potrafiłem się zniechęcić przy jakimś upierdliwym fragmencie, który wymagał przykładowo ucieknięcia przed złolem w idealnym czasie, co do sekundy, bo w innym wypadku czekała nas śmierć i kilkunastosekundowy loading. A po tym niekoniecznie sensownie ustawiony checkpoint. LN stoi designem i atmosferą i tu nie da się ukryć, że jest ciekawie i oryginalnie. Nie zdradzając za dużo powiem tyle, że poruszamy się w mrocznym, często zapaskudzonym bardziej lub mniej sprecyzowanym syfem i nieco klaustrofobicznym otoczeniu, spotykając na swojej drodze groteskowe, mocno obleśne i niepokojące postacie (choć nie wiem, czy to najtrafniejsze określenie), a całość odbywa się przez większość czasu bez muzyki, za to z sugestywnymi odgłosami. Trochę Tim Burton, trochę animacje Sylvaina Chometa (Trio z Belleville, anyone?). Gameplay opiera się na elementach zręcznościowych w postaci skakania, wspinania czy ucieczek przed przeciwnikami (wobec których jesteśmy bezbronni) oraz na rozwiązywaniu raczej prostych zagadek środowiskowych. Trudności w przypadku "platformowania" mogą wynikać z mało precyzyjnego sterowania z dużym lagiem i mylącą perspektywą, gdzie wydaje nam się, że biegniemy "prosto" (czyli gałka w prawo), po czym postać wpada na ścianę/spada z wąskiego gzymsu, bo ją "zniosło". Jeśli natomiast chodzi o momenty wymagające ruszenia głową, to miałem nieraz wrażenie pewnej nieczytelności elementów otoczenia, co wpływało na chwilowe zawiasy. Całość miała dla mnie mocny vibe Inside, co niekoniecznie traktuję jako pochwałę (tam też te skoki i ucieczki na ostatnią chwilę potrafiły wkurwić). Osobliwe doświadczenie. Ogólnie: ciekawostka do sprawdzenia dla wrażeń "artystycznych". Na Switchu prezentuje się bardzo ładnie i poza loadingami nie ma się do czego przyczepić w tematach technicznych.
  11. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Dziedzictwo Hogwartu (PS4) Niecałe 30h na wątek główny i trochę zadań pobocznych i uważam, że to odpowiedni czas, żeby się nie przejeść, ale coś tam poza szybkim przebiegnięciem fabuły zobaczyć i odkryć. Jak widziałem wpisy, że ludzie po kilkudziesięciu godzinach nie byli nawet w połowie, to nie dziwię się, że ich ta gra zmęczyła czy znużyła. No jest to ubisofciak, zajebanie mapy śmieciami, generycznymi aktywnościami typu "zniszcz obozy wroga" czy "przeszukaj jaskinie" osiągnęło tu poziom wręcz absurdalny, ale w takie gry po prostu trzeba nauczyć się odpowiednio grać, żeby sobie ich całkowicie nie obrzydzić: osobiście po prostu sprawdzam sobie na kilku przykładach poziom dodatkowych zadań i ewentualnie olewam resztę, jeśli uznam, że to sztampa na zasadzie kopiuj wklej, wyłączam tryb OCD gracza w temacie znajdziek (trochę poszperam, poznam mapę, podexpię), a kiedy czuję, że gra powoli zaczyna mi się nudzić, lecę już do końca fabuły i elo. Na pewno na plus Dziedzictwa działa uniwersum. Żaden ze mnie fanatyk Pottera, a już na pewno nie w filmowej odsłonie (książki lubię i sentyment, szczególnie do części 1-4, mam) ale i tak udzieliła mi się atmosfera tego świata, zasady nim rządzące (jakkolwiek w wielu momentach zupełnie nielogiczne), zamieszkujące go istoty itd. Sto razy wolę coś takiego, niż nudziarskie zwiedzanie kolejnej epoki historycznej w jakichś Asasynach. Inna sprawa, że postacie i scenariusz są tutaj naprawdę mało interesujące. Chyba jedyny wątek, który w jakimkolwiek stopniu mnie zaciekawił, to poboczne misje-relacje z Sebastianem (jest to też chyba jedyna w miarę zniuansowana i ciekawa osoba). Ominąłem sporo fetch questów, ale wątpię, żeby czekały mnie tam jakieś niesamowite wrażenia w tym względzie. Wracając do historii: sam fakt, że nasz bohater to totalny