Październik był dosyć obfity w skończone gierki więc coś tam napiszę od siebie. Very Little Nightmares - odsłona serii przeznaczona na telefony, na szczęście jeszcze dostępna w sklepiku. Jest to prequel jedyneczki i mimo tego że to gierka na telefon to twórcy odrobili pracę domową. Klimat jest odpowiednio mroczny, całość jest z takiego pseudo-izometrycznego rzutu, ładnie wykonana graficznie i przede wszystkim dostarcza zagadkami. Są też oczywiście elementy platformowe jak jakieś wspinanie się czy nawet ucieczka ale trzeba być bardzo dokładnym bo gra momentami mi źle odczytywała gesty (1 tapnięcie to chód, 2 to bieg). Całość jest intuicyjna a przejście zajmuje ok. 1,5h. Jak ktoś nie grał to polecam. Borderlands 4 - dużo można tej grze zarzucić - że historia słaba, że postaci nieciekawe w porównaniu do poprzedniczek a zwłaszcza jedynki czy dwójki, że technicznie jest padaka, że balans i loot słaby, że Randy cwel. Ale jak wlazłem w ten tytuł to zassało mnie niesamowicie i nie potrafiłem odpalić niczego innego przez najbliższe kilkadziesiąt godzin a po wyjściu z gry już myślałem aby ją znowu odpalić. Strzelanie po raz kolejny robi niesamowitą robotę a dodatkowo co chwilę schodziłem z głównej ścieżki aby eksplorować mapę w poszukiwaniu dodatkowych znajdziek czy misji pobocznych. Na pewno widać tutaj że gra jest łatwiejsza od poprzedników a różnorodność przeciwników nie powala ale sam loop rozgrywki i satysfakcja z wbijania kolejnych hedszotów mi sporo rekompensowała. Mushroom Picnic Party - mały indyczek w szukaniu grzybów na ładnie rysowanych planszach. Godzinka gry, pełna czilerka do świeżo ugotowanego kakałka, kilka łamigłówek a jedna z puzlami aby ułożyć krowę troszkę dała mi się we znaki. W tym roku ogrywałem też inną grę w tym stylu - Hidden Cat Outlaws i również polecam jak ktoś lubi takie niezobowiązujące gierki na spokojny niedzielny wieczór przy kakałku. Bytebond - logiczna przygodówka coopowa polskiej produkcji. Na grę czekałem od czasu zagrania w demko na Digital Dragons 2 lata temu bo naprawdę było widać potencjał. No i twórcy dowieźli bo przez 6 rozdziałów odwiedzamy różne elementy komputera w celu zneutralizowania wirusa. Z każdym rozdziałem wchodzą coraz ciekawsze mechaniki: na początku proste odblokowywanie drzwi, potem walka z przeciwnikami, pojawia się kostka która służy do przeciwwagi oraz byciem przekaźnikiem energii (jak zresztą nasze roboty które jej używają do niemal wszystkiego) a na laserach i zabawą RGB kończąc. Nie czułem znużenia, ciągle gra utrzymywała mój poziom zaangażowania dosyć wysoko. Zagadki są intuicyjne i zdecydowaną większość przechodzi się od kopa ale przy kilku trzeba się chwilę zastanowić. Naprawdę bardzo udana produkcja i ogromny plus za to że można grać samemu poprzez sterowanie oboma robotami, na jednym PC oraz przez internet. Do wyboru, do koloru. Na razie dostępna tylko na blaszakach ale oby wyszła szybko na konsole. Ghost of Yotei - uważam że to udana kontynuacja wprowadzająca małą ewolucję pomysłów ale o rewolucji nie ma absolutnie mowy. Stawiam grę ciutkę wyżej niż Tsushimę głównie za zdecydowanie lepszą walkę która jest też ciekawsza, bardziej satysfakcjonująca, wymagająca zwłaszcza że trzeba żonglować arsenałem. Historia mimo kliszy również lepsza za sprawą dobrze napisanej głównej bohaterki i Yotei Six. Misje poboczne starają się nie być fetch questami i części się naprawdę to udaje ale idealnie nie jest ale duży plus za to że zlecenia na bandytów nie są na jedno kopyto i w każdym kryje się jakaś mini-historia. Świat jest różnorodny i chciało mi się go eksplorować zwłaszcza że z każdą zrobioną