-
własnie ukonczyłem...
The Stanley Parable (Switch) Wersja Deluxe, czyli prawie drugie tyle zakończeń, co w oryginale na PC i pewnie jakieś tam różne ulepszenia. Fenomen, który pewnie już każdy zainteresowany poznał, a u mnie od daaawna leżał w backlogu, trafił na listę długo przed wydaniem reedycji, no i w końcu się skusiłem. Co ważne, udało mi się przez te ~12 lat w zasadzie całkowicie uniknąć jakichkolwiek spoilerów, podchodziłem do gry zupełnie w ciemno, nie wiedząc, o co tu w ogóle chodzi. Jeśli jakimś cudem czyta to ktoś, kto też jeszcze nie wie, a zamierza grę sprawdzić, to może przestać czytać. Rozgrywka jest teoretycznie prosta w formie, ale innowacyjna w "treści" i oferująca grającemu dużą dawkę wolności wyboru. Wolności w stylu innym, niż przyzwyczaił nas gejming. Jak wiadomo, w The Stanley Parable kierujemy zamkniętym w pętli ludkiem-pracownikiem biurowym, który rusza ze swojego gabinetu do pozornie prostego celu. Oczywiście koncept robi się jasny i z grubsza powtarzalny już przy pierwszym podjętym wbrew Narratorowi wyborze (ikoniczne już zapewne dwie pary drzwi), ale odkrywanie każdej kolejnej iteracji naszej przygody i coraz to bardziej absurdalnych scenariuszy jest niezwykle wciągające i zwyczajnie bawi. Co prawda humor nie zawsze do mnie trafiał i momentami stawał się już mocno try-hardowy (cały wątek z wiadrem...), ale ogólnie było wesoło. W zasadzie cała narracja to jedno wielkie łamanie czwartej ściany a przy tym komentarz, najczęściej mocno ironiczny, na temat pewnych schematów i trendów w branży. Część się może już trochę zdeaktualizowała, ale kto siedzi w temacie od dawna, ten wychwyci różne szpileczki i nawiązania. Ogólnie gra jest META w chuj i jak na tamte czasy takie coś musiało robić duże wrażenie. Sama zabawa w pętli kojarzyła mi się natomiast z wydanym wiele lat później 12 Minutes, a po drodze pewnie pokazało się trochę innych naśladowców, ale to osobny temat. Główny zarzut, jaki mam do całości, to męcząca w pewnym momencie powtarzalność czynności, które musimy wykonać (a właściwie ścieżek, które musimy przejść), żeby dotrzeć do rozwidlenia, przy którym chcemy dokonać innego wyboru, niż poprzednio. Im dalej w las, tym więcej rozwidleń i potencjalnych "światów równoległych", no i jak wspomniałem, robi się to trochę żmudne. Nie pomaga fakt, że przy wielu scenariuszach słuchamy od nowa dokładnie tej samej gadki Narratora. Zdecydowanie sensowniejszym rozwiązaniem byłoby wyciszenie go, kiedy powtarzamy ścieżkę, w której nic się nie zmieniło. Chęć poznania wszystkich (albo przynajmniej jak największej liczby) możliwych zakończeń/ścieżek sprawia, że można się trochę gierką przejeść, tym bardziej, że element/wybór, który może wpłynąć na otwarcie nowych możliwości, jest czasami trudny do uchwycenia. Poza tym w pewnym momencie można się już pogubić, co gdzie było xD. Osobiście zaliczyłem "na oko" z 20-25 zakończeń i choć SP już mnie trochę nudzi, to staram się wycisnąć co się da bez zerkania do podpowiedzi w necie, ale chyba jestem na etapie, że już się bez tego nie obejdzie. Gra wygląda i działa na Switchu elegancko, jest płynnie, ostro i ładnie, wiadomo, że grafika jest prościutka, ale estetyczna i w zupełności robi robotę. Muzyki tu niewiele, za to najważniejszym elementem ścieżki dźwiękowej jest komentujący nasze poczynania Narrator, no i tutaj oczywiście props dla odtwórcy tej roli, bo spisał się doskonale. Ciekawy eksperyment, zapewniający dużo możliwości zabawy i odkrywania skutków naszych decyzji, okraszony przy tym humorystycznym komentarzem. Momentami trochę przekombinowany i wprowadzający w manowce, ale ogólnie dobrze się bawiłem i polecam.
-
Ankieta PSX Extreme 2026 - chcemy poznać Waszą opinię, jak możemy rozwijać pismo
Zawsze chętnie biorę udział w takich akcjach, ale tutaj muszę powiedzieć to, na co już parę osób zwróciło uwagę: ankieta jest skonstruowana tak, że "muszę" odpowiadać na pytania dotyczące projektów, które w ogóle mnie nie interesują, co poniekąd skutkuje przekłamanym wynikiem. Na wstępie do sekcji o PSX Premium powinna być opcja "nie podoba mi się/nie interesuje mnie taki pomysł". Przy PSX Box jest lepiej, bo jest takie pytanie, ale dopiero jako drugie. Kursy: mogę zaznaczyć, że mnie interesują "na poziomie 0", a dalej i tak muszę coś wybrać w kontekście ich tematyki. Ze sklepu nie korzystam, a mogę odpowiedzieć tylko, że albo jest idealnie, albo mam jakieś zarzuty xD. Jest otwarte pytanie "czego bym nie zmienił w PE" oraz "czego brakuje w PE, co ma konkurencja", a nie ma podstawowej opcji "co wprowadziłbyś/co wywaliłbyś z PE". No chaotycznie i niekonsekwentnie to zrobione. Ale wypełniłem.
-
Właśnie zacząłem...