random, wskakujący do Hogwartu na piąty rok w zasadzie bez żadnego tła, to zmarnowany potencjał. Ja wiem, że to RPG, gdzie tworzymy postać i jest ona tylko naszym avatarem (notabene kwestia wyboru tembru głosu, choć pomysł sam w sobie ciekawy, została rozwiązana na tyle słabo, że jeśli nie chcemy mieć wrażenia, jakbyśmy mieli jakieś problemy z dźwiękiem, to lepiej zostać przy defaultowym tonie), ale do mnie to nie trafia. Wydarzenia z grubsza po mnie spływały, niby mamy tu jakiś wątek "wybrańca", odkrywanie tajemniczej przeszłości, potężnych magów i potężne gobliny, ale wszystko to jest jakieś takie mdłe i zwyczajnie nudne. Postacie nie mają charyzmy (nawiasem mówiąc mam wrażenie, że 3/4 napotykanych NPCów to kolorowe kobiety), dialogi to głównie pozbawiona emocji ekspozycja, nie ma tu jakichś zwrotów akcji, a zresztą nawet jakby były, to pewnie skwitowałbym je wzruszeniem ramion. Szkoda, bo mając pełną licencję i taki materiał źródłowy, można było z tego wykrzesać dużo więcej. No i karny kutas za to, że do obejrzenia true endingu wymagane jest chamskie farmienie levelu naszego bohatera. W tym wszystkim robotę robi gameplay. To typowy open world, więc jest tu wszystkiego po trochę, ale parę elementów twórcom się naprawdę udało i wyróżniają grę na tle innych "przygodowych RPG akcji". Pochwalić muszę choćby walkę z użyciem magii: fajne wykorzystanie wiodącego elementu tego świata. Nie będę wchodził w szczegóły systemu, ale jest tu sporo różnorodności, możliwych kombinacji i zabawy, starcia dają satysfakcję i momentami są wyzwaniem, choć to akurat wynika trochę z taniego patentu, jakim jest przeskalowanie HP wrogów, którzy są choćby jeden lvl wyżej od nas (co pod koniec może być problematyczne, bo nie wczuwając się zbytnio w robienie pobocznych zadań, levelowanie mniej więcej powyżej 28 poziomu idzie już powoli, a końcowi wrogowie to okolice 30-32). No i czasami w starcia wdziera się chaos, szczególnie przy dużej liczbie mobków, gdzie jeden wymaga użycia jednego rodzaju magii, drugi innego, a w międzyczasie trzeba unikać lub parować ataki, jednocześnie pilnując zdrowia. Co nie zmienia faktu, że gra jest raczej łatwa (pomijając ostatniego bossa: uwielbiam, kiedy twórcom relaksującej, casualowej gry nagle na jeden moment odpala się tryb From Software xD). Fajne są epizody związane z nauką w szkole. Co prawda, znowu użyję tego sformułowania, potencjał był dużo większy (Bully w klimatach Pottera?), ale i tak miło jest między głównymi, "poważnymi" zadaniami wskoczyć na jakąś lekcję i nauczyć się nowego zaklęcia. Co prawda w pewnym momencie sprowadza się to praktycznie tylko do obejrzenia cut-scenki i odwalenia krótkiego QTE, ale i tak klimat się udziela. Szkoda tylko, że na pewnym etapie, żeby poznawać nowe czary musimy robić trochę żmudne zadania. Sporo tu aktywności, które niektórych mogą wciągnąć na dodatkowe godziny, a ja olałem je po wykonaniu minimum potrzebnego do postępu scenariusza. Mówię tu przede wszystkim o Pokoju Życzeń i powiązanej z nim "hodowli" zwierzaków. No nie moje klimaty. Podobnie zresztą jak hodowanie roślinek czy przyrządzanie eliksirów, ale tak mam prawie w każdej grze oferującej takie patenty. Natomiast podróżowanie na miotle przypadło mi do gustu, co prawda samo uczucie lotu jest jakieś takie mało dynamiczne, ale i tak fajnie sobie wskoczyć w niemal dowolnym momencie na kija i przyspieszyć eksplorację. Oczywiście tam, gdzie się tylko dało, korzystałem z szybkiej podróży (punkty dostępne po odkryciu ich samodzielnie "na piechotę"), bo mapa jest naprawdę duża, a zadania niestety skonstruowano w taki sposób, że skakania tam i z powrotem po odległych punktach, żeby z kimś