Opublikowano 18 czerwca18 cze 13 minut temu, Josh napisał(a):Spokojnie, to nie Naughty Dog, ani Ubisoft, oni potrafią w postacie. Osobiście nie jestem też fanem trzymania w tajemnicy i traktowania jako legendy bohaterów z takim potencjałem, mogliby z nim odjebać najlepsze DMC.Skonczy sie jak z nanomaszynami
Opublikowano 18 czerwca18 cze On 6/17/2026 at 6:09 PM, Mejm said:Mi zalezalo tylko na kamerze. Nie wiedzialem nawet ze dadza pierwsze dwa MG co uwazam za bardzo dobry bonus. Nie wiem natomiast co oferowalo Substance i czemu bylo lepsze, musialbym googlac. Snake na desce? Ale to chyba dla burgerow z xboxem.Deskorolka jest ekskluzywnym trybem w MGS2 Substance ale w wersji na PlayStation 2. Wersja Xbox jej nie posiada, pozdrawiam.
Opublikowano 18 czerwca18 cze No już było wyjaśnione.11 godzin temu, Mejm napisał(a):Ta, tez to ogladalem (chociaz moje pierwsze wydanie to byla platyna jedynie z dvd z gra, dopiero pozniej wszedlem w posiadanie wanilii).Jeszcze tylko jedno "ackchyually" z mojej strony i kończę nerdzenie: ten dokument z pitoleniem o King Kongu pochodzi z płyty The Making of MGS2, dołączanej do edycji PAL zwykłego MGS2: SoL. W Substance była płytka The Document of MGS2 (w USA i Japonii wydana jako osobne wydawnictwo): zupełnie inny content, m.in. wszystkie trailery dwójki, pełno artworków, projekty postaci (również tych, które wyleciały z gry), modele 3D do oglądania czy nawet zestaw wszystkich cut-scenek (bez dźwięku) z możliwością latania kamerą w dowolne miejsce. Świetna sprawa. Edytowane 18 czerwca18 cze przez kotlet_schabowy
Opublikowano piątek o 01:213 dni Wuchang Fallen FeathersTa pani u gory to Wuchang. Jest to dziewczyna cierpiaca na straszne chorobsko zwane feathering (opierzenie?), a na dodatek padla ofiara amnezji. Kilku NPCow wysyla ja w podroz, ktorej celem jest odnalezienie samej siebie. Juz na samym poczatku poznajemy wszystkie kluczowe postacie, ktore od czasu do czasu beda nam sie platac pod nogami przypominajac, ze Wuchang nie tylko ma za zadanie odkryc prawde o okropnej chorobie toczacej kraine, ale rowniez zboczyc okazjonalnie z traktu i wykonac jakies zadanie dla poznanego po drodze randoma. Takim randomem jest ten pan w towarzystwie naszej heroiny:Jest to jedna z ciekawszych postaci, a jego quest prowadzi nas do dwoch ukrytych bossow. W obu przypadkach mamy do czynienia z absolutnie cudnym spektaklem. W ferworze walki dokonujemy lliczenia unikow, wymierzamy ciezkie ataki w plecy delikwenta, konsumujemy zielsko, ktore zmniejszy obrazenia i podziwiamy dzikie piruety jakie dany boss odstawia wokol nas niestrudzenie i bez przerwy. To pierwsze przejscie gdzie uczysz sie systemu, szukasz okien ataku czy uniku potrafi sporo namieszac w glowie gracza. Nie spodziewajcie sie, ze kazdy boss zje was na sniadanko, ale tez nie doswiadczycie latwej przeprawy. Niektorzy jednak beda wycierac wami podloge dopoki nie zmienicie czegos w swoim podejsciu do starcia.I tu musze nadmienic jedna rzecz. Wuchang Fallen Feathers po wszystkich patchach jest o wiele bardziej przystepny dla gracza niz to mialo miejsce przy premierze. Po pierwsze leczenie jest nieco szybsze bo to powolne picie zieleniny kiedys to byl smutny zart. Po drugie (i najwazniejsze), nie ma juz runbackow!! Po niefortunnym zgonie padnie pytanie czy chcesz powtorzyc starcie czy wrocic do oltarzyka (save point). Mozna powtarzac starcie ile sie chce bez wkurwiajacych biegow przez pol mapy. Co wiecej, gra sama uzupelni wszystko to co skonsumowalo sie w trakcie proby. Pieknie.Poczatkowo ogrom opcji do przestudiowania i wdrozenia w praktyke moze byc przytlaczajacy. Mamy drzewko rozwoju, ktore jeszcze niewiele nam mowi, ale nalezy poczytac co tam sie dzieje i znalezc swoj styl. Piec odnog tego drzewka jest dedykowanych pieciu roznym rodzajom oreza. Sa topory dla tych ktorzy lubia moc i ciskanie przeciwnikami o glebe. Mamy podwojne ostrza stawiajace na