Treść opublikowana przez kotlet_schabowy
-
własnie ukonczyłem...
Shadow of the Colossus (PS4) Jak wskazuje platforma, chodzi o remaster. Nie ma się co rozpisywać o takim tytule, może zaznaczę tylko, że moja pierwsza i w sumie ostatnia styczność z SotC to port HD na PS3 w 2016 roku, no i gra bardzo mi się spodobała, choć nie stała się jakimś osobistym klasykiem. Remaster na nowszą konsolę wypadł doskonale. Wiernie oddaje artystyczną i gameplay'ową warstwę oryginału, jednocześnie odświeżając te elementy tak, że przystają (no dobra, może rozgrywka nie do końca xD) do "współczesnych" (bo przecież to gra sprzed 8 lat) standardów. W rezultacie jest to przykład odświeżenia, które z czystym sumieniem można polecić osobie nie znającej pierwotnej wersji gry i naprawdę nic nie straciłaby ona na tym doświadczeniu, za to sporo zyskała. Co prawda edycja z PS3 też jest zacna i działa/wygląda dobrze, ale no co tu dużo gadać, remaster to przeskok dwóch generacji. Oprawa jest po prostu piękna, do pełni szczęścia brakuje 60 FPS na zwykłej PS4 (na Pro chyba jest). Pomijając dyskusje o barwie palet czy filtrach (notabene można je sobie zmieniać w menu), nie ma się do czego doczepić. Ostro, szczegółowo, efektownie, płynnie. Roślinność wygląda pięknie, krajobrazy z dalszej perspektywy nadają się na obraz ścienny, a kolosy...czysta epickość i podziw. Muzyka bez zmian, czyli wspaniała. Reszta z grubsza bez zmian, albo ja ich nie odczułem. No są jakieś tam monetki, ale nie pamiętałem nawet, czy były w oryginale xD. Obieramy kierunek na kolosa, jedziemy do niego, rozkminiamy sposób na pokonanie go, wprowadzamy to w czyn: koniec. I tak 16 razy. I za każdym razem to działa i robi wrażenie. Wiadomo, sterowanie jest trochę drewniane, a bezwładność Wandera, kiedy trzymamy się gigantów, może trochę drażnić, ale trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić, a nie będzie to stanowiło żadnego problemu. Uwinąłem się tym razem w niecałe 6h i byłem aż zaskoczony, że wystarczyło tylko tyle, ale w sumie bardzo mi to pasuje. W skrócie: piękna gra w jeszcze lepszej formie. Indika (Switch) Ciekawe, mocno specyficzne doświadczenie. W sumie to walking sim, ale przeplatany wrzuconymi trochę z dupy mini gierkami stylizowanymi na 8 bitowe gierki. Całość osadzona jest w carskiej Rosji w fikcyjnym, groteskowym wydaniu (dziwne, ogromne konstrukcje, retrofuturystyczna maszyneria), i ubrana w lekko tragikomiczną atmosferę. Kierujemy tytułową Indiką: zakonnicą miotaną wątpliwościami odnośnie wiary (podsycanymi przez wewnętrzny głos, będący jednocześnie narratorem w grze, należący do samego Diabła), której pozornie proste zadanie dostarczenia listu zamienia się w serię przygód, przeżywanych do spółki z uciekinierem z więzienia. Chodzimy, rozwiązujemy proste zgadki środowiskowe (głównie chodzi o przeniesienie jakiegoś pudła lub przestawienie wajchy by otworzyć sobie dalszą drogę. Fajnie zagrane (robotę robi relacja między parą głównych bohaterów, notabene można odpalić rosyjski dubbing i wypada on naprawdę klimatycznie), wciągające i momentami zaskakujące formą przeżycie, do tego gra jest dosyć krótka, więc w sumie idealnie. Nie podobały mi się tylko niektóre celowo rozwleczone i żmudne czynności (szczególnie słynne już noszenie wody w wiadrze na początku). Nie ma tu niesamowicie odkrywczych czy głębokich refleksji na temat wiary/zakonu, ale zawsze to miła odmiana od typowo gierkowych narracji. W niższej cenie polecam, ale zdecydowanie na dużych konsolach, bo na Switchu gra jest po prostu paskudna (w trybie przenośnym rozdziałka to chyba 480p jak nie mniej) i okropnie pocięta wizualnie, za to wersja na current geny ma mocne momenty i wizualnie może się bardzo podobać.