pogadać, jest sporo. Na starej konsoli wiąże się to niestety ze sporą liczbą umiarkowanie długich loadingów, upierdliwych szczególnie przy wkraczaniu do osobnych, większy lokacji, które stanowią często trzon misji. Tu niestety muszę dać minusa, bo te poziomy to zazwyczaj dłużące się, generyczne labirynty/jaskinie/komnaty. A już najbardziej mnie zmęczyły Próby, wymagające "zabawy" z elementami otoczenia i portalami (kto grał, ten wie). Aha, wyróżnienie za upierdliwość trafia do systemu ekwipunku i znajdowania lootu. Śmieci wokół nas walają się tonami, a większość "użytecznych" przedmiotów, to ciuchy: poza umożliwieniem nam rozwijania swojego talentu stylisty (trochę szydzę, ale w sumie jest jakiś fun w dobieraniu sobie odpowiedniego stroju xD), wpływają one na nasze staty. No ale nosić ich przy sobie możemy naprawdę niewiele (pojemność kieszeni zwiększają-a jakże-aktywności poboczne, ale trzeba ich zrobić tyle, że w pewnym momencie już to zlałem) i w rezultacie albo trzeba co chwila latać do sklepów, żeby je spieniężyć, albo pozbywać się jednych, żeby zrobić miejsce drugim. Technicznie na PS4 jest średnio. O ładowaniu już wspomniałem, wizualnie niestety mocno czuć, że to biedniejsza wersja i mocny downgrade w stosunku do current genów. Gorszy wygląd postaci, rozmazane tekstury, słabsze oświetlenie czy niższa rozdziałka rzucają się w oczy. Za to framerate nie jest zły, a wyłączając blokadę klatek można dosyć często cieszyć się płynnością sporo ponad 30 FPSów. Na plus ogólnie rozumiana warstwa artystyczna: design budynków (na czele z Hogwartem oczywiście), wnętrz, elementów otoczenia. Przymykając oko na czysto techniczne aspekty, są tu momenty naprawdę ładne (co starałem się uchwycić na screenach). Doceniam też fakt, że dostajemy zmienne pory roku: zima zawsze spoko. Muzyka robi robotę, czuć inspirację Williamsem (a momentami po prostu użyto jego kompozycji, przede wszystkim motywu przewodniego z filmów) i odgrywa ona naprawdę znaczącą rolę w budowaniu magicznej atmosfery tego świata. Kończąc już, bo trochę się rozpisałem, a i tak na pewno coś pominąłem: Hogwart's Legacy to tytuł ogólnie niezły, ale bardzo nierówny. Sporo rzeczy robi dobrze, ale zanurzone to jest w morzu powtarzalnych, schematycznych czynności. Można oczywiście pominąć większość z nich, ale sporo jest obowiązkowych. Grając, że tak powiem, "nieodpowiednio", można się odbić. Mnie się udało stworzyć sobie takie doświadczenie, że całokształt będę wspominał jako przyjemną, niezobowiązującą przygodę, bez głębszych przeżyć czy oczekiwania na sequel. Zabrakło też tożsamości, wszystko jest bezpieczne i często niestety mdłe: tu patrzę na otoczkę fabularną. Samym lore człowiek nie użyje, tym bardziej, kiedy jego poznawanie to w dużej mierze szukanie setnej kartki z księgi notatek. Sam pomysł na osadzenie gry w otwartym świecie nie był zły, ale całość powinna być bardziej skondensowana. Takie 6/10, dla miłośników tego świata spokojnie oczko wyżej, z drugiej strony ci, którzy za uniwersum Pottera nie przepadają lub nawet podchodzą do niego z obojętnością, raczej nie mają tu czego szukać. c.d.
  12. News o nowym rzucie tego składanego normalnie przyjąłbym z radochą, w końcu od dawna się nosiłem z jego kupnem, ale pojawienie się w ofercie tego "gotowca" za 1400/1200zł (za tyle znalazłem w innym sklepie) mi stworzyło dylemat. Kurwa no drogo trochę, ale bez bawienia się w składanie, malowanie, a jakość materiałów ma być naprawdę dobra. No i w obu przypadkach tyle czekania. Ale tak czy siak któregoś muszę mieć. Zamawialiście kiedyś coś z Dystryktu Zero na zasadzie przedsprzedaży? Te daty są orientacyjne i możliwe, że będą mieli na stanie wcześniej?
