Treść opublikowana przez kotlet_schabowy
-
PSX EXTREME 344
Co prawda ten tekst przyjął w większej części formę takiej zapowiedzi "formatu" (bo dopiero ostatni akapit to mięso, czyli coś o Feniksie), ale i tak czytało się dobrze i fajnie by było, jakby HIV pisał częściej. Ale jak on już przy pierwszym felietonie asekuracyjnie pisze, że może będzie cyklicznie, a jak się uda, to może nawet co miesiąc, to znając jego różne wcześniejsze inicjatywy, można mieć pewne obawy xD
-
Figurki kolekcjonerskie
Nie jestem kolekcjonerem, to w sumie moja druga figurka (ale kiedyś jeszcze coś pewnie dołączy na półkę) więc tym bardziej chcę się pochwalić. Foto byle jakie, ale trudno: Własny MG Rex to moje nerdowskie marzenie odkąd poznałem świat MGSa. Tak po prawdzie to poza znanym w pewnych kręgach modelem do składania (od którego zakupu byłem swego czasu o krok) nie kojarzę, żeby kiedykolwiek była w szerszej dystrybucji dostępna figurka tego mecha. No ale jak zobaczyłem parę miechów temu zapowiedź powyższego modelu, to musiałem go mieć. Cena, jak dla mnie, czyli osoby będącego raczej poza tym hobby, kosmiczna, no ale trochę ze względu na to, że generalnie nie kupuję takich "zabawek", uznałem, że można sobie pozwolić. Wykonanie: klasa. Nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Ogromne przywiązanie do szczegółów, sporo ruchomych części zapewniających możliwość ustawienia mecha na różne sposoby i zwyczajnego pobawienia się xD. Waży chyba z 1,5kg, kawał solidnego robocika. Jest opcja wsadzenia baterii i włączania lampek, ale na razie sobie ją odpuściłem. Tylko jak to czyścić, jak niechybnie się zakurzy? Bonusowo towarzysz z półki:
-
PSX EXTREME 343
Nie, razem z podstawką czekają na swój czas, który prawdopodobnie nadejdzie w czasie urlopu, czyli w wakacje. To mój ostatni "duży" Mario poza Galaxy 2, więc dawkuję sobie te przygody. Ja po prostu mam coraz bardziej dość zbyt dużych gier, więc może trochę łatwo uprzedzam się do takich, o których wiem, że są za długie jak na swój gatunek (bo 20h w typowej przygodówce AAA to co innego, niż 20h w platformerze czy strzelance FPP).
-
Jak należy grać w gry (by nie wystawić się na śmieszność).
Dwa dobre przykłady, które też mi przychodzą do głowy w tym kontekście. Tytuły, które bardzo mocno zmieniają oblicze na wyższych poziomach i slogan, że to "dwie różne gry" jest tutaj na miejscu. Oczywiście dany szpil musi dobrze przypasować, żebym bawił się później w jakieś Groundedy czy inne cuda, ale przy obu powyższych seriach droga była podobna: pierwsze przejście na normalu, poznawanie fabuły i zabawa gameplay'em, później masterowanie. W GoWach, które przecież nie są jakimiś głębokimi slasherami, można było na poziomie God odkrywać zupełnie nowe taktyki czy sposoby gry. Uncharted staje się pełnoprawną strzelanką i każde starcie daje satysfakcję. No ale takie podejście wiąże się też z tym, że trzeba chcieć "tracić czas" na tę samą gierkę więcej niż raz. A na to musi ona sobie moocno zasłużyć. Mocno nietrafione, przecież tam jest sporo gameplay'u poza skradaniem, zresztą SlimShady ładnie wytłumaczył. Ale nawet przyjmując, że to samograj jak popularne walking simy, to sam fakt, że grając samodzielnie podchodzę sobie gdzie chce, oglądam i zwiedzam w swoim tempie i kolejności, przeszukuję szafki i szukam odnóg już całkowicie odbiera tutaj sens porównywania do oglądania gry na YT. Druga sprawa, że SOMA fundamentalnie nie stoi spotkaniami z przeciwnikami, są tam wręcz kwiatkiem do kożucha (ile ich jest łącznie, z pięć?), ciężko nawet zginąć, a jak już zginiesz, to checkpoint jest niewiele wcześniej. Osobiście były dla mnie zupełnie niepotrzebne, bo ani to straszak, ani wyzwanie, jedynie wybicie z rytmu stosunkowo powolnego eksplorowania i chłonięcia klimatu.
-
PSX EXTREME 343
Trochę już musztarda po obiedzie, ale miałem zamiar coś "skrobnąć" już wcześniej, więc trzymam się postanowienia. Tradycyjnie, nie lecę za spisem treści, tylko kilka luźnych uwag na tematy, na które zwróciłem uwagę. spoko test Virtual Boy'a, wyjątkowy o tyle, że jak już zauważono, autor miał możliwość porównania z oryginałem, co jest wartością samą w sobie. Osobiście: chętnie sprawdziłbym te gierki dostępne przez NSO, ale cena i sposób zakupu obu wersji gadżetów do Switcha są absurdalne (co prawda pewnie jakieś kartonowe "okulary" od biedy by uszły, ale mógłby być problem z rozmiarem). tekst o Czarnobylu dobrze się czyta, treść wyczerpująca, ale jakim cudem w polskim piśmie zabrakło wzmianki o mitycznym płynie Lugola i elektrowni w Żarnowcu?! Może to wyświechtane wątki, ale w sumie dla osoby śledzącej temat (lub po prostu znającej serial HBO) większość tych informacji jest już znana. No i zarzut pozamerytoryczny: co to kuźwa za oprawa graficzna xD? Słynne już skośne paski osiągają tu stężenie niebezpieczne dla zdrowia (szczególnie w połączeniu z oczojebną kolorystyką) a druga strona wygląda jak z jakiegoś pisma dla młodzieży w okolicach roku 2000. No niefajnie się to prezentuje. Z reckami, a bardziej z premierami, w ubiegłym miesiącu było tak sobie. O Crimson Desert już tu pisałem, natomiast moją i pewnie nie tylko moją uwagę zwróciło Demon Tides, w czym zasługa niezwykle pozytywnej recki i wręcz zaskakująco wysokiej oceny (wbrew stereotypowi i poniekąd naturalnemu odruchowi najpierw przeczytałem tekst a później spojrzałem na oceniaczkę). Jednak pewne informacje i fakt, że już zdarzyło się, że gra zachwalana przez pana Piechotę (wybaczcie pomyłkę w pierwotnej wersji posta xD) mi nie "kliknęła" zapaliło kilka lampek ostrzegawczych. Wielki ocean, swoboda i 20 godzin zabawy w platformerze? Porównanie do Sly 2? No nie mój klimat, nie tego szukam w tym gatunku, a rzut oka na filmik z rozgrywki raczej mnie nie zachęcił. Ale może dam kiedyś szansę, liczę na jakieś demko (choć niedawno odpaliłem akurat demo Bubsy 4D tych samych autorów i dosyć szybko wyleciało z dysku...). Retrocenzja: jak już chyba tu wspominałem (albo plusowałem kogoś, kto to wspominał?), nie mam nic przeciwko takim "odchyłom" i przypominaniu o czymś, co w sumie już w czasie premiery nie było zbyt dobre, ale miało "to coś", jakiś wyróżnik (ot tutaj choćby oprawę graficzną). W tym przypadku jest to o tyle ciekawe, że tekst w pewnym sensie bardziej opisał zawirowania wokół powstawania Rascala, niż samą grę, i spoko. A jako że niedawno zupełnie przypadkowo, przeglądając starusieńki numer PE wpadłem na przegląd platformerów, to wrzucam tu mały smaczek w temacie, parę słów o "rajcowności" rzeczonego szpila: Żeby nie było tylko narzekania, coś o engine: Generalnie gra zajęła przedostatnie miejsce na podium, za Blasto i przed Jersey Devil xD Zgrentgen wraca po latach wniosków i próśb i akurat dotyczy tytułu, którego prędko nie ogram, więc ze względu na spoilery muszę sobie dyskusję podarować? Super. No ale miło, że w końcu temat się pojawił i liczę