DMC5: SE Waniliowe DMC5 skończone i splatynowane dawno temu (to już SZEŚĆ lat x___x ), ale do pełni szczęścia brakuje jeszcze dzbanuszka w edycji specjalnej, no więc gram i znowu łamię sobie palce. Tryb Legendary Dark Knight spoczko, to naprawdę robi potężne wrażenie kiedy ekran zalewają całe hordy przeciwników, za to o dziwo, Vergilem gra mi się gorzej niż w DMC3/4, mam wrażenie, że w tej części kolo jest maksymalnie overpowered i nawet nie trzeba się starać. Natomiast podstawową ekipą Dante, Nero i V jak zawsze szarpie się świetnie, każdym wyraźnie inaczej, ale każdym przyjemnie. Oj brakowało mi masterowania levelów na S i wykręcania chorych rekordów punktowych :) Szczegółowo o grze powiedziane zostało wszystko, ja od siebie mogę co najwyżej dodać, że mamy już 2025 rok i dalej nie wyszedł bardziej efektowny, ładniejszy i mocniej testujący skilla slasher. Trzeba czekać na premierę Ninja Gaiden 4 albo na DMC6. Koudelka A w to sobie szarpię w pracy jak szef nie patrzy Jak do tej pory mój jedyny kontakt z tą grą i chyba mogę śmiało powiedzieć, że to miłość od pierwszego wejrzenia, aż sam się sobie dziwię, że nigdy wcześniej nie skusiłem się na tego erpega (za to Shadow Heartsy ograne wszystkie, hmmm). Absolutnie uwielbiam ten design, ponure zamczysko momentalnie skojarzyło mi się z pierwszym DMC (ale też trochę z posiadłością Mortonów z Alone in the Dark 4): długie ciemne korytarze, pokoje zalatujące stęchlizną, aż można poczuć zapach kurzu i gnijących desek wdzierające się do nosa, mroczne piwnice, kaplice z niepokojącymi witrażami, ale też od czasu do czasu nieco bardziej "cozy" miejscówki z dopalającymi się w kominku resztkami drewna. No po prostu idealna miejscówka pod survival horror. A to wszystko okraszone ładnie renderowanymi tłami, znajomymi ujęciami kamer oraz oczywiście pałętającymi się wszędzie zombiakami, wilkołakami i innymi piekielnymi pomiotami tylko czekającymi na spuszczenie im łomotu + pomiędzy walkami szukanie kluczy i zbieranie paczuszek z amunicją. Tak, gdyby Resident Evil i Final Fantasy mieli dziecko, to nazywałoby się Koudelka. Pewnie dokładniejszym porównaniem byłoby tu Parasite Eve, ale według mnie z tej dwójki, to gra od studia Sacnoth w bardziej udany sposób buduje atmosferę grozy i lepiej balansuje turowe walki z Residentową eksploracją. Co mnie zaskoczyło i to na spory plus to postacie oraz ich v-a. Wiadomo, że nie są to oscarowe kwestie i czasem można się uśmiechnąć pod nosem z niektórych naiwnych dialogów, ale udźwiękowienie wypada i tak milion razy lepiej niż w pierwszym RE albo jego kopiach (odpalcie sobie kiedyś Countdown Vampires) i na pewno bardziej atrakcyjnie niż brak jakichkolwiek głosów z Parasite. Do tego sama Koudelka... damn, taka stara gra, ale nie będę kłamał, Maciuś mi trochę drygnął podczas FMV otwierającego przygodę, kiedy pokazali protagonistkę w pełnej krasie. Do tego laseczka ma niezły charakterek, raczej nastawiałem się na kolejną słodką idiotkę ratującą wszystkich wokół, ale nie tym razem. Babeczka to ostra sucz, która wydaje się, że czerpie przyjemność, kiedy jej towarzyszowi dzieje się krzywda (vide scena z zatrutym żarciem) seksowny głos i odsłaniające co nieco ciuszki tylko dopełniają pozytywnego wrażenia oraz przyjemnie łechcą moje głęboko ukryte spermiarskie ego. Długo nie pograłem, ale system walki wydaje się spoko, taki mix klasycznej turówki z erpegiem taktycznym i lekkim survivalem: podczas starć można się poruszać po specjalnie do tego wyznaczonych polach, jest trochę różnych rodzajów ataków (magia included), trzeba też rozsądnie korzystać z ammo, bo inaczej zostajemy z samym nożem i piąchami. Liczę na to, że później trafią się jakieś fajne zagadki i starcia z bossami. Kolejny plusik za możliwość dowolnego rozdysponowania punktów podczas level up'u i kilka twistów związanych ze statsami (trzeba na przykład uważać, żeby za dużo punktów nie przydzielić do obrony przed magią, bo wtedy również nasze czary leczące staną się mniej efektywne). Niby nic skomplikowanego, ale można się trochę pobawić i pogłówkować.