  13. Ta, Elastomania to było moje pierwsze skojarzenie, fizyka bardzo podobna, tylko tu trzeba jeszcze strzelać xD. Ja wziąłem jakiś czas temu na "promce" na Switchu (60 zł bodajże, także widząc cenę podaną przez Reda cebula zapiekła) i odstawiłem po jakiejś godzinie. Już nawet pal licho tą trudność, bo checkpointy są co chwilę i można to sobie metodycznie pchać do przodu, ale jak zobaczyłem na necie, że sam "wątek główny" może zająć jakieś 18h, to zwątpiłem: nastawiałem się na parogodzinnego indyczka (czemu ja tego nie sprawdziłem wcześniej...). A tu jeszcze dochodzi mój "ulubiony" crafting. No nie jest to dla mnie formuła gry, która pasuje do tak rozbudowanej przygody. Może kiedyś z doskoku będę to przechodził, ale na ten moment pass.
  14. Do mnie numer też dziś (wtorek) dotarł, pierwsze wrażenie ok (okładka limitki prezentuje się elegancko), natomiast zapach...cóż, liczyłem na inny. Ten jest tożsamy z aromatem Saturn Extreme, zakładam, że ta sama drukarnia, choć papier zdecydowanie inny (jakby bardziej matowy, w dotyku spoko, ale grafiki lepiej prezentują się na "lśniącym"). Na temat treści dodam pewnie coś więcej po dokładniejszym sprawdzeniu, jak na razie rzuciło mi się w oczy, że sporo tu NRGeeka, co nie wróży zbyt dobrze, choć jeden jego tekst już zaliczyłem (o gadżetach do Xa) i nie był taki zły. Za to artykuł otwierający pismo niezbyt mi przypasował. Straszny chaos (skakanie po wątkach bez jakiejś płynności i większego planu narracji) i wyjątkowo dużo potocznych wtrętów. No i gdzie tradycyjna dla numerów specjalnych prezentacja autorów, najlepiej z fotkami "z epoki"?
  15. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Batman: Arkham VR (PS4) Lubię krótkie gierki, ale to już przesada xD. Dochodziły mnie słuchy, że wadą Batmana VR jest jego długość (lub raczej "krótkość"), ale nie zmniejszyło to mojego zaskoczenia w momencie zobaczenia napisów końcowych, które wjechały jakoś po niecałych dwóch godzinach rozgrywki. Tyle dobrze, że zapłaciłem za tę przyjemność tylko ~22 zł. Batman w VR to w sumie bardziej forma dema/"doświadczenia" w rzeczywistości wirtualnej, niż pełnoprawnej gry. Interaktywności jest tu w sumie niewiele, zabawa opiera się na badaniu lokacji/miejsc zbrodni/ciał przy użyciu dosłownie trzech gadżetów Nietoperza (obowiązkowy Batarang, linka i skaner). No i nie powiem, wczuwka jest, w końcu kurwa jesteśmy Batmanem! Klimat wylewa się z ekranu, posępne, deszczowe Gotham i dosyć depresyjny wątek przewodni robią robotę. Szkoda tylko, że jeden z praktycznie dwóch pełnoprawnych leveli niemal w całości skupia się na mechanice, za którą nie przepadam, mianowicie odtwarzaniu wydarzeń z miejsca zbrodni i polowaniu na wskazówki. Warto zaznaczyć, że tytuł ten jest tworem Rocksteady, kanonicznym i de facto ostatnim jak dotąd elementem serii Arkham. Całość jest osadzona czasowo między Arkham City a Arkham Knight, ale nie stanowi istotnej fabularnie części całej historii. Spotykamy natomiast znanych i lubianych bohaterów i antybohaterów, którym głosy podkłada zestaw aktorów z głównej serii. Jak wspomniałem, atmosfera jest gęsta, fajnie pobawić się zabawkami Netoperka, pomysły na ich wykorzystanie są całkiem kreatywne i fajnie wykorzystujące możliwości gogli (i wymaganych do zabawy kontrolerów Move), tylko zanim się na dobre wkręcimy, gra się już kończy. Niby zostaje opcja poszukiwania jakichś znajdziek Riddlera (niedostępna przy pierwszym przejściu), ale to marne pocieszenie. Dodam jeszcze, że graficznie to topka PS VR, uproszczenia są oczywiste, ale naprawdę nie ma wstydu w porównaniu do "normalnych" gier. No także dla fanów serii ciekawostka do sprawdzenia na promce. Gdybym zapłacił pełną cenę (obecnie to chyba okolice 80 zł), byłbym "lekko" zniesmaczony.