na więcej, bo okazuje się, że jednak się da. Artykuł o gamingu w Brazylii: mimo, że ten kierunek świata i kultura są ze mną prawie zupełnie nie kompatybilne, to jednak tekst mnie wciągnął i zaciekawił. Tyle, że znowu mamy tu casus artykułu o Czarnobylu, czyli okropną oprawę graficzną (nieprzypadkowo tu i tu dominują zielenie). I serio nie da się znaleźć zdjęcia pada w barwach flagi Brazylii w lepszej jakości? Jeśli nie, to po co walić do pisma obrazek w tak dużym rozmiarze? Wróżenie z pada: tekst pozornie kuriozalny, tematyka wręcz mnie mierzi, a wyszło...całkiem ciekawie. Dziatkiewicza rozmówki o starych karabinach: jeśli ktoś po poprzednim numerze miał niedosyt, bo lider Tiltu w sumie za dużo o ARKADÓWKACH nie mówił, to tutaj jego apetyt powinien być już zaspokojony. Szkoda tylko, że czytając ten tekst czułem się trochę jak w sytuacji, kiedy siedzisz na imprezie w grupce znajomych i okazuje się, że dwóch z nich chodziło do tej samej szkoły i przez parę minut wymieniają się wspominkami o babie od majcy i surowym wuefiście, a ty siedzisz z boku cicho i czekasz na powrót do wspólnych tematów. Sorry za złośliwości, ale serio, to mocno hermetyczny tekst i nawet jako mieszkaniec Krakowa nie miałem z tymi "legendami" jakiegoś wspólnego mianownika. Rewizja WiiU: ciekawa sprawa, lubię takie motywy i spoko, że w PE nie ma przesadnej poprawności politycznej i wraca się do tematu homebrew, tym bardziej, że mowa o niemłodych już sprzętach. Pewnie nigdy już z rzeczoną konsolą nie będę miał do czynienia, ale temat mnie zainteresował, także Majk na propsie i fajnie, że gość siedzi w tych klimatach i umie o nich coś napisać już -naście lat. Region Filmowy: w świetle jakości i ilości ciekawych premier kinowych (a także specyficznego doboru tytułów przez Sobka) miło, że pojawiło się odświeżenie formuły i będzie można przeczytać też coś o starszych (niekoniecznie kultowych czy najlepszych) filmach. Felietony jak zawsze spoko, ale muszę wyróżnić tekst Adamusa, bo pięknie przedstawił "problem" w sumie nawet nie tylko typowego gracza, co ogólnie człowieka. Idealnie pasuje do wielu forumowiczów xD Ale zgodnie ze wspomnianym w pierwszym akapicie błędem poznawczym większość i tak będzie uważać, że tekst nie jest o nich, ale właśnie o tej reszcie ignorantów. A wystarczy mieć po prostu minimum dystansu do własnego osądu i umiejętność zrozumienia, co nas kształtuje. No ale łatwiej podzielić świat na "ja" i "ci co się nie znają". Ot, natura.
-
System reputacji
Z 10 lat temu pewnie bym powiedział, żeby wyjebać, no ale teraz to nie, bez przesady, integralny element forumowania, sensowne argumenty padły już wcześniej, więc co tu więcej pisać. A licznik, na który i tak nie patrzę i chyba większość ma wywalone, ani mnie ziębi, ani grzeje.
-
własnie ukonczyłem...
Scars Above (PS4) Gdyby nie dosyć entuzjastyczna recka Adamusa w PE, to pewnie nigdy nie zwróciłbym na gierkę uwagi, a tak wpisałem do backloga i sobie leżała, aż przy okazji niedawnej promki kupiłem wersję cyfrową i w sumie nie pamiętając już za bardzo, o co tam w ogóle chodzi (poza tym, że kosmos i strzelanie) odpaliłem. Gdy dotarłem do pierwszego artefaktu, pełniącego tu plus minus rolę Soulsowych ognisk, lekko westchnąłem. No tak, czyli kolejny przypadek wepchnięcia modnych mechanik, które osobiście są mi zupełnie do szczęścia niepotrzebne. Całe szczęście okazało się, że (głównie za sprawą dobrze wyważonego poziomu trudności, grałem na normalu), nie ma tutaj powodów do irytacji, częstego powtarzania walk czy w końcu zbierania zgubionego expa (ten patent w ogóle nie występuje). Czyli trochę sztuka dla sztuki, ot checkpoint, który odnawia nam ammo i ekwipunek, ale ożywia też wrogów. Jak już napisałem we wstępie, Scars Above to kosmiczna strzelanka TPP. Nie wchodząc za bardzo w szczegóły fabularne (raczej sztampa, a postaci, na czele z protagonistką, są bezpłciowe i już nie pamiętam nawet ich imion, tym bardziej zaskoczyło mnie, jak wróciłem do wspomnianej recki z PE, gdzie elementy te były mocno chwalone), trafiamy na obcą planetę pełną obcych organizmów i poruszając się po raczej korytarzowych (co na plus) poziomach, osadzonych w kilku środowiskach, coś odkrywamy, coś zdobywamy, gdzieś coś przełączamy, po drodze biorąc udział w raczej licznych starciach z wrogimi stworzeniami. Tutaj tkwi główna atrakcja gry. Otóż bronie, których używamy, mają przypisany dany "żywioł", taki jak ogień, lód, prąd czy "truciznę". Przyjemniczaki, na których trafiamy, są bardziej lub mniej wrażliwi na każdy z nich, a także miewają klasyczne słabe punkty, które trzeba zlokalizować (najlepiej- oczywiście- skanując ich cielska), więc momentami trzeba wachlować arsenałem, w międzyczasie używając również innych gadżetów (moim ulubionym była "kula" spowalniająca mobów). Co więcej, można (a czasami nawet trzeba, głównie przy bossach i sub bossach) wykorzystać na swoją korzyść elementy otoczenia/środowiska, co skutkuje w całkiem fajnych akcjach, ot np. możemy rozwalić lód pod przeciwnikiem, co skutkuje jego wpadnięciem do wody, w której staje się już wrażliwy na atak elektryczny. Odkrywanie i wprowadzanie w życie takich rozwiązań daje satysfakcję, szczególnie, kiedy udaje nam się kilkoma strzałami rozwalić bydlaka, z ktorym normalnie trzeba by się trochę męczyć. Mamy tu też oczywiście obowiązkowe drzewko rozwoju (exp rośnie głównie za sprawą odkrywanych znajdziek, także warto zbaczać w odnogi i lizać ściany, można spokojnie odblokować wszystkie perki przy jednym playthrough) i choć większość nowych umiejętności jest umiarkowanie przydatna, tak jedną muszę wyróżnić: przyspieszone przeładowanie w stylu Gearsów (trzeba trafić w odpowiedni moment z powtórnym reloadem). Gra na PS4 prezentuje się tak sobie, ale mam wrażenie, że to nie tylko wina platformy, bo po prostu design, kolorystyka i modele postaci tudzież przeciwników są, z braku lepszego słowa, mdłe. No szaro bure to wszystko, a nawet, jak pojawiają się kolejne BIOMY i wizualnie dostajemy pewną świeżość, tak nadal mam wrażenie, że kolorystyka jest mocno wyblakła. Pomijając to, że było tu trochę glitchy, technicznie jest raczej bez zarzutu, ot niższa rozdzielczość tekstur, 30 klatek animacji itd. Mimo wszystko gra ma swoje momenty, szczególnie gdy podziwiamy jakiś szerszy horyzont, a i efekty atmosferyczne robią robotę. Całość zajęła mi chyba nie więcej, niż 8h, co uznaję w tej formule za plus. Nie przejadło się, ale też nie miałem niedosytu. Dobre proporcje i tempo, brak bezsensownych wypełniaczy, które są standardem w dzisiejszym gejmingu, idealnie skondensowana przygoda. Bawiłem się ogólnie dobrze, ale nie było to przeżycie, które będę jakoś mocno wspominał. Wzorowe wręcz AA. Najlepsza z serii.
-
Konsolowa Tęcza
O, gra z HIVem w Paryżu, w sumie mam w backlogu odkąd zacząłem prowadzić listę, czyli jakieś 13 lat, to akurat wpadnie xD.