-
Ostatnio widziałem/widziałam...
Toy Story 5 Może i naciągany sequel (zresztą taki vibe miała już czwórka), ale musiałem się zameldować w kinie, kontynuując 31 letnią historię z serią i oglądaniem kolejnych części na wielkim ekranie. Niestety, nie zostałem jakoś mocno połechtany w temacie nostalgii, co może wynikać choćby z faktu, że Buzz i Chudy stali się w zasadzie...postaciami drugo czy nawet trzecioplanowymi. Prym wiedzie Jessie, a cały film jest mocno "dziewczyński", epatując girl power i beką z gapowatych mężczyzn w dosyć mało subtelny sposób. Myślałem, że ten etap w popkulturze mamy już za sobą... Mocna inkluzywność rasowa też included, białych ludzi w sumie nie stwierdzono (a nie, sorry, są w retrospekcjach i na zdjęciach z przeszłości xD). Nie chodzi już tylko o dopatrywanie się wszędzie woke dla zasady, po prostu efekt takiego przesunięcia tonów jest taki, że oglądamy mniej ciekawe postacie. No ale odkładając to na bok: film troszkę mnie zawiódł. Generalnie to oczywiście przyjemna i wciągająca animacja z sympatycznymi bohaterami (no, powiedzmy), ale zabrakło tej słynnej magii. Nawet TS4, raczej chłodno przyjęty przez szeroko pojętą krytykę/fandom, bardziej trafił w mój gust, a przecież też oglądałem go już jako stary koń. Tutaj na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim pomysł na wątek przewodni, czyli uzależniające dzieciaki "ekrany" i wpływ e-znajomości na ich psychologię czy budowanie relacji z rówieśnikami. Ujęte w dosyć oczywisty, ale trafny sposób. Szkoda, że poza tym mamy lekki chaos i za duże nagromadzenie innych wątków (w tym trochę wepchnięty na siłę motyw "Buzzów z kontenera", choć nie ukrywam, że jeden patent związany z nimi był naprawdę fajny), przez co w pewnym momencie już nie do końca wiadomo, co jest tutaj priorytetem. Humor też jest dyskusyjny, a nowe postacie jakoś mocno nie ujmują. Żarty fekalne związane z jedną zabawką w pewnym momencie (dosyć szybko) stają się wtórne i może wywołują odruchowe prychnięcie pod nosem, ale dużo więcej autentycznego śmiechu spowodowały u mnie poprzednie części serii. Wygląda to oczywiście rewelacyjnie, gorzej z muzyką, która jest zupełnie nijaka, a przecież kiedyś, szczególnie w pierwszej części serii, była ona kluczowym elementem całości, a piosenki stały się wręcz klasykami. Cóż, tak czy siak film to był dla mnie must watch i sam fakt, że po tylu latach mogę śledzić losy bohaterów z dzieciństwa (w wersji polskiej w większości dubbingowanych nadal przez tych samych aktorów) jest w pewien sposób piękny, ale albo stałem się z wiekiem zbyt cyniczny/zezgredziały, albo faktycznie Pixar obniżył loty i odrzucając na bok nostalgię, film po prostu nie robi szału i marnuje potencjał serii.
-
GTA VI
No to jak w grudniu "normalna" edycja z płytą, to kryzys odwołany, jakoś się przeżyje te parę tygodni, a później idealnie dłuższe wolne #cope Przecież odnosiłem się do cytatu o grach i patchach z PS3 właśnie.