  16. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    Włóczykij: Melodia Doliny Muminków (Switch) Mimo, że jakimś wielkim miłośnikiem Muminków za dzieciaka nie byłem, to wiadomo, że siłą rzeczy darzę je sentymentem. A że gierka zbierała całkiem pozytywne opinie i nie kosztuje jakoś dużo (60 zł na promce), to się skusiłem, tym bardziej, że miała być krótka, a ja lubię takie przerywniki, szczególnie ogrywane na Switchu. No i w istocie, zabawa trwała jakieś 3, może 4 godziny, co jak na podaną formułę jest w zupełności wystarczające, bo końcówka ze swoim backtrackingiem już zaczynała trochę nużyć. Ogólnie to typowa COZY game, opierająca się głównie na eksploracji i zbieraniu potrzebnych itemów, bez walk z przeciwnikami, jakichś "stresujących" motywów, platformowania (no powiedzmy, że jest tu jego maksymalnie uproszczona namiastka), z obowiązkową, melancholijną muzyką w tle (jak dla mnie nieco zbyt powtarzalną). Motywem wyróżniającym przygody Włóczykija jest używanie przez niego różnych instrumentów w celu oddziaływania na zwierzaki, rośliny i inne elementy otoczenia. Ot przykładowo uderzamy parę razy w bębenek, żeby oczyścić drogę z zalegającej kupy piasku, albo grając na harmonijce "ciągniemy" za sobą NPCa, który jest niezbędny do przejścia gdzie tam dalej. Mechanika ta jest całkiem sympatyczna i poprzez element muzyczny buduje dodatkowo oryginalną atmosferę całości. Co jakiś czas dostajemy też jakiś gameplay'owe urozmaicenie, na czele z etapami "skradankowymi" (dosyć proste w założeniach, ale można się na chwilę zatrzymać). Całość jest raczej prościutka, choć pod koniec można się trochę pogubić szukając odpowiedniego miejsca z listy zadań (mapa jest mało użyteczna). Spotykamy oczywiście całą plejadę postaci ze świata Muminków, również tych z dalszego planu (o których istnieniu osobiście już zupełnie zapomniałem). Opowiastka toczy się wokół poszukiwań Muminka i uwolnieniu doliny od nikczemnego strażnika parku, który chce wszędzie wprowadzać nakazy, regulacje i w ogóle pozbawić otoczenie jego nieskrępowanej natury. Czyli taki tam ekologiczny przekaz. Gra ma sympatyczną, lekko senną atmosferę, a świat przedstawiony i napotykane zwierzaki są w większości urocze. Szkoda, że wersja Switchowa prezentuje się i działa niezadowalająco, zważywszy na to, jak prosta i niewymagająca przecież wielkiej mocy obliczeniowej jest oprawa. Brak tu 60 klatek, rozdzielczość w trybie HH jest dosyć niska, postacie wyglądają na postrzępione i niezbyt wyraźne. Nie zmienia to faktu, że całość od strony artystycznej wygląda bardzo ładnie i jest wierna znanej nam animacji. Podsumowując: dla fanów Muminków pozycja obowiązkowa, dla reszty może być miłą odmianą od "dużych" gier, ale nie jest to jakiś must have.
  17. Widzicie, jakie to PE jednak jest potężne, niby coraz mniej osób czyta papier, niby w mediach społecznościowych małe zasięgi, młodzi nie znają marki, a okazuje się, że impreza na ~300 osób jest w stanie "cofnąć nas o dekady w postrzeganiu graczy i branży.". Zapomniała dodać wzmiankę na temat turniejów w PESa i Tekkena, które utrwalają krzywdzący stereotyp, że kultura graczy kręci się wokół MACZYSTOWSKIEJ konfrontacji w typowo męskich sportach.