-
PlayStation Extreme #1 (1994-1996)
W sumie wszystkie arty poza Suikodenem i Wipeoutem są niezbyt atrakcyjne, no ale jak ma wejść ich sześć, to odrzuciłbym Loaded i niestety Soul Blade'a (za dużo wszystkiego, no i te modele 3D niezbyt fajnie się zestarzały). Oby limitka nie zawiodła. A sam specjal? Cóż, może i w jakimś stopniu będzie to dziesiąta powtórka znanych faktów, ale mnie akurat era szaraka niezmiennie fascynuje i nie mam problemu, żeby o pewnych rzeczach przeczytać ponownie, a już zdecydowanie dużo chętniej sięgnę po trzy takie specjalne, niż po ten o Atari chociażby.
-
własnie ukonczyłem...
No ze źródeł wynika, że jednak nie do końca tak można napisać i Capcom miał swój udział w kluczowych bądź co bądź aspektach produkcji, a łącznie to chyba ze 4 różne ekipy były w to zamieszane, gdzie Nextech odpowiadał głównie za czysto techniczną (w domyśle: kod) stronę. W sumie jak na dzisiejsze standardy, nic nadzwyczajnego, zwykły outsourcing (wystarczy popatrzeć na niekończące się creditsy dzisiejszych dużych tytułów, gdzie czasami spokojnie z 1/4 nazwisk brzmi np. indyjsko).
-
własnie ukonczyłem...
Resident Evil Code: Veronica X (PS2/PS3) Oj było ciekawie. Nic nie zapowiadało, co "zaoferuje" mi ta przygoda w jej drugiej połowie (a może bardziej ostatniej 1/3), toteż nie byłem na to gotowy, a efekt mnie zwyczajnie wkurwił. Gra z jednej strony zupełnie poprawna, z drugiej za sprawą kilku nieprzemyślanych/nie przetestowanych/chuj wie czemu zaimplementowanych patentów, jest w stanie niemal całkowicie odrzucić grającego czy zablokować jego postęp, a jedyny ratunek tkwi w posiadaniu wcześniejszych zapisów gry. Kto grał, ten wie, a kto nie, to przeczyta o tym w dalszej części posta. Jeśli chodzi o czysto subiektywny odbiór Code Veronica jako "zjawiska", to zawsze postrzegałem tę część serii jako taki trochę skok w bok, żeby nie powiedzieć spin-off (tak, wiem, że idea była wręcz odwrotna i to miał być pełnoprawny sequel dwójki). Może działał tu brak numeracji, może otoczka związana z jednoczesną produkcją Nemesisa i wydaniem CV jako exa na Dreamcasta. Tak czy siak, mimo bycia fanem serii, do CV jakoś mnie nigdy specjalnie nie ciągnęło, a jak już odpaliłem pierwszy raz parę lat temu, to jakoś się zniechęciłem na samym początku (dziwnie ślamazarne i powolne mi się to wydawało). Przez jakiś czas łudziłem się, że przejdę ją na Deceku, no ale stanęło na tym, że coś mnie tknęło (pewnie szum wokół premiery nowej odsłony serii) i dałem Veronice kolejną szansę. Sięgnąłem po wersję z PS2 (odpaloną na PS3), jakoś wyleciało mi z głowy, że ukazały się wersje HD, ale w sumie nie żałuję, miałem klasyczny retro EXPERIENCE na CRTku. I właściwie do końca "kampanii" (pozdro Jutrzen) Claire wszystko grało i huczało, a ja byłem uradowany, że oto znowu czuję się, jak za dawnych lat, bo CV to wbrew pozorom totalnie klasyczny i w sumie mało odkrywczy Resident, niewiele różniący się od trylogii z PSXa. Formuła która, owszem, zestarzała się, a jej fundamenty są już dziś zwyczajnie męczące (skrzynia, ograniczony ekwipunek, upierdliwa walka z cięższymi przeciwnikami), ale mimo wszystko działa i zapewnia frajdę, mocno wciągając (nieraz miałem już wyłączać, po czym mówiłem sobie "dobra, do następnej maszyny do pisania"). Szukanie kluczy, łączenie przedmiotów, proste zagadki, okazjonalne strzelanie, ulga, kiedy trafia się do Save Roomu albo znajduje dwie zielone roślinki, zdobywanie nowych broni, w kurwę kiczowate dialogi i scenki (jako że premiera miała miejsce w 2000 roku: z obowiązkowym bullet timem i innymi "Matrixami"). Kto jarał się starymi częściami, ten poczuł się tu jak w domu. Największa zmianą jest tak naprawdę oprawa graficzna, co w tamtych czasach było bez mała wydarzeniem. Z jednej strony zachłyśnięcie się możliwościami next genów i pierwszy raz w serii (pomijam Survivor) "pełne 3D" (cudzysłów, bo nadal są tu predefiniowane kąty kamery). Z drugiej, jako że to początki nowej generacji, pewna sterylność i "nijakość" wizualna, żeby nie powiedzieć, że w porównaniu do pięknych renderowanych teł: po prostu brzydota. Pomijając kwestie technicznie, nie pomaga tu też szeroko pojęty design czy kolorystyka. Oczywiście teraz mam trochę przekłamaną perspektywę, bo grałem pierwszy raz już w nowożytności, ale pamiętam, że śledząc temat CV w Neo Plusie jakoś niespecjalnie mnie grzała strona wizualna. Poza tym Code Veronica ma dosyć "specyficzną" nawet jak na serię fabułę i antagonistów (plus Steve xD). Nie powiem, całość ma swój urok, ale koniec końców, tak jak w poprzednikach: to tylko tło. Jak miałem 12 lat to może mnie to lore jakichś wirusów, Umbrelli i innych Weskerów wkręcało, teraz już można się tylko uśmiechnąć. Dobra, to przejdźmy do problemów. W serii chyba zawsze mieliśmy czy to sekrety, czy możliwość wyboru jakiegoś rozwiązania/ścieżki, które skutkowały później możliwością (lub stratą możliwości) zdobycia jakiegoś gadżetu, głównie dobrej broni. Tutaj twórcy rozwinęli ten "patent" do przesady, sprawiając, że świeży gracz, nie sięgający wcześniej po rady czy opisy, może sobie BARDZO utrudnić rozgrywkę w późniejszych etapach za sprawą decyzji w pierwszej połowie gry. I nie, nikt tu nic nie hintuje, to nie jest kara za olewanie eksploracji czy uciekanie przed zagrożeniem. Po prostu w pewnym momencie wjeżdża rozgrywka Chrisem i o ile nie zostawiło się jako Clair odpowiedniego sprzętu i broni w skrzyni, to jako Chris będziemy mieć mocno wybrakowany ekwipunek. Nie chce mi się teraz wchodzić w szczegóły, ale w najgorszym wypadku można pewnie nawet całkowicie utknąć i pozostaje odpalanie poprzednich save'ów, a jeśli ktoś ich nie robił: machajacypapiez.jpg. Ja w pewnym momencie znalazłem się w takich okolicznościach, że już niemal niemożliwy był normalny postęp (pomijam masterowanie wymijania zombiaków i walki nożem) i załadowałem wcześniejszy stan, co uratowało mi tyłek i kosztem powtórzenia sporego fragmentu gry (tym razem wiedząc już co i jak, więc poszło szybko) zapewniłem sobie w miarę normalne warunki do skończenia CV. A i tak mogło być gorzej. Chujowe decyzje designerskie twórców i nic więcej. Tak się nie robi, nawet w 2000 roku. Osobny temat to skoki trudności w dwóch czy trzech momentach, zazwyczaj związanych z bossami. Słynna ucieczka przed pewnym zmutowanym typkiem to już chyba klasyka wśród miłośników serii, no nie dało się tego gorzej zaprojektować (w skrócie: typ ma nas na dwa hity i o ile nie mamy odpowiedniej liczby przedmiotów leczniczych, to pozdro, oczywiście są na to cheesy sposoby, ale postawmy się w miejscu nieświadomego gracza). CV to po prostu gra, do której najlepiej podejść z przygotowaną wcześniej listą porad, a że ja wolałem grać w ciemno, to miałem za swoje xD. No ale grunt, że się udało. Na koniec na liczniku miałem chyba rekordowe w klasycznych Residentach ~17 godzin. Gra prawdopodobnie zlicza też pauzy, więc część z tego czasu to momenty z odłożonym padem, ale i tak jest to dłuuugi Res. W sumie nic by się nie stało, jakby skończył się mniej więcej na walce z Nosferatu, no ale musiał wjechać obowiązkowy scenariusz Chrisa. Gdyby nie złe wrażenie związane z wymienionymi wyżej"pułapkami": nie miałbym praktycznie żadnych zarzutów. Bo generalnie to jest dobra gra i dobry Resident. Przy odrobinie szczęścia/przygotowania się, zapewni bardzo dobre wrażenia. Ja mimo wszystko "wybaczam" te grzechy, bo i tak grało mi się lepiej, niż w takiego RE0 (o szóstce nawet nie mówię), a jak już sobie naprostowałem sytuację, to zakończenie (z małymi zgrzytami) poszło już przyjemnie. Remake może być bardzo ciekawy.