szybka i energiczna rozgrywke bazujaca na jak najszybszym sprowadzeniu adwersarza na kolana. Mamy krotki miecz, ktory tak naprawde stanowi katalizator dla magii, ktora mozna wymazac wszystko z otoczenia. Nastepne w kolejnosci sa wlocznie, a na samym koncu dlugie miecze. I ten ostatni archetyp zdominowal moje buildy. Lewa strona drzewka zawiera liczbe leczen, kolejne zywioly do odblokowania w postaci temper i dodatkowe odnogi dla magii i feathering. Jesli inwestuje sie w fizyczny damage, rzecz jasna te fragmenty drzewka pozostana nietkniete. Polecam poczytac z czym co sie skaluje, jaka magia najlepiej bedzie uzupelniac zadawane obrazenia fizyczne i jaki rodzaj temper najskuteczniej wkomponuje sie w nasz styl.Czym jest temper? Po krotce jest to boost, ktory aplikujemy na nasze ostrze przed i w trakcie walki. Wariacji jest wiele. Domyslacie sie pewnie, ze jest wsrod nich ogien. Sa trucizna, korozja, ale rowniez zywiol, ktory jest glownym tlem gry, czyli feathering. Mozna uzyc tzw poise damage, ktore szybciej doprowadzi do przebicia balansu przeciwnika, a co za tym idzie otworzy okno na nadzianie bezbronnego bossa czy minibossa na nasze ostrze w iscie dewastujacym stylu. Mi do gustu przypadl leech, ktory potrafi dokonac bardzo skutecznego drenazu paska zycia szefa, a przy tym leczy nas co pomaga wybitnie w bardziej agresywnym podejsciu do starc, a nie zmusza do chowania sie po katach popijajac zielone smoothie.To temper. Co ponadto? Znajdziecie medaliony blogoslawienstwa, ktore pasywnie podbija skutecznosc boostu ostrza lub magii. Jest ich cale mnostwo wiec polecam samemu/samej dojsc do tego co najlepiej wam zagra w buildzie. Nadmienie jednak, ze im wiecej medalionow z tej samej “rodziny” tym wiekszy bonus. Mozemy uzywac trzech medalionow na raz wiec procent skutecznosci takiego combo jest chyba oczywisty.Ale to nie koniec. W drodze od bossa do bossa napotkacie rowniez na amulety, ktore sa odpowiedzialne za kolejne pasywne podbicie wydajnosci naszych umiejetnosci, zadawanych obrazen, odnawiania sie staminy, itd. Medaliony i amulety skaluja sie do +2 w kolejnych przejsciach.Budowanie postaci sprawilo mi niezmiernie duzo radochy. Wuchang jest jedna z tych gier gdzie dzialo sie to naturalnie, organicznie i bez wiekszych zagwozdek choc na poczatku moze wszystko byc nieco przytlaczajace.Geografia gry, i tu mala profanacja jezykowa, niesamowicie w chuj ja pierdole podeszla mi do gustu. Tak jak w innych souls-like’ach bladzimy po ogromniastych obszarach natrafiajac od czasu do czasu na wrota, ktore po otwarciu maluja banana na twarzy bo wyladowalismy w dobrze znanym miejscu otwierajac sobie bardzo przydatny skrot. Pejzarze zmieniaja sie nieustannie. Od feudalnego klimatu wiejskiego trafiamy do twierdzy, a z niej w zasnierzona osade podzamkowa. Z niej zas droga prowadzi w podziemia pelne groteskowych maszkar i humanoidalnych delikwentow. Stad zas trafiamy do lesnych ostepow gdzie wedrujemy po konarach olbrzymich drzew. Nastepnie docieramy do orientalnej warowni z mnostwem twardych i stawiajacych nie lada wyzwanie przeciwnikow, ktorzy tylko stoja na drodze do jednego z trudniejszych bossow. Palce lizac.Wuchang Fallen Feathers zawiera z 20-pare aren gdzie trafiamy na jakiegos szefa. Zazwyczaj moje zachwyty pod adresem innych gier bywaja lekko na wyrost w tym aspekcie bo sa calkowicie subiektywne, ale tutaj zaprawde mamy panteon wy-je-ba-nych pod niebiosa bossow. Nie przytocze nazwy zadnego/zadnej z nich, zeby nie psuc zabawy, ale wiedzcie, ze sa diametralnie rozni od siebie, posiadaja ciekawe mechaniki i niejeden z nich wystawi wasze jestestwo, rownowage psychiczna i grzecznosc na najwyzsza probe. Przed kazda walka czulem adrenaline i krew plynaca przez moje zyly jak potok gorski. Chinczycy kapitalnie sobie poradzili z dizajnem zarowno szefow jak i otoczenia. Za to naleza im sie gromkie brawa.Mimo iz rozpostarlem tutaj obraz gry