  18. Ironia nie zmienia meritum: sugerowałeś, że nie pokazali progresu, zauważyłem, że owszem, pokazali, i to nie jest jeden fikołek, ale coraz więcej udanego parowania chociażby. I jak sam spekulowałeś, prawdopodobnie wynikało to z kwestii "mentalu", a nie umiejętności, dopiero w końcówce Snake poszedł na całość. Ocelot to nie do końca trafiony przykład, gość jest potrójnym agentem i w sumie do końca nie wiadomo, kiedy walczy na serio, a kiedy odpuszcza z premedytacją, praktycznie nic nie wiemy o jego przeszłości i treningu, koniec końców jest synem The Boss, więc heh. Notabene od zebrania wpierdolu od Snake'a do ich walki w samolocie minął tydzień. Zresztą można sobie tu szukać sensu czy logiki, a to w większości po prostu zabiegi narracyjne i jakby chcieć wyszukiwać niekonsekwencji czy głupotek, to znalazłoby się dużo cięższe babole.
  19. Dokładnie tak było, co najlepiej widać w starciu po podłożeniu C3 czy nawet już wcześniej: będąc przyłapanym w stroju Raikova. Dosyć subtelne, ale widoczne. Swoją drogą, przeczytałem dziś w recce w PE, że Delta na zwykłym PS5 w trybie performance ma rozdziałkę wahającą się między 720p a 1080p, a i tak nie dostarcza 60 klatek...I jeśli dobrze kojarzę, to filmiki i tak mają lock na 30 fps. Co to kurwa jest xD? Czyli grałem w Snake Eatera na PS2 w 20-25 klatkach narzekając, że to duży downgrade w stosunku do płynniutkiej dwójki, po latach mogłem zaliczyć grę w godnych okolicznościach dzięki edycji HD na PS3, a teraz znowu mam mieć FILMOWE doświadczenie? Nie no spoko.
  20. Numer dopiero napocząłem, ale już widzę, że jest naładowany treściami interesującymi mnie zdecydowanie bardziej, niż przed miesiącem (w czym też zasługa ciekawszych tytułów na liście recenzji). Jako tutejszy muszę się tylko na dzień dobry przyczepić do fragmentu recki Cronosa: Nowa Huta to nie osiedle, a dzielnica (nawiasem mówiąc początkowo mająca być odrębnym miastem), natomiast styl architektoniczny, który mocno eksponują Blooberzy, to nie brutalizm, a socrealizm. Ja z reguły jadę "po Bożemu", czyli od wstępu, ale lubię też na początku sprawdzić końcówkę numeru, felieton Rogera, no i co tam wrzucono do Głosu Ludu.
  21. No nie, w ogóle: https://memorial-polska.pl/news/niekonczace_sie_klamstwo_katynskie https://tass.ru/obschestvo/20515213 W ogóle implikowanie, że jak w Rosji raz coś przyznano, to za parę lat nie są w stanie się z tego wycofać i udawać, że nigdy nie twierdzono inaczej xD
  22. Gra od 14:00 naszego czasu jest dostępna w edycji "deluxe" bodajże dla regionu Nowej Zelandii i streamowana przez paru "czołowych" gości ze sceny MGS, jak na razie moją uwagę zwróciło głównie to, że de facto nie ma opcji kamery TPP w stylu Subsistence, albo klasyczny MGS3 "z góry", albo nowa kamera znad ramienia, do tego trochę namieszali ze sterowaniem, no i utwór z intra jest zaśpiewany na nowo. Oczywiście poza tym dziesiątki innych pierdół jak chociażby dodanie trochę od czapy szumu w tle rozmów przez radio czy jakieś zmiany w dialogach, część tych rzeczy będzie drażnić pewnie tylko hardkorowych fanów znających MGS3 na pamięć, no ale też nie zamierzam sobie wszystkiego spoilerować, bo gierkę tak czy siak kiedyś zamierzam sprawdzić.
  23. No ja porzuciłem szóstkę parę miechów temu po dwóch ~półgodzinnych sesjach xD. Dam jej pewnie jeszcze szansę, bo po prostu szkoda mi wydanej kasy, żeby coś tak zlać po "pierwszym" złym wrażeniu, ale piątka przy niej to niebo a ziemia. Podobny casus z Assassin's Creed 3: też zamierzam wrócić, bo wyznaczyłem sobie za cel ogranie "trylogii Desmonda", ale gra jest arcygenerycznym ubisofciakiem, w którym przez parę godzin nie wciągnęło mnie absolutnie nic.