-
PSX EXTREME 343
Nie czaję tego argumentu, przecież to jakiś slogan, to samo zresztą napisał w 3 groszówce Zabłocki. Żadna gra nie jest "dla każdego", z drugiej strony jak Butcher dostaje reckę pozycji typowo "dla niego", to też źle, bo wiadomo, że i tak da dyszkę. Nie mówię, że ktoś, kto nie lubi sportówek albo wyścigów ma je dostawać do recek, bo to absurd, ale akurat jak na "portfolio" Zaxa, to CD jest właśnie praktycznie idealne dla niego. Przecież koleś to fan ogromnych, zajebanych znacznikami gier Bethesdy, na czele ze Starfieldem. Lubi fantasy, lubi RPG, no ja nie wiem, wjeżdża tu chyba jakaś racjonalizacja fanów CD. Jak dla mnie, osoby, zaciekawionej szumem wokół tego tytułu, nahajpowani forumowicze zwrócili uwagę mniej więcej na te same kwestie, co Zax. Tylko, że na koniec jeden da 8/10, bo subiektywne kwestie mu skutecznie osłodzą obiektywne problemy, a drugi da 6+, zresztą w dalszej części posta wysnułeś podobny wniosek. I ja, wiedząc, że w tej grze nie ma absolutnie nic, co by mnie do niej mogło zachęcić, dzięki samej treści recki/opinii wiem, żeby po nią nie sięgać, a ocena końcowa to w sumie tylko dodatek. Czyżbyśmy w 2026 roku w gronie wieloletnich czytelników ze średnią wieku 35+ znowu wracali do przerobionego tysiąc razy tematu "czym jest recenzja i dlaczego jest ona subiektywna"? Czy bardziej chodzi o to, których zgredów się zwyczajnie lubi, a których nie za bardzo? I nie, nikt nie będzie dyskutował o "niesłusznej ocenie" CD pewnie nawet i za pół roku. A porównywanie do MGS2, no kurwa xD
-
własnie ukonczyłem...
Wolfentein: Youngblood (PS4) Czyli niby sequel, niby spin-off głównej serii, nastawiony na co-op (online lub z botem w singlu). Po premierze gra zebrała słabe oceny, a że sama idea też mnie nie zachęciła, to i wpisem do backloga tytułu tego nie zaszczyciłem. Minęło parę lat (a konkretniej prawie 7, notabene The New Order zaliczyłem niecałe 4 lata po premierze i wtedy mi się wydawało, że gram w starocia...) i jakoś mi ten Wolf zaczął migać na promkach w śmiesznych cenach w okolicach 20 zł. Pomyślałem: co mi tam, serię bardzo lubię, a za tę kasę nawet jeśli wtopię, to nie będę płakał. No i pozytywnie się zaskoczyłem. Owszem, zarzuty co do Youngblood są w większości podstawne i dla wielu mogą być gamebreakerem, jednak przymykając nieco oko i traktując całość jako niezobowiązujący skok w bok, można sobie fajnie postrzelać. Po pierwsze, słynny co-op. Cóż, grałem offline, więc siłą rzeczy ominął mnie fun związany ze współpracą z żywym przeciwnikiem. Z drugiej strony AI raczej daje radę i poza naprawdę grubymi akcjami w dalszych etapach gry, raczej nie sprawia kłopotu swoimi "zgonami" (w kryzysowej sytuacji trzeba drugiemu graczowi pomóc i w typowy dla multi sposób uzdrowić go, działa to oczywiście w obie strony), a tam, gdzie jest to potrzebne do kontekstowych akcji (standardowe motywy typu "razem otwieramy ciężkie wrota"), pojawia się i szybko robi swoje. Sam fakt, że gra jest zaprojektowana pod taki styl rozgrywki oczywiście odbił się na level designie, ale przy niewielu zmianach spokojnie przeszłoby to jako zwykły singiel. Druga sprawa, to główne bohaterki. Nie będzie spoilerem informacja, że gramy tutaj córkami Blazkowicza, a akcja jest osadzona w 1980, czyli bodajże 19 lat po The New Colossus. Sam Blazko jest tylko fabularnym wytrychem i szybko schodzi na daleki plan, a siostrzyczki...no cóż, można argumentować, że to nastolatki, więc pewne ich cringe'owe zachowania i gadki są zrozumiałe, ale ogólnie nie udały się te postacie. Nie pomaga ich "specyficzna" uroda xD. Ale bywało gorzej, nawet w ramach tej serii (tu patrzę na TNC). Fabuła ogólnie jest prosta i mało angażująca, główny antagonista nijaki, a całe lore, choć rozbudowane za sprawą klasycznych znajdziek, nie jest już tak interesujące, jak w przypadku poprzednich części. Skala wszystkiego jest po prostu mniejsza i pomijając rozbudowane wręcz do przesady poziomy-dzielnice miasta (na których niestety czeka nas sporo backtrackingu, a i za sprawą praktycznie nieobecnej mapki, można się zgubić), Youngblood spokojnie by przeszło jako duże DLC. NPC, których spotykamy okazjonalnie w standardowej dla serii bazie-HUBie, są praktycznie anonimowi, ot zlecają nam generyczne misje poboczne (zrobiłem po jednej dla każdego i odpuściłem). Główne zadania też opierają się na jednym schemacie. A no i krany kutas za chamski skok trudności w ostatniej walce (grałem na normalu), można trochę porzucać mięsem. Na minus też dziwny pomysł z respawnowaniem się wrogów przy każdej ponownej wizycie w danej dzielnicy, tzn. no ma to jakiś tam logiczny sens, ale z punktu widzenia rozgrywki i wspomnianego już backtrackingu (lub błądzenia w poszukiwaniu celu) jest po prostu upierdliwym utrudnieniem. Nie czaję też, czemu nie ma tu opcji zaznaczenia kilku misji na HUDzie, jednocześnie możemy śledzić tylko jedną, a czasami na jednym obszarze możemy mieć kilka zadań. Urozmaicony jest, jak zawsze, arsenał. Mocniej postawiono tu na duże zabawki, rozbudowany jest też rozwój postaci i pukawek (dla mnie meh, wolę bardziej prostolinijne podejście w FPSach). Ulice Paryża, po których głównie się poruszamy, są mocno "wertykalne", premiują wyszukiwanie skrótów i pochowanych gadżetów. Sam gameplay to już miodzio. Trzon nie zmienił się od początku serii, więc jeśli już zdecydujemy się na otwartą walkę (bo, tradycyjnie, można się też poskradać, w poprzednikach lubiłem ten styl eliminacji nazioli, ale tutaj odniosłem wrażenie, że jest mniej efektywny i zwyczajniej trudniej się długo czaić), to czeka nas dynamiczna rozpierducha, dużo juchy, wybuchów i latającego po ekranie stuffu, z dynamiczną muzyką w tle. No nie nudzi się to w sumie do samego końca (na koniec na liczniku miałem ok. 9,5h, ale wydaje mi się, że coś dziwnie to zliczał i grałem spokojnie z 12h). Na plus działa płynna (zazwyczaj) animacja. Wizualnie jest spoko, ale to nie topka serii, aliasing jest dosyć mocny, tekstury momentami rozmazane, ale całokształ robi dobre wrażenie, głównie przez design, kolorystykę i wszelkiego rodzaju efekty. Także ogólnie takie uczciwe 6/10. Taki biedniejszy kuzyn głównej serii, bez kilku elementów, z którymi ją kojarzymy (epicko-kiczowate przerywniki, charyzmatyczny Blazko, ekipa odjechanych postaci drugoplanowych). Nie skaczemy po ciekawych lokacjach odwalając coraz to dziwniejszy szajs, więcej tu raczej generycznych korytarzy i kill-roomów na zmianę z całkiem rozbudowanymi i nieźle prezentującymi się ulicami miasta. Ale są też niezłe widoczki i trochę tego Wolfensteinowego rozmachu. Fanom serii mimo wszystko polecam. No i tym razem trafiamy do lat 80, co odbija się mocno na spotykanych tu gadżetach i motywach wizualnych (muzycznie też, ale niestety ogranicza się to niemal w pełni do znajdowanych kaset, których możemy słuchać tylko w menu).