-
PSX EXTREME 345
To jeszcze ja. Numer w zasadzie skończyłem ponad tydzień temu, ale jakoś nie mogłem się zmobilizować do napisania paru zdań. Najwięcej weny do komentowania mam na początku czytania, na bieżąco, no ale nie będę przecież robił notatek w trakcie lektury, żeby potem wrzucać do to tego tematu xD. No, także wertując sobie teraz pismo, postaram się o parę luźnych uwag: Tekst o Bondzie: debiut (chyba) niejakiego Czartoryskiego, więc zacznę od czegoś, co już nieraz tutaj padło w tym kontekście: przy okazji takich występów, czy to gościnnych, czy to zapowiadających jakąś dłuższą/stałą współpracę, fajnie byłoby choćby na końcu artykułu wrzucić parę zdań o tym, kim jest autor i skąd się wziął. I jeśli jegomość faktycznie ma zostać na dłużej, to jak dla mnie można by od razu przywitać go Hyde Parkiem. Zresztą sądzę, że żaden czytelnik nie obraziłby się na gościnny HP, nawet jeśli autor pojawiać się będzie okazyjnie (jak ta dziewczyna od RPGów). No chyba, że ktoś nie chce, to oczywiście rozumiem. Sam tekst poprawny, choć nie ukrywam, że w zasadzie cały zestaw tytułów sprzed Goldeneye niezbyt mnie interesował i dopiero od piątej generacji konsol zaczęło być ciekawie. Anonim (lol) i FOMO: od zawsze (z małymi wyjątkami) wyznaję podobne podejście, czyli kupowanie gier taniej jakiś czas po premierze, bo raz, że zawsze jest w co grać i nie muszę "biec" po nowość day one, a dwa, że czułbym się frajersko płacąc obecnie ustalone, pełne ceny i coraz częściej dostając w pakiecie niedorobiony produkt. Ale jednocześnie rozumiem to gierkowe FOMO, porównałbym to trochę do seansu w kinie: jasne, 2-3 miechy po premierze mogę obejrzeć nowy film na streamingach/zassać z "zatoki", ale jednak hype potrafi się udzielić i chciałoby się być obecnym "w dyskusji" na bieżąco, szczególnie, gdy z różnych miejsc atakują peany pochwalne, streamy i inne spoilery. Koso: trudno się nie zgodzić z diagnozą dotyczącą DMC, choć PRAWDZIWI fani slasherów będą czuć się dotknięci takim wnioskiem. Głębia głębią, ale niektóre gry, w tym przypadku GoW, po prostu lepiej się starzeją i po ~20 latach nadal po prostu wygodniej się w nie gra. Konsolite: zbierało mi się od dłuższego czasu, ale jakoś nie mogłem się przełamać, jednak w końcu musi to ode mnie wybrzmieć. Styl pisania pana Pasturczaka momentami mocno niedomaga, co boli tym bardziej, że to autor z tak dużym doświadczeniem. Nie wiem, jak to do końca ująć, ale zazwyczaj kiedy mam wrażenie, że tekst jest jakiś taki "niewygodny" w czytaniu i czasami muszę wracać się do początku zdania, żeby złapać sens, to już wiem, kto będzie autorem xD. Sorry, ale musiałem. I żeby nie było: ogólnie rzecz biorąc jest przynajmniej poprawnie, ale autor zalicza spadki formy, chyba głównie w krótszych reckach. Pojawiają się powtórzenia, dyskusyjne zastosowanie przecinków (czasami lepiej zadziałałby myślnik albo nawias), zdania wielokrotnie złożone z dosyć luźnym ciągiem myśli (albo z drugiej strony krótkie, niemal pourywane zdania, nie tworzące razem jakiejś spójnego ciągu narracyjnego), ale przede wszystkim dziwna konstrukcja zdań.. Może lepiej będzie, jak rzucę jakimś przykładem, sami ocenicie: To nie są jakieś straszne zdania-potworki, ale niewiele w nich poprawiając można by sprawić, że "brzmiałyby" lepiej. Co ciekawe, niedawny tekst o Stargate... w zasadzie nie ma tych problemów. Czytało się go naprawdę dobrze i chyba wtedy mnie tknęło, żeby napisać tutaj coś na ten temat. Wygląda to tak, że jak Konsolka ma czas na dopracowanie tekstu (a może i więcej chęci) i poświęcił się mocniej tematyce, to niemal wszystko jest cacy. Może to, o czym tu piszę, to efekt pośpiechu/nonszalancji przy produkowaniu bądź co bądź sporej liczby recek do każdego numeru? Z mojej perspektywy wygląda to tak, jakby przeczytanie ze dwa razy swojego tekstu przez samego autora mogło trochę pomóc. Bo tak to momentami mam odczucia, jakbym czytał