trudnej i nieco skomplikowanej to wierzcie mi, ze jest to jedna z bardziej przystepnych gier tego typu. Odczujecie wyrazny progres rozwoju umiejetnosci, dopakowania postaci, nauczycie sie czytac teren i bedziecie lepiej reagowac na bestiariusz. Kulminacja bedzie zrozumienie tego dlaczego uniki sa tak wazne, czym jest system Szalenstwa, dlaczego magia jest generowana tak, a nie inaczej, oraz ktora odnoga drzewka bardziej wam sie przysluzy.Wuchang ma spora garderobe. Wybierzecie ciuchy, ktore najskuteczniej pomoga w redukcji obrazen, a ze kazdy element ubioru mozna edytowac niemal dowolnie w kwestii wygladu stworzycie nie tylko morderczynie bossow, ale i rowniez gustownie ubrana laseczke.Ta fotka to koncowka mojego ostatniego, na chwile obecna, tanca z Wuchang, ale czuje, ze kiedys do niej wroce. Chce jeszcze raz spojrzec w oko tygrysa. Chce wejsc na ogromna lake dzierzac ognisty orez i z sercem w gardle wyczekiwac pierwszego ataku. Chce raz jeszcze wkroczyc w ta surrealistyczna, acz przesliczna lokacje zaraz przed ostatnim bossem i w akompaniamencie chorow kroczyc powoli ku ostatniemu starciu. Jesli poswiecicie Wuchang swoj czas mysle, ze zrewanzuje sie z nawiazka. Dziewcze wie co dobre. Edytowane piątek o 01:363 dni przez Yap
Opublikowano piątek o 08:543 dni Fire Emblem Warriors: Three HopesAlternatywna historia z Three Houses, tym razem w szybszej wersji z systemem walki Musou. 2x, może 3x krótsza, na 30h z robieniem większości walk na normalu. Chociaż poziomem trudności nie grzeszyła, to dla casualowego grania było ok. Drugi faktor trudności to perma death, to miałem włączone, ale nie straciłem nigdy nikogo... :).Sama historia według mnie lepsza niż w Three Houses, lepszy pacing, bo walki są rodem z Dynasty Warriors i z reguły misje trwają mniej niż 10 minut, fabularne na koniec rozdziału może 30 minut, idealne do grania w przerwie, w samolocie, w parku. Podczas walk możemy sterować tylko jedną jednostką, a przełączać się do 3 innych, poza tym wszystkim można też wydawać polecenia na mapie w czasie rzeczywistym. Jest też opcja zapisu gry podczas potyczek, więc nigdy niczego nie tracimy.Postacie w większości znane z Three Houses, ale największą nowością jest opcja wyboru nowego protagonisty - Shez. W pełni ugłosowiona i naprawdę da się polubić tą postać (miałem wersję fem), dla graczy Three Houses nie polecam wyboru Byleth.W grze jest chyba jeszcze więcej gadania rodem z Person, masa social linków, dużo fabuły, nie sposób zrobić wszystkiego w jednym przejściu. Dla poszczególnych grup polityczno-rodzinnych mamy też specjalne fabularne questy co kilka rodziałów.Prócz walk rozbudowujemy mocno swoją bazę, która przenosi się w czasie gry w różne miejsca na mapie, rozwijamy obóz i zdobywamy nowe bronie. Ten aspekt jest bardzo rozbudowany, najwięcej czasu zajęło mi ulepszanie broniek, tych jest masa i można je rozwijać chyba w nieskończoność. Prócz tego standard gotowanie, gadanie pod social linki, wręczanie prezentów.Główny problem miałem z levelowaniem innych postaci, niż Shez i Lady Edelgard, którymi z reguły sterowałem, w walkach można mieć ich 4 do sterowania (a 8 w fabularnych potyczkach), reszta nie zdobywa expa, ale gra daje furtkę do rozwoju innych w obozie, potrzebna tylko punktów akcji i złota. Niemniej jednak w Three Houses łatwiej było trzymać całą ekipę w ryzach, niż w Musou.Na osobny akapit zasługuje tryb boost na Switchu 2 w trybie HH gra jest ostra jak brzytwa i chodzi w 60 fps, co w Mosuo robi robotę.Według mnie jest to tytuł pod paroma względami nawet lepszy, niż główna część, aczkolwiek jednak wolę walkę turową to fabułka i dialogi są naprawdę dobrze zrobione w tej wersji historii.8.5/10 (te pół za wersję na S2, która naprawdę temu tytułowi służy). W rankingu spinoffów Musou złoty standard razem z Personą Strikers.Oczywiście to co ograłem to tak naprawdę 1/3 gry (wiadomo 3 nacje), ale więcej nie będzie :).