-
Resident Evil - temat ogólny, komentarze, plotki i inne
Ta, dobre parę lat temu zaliczona wersja HD, w sumie na ten moment jest najniżej w moim rankingu "klasycznych" Residentów.
-
PS5 PROpremiera, preorder i ogólna szajba :]
Tu nie chodzi o ściganie z technologiami, tylko adekwatność ceny do jakości. No tylko potem się wszystko pojebało i w praktyce przynajmniej do 2022 ceny były dużo wyższe, skalperzy rządzili "rynkiem", a rodzime sklepy jeszcze dokładały swoje 3 grosze. Ja dałem w 2023 roku za nówkę z napędem 1999zł, tylko taki drobny szczegół, że zarabiałem prawie 2x tyle, co pod koniec 2020. W żaden sposób to jednak nie umniejsza skali patologii, jaką były i w sumie są te ceny. Faktem jest, że dla wielkich korpo wszelkie kryzysy to idealna okazja do podbicia cen, a ile procent z tej podwyżki to realistyczne odbicie większych kosztów, a ile to napompowanie marży, to można się tylko domyślać (spoiler: nie robią tego, żeby po prostu wyjść na zero). Koniec końców jebany jest końcowy odbiorca. A w międzyczasie znowu przeczytamy o wyższych rok do roku zyskach producentów sprzętu. I tak to się żyje.
-
Resident Evil - temat ogólny, komentarze, plotki i inne
No do momentu, do którego dotarłem (czyli sam początek bazy) dało się odnaleźć potężne 7 pocisków, których notabene pilnuje w ciasnej klatce dwóch zombiaków. Później podbiegłem po zawór, gdzie obudziło się ich chyba z osiem sztuk i tam na razie skończyłem.
-
Resident Evil - temat ogólny, komentarze, plotki i inne
Gram sobie w Code Veronica, no fajna gierka, wszystko spoko do momentu, kiedy w "kampanii" Chrisa wylądowałem w zimowej bazie z pistolecikiem, 15 nabojami i jedną roślinką, pokręciłem się chwilę, zginąłem i zacząłem powoli zadawać sobie pytanie "czy to tak ma być?". No więc wygooglowałem sobie co nieco i odkryłem te, jak się okazało, słynne problemy tej części sagi. xDDDDDDDDDDDDDD nie no kurwa czyli w zasadzie mogę sobie już odpuścić dalsze granie, bo śmiałem przechodzić gierkę nie spoilerując sobie zawczasu jej opisu przejścia i bez odwalenia konkretnych akcji (ewentualnie zostawiania sobie save'ów sprzed paru godzin) jestem w zasadzie w dupie, ewentualnie pozostaje mi szkolenie się z technik speedrunowych z nożem? To dzięki panie Capcom.
-
Ostatnio widziałem/widziałam...
Świeżo po Project Hail Mary mogę dołączyć do propsów. Żadne arcydzieło, ale naprawdę bardzo dobry film, taki feel-good movie, ale na poziomie i z rozmachem, cieszę się, że Kto nie śledził wcześniej materiałów lub jakichś opinii, może mieć lekkiego zonka, bo to w zasadzie komedia/buddy movie w kosmosie, z dużą stawką w tle. Dla mnie spoko, choć momentami tego humoru chyba faktycznie było aż za dużo (ważne, że jego poziom jest odpowiednio wyważony,mimo, że czasem jest to prosty slapstick). Ogólnie druga połowa trochę zbyt przymuliła w jednym miejscu, film w ogóle jest długi (a końcówka już w ogóle rozwleczona) i w kinie już byłem trochę zmęczony, ale bynajmniej nie znudzony. Rocky jest świetny Wizualnie cacy, choć nie zaszkodziłoby trochę więcej epickich ujęć kosmosu, film mimo wszystko jest dosyć kameralny, może poza sekwencją kulminacyjną. Całość ma w sobie trochę Interstellar, trochę Cast Away, trochę Marsjanina. Dla mnie świetna zabawa i oczywiście polecam. A Gosling jest wręcz stworzony do takich ról.
-
PSX EXTREME 342
Numer przeczytałem praktycznie w całości (odpuściłem tekst o Falloucie, bo jeszcze nie obejrzałem drugiego sezonu, o druku 3D też na razie poszedł w odstawkę, sorry, ale wybitnie nie moja bajka, a efekty też jakoś mnie nie przekonują). Także parę zdań z wrażeniami. Recka RE9: lubię ten wyważony styl Komodo i podchodzenie do hajpowanych tytułów z lekkim dystansem czy po prostu uczciwością dziennikarską. Może to kwestia tego, że w necie raczej mało czytam o grach i działa na mnie bańka FPE, ale to podniecanie się niektórymi giereczkami w okolicach premiery osiąga czasem poziom wręcz zabawny, bo prawie każda duże wydawnictwo z lubianej serii to automatycznie GOTY, a jak ktoś się czepia, to się nie zna. Podobny vibe miała recka DS2. A przecież 8/10 i w górę to nadal rewelacyjne produkcje. Reszta recenzji: w tym miesiącu znowu raczej mało co w moim guście, jedynie Planet of Lana II zwróciło moją uwagę, mam już demko na Switcha i muszę w końcu sprawdzić. Za to High on Life 2 i 5/10 od Hiva mnie trochę zaskoczyło, miałem wrażenie, że tytuł został raczej ciepło odebrany przez szeroko pojętych graczy. W temacie publicystyki wyróżnię tekst Kubicy o Vanillaware. Wyróżniam, bo mimo, że dotyczy ekipy, od której nie grałem absolutnie w żadną gierkę (i nie zapowiada się, żebym zagrał, choć po lekturze trochę mnie tknęło, żeby nadrobić Dragon's Crown, Odin Sphere w sumie też, ale właśnie wyszukałem, na ile to mniej więcej godzin przygoda i podziękuję xD) i w sumie nie bardzo mnie one grzeją, a i tak czytało się dobrze i lekko. Za to duży art Adamusa niestety w tym miesiącu nie dla mnie. Kuriozalna jest natomiast dla mnie publikacja wywiadu z Lipińskim i w zasadzie to była pierwsza rzecz, o której miałem ochotę napisać w kontekście nowego numeru. Nie żebym coś miał do samego twórcy (pomijam, że to nie moja muzyka, a Tilt kojarzę jedynie z tego, że namalowali ekipie KSU chuja na logosie na jednym z koncertów dekady temu), no ale po prostu...po co to tutaj trafiło? Cała ta rozmowa miała niezręczny vibe, gdzie dziennikarz chwycił się jednego motywu z twórczości i historii zespołu i męczył bułę w temacie tych flipperów, jakby to była jakaś ważna w życiu Lipińskiego kwestia, a ten kilka razy uprzejmie próbował zmienić temat i zaznaczał, że na te gierki to generalnie mieli wywalone. A Dziatkiewicz znowu "ale wróćmy jeszcze do flipperów" xD. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek, że ten autor wrzuca do numeru mocno na siłę tekst:wywiad (w którymś z wydań specjalnych była to rozmowa z jakimś randomowym dla czytelników typem, opowieść o jego historii z automatami xD). A już myślałem, że mamy z tą tematyką spokój. Sorry, że mi się trochę ulało, bo to tylko 4 strony, no ale. Odniosę się jeszcze do tekstu Marcellusa. Wiadomo, że najłatwiej by było odgórnie uznać całą tę rubryczkę za comiesięczne wylewy "lewaka" zafiksowanego na kapitalizmie (tu akurat często stawia słuszne diagnozy) i prawactwie/incelach/białych facetach (tu już wpada w prostackie czy nawet błędne u podstaw uogólnienia), ale powiedzmy, że jestem ponad to i zwykle się nie czepiam. Ale sprowadzenie wszystkich "obyczajowych" afer w gejmingu, które odbywały się na przestrzeni lat do tego, że twórca 4chana, który znał się z Epsteinem, manipulował masami i to wszystko była jedna wielka halucynacja, to już dla mnie nie tylko śmieszne uproszczenie, co wręcz żenada. "Patrzcie, faceciki, narzekaliście na woke w grach, bo tak to sobie zaplanowali spiskowcy 15 lat temu, nie dlatego, że was to serio obrzydza i odrzuca". Żeby było "śmieszniej", w aferę są zamieszane kręgi z obu amerykańskich stron politycznej barykady, a wydźwięk tekstu sugeruje wykazywać jakaś ironię losu w tym kontekście ("złodziej krzyczy łapać złodzieja"). Chuj, że miliony graczy pewnie nawet nie śledzą amerykańskiego internetu i memów, a już 4chana w szczególności (tak, wiem, potężny board oddziałuje na resztę memosfery tak mocno, że i tak te treści się przebijają i REZONUJĄ). Jacyś grifterzy, redpillowcy, q-anon. Typ siedzi w internetowej bańce i mu się wydaje, że wszyscy tym żyją. Smaczku dodaje ta poza na będącego ponad "maluczkimi" intelektualistę, którego dezinformacja i manipulacja nie dotyczy, oj nie, co to to nie. A boomer sam nie wie, że geneza rapu i ogólnie hip hopu to właśnie kontestacja systemu. A to że później się skomercjalizował? No spoko, jego wspaniały grunge wcale nie latał na MTV xD. Dobra, styknie.