A tam gadacie, momenty skradania się między (sub)bossami w Ashina Castle z tym ambientem w tle i padającym śniegiem spokojnie można podpiąć pod "relaksujące". A że to jakieś 5% ogólnego doświadczenia z gry, to inna sprawa xD
-
Trening
Fani się doczekali, już dawno widziałem spamowanie Wojferem w komentach u Stalowego. Wchodzi do mainstreamu, czyli cykl życia mema pewnie zbliża się do końca. Co do noworocznych sezonowców, to u mnie po 6 stycznia było tego sporo, ale mimo wszystko nigdy nie czekam dłużej, niż parę minut ani nie robię na zmianę z więcej, niż jedną osobą. Troje do sprzętu to już tłum, a jakbym miał siedzieć i czekać bezczynnie dłużej, niż 5 minut, to bym wolał zrobić coś innego, nie cierpię tracić czasu na treningu, tym bardziej, że staram się wyrobić w tych powiedzmy 80 minutach.
-
PSX/gry Japonii (PAL-NTSC)
Podmianka z użyciem AR z punktu widzenia technologicznego działa analogicznie do tej "kaszany", tyle, że stosując AR pierwsza płytka po chwili się elegancko zatrzymuje i czeka, aż ją zamienisz na docelową, więc nie niszczysz sobie silniczka/kółka, robiąc to w locie. Jedna uwaga: metoda siłą rzeczy nie działa w grach na kilku płytach: wtedy pozostaje tylko metoda "brute force" i zmiana w locie. Osobiście bawiłem się tak lata temu z jednym piratem, ale za każdym razem zatrzymując chamsko płytę czułem, że robię krzywdę swojej konsoli xD.
-
PSX/gry Japonii (PAL-NTSC)
Action Replay pozwala odpalać gry na PSX pomijając blokadę regionalną, kwestia zakupu modelu z portem parallel. Kolory na TV, jak już wspominali przedmówcy, zapewni kabel RGB.
-
Stranger Things - Netflix
Poniżej SPOILERY. Generalnie słaby sezon, najsłabszy ze wszystkich, ale, ku mojemu mocnemu zaskoczeniu, zakończenie nawet im się udało. Końcowe starcia i szeroko pojęta "akcja" nawet angażujące, co jest już dużym sukcesem, bo w poprzednich 7 odcinkach raczej mi zwisały te wszelkie walki i strzelaniny z CGI potworkami. Chyba każdy bohater miał swoje pięć minut w walce z final bossem, no i ukoronowaniem tego była dekapitacja Vecny przez mamuśkę, eleganckie zamknięcie. No ale dobre wrażenie to przede wszystkim zasługa tego zakończenia-zakończenia, czyli pożegnanie towarzystwa 18 miesięcy później. Wiadomo, że jest tu cały zestaw tanich, oddziałujących na emocje i jadących na nostalgii chwytów, ale co ja poradzę, że to działa? Nie, żebym płakał nad rozstaniem z ukochanymi bohaterami, bo nigdy aż tak nie byłem w ST zaangażowany, no ale jakieś tam emocje finał wywołał, więc, znowu, to już dużo, jak na tak mizerny sezon. Po prostu te parę scenek przypomniało mi, co było w tym serialu najfajniejsze, i tym bardziej kontrastowało to z resztą piątej serii. Wprowadzenie wątpliwości w temacie losów El fajne i subtelne, bez prostactwa w stylu "Mike w kawiarni widzi siedzącą niedaleko dziewczynę, która przypomina od tyłu Jane" albo jakiegoś wyskoczenia Nastki z szafy przy ostatniej rozgrywce w D&D xD. Co do piątego sezonu jako całości, to już ciężko znaleźć jakieś jego pozytywy. No dobra, są pewne oczywistości, jak Derek, ale po za tym? Zawiodły przede wszystkim proporcje jeśli chodzi o akcje w prawdziwym świecie oraz w Upside Down czy innych "fantastycznych" miejscach. Ja wiem, że ostatni sezon to EPICKIE zakończenie tych wszystkich wątków drugiej strony, Vecny (xD) itd., no tylko co ja poradzę na to, że wszystko, co związane z tymi potworkami, innymi wymiarami i wszelkimi generycznymi obrzydlistwami było dla mnie od początku serialu najgorszą jego stroną? To, za co polubiłem (i, jak mniemam, miliony widzów miało podobnie) Stranger Things, to ciekawi bohaterowie, których można polubić (lub antybohaterowie budzący niechęć) rozwój ich i relacji między nimi, ale również humor i oczywiście tanie jechanie na nostalgii za czasami, w których nie żyłem (80s, synthwave, popkulturowe easter eggi). Akcje w szkole, na podwórku, bekowe interakcje z nie mniej dziwacznymi dorosłymi. Wiadomo, z każdym sezonem proporcje się zmieniały, ale teraz są już całkowicie odwrócone i coś, co początkowo było celowo kiczowatym "boogie manem", nawiązującym do popularnych w latach 80 klisz gatunkowych, ewoluowało w traktowane przez twórców totalnie na serio, poważne starcie niemal mitycznego dobra ze złem. Odbija się to również na warstwie wizualnej, bo każda obecność w innych "światach" to artystyczna sztampa i nuda. W ogóle ilość tych potworków w S05 stała się już męcząca, nie mówiąc o głupotach i niekonsekwencjach fabularnych związanych z ich przedstawianiem: raz grupka małolatów jest stanie schwytać/przegonić demogorgona, kiedy indziej nie potrafi sobie z nim poradzić oddział dobrze wyposażonych żołnierzy. No właśnie, wojsko i cała ta militarna otoczka: kolejny minus. Szablonowi źli, bez większej