jakiegoś forumowicza w temacie "właśnie ukończyłem". Czyli niby wszystko spoko, ale brakuje tego profesjonalnego sznytu. Tata Zgred: Materiał Partnera, a w sumie wyszło spoko i sympatycznie, ot takie poszerzenie Hyde Parku, tylko w konkretnej tematyce. Z recek zwróciłem uwagę na Inkonbini: ciekawostka, o której pewnie bym nie wiedział (albo nie zwróciłbym na nią uwagi), gdyby nie zachęcający tekst w PE, także fajnie i wskoczyło na listę. Podobnie z The Caribou Trail (tematyka IWŚ zawsze spoko). Co do Mixtape, który był chyba "najgorętszą" premierą jeśli chodzi o ogólnie pojętą otoczkę wokół gry i rozbieżność ocen: na tyle, co widziałem i zdążyłem się wcześniej zorientować na temat tego "dzieła", bardziej w tym temacie ufam Zaxowi. Na to, że to samograj na 3h mam akurat wywalone, bo nie takie gierki zaliczałem i potrafiły trafić w mój gust, ot kwestia uczciwego podejścia do tego, co dostajemy (ale też robienie z Mixtape objawienia w bądź co bądź opierającej się na interaktywności dziedzinie sztuki, jaką są gry, wydaje mi się mocno naciągane). Większy problem mam z bijącym z każdego momentu tej gry, który widziałem, pretensjonalizmem totalnie antypatycznych postaci, na czele z jej główną bohaterką. Sorry, ale to potrafi zepsuć najlepsze nawet w założeniach doświadczenie, i nic tu nie pomoże, że "taka konwencja". Z innych elementów też czuć lekki fałsz (tu wchodzi wątek snucia niespójnych wizji dotyczących nostalgii za latami 90 przez osoby, które nic z tymi czasami nie mają do czynienia). No taka trochę nadęta, sklejona cynicznie pod kątem grania na wrażliwych nutach boomerów, opowieść. ALE może zagram i zweryfikuję swoje zdanie, bo sfera audio-wideo może robić robotę. A propos przy strefy audio: tekst Echo w Kodzie jest ciekawy, tyle, że... praktycznie nie działa w formie pisanej. To zagadnienie, które wręcz prosi się o odpalenie Youtuba i sprawdzenie sobie po kolei opisywanych przykładów. A tak, to w sumie dosyć puste doświadczenie, bo skoro nie kojarzę danego kawałka/oryginalnej wersji, to co mi z tej lektury? Najciekawszym wątkiem pozostaje ten, najgłośniejszy, mianowicie motyw z MGSa. Cóż, kto słyszał "Winter Road", ten wie, w czym rzecz, bo podobieństwo bije w uszy. Niestety sprawę zakończono w najgorszy możliwy dla graczy sposób: całkowite odcięcie się od wybitnego (nawet jeśli "odgapionego") motywu muzycznego, kojarzonego ze wspaniałą trylogią, tuż przed premierą czwartej części serii, i tym samym jego nieobecność w sequelach/prequelach. Duża strata, choć jak rozumiem, utwór nie zniknął z reedycji starych części, więc chociaż tyle. Głaskanie Psa: no sympatyczna odskocznia od standardowych tematów, ale żeby"przepalać na to" talent Adamusa i aż 4 strony? No nie wiem xD Replay i Zgrentgen: już tu pisałem, wielki plus za te działy. Gotham City: jak już tu wspomniano, trochę vibe tekstu o Racoon City. Poprawny, ale jak dla mnie trochę niepotrzebny. Wyścig na Księżyc: no tutaj nie mogę nie pochwalić: raz, że tematyka to mój konik (stosunkowo niedawno zaliczyłem wspomniany w tekście serial "From The Earth to The Moon", polecam), dwa, że ze względu na wydarzenia IRL jest akurat na czasie, a trzy, że dowiedziałem się z niego o "Apollo 11 VR", które to wskoczyło na moją listę do ogrania (niestety, co standardowe dla cyfrowych edycji gier pod VR, mocno trzyma cenę). Street Fighter: dobry, lekko czytający się artykuł o filmie, do którego mam dosyć mocny sentyment i zwyczajnie go lubię, choć dawno go nie odpalałem. I kierunek, w którym poszli w przypadku nadchodzącej adaptacji, choć jakże odmienny, wydaje mi się całkowicie trafiony. BTW nie wiem, czy Ostasz tu zagląda, ale ciekaw jestem, czy był obecny na ostatnich Dniach Nowej Huty, bo przemknął mi tam gdzieś podobny koleś xD Podobnie z tekstem o MK2, choć tutaj miałem już trochę vibe materiału partnera (no offence, może to kwestia dosyć neutralnego, bardziej