  24. Obejrzałem z braku laku i seans był nawet przyjemny, ale kreowanie nowego Supka na jakieś objawienie (zresztą jak niemal każdego kolejnego filmu komiksowego, który jest przynajmniej dobry, normalnie kurwa same mesjasze...) i najlepszą wersję tego bohatera przynajmniej od 1978 jest już dla mnie śmiesznym i typowym dla obecnych komentatorów/mediów, samonakręcającym się pompowaniem balonika. W sumie już trailery mnie zbytnio nie przekonywały i o ile film nie był zły, tak to, co od początku mi nie pasowało, nie pasowało mi do końca. Przede wszystkim szeroko pojęta reżyseria/montaż/ujęcia, szczególnie te jebane zoomy i "rybie oko" w scenach akcji i lotu. No kurwa niezamierzenie komicznie i absurdalnie to wygląda xD. Nie wiem, o co chodziło Gunnowi, jedyne, co z tego może wyniknąć dobrego, to memy. Efekt potęguje jeszcze specyficzna twarz i szeroko rozstawione oczy aktora wcielającego się w Super Chłopa. Notabene straszny z gościa plastuś. Zresztą gdybym miał podsumować jednym słowem wizualia całego filmu, to byłoby to właśnie słowo "plastelina". Mamy 2025 rok, topowy blockbuster rocku i nadal CGI wygląda jak wygląda. Na plus natomiast ogólna stylistyka i kolorystyka, jest komiksowo i "przyjemnie" (no przynajmniej do drugiego aktu, gdzie dostajemy obowiązkową w obecnym kinie komiksowym MIĘDZYWYMIAROWĄ, ciemną sraczkę w CGI). Zresztą o całym filmie można tak powiedzieć: mocno komiksowy, co z jednej strony może być zaletą (w końcu to adaptacja komiksu lol), z drugiej wadą: ot, tak jak komiks, film jest generalnie mocno infantylny, przedstawione problemy są raczej płytkie, rozwiązania proste i naiwne, bohaterowie płascy. No bo co dorosły widz ma odczuwać widząc kolejny raz, że w trakcie walki z gigantycznym stworem, po ulicach i w biurach nadal krzątają się ludzie i oczywiście Superman musi w ostatnim momencie osłonić tego jednego tępego bachora, który "zgubił się" rodzicom? Albo śledząc intrygę dotyczącą fikcyjnych (i groteskowo nazwanych) państw, która to "subtelnie" kojarzyć nam się ma z rzeczywistymi wydarzeniami, tylko pokazana jest tak absolutnie dziecinnie, że znowu jest niezamierzenie śmiesznie (obdartusy z maczetami bronią granicy przed nowoczesnym wojskiem xD)? To po prostu film, który bez zgrzytów, "na poważnie" przyjąć mogą tylko dzieciaki, względnie nastolatkowie, a "z dystansem" i jako luźny seans w lubianym uniwersum boomerzy tacy, jak tutaj. No i bezkrytyczni wyznawcy Gunna, który cokolwiek by nie zrobił, jest zajebistym, autoironicznym, humorystycznym i bezpretensjonalnym podejściem do kina bohaterskiego, więc każdy jego kolejny film musi mieć ten sam niepoważny vibe. Na plus mimo wszystko nowy Supek, chociaż jest dosyć nijaki, ale to w sumie tak, jak pierwowzór. Nie wprowadzano na siłę jakichś rewolucji w jego prezencji czy mentalu, jest w miarę "teraźniejszy", ale z grubsza trzymający się kanonicznych fundamentów tej postaci. Jednak najbardziej błyszczy (bo też jest tutaj chyba najlepszym aktorem) oczywiście Luthor, który poza kilkoma trochę cringe'owymi akcjami w stylu "jestem nie tylko geniuszem zła, ale też największym dupkiem na świecie wobec swoich podwładnych" ma chyba jedyne w tym filmie autentycznie poważne i złowieszcze momenty. Poza tym Guy Gardner, Mr. Terrific i parę innych postaci z drugiego planu, nie rozumiem natomiast propsów dla Lois, która jest absolutnie nijaka, zarówno jako postać, jak i jako aktorka. Pies też jest trochę przehajpowany, no wiadomo, futrzak zawsze spoko, ale tutaj oglądając jego wybryki czułem się, jakbym słuchał trzeci raz tego samego żartu. Także takie typowe 6+/10.