-
Ostatnio widziałem/widziałam...
Wśród tytułów nominowanych do Oscarów w tym roku większość była słaba lub po prostu nijaka, więc sporo z nich sobie odpuściłem po przeczytaniu zarysu fabuły/obsady/opiniach (Grzesznicy xD), ale mimo wszystko coś tam z listy wybrałem i sprawdziłem. F1: Film W tym akurat przypadku na seans skusiłem się niezależnie od nominacji (chyba nawet jeszcze nie były ogłoszone), bo choć tematyka jest mi maksymalnie obojętna, tak liczyłem, że w Hollywood jak to w Hollywood: wyścigi będą z grubsza tłem, okazją do popatrzenia na dynamiczne sceny "akcji", a z reszty wyciągnie się jakiś w miarę angażujący scenariusz opierający się bardziej na sprawach międzyludzkich. No i w sumie tak było, choć otoczka związana z F1 jest tu jednak bardzo mocno akcentowana (z jednej strony fani mogą się jarać, z drugie trafiłem na głosy, że sporo tu elementów oderwanych od rzeczywistości) i momentami się trochę nudziłem. Do tego generyczny, wepchnięty na siłę wątek romantyczny (byle jakaś BABA miała więcej, niż 5 minut na ekranie, oczywiście jest to maksymalnie odpychająca i zimna girl boss), bez którego ten przydługi film w zupełności by się obył. Cóż, całość ciągnie Brad Pitt, powoli odnajdujący się w rolach "boomera", i na takiej rywalizacji z młodym gniewnym opiera się w zasadzie cała dramaturgia F1, i to akurat działa, choć jest mocno kliszowe. Ogólnie: nawet spoko filmidło, takie 6/10 na niedzielę do obiadu. Bugonia Kto w miarę się interesuje kinem, to pewnie kojarzy, o co tu chodzi, ale w skrócie: dwóch gamoni z prowincji porywa szefową korpo farmceutycznego, bo przesiąknięci szurskimi teoriami, uważają, że jest ona kosmitką. Mi ten pomysł wyjściowy wystarczył, żeby filmem się zainteresować, pomogła też obsada (choć Emma Stone występująca co chwilę w jakichś dziwnych rolach, krzyczących wręcz "patrzcie, jestem wszechstronna i potrafię GRAĆ" już mnie trochę męczy), na czele z jednym z moich ulubionych aktorów, Jesse Plemonsem. Marketing skupiał się chyba na głównej roli kobiecej, ale tak naprawdę gwiazdą Bugonii jest dla mnie odtwórca roli Teddy'ego, no rewelka. Co więcej Drugi plan też się sprawdził, na czele z autystycznym kuzynem i obleśnym policjantem. Całości dopełnia świetny OST (choć może nieco zbyt pompatyczny) i warstwa wizualna. Żadne objawienie, ale film jest interesujący, dobrze zagrany i zwyczajnie dobry. Polecam. Marty Supreme Tu natomiast mocne meh i ogólnie pytanie "czym to sobie zasłużyło na taki hype". Poniekąd rzeczywistość mocno zweryfikowała ów hype, bo przy tylu nominacjach, Marty nie dostał ani jednej nagrody, a z Chalameta robi się wręcz największego przegranego gali Oscarowej xD. Cóż, nie powiem, żeby zagrał źle, choć rola jest uszyta pod nagrody festiwalowe i w swojej ekspresyjności wręcz męcząca. Druga sprawa, że ja za tym aktorem zwyczajnie nie przepadam i nie chodzi o jakieś tam skandale na kiju, których nie śledzę, ale po prostu nie trafia do mnie jego maniera i niestety przede wszystkim fizys. No nie trawię tej mordy, absolutnie punchable face xD. Faktem jednak jest, że w roli Wielkiego Marty'ego sprawdza się idealnie, bo "bohater" ten jest absolutnie irytującym, egoistycznym, bezczelnym dupkiem, z którym nie sposób się utożsamić (o ile samemu nie jest się idącym po trupach do celu cynikiem czy wręcz socjopatą). Smaczku dodaje fakt, że to żydek (i niestety otoczka nowojorskiej diaspory jest tu nam wpychana jako element budujący klimat filmu w sposób wręcz nachalny). Ja wiem, że "tak miało być", że w kinie są i takie postacie, no ale co ja zrobię, że film traci u mnie, jeśli nie ma w nim dosłownie nikogo, kogo mógłbym polubić i mu kibicować? Reszta ekipy nie jest lepsza, ale w sumie nie chce mi się na ten temat rozwodzić. Historia ogólnie jest strasznie rozciągnięta (2,5h) i w zasadzie poza wstępem i zakończeniem ma niewiele wspólnego ze sportem (czyli tenisem stołowym). Cały środek filmu to jakieś dziwne dygresje, side questy, w których obserwujemy Marty'ego próbującego zdobyć kasę i wpadającego w kłopoty niemalże w stylu fajtłapowatych bandziorów z filmów Guy'a Ritchiego. Tyle, że ani to jakoś specjalnie wciągające, ani humorystyczne, a przesłanie filmu jest zupełnie rozmyte, żeby nie powiedzieć: niejasne. Marty Supreme to też kino, które może wręcz fizycznie zmęczyć widza. Trochę w stylu poprzedniego dzieła tego reżysera (Nieoszlifowane Diamenty), mamy tu wieczny pośpiech, hałas, krzykliwość, montażowe ADHD. Dialogi są wystrzeliwane jak serie z karabinu, rzadko występują momenty wytchnienia. Wiem, że to taki styl, ale mi on nie pasuje, szczególnie przy tak długim metrażu. Ogólnie film mnie zawiódł i trochę wymęczył, choć nie jest to bynajmniej crap. Na pewno robotę robi warstwa wizualna (świetne oddane realiów lat 50: scenografia i kostiumy), muzyczna w sumie też, choć decyzja, żeby oprzeć OST na muzyce z lat 80 jest może i atrakcyjna, ale w sumie mocno od czapy. Nie mogę polecić.
-
własnie ukonczyłem...