Opublikowano wczoraj o 08:28 1 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. The Legend of Zelda: Breath of The Wild - nic oryginalnego oczywiście nie napiszę, największa przygoda w którą grałem przez ostatni rok (łącznie pewnie jakieś 150 godzin), zwiedziłem cały świat wzdłuż i wszerz, zrobiłem wszystkie 120 świątyń, Ganon pokonany, wszystkie wspomnienia odkryte. Grałem w wersję S2, także wizualnie super, animacja 60 FPS mega polepszyła odczucia z gry. Mało brakowało a odbiłbym się od początku, ten świat był nieco przytłaczający, ale miałem świadomość, że obcuję z czymś wyjątkowym, więc cisnąłem dalej. Były dni i tygodnie przerwy na inne gry, ale zawsze tu wracałem i potem tygodniami grałem tylko w to. Szkoda że pod koniec, po dopakowaniu siebie i wyposażenia na maksa, to chyba tylko Lynele stanowiły jakieś wyzwanie. Nie mówiąc już o Gnanonie, który padł chyba w jakieś 5-10 minut, może z kilka serc straciłem :) tytuł potrafił zaskakiwać do samego końca, przy ostatniej posiadówie odkryłem niedźwiedzia, na pewno jeszcze zostało mi trochę rzeczy do uzupełnienia kompendium, ale już odpuszczę. Tak samo koroki, których myślałem, że znalazłem sporo, a to było raptem 20% wszystkich. Po przejściu autosave jest oznaczony gwiazdką, ale cofa mnie przed pojedynek z Ganonem. Czyli wygląda na to, że nie można sobie dalej grać po pokonaniu zła. Szkoda, ale pewnie chodzi o design gry i fabularny sens. Moje największe odkrycie to bóstwo do wskrzeszania koni, nigdy żadnego nie zabiłem, ale i tak nieźle się zdziwiłem, zabawny typ ;).Zrobię sobie kilka miesięcy i zacznę kontynuację, mam niedosyt tego świata, ale też nie chce się znużyć, lepiej chwilę odczekać. Oczywiście też pierwsze podejście będzie na S2, no lepiej być nie może.Dla mnie 10/10, kilka ostatnich screenów: Edytowane wczoraj o 09:03 1 dzień przez Manor
Opublikowano 12 godzin temu12 godz. Shadow of the Colossus (PS4)Jak wskazuje platforma, chodzi o remaster. Nie ma się co rozpisywać o takim tytule, może zaznaczę tylko, że moja pierwsza i w sumie ostatnia styczność z SotC to port HD na PS3 w 2016 roku, no i gra bardzo mi się spodobała, choć nie stała się jakimś osobistym klasykiem. Remaster na nowszą konsolę wypadł doskonale. Wiernie oddaje artystyczną i gameplay'ową warstwę oryginału, jednocześnie odświeżając te elementy tak, że przystają (no dobra, może rozgrywka nie do końca xD) do "współczesnych" (bo przecież to gra sprzed 8 lat) standardów. W rezultacie jest to przykład odświeżenia, które z czystym sumieniem można polecić osobie nie znającej pierwotnej wersji gry i naprawdę nic nie straciłaby ona na tym doświadczeniu, za to sporo zyskała. Co prawda edycja z PS3 też jest zacna i działa/wygląda dobrze, ale no co tu dużo gadać, remaster to przeskok dwóch generacji. Oprawa jest po prostu piękna, do pełni szczęścia brakuje 60 FPS na zwykłej PS4 (na Pro chyba jest). Pomijając dyskusje o barwie palet czy filtrach (notabene można je sobie zmieniać w menu), nie ma się do czego doczepić. Ostro, szczegółowo, efektownie, płynnie. Roślinność wygląda pięknie, krajobrazy z dalszej perspektywy nadają się na obraz ścienny, a kolosy...czysta epickość i podziw. Muzyka bez zmian, czyli wspaniała.Reszta