głębi czy nawet jakichś ciekawszych akcji. Z naszymi bohaterami też nie jest najlepiej. Pomijając memiczny wręcz aspekt wydoroślenia dzieciaków (osobiście byłem w stanie zawiesić niewiarę i dosyć szybko się "przestawiłem" na tolerowanie ich wyglądu, aczkolwiek pomagało w tym to, że nie pamiętałem, ile oni wg scenariusza mają lat, a i nie było to specjalnie przypominane w serialu) i ogólne, dziwne "pobrzydzenie" całej ekipy, to problemem jest przede wszystkim ich nijakość. Faktem jest, że dzieciaki, może poza Dustinem, nigdy nie były aż tak charyzmatycznymi i interesującymi bohaterami, natomiast ich relacja jako paczki robiła robotę. Tutaj wszyscy są większość czasu porozdzielani, a jak już się spotykają, to głównie gadają o tym, jak popchnąć dalej fabułę. O "starszakach" szkoda gadać, każdy, nawet Steve, zaliczył zjazd jeśli chodzi o ogólną kreację, a Nancy jest już maksymalnie wkurwiającą zołzą. Ogólnie ciężko w tym sezonie kogokolwiek darzyć sympatią, duży grzech jakiegokolwiek filmu czy serialu. Jedynie wspomniany Derek i epizodyczny Bauman wywołują jakieś pozytywne odczucia. Dodatkowym problemem jest nadmiar postaci pierwszoplanowych, przez co w praktyce żadna nie ma specjalnie dużo czasu ekranowego. Dobra, nie chce mi się więcej pisać. Ogólnie cały sezon to zawód w chuj, choć, jak wspominałem, ST nie miało jakiegoś wielkiego miejsca w moim sercu, ot przygoda, którą z zainteresowaniem raz na te 2-3 lata się śledziło. Jednak każdy z poprzednich wspominam dobrze, nawet jeśli już nie pamiętam szczegółów fabuły (co swoją drogą sprawia, że kusi mnie powtórka). Tutaj w trakcie seansu większości odcinków czułem zwyczajne "meh", względnie po prostu nudę. Nie było ekscytująco, nie było zabawnie. Nawet słynny OST, który potrafił wepchnąć ponownie do mainstreamu stare kawałki, tym razem jest totalnie do zapomnienia (poza wymęczoną do przesady Kate Bush, której piosenka w rezultacie mi zbrzydła). Negatywne wrażenie trochę zmywa stricte końcówka, ale to niestety za mało, szczególnie jak na tak potężnie nakręcane wydarzenie medialne.
-
Indywidualne podsumowanie roku w grach.
Zdawałem sobie z tego sprawę i właśnie przeszczep był moją pierwszą myślą, ale zrobiłem na odwrót xD. No ale postaram się naprawić ten błąd. Typ serio głosi tezy, że starcza mu 3h snu xD? To powodzenia życzę.
-
Indywidualne podsumowanie roku w grach.
Listy nie robię, bo o poszczególnych gierkach pisałem w miarę na bieżąco we "właśnie ukończyłem" i zwyczajnie mi się nie chce tego wstukiwać. W skrócie: w ubiegłym roku zaliczyłem pierwszorazowo 35 gier plus 2 powtórki retro (Spyro 3 i Donkey Kong Country, wpadłyby jeszcze dwie, ale zabrakło mi do oficjalnego skończenia dosłownie paru leveli). Liczba sama w sobie raczej satysfakcjonująca, oczywiście mając na uwadze, że zawierają się w niej zarówno gierki na dziesiątki godzin, jak i króciutkie indyki czy popierdółki na VR na 2-3 godziny. Nie doliczam nawet rzeczy, które sobie odpaliłem na dłuższą lub krótszą chwilę czy to ze względów nostalgicznych, czy to dla sprawdzenia i ewentualnie do powrotu w bliżej nieokreślonej przyszłości (dałem szansę choćby Okarynie Czasu i potencjał jest, ale "to trzeba na spokojnie"). A no i w grudniu zupełnie spontanicznie wróciłem do pykania w CS 1.6, co byłoby chyba ostatnią rzeczą, jaką jeszcze niedawno spodziewałbym się tutaj umieścić xD. Cóż, gra ponadczasowa i nieustannie wciągająca (szczególnie kiedy gram ze znajomymi), ale z moim skillem można się zniechęcić po nieudanej partii, więc uzależnienie mi nie grozi. Tak czy siak, fenomen. Na nowy rok przeskakują Skyrim (tu będzie dłuższa zabawa) i Super Mario Galaxy (lada moment finisz "fabuły"). Dwa tytuły z listy wyszły w 2025 (DKC Returns na Switcha, czyli i tak port starocia, oraz THPS 3+4, czyli remake staroci xD), ale wpadło parę względnych "nowości" z lat '23-'24, przemieszanych z typowym retro (PS1 i PS2) i tytułami z backlogu z poprzedniej generacji. Grałem głównie na PS4 i Switchu, do starszych gier odpalałem PS3 (która "obsługuje" trzy pierwsze generacje konsol Sony) podpięte do CRT, okazyjnie racząc się oryginalnymi maszynkami. Tu niestety jedna z tegorocznych akcji na minus, mianowicie padł mi laser w szaraku. Wymiana na chiński zamiennik przyniosła żenujące rezultaty (praktycznie nic nie czyta), a że trochę brakowało mi czasu i werwy na takie sprawy, to na razie temat ucichł i muszę do niego wrócić. Miałem też zamiar zakupić trochę starych konsolek (na czele z Dreamcastem) i mało brakowało, a by się to udało, no ale wyszło inaczej i temat przeskakuje na kolejny rok. Tytułem, z którym pewnie będę kojarzyć rok 2025, a na pewno jego początek, jest Kingdom Come: Deliverance. Potężna przygoda, na którą przeznaczyłem, wg podsumowana