To The Moon (Switch) No zawód. Tzn. wiedziałem, że siadam do indyka zrobionego w RPG Makerze i że siła tej pozycji tkwi w fabule, no ale i tak trochę żałuję wydanej kasy. Nie wiem, skąd się wziął fenomen tej gierki (no w każdym razie ja zapamiętałem panującą wokół niej od wielu lat otoczkę, że kult, że wyciska łzy, że trzeba znać), bo choć pomysł wyjściowy jest interesujący i w świecie gejmingu oryginalny (jakkolwiek znany z innych wytworów kultury, najbardziej oczywiste skojarzenia, jakie miałem, to Incepcja czy Zakochany bez pamięci), tak koniec końców nie dostarcza jakiejś niesamowicie wciągającej czy wzruszającej opowieści. Nie chcę wchodzić w szczegóły czy spoilerować, bo sam też odpalałem grę praktycznie w ciemno, ale no zwyczajnie mnie aż tak nie ruszyło, choć momenty były (tu bardziej przysłużyła się niezła, choć monotonna na dłuższą metę, muzyka). Cóż, może jednak jest pewien poziom technologicznego poziomu, poniżej którego po prostu ciężej się wczuć i immersja w opowieść spada (inb4 "w książkach w ogóle nie ma grafiki, a jakoś potrafią działać na wyobraźnię"). Bo graficznie i gameplay'owo jest naprawdę prościutko, żeby nie powiedzieć, prostacko. Mimo vibe'u staroszkolnego RPGa, To The Moon to bardziej prosta przygodówka, oparta na dialogach i eksploracji, tudzież zbieraniu stuffu (i związanej z tym, wciśniętej jak dla mnie na siłę, mini gierki). Całość zajęła mi pewnie jakieś 4-5h i zdecydowanie wystarczyło. Nie męczyłem się (no może niektóre mechaniki czy wynikające z rodowodu problemy, np. ze schodzeniem ze schodów, trochę drażniły), ale też nie wciągnęło mnie jakoś specjalnie. Meh. Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge (Switch) Oj długo leżała w backlogu, bo w zasadzie od premiery byłem gierką zainteresowany. Co ciekawe, mocno trzyma cenę i nawet na promkach raczej nie spada poniżej 60 zł. Jeśli spojrzeć na Żółwie jak na "typową" grę, no to jest tutaj temat do rozkminki, no bo "przejście" trybu Story jedną postacią to pewnie z 1,5-2 godziny, więc słynny współczynnik cena-długość gry wypada tu słabiutko. Jednak TMNT to tytuł wybitnie arkejdowy, więc po pierwszym playthrough zabawa dla niektórych może się dopiero zacząć, w końcu postaci do wyboru jest jest kilka, a do tego dochodzą wyzwania na każdym z kilkunastu leveli (dosyć wyśrubowane jeśli chodzi o poziom ich trudności) czy znajdźki. Osobiście nie wyobrażam sobie maksowania tej produkcji, nie moja bajka, nie moja cierpliwość, ale jeśli ktoś podszedłby do tego z chęcią wbijania platyny, to trochę czasu pewnie by tu spędził. Abstrahując od powyższych, gierka jest jak najbardziej udana, choć dosyć prosta w założeniach. To po prostu chodzona nawalanka, oddająca hołd klasykom znanym z retro sprzętów (u nas to głównie Pegaz). Prezencja jest stylizowana na retro i całość wygląda i rusza się świetnie. Choć w TMNT akurat się za dzieciaka nie zagrywałem, tak ogólnie otoczka oldschoolowych beat-em upów została tu oddana rewelacyjnie, oczywiście wprowadzając przy tym zdobycze "cywilizacji" w postaci save'ów chociażby. Zwykłe zaliczenie Story nie stanowi specjalnego wyzwania, szczególnie w co-opie (w moim przypadku jakoś 1/3 gry, frajda dużo większa, niż samemu, no ale to chyba oczywiste). No fajnie się chodzi i obija ryje, poziomy są różnorodne i fajnie zaprojektowane, pełne ciekawych detali, a za sprawą wspomnianej oprawy aż miło się na to patrzy w ruchu, tylko koniec końców w kółko robi się to samo. Ciosów i combosów (tudzież specjali) jest tu naprawdę niewiele i w sumie dobrze, że gra nie jest zbyt długa, bo w pewnym momencie zrobiłoby się po prostu nudno. Oczywiście, jak wspomniałem, mamy sporo postaci, a każda ma swój zestaw ruchów, no ale w praktyce raczej nie ma sensu między nimi przeskakiwać, jeśli już trochę rozwiniemy jedną (każdy startuje od zera, mimo, że możemy wybrać kogokolwiek na każdym etapie przygody). Nie pasowało mi też poruszanie się góra/dół (czyli w głąb ekranu i z powrotem), jest dziwnie spowolnione i psuje dynamikę, a do tego sprawia, że walka z mobkami na dalszym planie staje się utrudniona. Przyjemna gierka w lubianym uniwersum, ale chyba spodziewałem się trochę więcej. Wiem, że pozbawiam się dużej ilości grania i wyzwania na własne życzenie, no ale co ja zrobię, że wizja żyłowania wyników i powtarzania tych samym poziomów mnie nie grzeje? Tak czy siak, dla fanów żółwi pozycja obowiązkowa.
-
OSCARY
Oglądałem sobie "w tle", bo i tak miałem luźną nockę i wolny poniedziałek, ale nie wczuwałem się w całość zbytnio, bo raz, że tak słabego roku jeśli chodzi o nominowanych dawno nie było, a dwa, że banhammer wyjątkowo bezlitośnie w tym roku walił po streamerach na co bardziej normickich stronach i ciężko było coś namierzyć, żeby nie spadło po paru/parunastu minutach. Nie wiem, 2026 rok, zakładam, że liczba widzów i ogólne zainteresowanie społeczne tą galą spada, a nadal robi się z możliwości jej obejrzenia bez opłat lub kombinowania jakieś jebane tabu. Conan jak i reszta towarzystwa siląca się na żarty raczej cringe'owi i tryhardowi, no ciężko się uśmiechnąć z bezpiecznych i bezjajecznych tekstów, wyrecytowanych jak z kartki. Stosunkowo mało polityki, choć BLM i women stronk nadal silne w środowisku xD. Dobrze, że chociaż Bardem miał jaja i zamanifestował solidarność z Palestyną.
-
Noworoczne postanowienia kĄsolowe
Nie wpisałem się, a lubię mieć później możliwość "skonfrontowania" zamiarów z efektami, więc niech będzie. Na 2026, poza standardowym ogrywaniem backlogu i tego, co mi tam spontanicznie się nasunie (ostatnio kończę chyba więcej tytułów z tej drugiej kategorii, co skutkuje tym, że lista zamiast się skrócić, urosła o kilkanaście pozycji), nie mam jakichś sztywnych postanowień. Pewnie w końcu kupię to PS5, bo o ile Rockstar nie odwali numeru, to na ten listopad wypadłoby już mieć na czym ograć to mityczne GTA. Jeśli nic dziwnego nie podzieje się z cenami (tak wiem, w świetle ostatnich wydarzeń może to być naiwne marzenie), to raczej postawię na Prosiaka, do tego jakiś OLED i można grać. Ale jak tak patrzę na tę moją listę, to wcale nie ma tam zbytnio rzeczy, na myśl o których serce szybciej bije. Myślę, że sięgnę w końcu po Disco Elysium (po jednej nieudanej próbie 2 lata temu xD). Chciałbym też w końcu przytulić jakiś sprzęt retro, przynajmniej tego Dreamcasta, póki jeszcze ludziom całkiem nie odjebało z cenami/póki w ogóle da się kupić w sensownym stanie. O, i naprawić szaraka, to jest mus. Co do checklisty z początku 2025: O ile odhaczonych pozycji miałem w poprzednim roku sporo, tak legendarnej Zeldy na liście nie było xD. Cóż, może w 2026. Jak widać z kupnem PS5 odpuściłem (choć trzeba przyznać, że w okolicach Black Friday dało się upolować Prosiaka i napęd sumarycznie za jakieś 3000-3200 zł, więc zbliża się do granicy zdrowego rozsądku), z GTA trafiłem, ale to nie trzeba było być Nostradamusem. Parę razy mnie korciło jakieś GPU na promce i za każdym razem odpuściłem, nie mam ciśnienia, ot chcę to zrobić bardziej dla świętego spokoju, żeby mieć kolejne parę lat poczucie, że coś tam nowego mogę od biedy odpalić. Tutaj raczej lipa, o DeCeku już pisałem, nadrabianie kolekcji na PSX stanęło w miejscu, bo laser padł, na PS3 kupiłem chyba jedną gierkę xD.
-
A Knight of the Seven Kingdoms
Początek mi nie za bardzo przypasował, zwiastował komediowy, żeby nie powiedzieć: slapstickowy charakter całości, co samo w sobie nie byłoby aż takim problemem, ale tutaj pachniało to już (hehe) humorem fekalnym i sileniem się na szyderę z powagi sagi ("patrzcie, już ma być patetycznie, już wjeżdża muzyczka z intro, a tu SRANIE"). Całe szczęście później (tak powiedzmy od 3 epizodu) wyszło to już na prostą. Spoko bohaterowie (choć Egg trochę irytujący na początku, może kwestia głosu), skupienie się na kameralnym wątku i z grubsza jednym miejscu wydarzeń, trochę prostych, ale sprawdzonych działających w kinie/tv chwytów narracyjnych (od zera do bohatera, honor rycerza, pozbieranie się z beznadziejnej sytuacji), to wszystko w klimatach znanego i lubianego uniwersum (choć nie jestem na tyle wiernym fanem, żebym jarał się jakimiś powiązaniami rodzinnymi bohaterów 100 lat wstecz od głównej serii), no ogólnie spoko się oglądało i z chęcią sprawdzę kiedyś ciąg dalszy. Szkoda tylko, że odcinki są aż tak krótkie (szczególnie finałowy), no i nie wiem, czy konwencja będzie działać, jeśli w fabułę będą wplatane jakieś ważne/duże wydarzenia, bo tak pewnie się kiedyś stanie (a może i nie?).