  25. kotlet_schabowy odpowiedział(a) na odpowiedź w temacie w Graczpospolita
    No niestety abstrahując od słynnego zakończenia, to w ME3 czuć było, że sporo rzeczy było zrobione jakby w pośpiechu, a niektóre elementy ucierpiały na tym, że twórcy mocno skupili się na wciśniętym na siłę multi: wspomniane chociażby miasta, generalnie poczucie, że sporo miejscówek opiera się na schemacie "siema, potrzebujemy pomocy w walce- ok rozwaliliśmy złych, lecimy dalej". Takie trochę miałem skojarzenie z Ratchetem 3, gdzie swoją drogą też sporo pary poszło w multika, przypadek? Szkoda też, że nie rozbudowano bardziej epizodu na Ziemi. Poza tym świetna gierka. Ostatnio skończyłem: Iron Man VR (PS VR) Demo sprawdziłem w tamtym roku, na początku przygody z goglami i zrobiło na mnie dobre wrażenie, choć nie aż takie, żebym zaraz leciał "do sklepu". Ot fajne wykorzystanie PS Move i niezła immersja. To w końcu Iron Man: uczucie bycia wewnątrz słynnej zbroi, obecny przed naszymi oczami HUD czy wszelkie zabawki i gadżety robią wrażenie. Niedawno za niewielką kasę nabyłem pełniaka no i jedno trzeba przyznać: to naprawdę długa gra, jak na VR, zajęła mi spokojnie z 8h, ale niekoniecznie jest to w tym przypadku zaleta. Za dużo tu niestety powtarzalności i generycznych starć: im dalej w fabule, tym więcej niekończących się walk z masowo atakującymi (niespecjalnie przy tym różnorodnymi) wrogami, głównie generycznie wyglądającymi dronami i ich różnymi wariantami. Niestety specyfika hełmu i kamerki nie sprzyja tak dynamicznym starciom i często wkradał się w nie straszny chaos (chyba pierwszy przypadek, kiedy IRL obróciłem się nieświadomie dookoła i faktycznie niewiele brakowało, żebym zahaczył o walający się na podłodze kabel od VR). Nie pomaga też problematyczne ustawienie się względem kamery (w zasadzie trzeba grać na stojąco). Fundamenty rozgrywki są niezłe: poza sekcjami "w cywilu" (głównie przerywnikami w bazie, dającymi czas na odpoczynek, upgrade zbroi czy jakieś interakcje/mini gierki w mieszkaniu), zabawa opiera się na lataniu w zbroi Iron Mana i rozwalaniu wrogów, okazyjnie jakiejś innej akcji typu wyrwanie wielkich metalowych drzwi (miła odskocznia od strzelanin). Cała zajawka tkwi oczywiście w samym poruszaniu się: wychylając odpowiednio nasze ręce/kontrolery Move, sterujemy ikonicznym odrzutowym napędem w dłoniach Iron Mana, pomagając sobie ruchami głowy przy obraniu odpowiedniego kierunku. No jest zajawka, nie ma co, choć nie jest to najbardziej precyzyjne sterowanie na świecie i wielokrotnie można się gdzieś zamotać, a wszelkiego rodzaju time triale związane z lataniem do celu były dla mnie nierealne do zaliczenia poniżej paru minut xD. Rękami również celujemy i strzelamy, na dwa różne sposoby (intuicyjny patent ze zginaniem nadgarstków w celu zmiany trybu strzału), do tego dochodzi strzał "z piąchy" i to z grubsza tyle. Fabuła jest średnich lotów, choć nadrabia tutaj typowy dla Tony'ego Starka humor i jego teksty (wizerunki i lore nie są oparte na filmowej licencji MCU). Spotykamy parę znanych z uniwersum postaci, ale nie ma tego dużo. Wizualnie jest ok, komiksowy sznyt dobrze pasuje do niewielkich możliwości graficznych sprzętu. Nie była to moja topka gier na VR, ma swoje momenty i generalnie lata i strzela się fajnie, ale ogólne wrażenie zepsuły mi wspomniana powtarzalność czynności, chaos i przedłużające się walki. Spoiler

Account

Navigation

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.