Sony, ponad 120 godzin. Raczej rzadko w ostatnich latach poświęcam tyle czasu na jedną giereczkę, ale tutaj (po trzech nieudanych podejściach xD) wessało mnie mocno i robiłem nawet DLC. Żywy, immersyjny świat, satysfakcjonujący gameplay, niezłe postacie i dialogi: to tylko kilka zalet KCD. Szkoda, że w wersji konsolowej to techniczny koszmarek. W okresie letnim wróciłem do PS VR i bawiłem się świetnie- po paromiesięcznej przerwie efekt nadal robi wrażenie i odpowiednio zaimplementowany zapewnia niesamowitą immersję. Wyróżnienie dla Blood and Truth oraz Job Simulator. Z innych skończonych tytułów wyróżnienie wręczam Super Mario Wonder (rozpoczęty w poprzednie Święta i skończony na początku roku): wspaniały tytuł i najlepszy Mario w 2D. Dla kontrastu, jako chyba największy zawód roku, Super Mario Sunshine, no nie bawiłem się zbyt dobrze, zawiodło sterowanie, kamera, irytujący poziom trudności. Żeby jednak nie było niesmaku, w wakacje bawiłem się z NSMBU2, który to świetnie sprawdza się w coopie i ogólnie jest fajną, sympatyczną gierkę, a rok zakończyłem z Super Mario Galaxy który jest świetnym platformerem i z grubsza nie mam do niego zarzutów. Miodzio. Jak już o zawodach mowa, to dorzucam Metroid Prime: Remastered. No nie siadło zupełnie. Kolejne wyróżnienie na plus dla Psychonauts 2, niedawno pisałem coś więcej w wiadomym topicu. W każdym razie to śliczna, wciągająca przygoda pełna odjechanych pomysłów i absurdalnych motywów fabularno-wizualnych, no a w tym wszystkim zwyczajnie przyjemnie się w to gra. W kategorii retro wyróżnienie dla Silent Hill 3, głęboki backlog (choć wyciągałem w tym roku pozycje z jeszcze odleglejszego okresu, np. Dave Mirra z roku 2000, notabene lekki zawód). Gra, która się właściwie w ogóle nie zestarzała i nadal zarówno wygląda rewelacyjnie, jak i gra się w nią dobrze. No także taki to był rok, może niespecjalnie ekscytujący (szczególnie w porównaniu do 2024, kiedy to wszedłem w posiadanie dwóch mocno odmieniających oblicze mojego gierkowania sprzętów), ale konsekwentnie sobie odhaczałem tytuły, które od dłuższego lub krótszego czasu miałem na liście, ale wrzucając też coś spontanicznie. Nie trafiłem na nic naprawdę słabego (co dosyć naturalne, skoro sięgałem po wysegregowane pozycje), nie miałem też jakiegoś wielkiego zawodu (ale parę niewypałów było). EDIT: no przecież był Resident 6 xD. Nie skończyłem i chyba prędko nie skończę, no odpadłem po godzinie, dosłownie nic mi tu nie grało. Dobry rok, który był jednocześnie ósmym rokiem z PS4, niesamowity sprzęt.
-
Game Boy Extreme
Kończę powoli lekturę, więc można coś skrobnąć. Nie zawsze czytam specjale od dechy do dechy (tego Xboxowego nadal mam do dokończenia), ale tutaj tematyka jest dużo bliższa mojemu sercu (i zwyczajnie ciekawsza), a i okres świąteczny sprzyjał szybszemu wchłanianiu treści pisanych (odebrałem GBE w pakiecie z MGS: Trylogią, więc musiałem trochę podzielić swoją uwagę). Zacznę od pochwał, bo tak to już jest, że łatwiej się punktuje wady i zajmuje to później więcej tekstu, a warto podkreślić, że całościowo wydanie jest bardzo fajne i zwyczajnie dobrze się z nim obcowało. Zarówno forma (wspomniany już wielokrotnie patent z tłem w zależności od gier na GB/GBC, ale też duże, estetyczne okładki w reckach), dobry papier (i zapaszek), jak i w większości treść. Pasuje mi długość tekstów, pasuje mi dobór tytułów (w sumie trafiła tu większość gier, które z takiej czy innej strony kojarzyłem z tamtych czasów). Najwięcej przyjemności miałem oczywiście z tekstów około growych (dział Story Mode i New Game+), w tym opisów wszelkiego rodzaju sprzętów i gadżetów (tu wyróżniam Dżuja, zawsze dobrze się go czyta, tutaj choćby w świetnym tekście o Virtual Boy'u, ale plus też dla Pisarskiego, którego poza felietonem w PE nie mam okazji czytać, a widzę, że pióro ma lekkie i lubi zażartować). Poza tym najmocniej REZONOWAŁY ze mną opisy gierek na GB, z racji tego, że to właśnie tą konsolką (a dokładniej Pocketem) dysponowałem za dzieciaka, a premiera Colora, a dokładnie to coraz częściej wychodzące gierki "only for..." były dla mnie taką trochę bolesną cezurą, no bo kurde, jak to, nie mogę mógł odpalać nowości (kij z tym, że nie sprawdziłem nawet 1/100 świetnych pozycji z Classica)? Tym bardziej, że edycja kolorowa ukazała się jakoś niedługo po tym, jak otrzymałem GBP. Wracając: wspomniane już okładki wrzucone w reckach, w przypadku GB Classica i tego mistycznego szarego paska z boku działają na mnie mega nostalgicznie i niemal przenoszą do okolic lat 97-98, kiedy to podziwiałem te pudełka za gablotami w marketach, najczęściej dodatkowo zabezpieczone w "pancernych" plastikowych ochraniaczach. Fajnie, że mimo konkurencyjnego rodowodu obu wydawnictw, napisaliście o