-
własnie ukonczyłem...
SOMA (PS4) Tytuł w tutejszych kręgach nabrał ostatnio popularności, to i ja dołączam do grona tych, co skończyli i zachwalają. Swoją drogą, ciekawie czytało się po latach opinie z okolic premiery, raczej umiarkowane propsy, a najczęściej zawód, że "nie takie straszne", że mało zagadek, że bez ekwipunku jak w Amnesii xD. Cóż, może kwestia oczekiwań, jakie sobie ktoś zbudował znając wcześniejsze dokonania deweloperów, w moim przypadku był to pierwszy kontakt z ich twórczością, więc wchodziłem pod tym względem na świeżo, a w wyżej wymienione zarzuty stanowią dla mnie wręcz zalety. Istotnie, jest to mocarne dzieło. Ma swoje wady, ale można je przełknąć w obliczu ogólnej jakości. Od premiery minęło "tylko" 10 lat, a i tak miałem poczucie, że mam do czynienia z przygodą niedzisiejszą, "staroświecką" w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Taki niby samograj nastawiony na narrację, ale wcale nie taki prostacki, nie zabierający nam co chwilę kontroli, nie za krótki, nie za długi, wykonany na wysokim poziomie, z dbałością o detale. Czułem taki vibe generacji PS3. Z jednej strony narzucają się oczywiste skojarzenia: Bioshock czy późniejsze Alien: Isolation, ale też te filmowe: Otchłań, Kula (chyba obecnie mocno zapomniany, a w czasach bliższych premiery trochę zjechany, a dla mnie to kawał świetnego, dobrze obsadzonego i niezwykle klimatycznego filmu, absolutny must see dla fanów takich tematów). Z drugiej strony Soma (pozostanę już dla wygody przy takim zapisie) ma swój charakter i osobowość i na pewno zapisze się mocno w mojej głowie. Siła tego tytułu tkwi w kilku głównych elementach, podanych w idealnych proporcjach. Po pierwsze: historia, główny pomysł (technologia), wokół którego się ona kręci i w końcu rozkminki filozoficzne, do których skłania. Nie zamierzam zbytnio spoilerować (ale wrażliwi mogą odpuścić ten akapit czy nawet screeny na końcu posta, bo coś tam na ten temat wspomnę), tym bardziej, że sam wszedłem w ten świat na totalnej niewiadomej i odpalając początek myślałem sobie "o co tu chodzi?". Przecież w materiałach, które do tej pory gdzieś mi się przewijały, widziałem jakieś dziwne, obce krajobrazy i elementy typowe dla sci-fi, a tu sobie chodzimy chłopkiem po mieszkaniu xD. No ale później już się zaczęła jazda. Największa siła scenariusza Somy to wątki związane z istotą ludzkiej świadomości czy życia samego w sobie. No nie powiem, działają na wyobraźnię, choć generalnie nie jest to nic nowego pod słońcem, szczególnie, jeśli coś się już w życiu na ten temat poczytało/oglądało/samemu rozmyślało. Tematyka ta wywołuje specyficzny niepokój (żeby nie powiedzieć: schizę) i to tutaj tkwi jak dla mnie cała moc "straszenia" gracza, nie w uciekaniu przed złolem czy w tanim jumpscarze. Wyobraźnia dopowiada swoje i nie powiem, miałem lekką spinę na myśl choćby o tym, co zobaczę w zakończeniu (mimo wszystko nie było tak źle xD). Z drugiej strony mamy ten bardziej przyziemny, można być nawet rzec: sztampowy motyw narracyjny, czyli Choć jak dla mnie mogłoby się zupełnie obejść bez nich, bo elementy omijania mutantów są dla mnie największą wadą Somy. Abstrahując od tego, że można odpalić grę w trybie ułatwionym (nie da się zginąć), to patent ten jest strasznie upierdliwy i rozwiązany w sposób, który mocno spowalnia i tak raczej powolne tempo narracji (żeby nie powiedzieć, że z niego wybija) i po prostu męczy. No nie znoszę w gierkach elementów stealth zaimplementowanych w takiej formie. Co gorsza, na dalszych etapach fabuły obecność monstrów robi się częstsza i bardziej uciążliwa. A ja chciałem sobie spokojnie poprzeglądać pomieszczenia, posłuchać "nagrań" i chłonąć atmosferę... No właśnie, szeroko pojęta atmosfera, czyli kolejna mocna strona Somy. Jest gęsto, jest klaustrofobicznie, jest ciężko, ale momentami występuje taka specyficzna dla gatunku (a w każdym razie ja to tak odbieram xD) "przytulność". Lubię te spokojne momenty, gdy zwiedzam sobie opuszczone pomieszczenia, oglądam pozostawione przez załogę przedmioty, czytam ogłoszenia na ścianach. Jako fan tego rodzaju settingu w innych dziełach kultury, czułem się jak w domu. Sci-fi w czystej formie. Realia, w jakich się poruszamy, czyli podwodna stacja badawcza, zapewniają cały zestaw klasycznych motywów: dziwne odgłosy rozprężającego się metalu, przeciekające instalacje, problemy z zasilaniem, ciasne, ciemne korytarze, ale też retrofuturystyczna elektronika, gmeranie w komputerkach i innych instalacjach. A gdzieś tam w tle urywki informacji, przedstawiających skalę Miodzio. Trzeci ważny aspekt, to w końcu gameplay. Bo nawet najciekawsza historia robi się nudna, jeśli podziwiamy ją na przedłużających się filmikach czy w innej minimalnie interaktywnej formie. Tutaj rozgrywka współistnieje z opowieścią (m.in. o tym, co uważają na ten temat twórcy, jest w tekście Adamusa w ostatnim PE), a kontrolę graczowi odbiera się jak najrzadziej. Jasne, można się lekko uśmiechnąć mówiąc o skomplikowaniu zagadek czy w związku z faktem, że poza latarką w zasadzie brak tu ekwipunku, dla mnie jednak wypadło to na plus i przysłużyło się spójności i płynności gry. No i czysto subiektywnie: nie potrzebuję przesadnie i na siłę rozbudowanych patentów gameplay'owych tam, gdzie, no właśnie, wcale ich nie trzeba. To jest zresztą charakterystyczne dla wspomnianej wcześniej siódmej generacji konsol. Wracając: są momenty bardziej ślamazarne (choć zaskakująco mało tu typowych gamizmów), walki tu nie ma w ogóle, o skradaniu się już pisałem. Można za to podnosić prawie każdy przedmiot (z czego niestety nic nie wynika, poza okazyjnym rozbiciem szyby), a przeszukiwanie szafek owocuje odkryciami w temacie świata przedstawionego. Soma to pod względem gameplay'u dosyć oszczędna i spokojna pozycja o odpowiednim balansie. Ale regularnie wrzuca graczowi coś nowego i nigdy nie staje się monotonna. Choć powtórki przygody sobie raczej nie wyobrażam. Co poza tym? Całość prezentuje się bardzo dobrze (są uproszczenia w teksturach czy modelach postaci, ale poza tym jest bardzo estetycznie, czysto, w osobliwej stylistyce, zupełnie nie czaję zarzutów dotyczących oprawy), na PS4 działa w stabilnych 30 klatkach, brzmi dobrze. Wyjątkowa pozycja, w którą, jak to się mówi, TRZEBA zagrać, choć nie jest to aż tak wielki kamień milowy, na jaki niektórzy zdają się go kreować. Ostatnio coraz ciężej o grę, która aż tak by mnie wciągnęła, wręcz wchłonęła w świat przedstawiony, jednocześnie dając troszkę do myślenia w świecie realnym. Dobrze wiedzieć, że twórcy szykują duchowego następcę (Ontos).