Skończyłem wczoraj jedyną część GTA, której nigdy do tej pory nie skończyłem - Grand Theft Auto Advance oczywiście z GBA. Gra wyszła tego samego dnia co San Andreas na PS2 i przeszła dosyć mocno bez echa, nic dziwnego jak się wychodzi tego samego dnia co jedna z najlepszych gier wszech czasów. No i powiem wam, że dawno nie widziałem tak fatalnie zaprojektowanej gry i nie przyjmuję do wiadomości argumentu że to 2004 rok i kiedyś się inaczej robiło gry. Zawsze można zrobić coś dobrze albo chujowo. Ja rozumiem, że Rockstar nie miał czasu na jakieś poboczne odsłony i dał to do zrobienia podrzędnemu studiu które robiło wiele takich gier na mobilniaki, ale są pewne granice. Historia jest bardzo prymitywna i w zasadzie punktem napędowym jest śmierć naszego koleżki Vinniego i od tamtej pory staramy się znaleźć osobę odpowiedzialną za to. Oczywiście w grze znajdziemy jeden z najbardziej kliszowych plot-twistów ever. Z racji, że to prequel trójki dziejący się w Liberty City to spotykamy starych znajomych jak Asukę, 8-Balla czy Kinga Courtneya - wodza Yardies. I to jest miły smaczek. Samo Liberty City jest bardzo mocno wzięte z trójki aczkolwiek z racji ograniczeń technologicznych świat nie jest taki wertykalny. Za to Portland jest o wiele większe niż w trójce i szczerze to można się tam łatwo zgubić. Pozostałe lokacje czyli Staunton Island i Shoreside Vale przypominają bardziej wersje z trójki i mają więcej elementów charakterystycznych dzięki którym poznajemy gdzie jesteśmy i wiemy jak dojechać do celu. Misji jest 41. Zaczynamy od najprostszych i z czasem poziom trudności rośnie. Jednakże są dwie misje, które oddzielają chłopców od mężczyzn. Pierwsza z nich to misja 31 'Sue Mi Sushi' gdzie mamy 4 minuty aby sprawdzić 3 ciężarówki jeżdżące po mieście, pobić kierowcę a następnie ostatnią z nich doprowadzić do zleceniodawcy. Przejście tej misji zajęło mi kilkanaście prób gdyż limit czasu przez szukanie ciężarówki, uszkodzenie jej, pobicie gościa, pojechanie do kolejnej, a na końcu dojechanie i nie wywrócenie się nią po drodze (tak, jest to możliwe) sprawia, że jest mały limit na błędy. A jak w międzyczasie ją za bardzo uszkodzimy to jedzie wolniej (tak, to jest design gdzie im bardziej uszkodzone auto tym wolniej jedzie). Natomiast magnum opus spierdolenia to misja 39 'Smackdown'. Otóż, mamy również 4 minuty ale tym razem musimy zastrzelić 10 wyznaczonych Yardies rozmieszczonych w całym Shoreside Vale (kto grał ten wie, że całość jest podzielona na dwie spore części ze słabym połączeniem między nimi), a więc nie dość, że musimy mieć rozplanowaną optymalną trasę przejazdu, sprawnie się przemieszczać po mapie (ruch uliczny to patologia, a kamera jest zbyt blisko przez co często nie widzimy aut przed nami), wysiadać aby załatwiać szybko przeciwnika (gra często słabo rejestruje pociski więc shotgun to najlepsza opcja), używać skoczni (gdzie jak nie trafimy idealnie i zbyt wolno to wylądujemy w wodzie albo zrobimy fikołka i możemy robić restart), unikać policji oraz wszędzie strzelających gangusów z karabinami maszynowymi czy koktajlami mołotowa oraz modlić się aby RNG było chociaż minimalnie łaskawe. Skończyłem tę misję po 2 godzinach i kilkudziesięciu próbach, a gdy zabijałem ostatniego przeciwnika zostało mi 3 sekundy na zegarze. A potem jeszcze musiałem uciec policji, która mnoży się jak króliki gdy mamy więcej jak 2 gwiazdki (tutaj mamy 4). W żadnym innym GTA nie doświadczyłem tak trudnej misji gdzie na papierze nie wygląda to tak źle ale przez masę źle zaprojektowanych elementów (strzelanie, policja, kamera, sterowanie, słaba wytrzymałość aut, ruch uliczny) misja jest niesamowicie frustrującym przeżyciem. Coś podobnego przeżywałem w ostatniej misji Drivera ale po zastanowieniu się to tam poziom spierdolenia był jednak jeszcze większy. Dla projektanta tej misji jest specjalne miejsce w piekle. Całość zajęła mi ok. 7h z czego z 2,5-3 to były powtórki głównie tych dwóch misji aby opanować je na tyle dobrze, że z pomocą łaskawego RNG za którymś razem mi się uda je przejść. Wizualnie jest naprawdę ładnie jak na GBA (a na Thorze z Oledem to w ogóle miód) i ogólnie jestem pod wrażeniem jak sprawnie 3 dosyć spore lokacje upchnięto aby jako tako działało to na GBA. Grałem na emulatorze oczywiście w trybie Hardcore z Retro Achievements czyli bez żadnych ułatwiaczy jak ręczne zapisy w emulatorze. Dźwiękowo jest tylko poprawnie no ale nie będę zbyt okrutny, w końcu to gra na minikonsolkę więc nie zaimplementują tam pełnoprawnych stacji radiowych. Przed odpaleniem gry nie oczekiwałem żadnego mesjasza bo nie było ku temu podstaw, ale to czego doświadczyłem przerosło moje niskie oczekiwania, w negatywnym sensie rzecz jasna. Nie wiem do kogo była kierowana ta gra na premierze kiedy gracze mieli świeżutkie San Andreas, nie wiem do kogo może być ta gra kierowana teraz poza takimi pojebami jak ja. Polecam tylko masochistom, cała reszta niech się trzyma od tego jak najdalej.