Game Boy Magazynie. Śledziłem jego losy z wielką uwagą (co przy nieregularnym cyklu wydawniczym i poziomie rozwoju Internetu w okolicach lat 2001/2002 było pewnym wyzwaniem, dość wspomnieć, że za pierwszym numerem w wakacje 2001 trzeba było zwyczajnie chodzić i pytać po kioskach, bo "będzie jak będzie"). Byłem wtedy świeżym nabywcą GBA, więc pismo spadło mi z nieba, choć okres około premierowy nie obfitował w specjalnie interesujące mnie tytuły i mimo, że czułem, że mam już "next gena" i trochę gardziłem gierkami na GB/C (tak, głupie), to zamiast korzystać z potężnego backloga exów na GBC, grałem w posiadane już starocie albo wydawałem kwoty typu 220 zł za GT Advance xD, no ale to inna historia. Szkoda, że ominąłem ostatni numer, szczególnie przy cenach, jakie teraz osiąga, ale i tak jestem kontent, że mam w kolekcji poprzednie 7 (przed momentem patrzyłem na olx, typ krzyczy sobie 1000 zł za numery 1-4 xD). Zabrakło mi jakiegoś bardziej porównawczego spojrzenia na GBC w stosunku do GB. Owszem, na koniec artykułu o jego genezie i premierze są suche technikalia, ale o ile czlowiek nie weźmie sobie do ręki danych jednego i drugiego sprzętu, to w sumie nic mu to nie mówi, a też nie chodzi tylko o cyferki, ale też ujęcie tego jakoś opisowo. Bo sam do końca nie wiem, jak to w końcu z tą mocą GBC jest (poza samymi kolorkami oczywiście) i jak przekładało się na to, że jakaś gra nie poszła na Classicu. Artykuł o serii Mario: mimo wszystko w dużej mierze powtórka informacji zawartych w reckach trzech części SML. Z takiej prywaty: SML2 był moją pierwszą posiadaną grą na GB i o panie, jakie to wtedy robiło wrażenie. Zacząłem z grubej, hehe, rury i poniekąd mnie to trochę zepsuło, bo później wiele gierek wydawało się już dosyć, z braku lepszego słowa, prostackimi (na czele z SML1: gdzie jest kurna save? czemu nie mogę się wracać?). Uwielbiam tę część i mocno żałuję, że odpuściłem Wario Land (nadrobiony po latach na emu), bo w pokrętnym, dziecięcym rozumowaniu nie chciałem sequela "bez Mario". Brakowało mi typowej dla innych magazynów informacji dotyczącej daty wydania (ale też wydawcy czy deva) każdej gry. Wiem, że takie info pojawia się czasami (ale wcale nie często) w treści recenzji, ale to co innego. Tym bardziej, że recki nie lecą za koleją typowo chronologicznie. Dla mnie rok wydania to ważne info, tym bardziej w tematach retro, gdzie można to osadzić w ogólnym kontekście "historycznym" i etapie rozwoju danej platformy czy branży w ogóle. Tekst o Zeldzie jest trochę jakby nie do tego wydania specjalnego xD. W sensie: poznajemy genezę serii, ale skupia się on w zasadzie na grach na NESa, wspominając o edycjach Game Boy'owych dosłownie na samym końcu, w paru zdaniach. Jak dla mnie nie powinien w tej formie trafić do tego numeru. Wspomnień czar: fajnie, że w ogóle jest, ale szkoda, że ponownie brak archiwalnych fotek kogoś z ekipy (nie żebym miał jakieś dziwne zainteresowania, po prostu raz, że fajnie wpasowuje się to w retro klimat, a dwa, daje możliwość jakiegokolwiek powiązania tych bardziej anonimowych członków składu redakcyjnego z ludzkimi postaciami). No i wiem, że GB w czasach świetności nie był aż tak popularny w Polsce, ale tylko po trzy wspominki dla obu konsolek? Szkoda, że patent z wrzutkami od forumowiczów był jednorazowym strzałem. W recce Cannon Fodder wrzuciliście okładkę Super Mario Land 2. No ale to też chyba nie tak, że skoro pojawił się pomysł konsultowania z czytelnikami przed premierą (btw. można coś na tym zyskać, poza sławą w stopce xD?), to teraz już można mieć z głowy korektę i "samokorektę" autora tekstu i zwalać to na was. Zresztą mieliśmy tu już kiedyś wymianę zdań na temat tego, że przed oddaniem teksu wypadałoby samemu go sobie sprawdzić, bo jednak nie bez powodu jednemu trafiają się wpadki częściej, drugiemu rzadziej. Mnie te powtórzenia też rzuciły się w oczy, ale o ile występując w obrębie jednego tekstu są zwyczajnie błędem, tak zwróciłbym też uwagę, że pewne informacje powtarzają się w skali całego numeru, w różnych, niezależnych artykułach. Jest to dużo trudniejsze do uniknięcia, szczególnie tworząc cały magazyn o jednej, dosyć ograniczonej tematyce, stąd warto HOLISTYCZNIE na to spojrzeć. Przykładowo informacje o Gunpei Yokoi: przynajmniej dwa razy czytałem o tym, że przeszedł do Bandai robić WonderSwana i o jego tragicznej śmierci. Ale to już trochę czepialstwo z mojej strony. Trochę mi się ten post zamienił w luźne dywagacje pomieszane ze wspominkami i rzucaniem krótkich uwag, ale trudno. Może jeszcze w trakcie lektury pozostałych tekstów coś zwróci moją uwagę, wtedy nie omieszkam coś jeszcze napisać. Generalnie propsuję kolejne udane wydanie specjalne, jest elegancko i czekam na więcej (liczę na GBA).