rzeczą nasza postać coś zyskuje i stajemy się mocniejsi. Jednakże gra jest zdecydowanie za długa (zajęła mi znacznie więcej niż Tsushima z dodatkiem), ma nierówny poziom trudności (efekt sinusoidy zamiast stopniowo rosnącego poziomu trudności wraz z postępem fabularnym), graficznie potrafi być piękna ale też dosyć brzydka jednocześnie na dalszych planach co było też minusem w poprzedniczce. Nic też by gra nie straciła jakby aktywności pobocznych, talizmanów i całego tego barachła co możemy zrobić/zdobyć było o połowę mniej. Arctic Awakening - symulator chodzenia na który czekałem z racji potencjalnie ciekawej tematyki - Alaska w drugiej połowie XXI wieku na której się rozbijamy i staramy się przeżyć. No i niestety ale gra się wykłada na podstawach. Gry z tego gatunku przede wszystkim powinny trwać niewiele - 3-4h to optymalny czas, ta gra trwa ok. 10 i jest podzielona na 5 rozdziałów. Jest też przegadana bo towarzyszy nam latający robocik Alfie który stara się nam pomóc i dotrzymywać towarzystwa. Są dialogi z opcjami wyboru które niestety nie wpływają na nic. Oczywiście lokacja w której się rozbijamy nie jest taka zwyczajna i wkrótce zaczynamy odkrywać pewne tajemnice. Problem tylko taki że jest tam bardzo dużo dosyć wolnego chodzenia po tak samo wyglądających lokacjach a co najgorsze - gra ma problem z byciem transparentną czego od nas oczekuje. Raz cel jest napisany jasno, raz nie ma nic, raz coś tam robocik rzuci ale nigdzie nie jest to zakodowane, a często trzeba robić rzeczy na czuja. Strasznie irytujące jest też to że nasza postać sama wykonuje interakcje z przeszkodami jak wchodzenie na nie czy przeskakiwania co doprowadza do tego że może to robić tam gdzie tego nie chcemy bo stała zbyt blisko. Grałem na Steam Decku i mimo tego że gra działa na Unity to działa beznadziejnie. Bez znaczenia jakie ustawienia wybrałem, jaką rozdzielczość itp - kiedy tylko pojawiały się jakieś źródła światła jak ogień czy latarnie płynność pikowała ostro w dół. Ciężko to polecić komukolwiek. Little Nightmares III - muszę przyznać że byłem dosyć zaskoczony jak bardzo mieszane recenzja ta gra zbiera. Niemniej nie zniechęciło mnie to do zagrania i bardzo dobrze bo dla mnie to dosyć udana odsłona od Supermassive Games aczkolwiek poza trybem współpracy nie wymyśla koła na nowo. Klimat jest świetny, mroczny, niepokojący, czuć zaszczucie i świetne projekty lokacji oraz głównych złoli. Dodatkowo gra ma wspomniany tryb współpracy gdzie jeden walki z axa a drugi z łuku. Grałem z kimś i wspólne rozkminianie zagadek, walka czy elementy ucieczkowe zdecydowanie sprawiały przyjemność. Niemniej, gra ma straszny problem z detekcją kolizji bo postaci często się blokują na jakiś drobnych elementach a przy wspólnym otwieraniu drzwi czy innych szybów wentylacyjnych trzeba się bardzo precyzyjnie ustawiać bo inaczej druga postać nie będzie mogła wykonać interakcji, przydałaby się tutaj jakaś automatyzacja i większa tolerancja na 'przyklejanie się' postaci do obiektu interaktywnego. Jeden wróg (ten na stole, kto grał ten wie) potrafił reagować niezwykle szybko i niezrozumiale na nasze poczynania nawet jak zachowywaliśmy ciszę z dala od niego. Kolega grał na friends passie (za to plus) ale gra potrafiła się losowo mu wywalić do pulpitu i wiele osób narzeka na rozłączanie w trybie współpracy. Jestem ciekaw co oryginalni twórcy serii wyrzeźbią przy Reanimal. Chuchel - gra czeskiej Amanity Design która zawsze stawia na przepiękną rysowaną grafikę i przekaz wizualny a nie dialogi. Chuchel to tak naprawdę jeden wielki skecz gdzie jako włochata kulka zbudzona przez swoich kolegów staramy