z grubsza bez zmian, albo ja ich nie odczułem. No są jakieś tam monetki, ale nie pamiętałem nawet, czy były w oryginale xD. Obieramy kierunek na kolosa, jedziemy do niego, rozkminiamy sposób na pokonanie go, wprowadzamy to w czyn: koniec. I tak 16 razy. I za każdym razem to działa i robi wrażenie. Wiadomo, sterowanie jest trochę drewniane, a bezwładność Wandera, kiedy trzymamy się gigantów, może trochę drażnić, ale trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić, a nie będzie to stanowiło żadnego problemu. Uwinąłem się tym razem w niecałe 6h i byłem aż zaskoczony, że wystarczyło tylko tyle, ale w sumie bardzo mi to pasuje.W skrócie: piękna gra w jeszcze lepszej formie.Indika (Switch)Ciekawe, mocno specyficzne doświadczenie. W sumie to walking sim, ale przeplatany wrzuconymi trochę z dupy mini gierkami stylizowanymi na 8 bitowe gierki. Całość osadzona jest w carskiej Rosji w fikcyjnym, groteskowym wydaniu (dziwne, ogromne konstrukcje, retrofuturystyczna maszyneria), i ubrana w lekko tragikomiczną atmosferę. Kierujemy tytułową Indiką: zakonnicą miotaną wątpliwościami odnośnie wiary (podsycanymi przez wewnętrzny głos, będący jednocześnie narratorem w grze, należący do samego Diabła), której pozornie proste zadanie dostarczenia listu zamienia się w serię przygód, przeżywanych do spółki z uciekinierem z więzienia. Chodzimy, rozwiązujemy proste zgadki środowiskowe (głównie chodzi o przeniesienie jakiegoś pudła lub przestawienie wajchy by otworzyć sobie dalszą drogę. Fajnie zagrane (robotę robi relacja między parą głównych bohaterów, notabene można odpalić rosyjski dubbing i wypada on naprawdę klimatycznie), wciągające i momentami zaskakujące formą przeżycie, do tego gra jest dosyć krótka, więc w sumie idealnie. Nie podobały mi się tylko niektóre celowo rozwleczone i żmudne czynności (szczególnie słynne już noszenie wody w wiadrze na początku). Nie ma tu niesamowicie odkrywczych czy głębokich refleksji na temat wiary/zakonu, ale zawsze to miła odmiana od typowo gierkowych narracji. W niższej cenie polecam, ale zdecydowanie na dużych konsolach, bo na Switchu gra jest po prostu paskudna (w trybie przenośnym rozdziałka to chyba 480p jak nie mniej) i okropnie pocięta wizualnie, za to wersja na current geny ma mocne momenty i wizualnie może się bardzo podobać. Edytowane 12 godzin temu12 godz. przez kotlet_schabowy
Opublikowano 12 godzin temu12 godz. 2 minuty temu, kotlet_schabowy napisał(a):No są jakieś tam monetki, ale nie pamiętałem nawet, czy były w oryginale xDRaczej nie bylo. Byly jaszczurki, ktore trzeba bylo zabic i zjesc, a to poszerzalo pasek staminy. Ja myslalem, ze to tylko taka interakcja ze swiatem, zjadlem jednai i reszte olalem przechodzac gre praktycznie na tym samym poczatkowym pasku. Dzis pewnie bym dostal za to achievment.
Opublikowano 3 godziny temu3 godz. Nie było monetek w oryginale. Po zebraniu wszystkich można otworzyć drzwi z dodatkowym mieczem, to aluzja do youtubera Nomad Colossus znanego z poszukiwań sekretów w grze. Oprócz jaszczurek są jeszcze owoce zwiększające max HP. Co ciekawe, jak się wejdzie na górę świątyni to tamtejsze owoce mają odwrotny efekt.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.