-
Dragon Ball (także Z, GT i Super)
Akurat w mandze jestem na etapie 22 Turnieju (czytam całość pierwszy raz w życiu, do tej pory miałem tylko jeden tom z czasów gówniarskich) i kurde jakie to ma szybkie tempo w porównaniu do anime. W sumie może nawet aż zbyt duże, bo co jak co, ale różne fillery między sagami zawsze lubiłem i fajnie rozbudowywały uniwersum. Tutaj jest tak, że, przykładowo, Goku pokonał Armię Czerwonej Wstęgi i Gang Pilafa, wkrzesił ojca Upy, po czym udaje się trenować do następnego Tenkaichi Budokai, i cyk, następna strona to już spotkanie się całego towarzystwa po 3 latach i początek turnieju. Niby samo mięso, ale trochę brak "oddechu". Nie zmienia to faktu, że czyta się całość świetnie, polskie tłumaczenie jest kreatywne i pełne humoru, tudzież odniesień do naszej kultury, nie ma cenzury, kreska, z oczywistych względów, jest konsekwentnie na wysokim poziomie (a nie jak w anime, co odcinek inna ekipa animatorów, choć w starym DB to jeszcze tak nie rzucało się w oczy). Dawkuję sobie tę przyjemność, więc 42 tomy (obecnie mam za sobą chyba 9) będą dłuugą lekturą.
-
własnie ukonczyłem...
The Plucky Squire (Switch) Gierka zwróciła moją uwagę samym konceptem: z grubsza chodzi o to, że nasz bohater jest postacią w książce, ale okazyjnie "wyskakuje" z jej stron do świata rzeczywistego, co swoją drogą jest bardzo fajnie rozwiązane wizualnie: zostawiamy za sobą rysunkowy świat 2D w leżącej na stole knidze, a Jot (takie imię nosi nasz hipek) zmienia się w niby-realistyczny model 3D. Poza bajerem i elementem narracyjnym jest to przede wszystkim ważna część gameplay'u, bo różne przeszkody czy zagadki pokonujemy przeskakując między "wymiarami" i robiąc w prawdziwym świecie coś, co ma wpływ na wersję książkową. Nie będę podawał przykładów, bo warto to sprawdzić samemu, w każdym razie czasami trzeba trochę ruszyć głową. Drugim wyróżniającym Giermka motywem jest zabawa z widniejącymi na stronicach książki/levelach "didaskaliami". Niektóre słowa można "wyrwać" i przenosić między nimi, zmieniając ich znaczenie i w rezultacie wpływając na książkową rzeczywistość. O co chodzi? Otóż wyobraźcie sobie, że natykamy się na napis "na jeziorze pływał malutki listek", gdzie słowo "malutki" jest interaktywne i możemy je zabrać. W innej części levelu mamy analogiczną sytuację ze zdaniem "bohaterowie natknęli się na ogromny głaz". Zabieramy sobie słówko "ogromny", instalujemy w poprzednim zdaniu i cyk, liść na jeziorze robi się "ogromny", a my możemy po nim przejść na drugą stronę. Oczywiście daję taki luźny przykład z pamięci, bo nie szło to dokładnie w ten sposób, ale czaicie, o co biega. Naprawdę fajny patent, pozwalający się trochę pobawić zmianami w otoczeniu, choć potencjał jest trochę niewykorzystany. Pomijając powyższe gimmicki, gra to ogólnie mówiąc zręcznościówka opierająca się na przemierzaniu kolejnych plansz w widoku "z góry" (a'la Zeldy 2D), rozwiązywaniu zagadek środowiskowych i ciachaniu wrogów mieczykiem. To ostatnie wypadło najsłabiej, głównie z uwagi na niewielką moc naszej broni, co przy coraz większych falach mobków w dalszych godzinach gry robi się może nawet nie tyle irytujące (bo poziom trudności jest niski), co po prostu żmudne. Co więcej, mimo dostępnych upgrade'ów i nowych "ciosów", przeciwnicy z grubsza przyjmują ciągle tyle samo razów. Co jakiś czas stajemy do walki z bossem i tu robi się już ciekawiej, bo walki nie odbywają się w tradycyjnej formule, tylko bierzemy udział w rozmaitych minigierkach, będących odmianą od typowej rozgrywki. Ot na przykład dostajemy wariację na temat Punch-Outa, kiedy indziej gierkę rytmiczną, a jeszcze w innym przypadku...coś w stylu Puzzle Bobble. Takie skoki w bok zdarzają się zresztą również poza walkami z szefami, w trakcie zwykłej rozgrywki: to przez chwilę bawimy się w strzelankę, to w slashera, to znowu w klasyczną platformówkę. No także nudy tu nie ma, jest za to META otoczka, łamanie czwartej ściany i różne zabiegi zaskakujące gracza, to wszystko w dosyć humorystycznej otoczce. Za samą tą różnorodność spory plus. Plus też za warstwę A/V. Etapy rozgrywane wewnątrz książki prezentują się ślicznie, kolorowo i bajkowo, co prawda te w 3D nie robią już takiego wrażenia, ale i tak obiekty wyglądają w nich całkiem ładnie. Gorzej, że na Switchu jest sporo problemów z frameratem, począwszy od faktu, że stosunkowo prosta wizualnie gra działa domyślnie tylko w 30 klatkach, kończąc na tym, że momentami, kiedy jesteśmy trójwymiarowi, spadki animacji bywają koszmarne (myślę, że zahaczają o 10 fpsów). Nieładnie. Na minus jeszcze dosyć mocne przegadanie jak na raczej prostą fabułę z mało frapującymi postaciami. Kiedy podróżujemy w towarzystwie, dialogi przerywają rozgrywkę dosyć często i robi się to męczące: prawie każda nowa plansza triggeruje mało interesującą wymianę zdań. Ludki gadają o oczywistościach i ciągle komentują zupełnie zwyczajne sprawy (pokonaliśmy wrogów: "brawo, poradziłeś sobie z nimi!", zbliżamy się do zamkniętych drzwi: "musi być jakiś sposób na ich otworzenie"). Ogólnie odniosłem wrażenie, że twórcy wczuli się trochę ponad miarę w budowanie jakiejś głębszej, niż potrzeba, historyjki, no a efekt jest w sumie średni, choć w tej konwencji się sprawdza. Gra przeszła chyba bez echa, a myślę, że zasługuje na uwagę, chociażby ze względu na oryginalny koncept gameplay'owy, jednocześnie nie będąc typowym indykiem. Nawet czas trwania to nie przelewki, bo na liczniku miałem niecałe 7h. W sumie polecam, choć nie zakochałem w przygodach Jota aż tak bardzo. Gra mogłaby być trochę krótsza i nic by na tym nie ucierpiała. Ale to miłe dla oka i ucha, relaksujące doświadczenie.