się zdobyć i skonsumować wisienkę jednakże na naszej drodze staje masa przeszkód w postaci innych stworów. Sporo zagadek, łatwiejszych i trudniejszych ale wszystko jest właśnie okraszone takim karykaturalnym humorem. Troszkę się czułem jakbym grał w kreskówkowego Jasia Fasolę. Bardzo szanuje za kreatywność, a jak komuś się podobało Machinarium, Samorosty czy Botanicula to Chuchel jest pozycją obowiązkową. That Which Gave Chase - zdecydowanie moje największe indycze odkrycie ostatnich miesięcy. Ta gra to poszatkowana fabularnie przygoda która daje swobodę interpretacji przedstawionych wydarzeń. Od samego początku wita nas masę tajemnic, gęsty i mroczny klimat oraz psi zaprzęg którym musimy sterować. Ale to nie wszystko bo jak wspomniałem - gra ma poszatkowaną formułę czyli np. jedziemy sobie zaprzęgiem aby za chwilę pora nocy się zmieniła gdzie stoimy w środku lasu ze strzelbą. Gra stopniowo odkrywa przed nami kolejne karty i urozmaica rozgrywkę przez co nie ma nudy. Od razu przypomniało mi to Virginię którą też bardzo lubiłem. Zdecydowanie polecam dla osób które lubią schizowe gierki zwłaszcza że chodzi na wyprzedażach za jakaś dyszkę na Steamie. Dying Light: The Beast - sporo się rozpisałem o tej grze w odpowiednim temacie więc w skrócie napiszę że dla mnie to jest bardzo spory zawód. Boli mnie że seria nie idzie do przodu tylko stoi w miejscu a jak wiadomo kto stoi w miejscu ten się cofa w rozwoju. Mechaniki i rozwiązania które były akceptowalne w 2015 nie powinny mieć miejsca 10 lat później, inne studia jak Ubisoft by zostały zmieszane z błotem z góry na dół jakby takie coś odwaliły a tutaj sama aprobata od społeczności. Mam nadzieję że Techland się ogarnie bo nie chciałbym aby stali się studiem od klepania tej samej archaicznej mechanicznie gry przez następne 20 lat, a najlepiej to jakby przypomnieli sobie o Call of Juarez chociaż tutaj prawa to chyba ma Ubisoft ale po obrobieniu przez Marchewkę berła chinolom nie powinni mieć problemu z wyłożeniem na to kilkunastu milionów dolców. Undusted: Letters from the Past - kolejna czilowa gierka którą znalazłem dzięki funkcji kalendarza na Steam. Najbliższe skojarzenia są z Unpacked lub Assemble with Care. Tutaj mamy historię Adory która wraca do rodzinnego domu i przez jego eksplorację znajduje różne przedmioty związane z jej życiem, opowiadana jest prosta i ckliwa historia na ładnie rysowanych kartach a wspomniane przedmioty musimy wyczyścić za pomocą narzędzi jak ściereczka, gąbka, pędzelek czy nawet mini-odkurzacz. Każde narzędzie działa troszkę inaczej i z inną efektywnością w zależności od powierzchni. Gra nie jest długa a animacja usuwania zabrudzeń jest naprawdę bardzo dobrze wykonana przez co czuć satysfakcję z działań natomiast aby osiągnąć 100% to trzeba mieć sokoli wzrok i masę szczęścia. Gra śledzi postęp w systemie setnych procenta więc możemy mieć 99,95% i wtedy pojawia się problem bo nawet używając wizji podświetlającej zabrudzenia zdarzało mi się że nic się nie świeciło i wtedy wkradała się lekka irytacja. Problemem jest to że wszystko jest wykonane w pixelarcie więc dla mnie trudniej było dojrzeć niedoskonałości na pierwszy rzut oka. Na szczęście przy osiągnięciu 99% można już ukończyć poziom ale jeżeli nie chce się tego używać to gra może być nie lada upierdliwością z tym systemem który nie wybacza. Powinna być większa tolerancja na błędy, zaokrąglanie procentów do dziesiętnych lub całościowych bo z gry do wyciszenia się wieczorkiem można szybko przejść do niezłego poirytowania gdy od kilku minut obracamy przedmiotem czyszcząc 5 raz tę samą ściankę a nie ma żadnych rezultatów.