-
Cinema news
? Owszem, gość ma w ostatnich latach spadek formy, ale poza Player Number One nie kojarzę nic, co by było naprawdę słabe, szczególnie jak na obecne standardy Hollywood. Sporo średniaczków, szczególnie mając w pamięci klasykę sprzed paru dekad, ale u mnie ma kredyt zaufania. Większy problem mam ze "spadkiem formy" Emily Blunt
-
Kompendium PSX
Jeszcze nie skończyłem czytać, bo dawkuję sobie to na spokojnie, a materiału jest syto, ale powiem krótko: świetna, konkretna pozycja, z którą OBCOWANIE sprawia dużą przyjemność. Idealne jak dla mnie proporcje ilości tekstu do skali "ważności" danego tytułu/serii, dobrze skondensowane, najważniejsze informacje, ale też garść ciekawostek, ramki i podpisy pod screenami w stylu dawniejszych pism (jakoś mi się z OPSM najbardziej kojarzyło), ciekawe wywiady (choć siłą rzeczy niespecjalnie długie, ale możliwość przeczytania choćby paru wypowiedzi Gulasha po tylu latach jest na wagę złota), no nie ma się za bardzo do czego przyczepić, może poza paroma literówkami (i niestety ich liczba rośnie z każdą "sesją" przy kompendium, więc trochę się w oczy rzucają). Wybór tytułów też odpowiedni, jest oczywiście klasyka klasyki, ale i te mniej oczywiste rodzynki, z których niemal każdy choćby minimalnie rezonuje z moimi wspomnieniami. Strona wizualna mi pasuje, jest raczej minimalistyczna (no, może te zajmujące całą stronę, rozpikselowane screeny przy Niezapomnianych Momentach trochę rażą, jednak rozdziałka gierek na szaraka jest po prostu za niska na takie "atrakcje"), no i dobrze, że stosunkowo niewiele tu wygładzonych shotów z emulatorów. No i oczywiście wspaniały zapach. Nie jest to raczej dzieło, do którego będę wracać, no i cena, nie oszukujmy się, jest spora, ale nie żałuję ani złotówki.
-
własnie ukonczyłem...
Psychonauts 2 (PS4) Jedynkę zaliczyłem prawie 4 lata temu, standardowo popełniłem wpis w tym temacie, ale osobiście niewiele już z niej pamiętam xD. Przeglądając swój backlog w poszukiwaniu inspiracji na okres halloweenowy zdecydowałem, że druga część przygód Razputina może być dobrym wyborem. No i była, choć, jak widać, trochę mi się to rozciągnęło, prawie do okresu świątecznego xD. Nie jest to bynajmniej wina samej gry, ot ostatnio mam możliwość usiąść porządnie do konsoli dosłownie ze dwa-trzy razy w tygodniu, a i to nie są zazwyczaj jakieś długie sesyjki. Tak czy siak, szacowany czas potrzebny na przejście Psychonauts 2 to jakieś 15h, parę godzin więcej w przypadku zaliczania dodatkowych zadań (i jeszcze więcej, gdy chce się pozbierać wszystkie pierdoły, jest tego multum) i w moim przypadku strzelam, że było to raczej bliżej 20h, choć nie celowałem w maksowanie, ot robiłem (nieliczne mimo wszystko) zadania poboczne, szperałem po mapach, wracałem się do miejsc, do których dostęp uzyskałem wraz ze zdobyciem nowego skilla itd. Może to trochę dziwnie zabrzmi, ale o ile sama gra nie nudzi i nawet chciałem, żeby trwała jak najdłużej, delektując się klimatem i kolejnymi patentami, tak poszczególne poziomy potrafią już być niestety rozwleczone i w obrębie danego świata parę razy wyczekiwałem już zakończenia wizyty (najbardziej mi się dłużył chyba level w klimatach koncertowych, ale też "mini gierka" z przyrządzaniem potraw: powtarzanie dokładnie tych samych czynności po kilka razy included). W każdym razie P2 to dosyć specyficzna platformówka z elementami przygodowymi, okazjonalnymi zagadkami, zbieractwem, walką z mobkami i bossami (na każdego, w zgodzie z oldschoolowymi prawami gatunku, trzeba najpierw znaleźć odpowiedni patent) czy różnymi gameplay'owymi przerywnikami w postaci np. udziału w "konkursie" gotowania czy sekcjami w 2D. Całość ma vibe dawnych zręcznościówek, ogólny consensus mówi, że takich z czasów PS2, i może coś w tym jest, choć jest tu też sporo elementów "dzisiejszego" gejmingu. Feeling sterowania generalnie jest dobry i płynny, ale są momenty pewnego rodzaju toporności, np. przy skokach czy chwytaniu się krawędzi, mogące skutkować lekkim wkurwem w przypadku skucia się czy upadku (woda to nasze nemezis, ale ogólnie dużo tu przepaści). Fundamentalną kwestią jest stosowanie mocy psionicznych, od ułatwiającego poruszanie się balansowania na "piłce", przez swego rodzaju telekinezę, po spowalnianie czasu. To wszystko w mocno ekscentrycznych klimatach i w świecie o wykręconym designie (z nie mniej wykręconymi postaciami), gdzie widząc kolejne patenty niejednokrotnie cisnęło mi się na usta klasyczne "co oni ćpali?". Nie stosowałem nigdy żadnych psychodelików, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, że niektóre wizje mogły być inspirowane jakiegoś rodzaju tripami twórców. Świat jest bardzo różnorodny i każdy kolejny level (w praktyce to zazwyczaj umysł któregoś bohatera) zaskakuje pomysłem na siebie. Poza tym mamy tu też hub (w tym jezioro i łódkę do przemieszczania się po nim, prawie jak w GoWie) i kilka otwartych, większych przestrzeni, które warto dokładniej pozwiedzać (i faktycznie chce się to robić, bo eksploracja zwyczajnie sprawia frajdę). Jednym z największych plusów Psychonautów 2 jest warstwa fabularna. Choć może to trochę za dużo powiedziane, bo sam wątek główny nie jest jakiś niesamowicie wciągający czy obfitujący w niuanse (ale parę twistów jest, a w nazwiskach bohaterów można się trochę pogubić), a w skupieniu się na rozwoju wydarzeń nie pomogło mi też granie w kilkudniowych odstępach. Jednak bohaterowie, humor, dialogi- to wszystko stoi na wysokim poziomie. Sporo tu cutscenek i rozmów, co dla niektórych może być wadą (są momenty, kiedy rozgrywka przerywana jest wręcz co chwilę), ale mi akurat pasowało i przez całe przejście gry czułem się trochę, jakbym uczestniczył w dużej przygodzie czy oglądał jakąś wysokobudżetową animację. Robotę robi tu też doskonały voice acting (paru znanych aktorów ma swoje cameo). Z racji na "psychiczny" motyw przewodni jest tu poruszonych parę poważniejszych/cięższych tematów, niekoniecznie wprost, ale może właśnie przez to wypada to ciekawiej (zaglądanie do umysłów spotkanych postaci zapewnia nam możliwość odbycia z nimi swego rodzaju sesji terapeutycznej). Jest dziwacznie, jest śmiesznie, jest nostalgicznie, ale przede wszystkim jest oryginalnie. Na minus kilka pozornie błahych, ale na przestrzeni wielu godzin gry jednak mocno drażniących kwestii technicznych, ot choć tak prosta rzecz, jak skipowanie/przyspieszanie dialogów. Bo tych jest, jak już wspomniałem, mnóstwo, szczególnie, jeśli mamy ochotę wyczerpać wszystkie opcje dialogowe u NPCów. No i niestety, w 95% przypadków (pozostałe to niezobowiązujące dialogi nieprzerywające gameplay'u) nie można sobie ich przyspieszyć czy po prostu przeskakiwać zdanie po zdaniu, tylko albo siedzimy i słuchamy grzecznie całości, albo skipujemy całość. Niefajnie. Trafiło mi się też parę czysto technicznych baboli uniemożliwiających progres (co nie było od początku takie oczywiste i dopiero po wypróbowaniu różnych metod doszedłem do wniosku, że wina nie tkwi po mojej stronie i po prostu muszę załadować checkpoint, ergo-zginąć, ot np. drzwi, które powinny się otworzyć, a nie otworzyły się). Dłużą się też trochę loadingi między levelami/przy wskakiwaniu komuś do umysłu. Nie pochwalę też walk z typowymi mobkami. Gra zupełnie by się bez nich obyła, a tak to nie dość, że są niezbyt potrzebne, to jeszcze z racji na brak efektywnej możliwości obrony przed atakami, są dosyć frustrujące i chaotyczne. Melee porównałbym do starego Medievila, gdzie starcia opierały się na lataniu w kółko i ciachaniu wrogów "na pałę". Tu mamy też strzelanie i różne moce psioniczne, ale ich cooldown jest na tyle długi, że starcia zamieniają się w festiwal oczekiwania na możliwość konkretnego ataku. A właśnie, karny kutas za "koło wyboru" mocy: do szybkiego dostępu możemy mieć przypisane tylko cztery moce, gdzie w pewnym momencie mamy ich już ze dwa razy tyle, a poziomy rzucają przed nami na tyle zróżnicowane przeszkody/przeciwników, że co jakiś czas musimy tymi mocami wachlować, wchodząc do osobnego menu i przypisując kolejne z nich do koła wyboru. Słabo. Oprawa A/V to cymesik. Gra co prawda działa na PS4 w 30 klatkach, ale strona graficzna naprawdę robi wrażenie. Jedna z ładniejszych gierek schyłku generacji, co jest tym bardziej ciekawe, bo oryginał wizualnie raczej odstraszał i choć fundamentalnie design jest podobny, tak tym razem postawiono chociażby na żywszą kolorystykę. Wygląda to bardzo "plastycznie", trochę jak animacja kinowa, ale nie taka Pixarowa, od sztancy. Obiekty mają swój charakter i "fakturę", a oświetlenie jest naprawdę dopracowane i przekonujące. Muzyka jest specyficzna (trochę bluesowa) i doskonale buduje osobliwą atmosferę tego świata, nie słuchałbym jej raczej w oderwaniu od gry, ale tutaj sprawdza się idealnie. No także ogólnie stawiam dwójkę (heh) wyżej niż jedynkę i nie obraziłbym się, jakby kiedyś powstała kolejna część. Polecam, nawet, jeśli nie macie zaliczonego prequela, bo de facto nie ma to żadnego znaczenia (poza wychwyceniem oczywistych nawiązań fabularnych czy easter eggów).