formalnego tonu), a sam film (jak i jego prequel) mnie zupełnie nie interesuje. No i trochę dziwne jest to wrzucenie screenów z rozmów Muszyna z ludźmi z obsady, bez jakiegoś większego nawiązania do tego w samym tekście. Felieton HIVa: cieszy fakt, że cykl jest kontynuowany, bo sam nawet tu wyrażałem swój sceptycyzm (a co będzie dalej, się okaże xD). HIV jak to HIV, pióro ma lekkie, czyta się to dobrze, choć pewne wtręty mogą wywoływać uśmieszek niekoniecznie w zamierzonych momentach. A sam przekaz trochę złośliwie mógłbym sprowadzić do "pan Tomasz poszedł do pierwszej poważnej pracy i jest w szoku, bo spotkał się z tym, z czym tysiące ludzie ma do czynienia w swoich kołchozach na co dzień". Taka trochę oblężona twierdza, "panie ja wszystko robił dobrze, ale mnie nie lubili i się na mnie uwzięli, a w ogóle to knuli za plecami, po podpadłem nieodpowiedniej osobie". ALE NIE JESTEM ZŁOŚLIWY, więc tak nie napiszę. Felieton Rogera: cóż, trochę "ciężko" się to czyta, bo zmęczenie i ból aż bije z tych stron, udzielając się wręcz czytelnikowi. Nie potrzebujesz od randoma z neta gadek typu "byku, zadbaj o siebie, bo to droga w złą stronę", tym bardziej, że dostałeś już żółte, jeśli nie czerwone światło od własnego organizmu, ale z drugiej strony jak skomentować choćby anegdotkę, że łyknąłeś sobie alko po zabiegu xD. Jestem nieco młodszy, a nie wyobrażam sobie zajeżdżać tak organizmu, sen krótszy niż 6h traktuję już jako mocno niezdrowy. Pracoholizm to szybka droga do grubych problemów, a jeszcze dodać do tego inne czynniki to efekt murowany. Zawodowo jestem w zupełnie innym świecie, ale u mnie też są osoby, które "nie biorą L4" myśląc chyba, że bez nich firma sobie nie poradzi, więc to takie trochę analogiczne podejście. Po pierwsze: własne zdrowie.
-
GTA VI
Akcja z kodem w pudełku żenująca, ale chyba wszystko zostało już tu na ten temat powiedziane. Sam jestem pudełkowcem i o ile GTA jakościowo i zawartościowo to pewniaczek i nie jest to tytuł, który kupię, żeby szybko zaliczyć i odsprzedać/w przypadku którego będę czaił się 2 miechy, żeby kupić stówę taniej, więc kontekst używek tutaj nie gra dla mnie roli, ale w skali makro: okropna praktyka. Ale czego w sumie oczekiwać po Rockstar i grze, w przypadku której parę lat przed premierą masowa publika wręcz godziła się na potencjalną cenę w wysokości 100 dolarów xD? I co, mam się obrazić i nie kupić pierwszej od 22 lat gry, na którą mam ochotę na premierę? Pewnie wezmę cyfrę, bo skoro na jedno wyjdzie, to po chuj mam sobie dokładać całej otoczki z zamawianiem pudełka. No ja odpalam co jakiś czas, ostatnio choćby Duke Nukem Forever z 2011 i abstrahując od jakości samej gry: zaliczona bez żadnych problemów bez patchy. Wiadomo, że możemy się wymieniać dowodami anegdotycznymi i szukaniem tytułów, które działają spoko i takich, które działają chujowo, no ale meritum jest takie, że to żadna reguła. Co do kolekcjonerów, to jakby chociaż potwierdzona była mityczna mapka i instrukcja-książeczka, to może R osłodziłoby ten kod na karteczce. A tak to faktycznie trzeba być wyższego poziomu zbieraczem, żeby sobie stawiać puste pudło na półce.
-
Spider-Man Cinematic Universe
Ten trailer to pierwszy materiał, jaki widziałem w związku z tym filmem i zero hype'u. Doskwiera przede wszystkim brak ciekawego villaina i czegokolwiek, co na ten moment jest "jakieś" i wyróżnia ten film w porównaniu do reszty serii. No chyba, że głównym motywem, którym miałbym się jarać, jest obecność Hulka, no ale nie mógłbym mieć bardziej na niego wyjebane.
-
własnie ukonczyłem...
No już było wyjaśnione. Jeszcze tylko jedno "ackchyually" z mojej strony i kończę nerdzenie: ten dokument z pitoleniem o King Kongu pochodzi z płyty The Making of MGS2, dołączanej do edycji PAL zwykłego MGS2: SoL. W Substance była płytka The Document of MGS2 (w USA i Japonii wydana jako osobne wydawnictwo): zupełnie inny content, m.in. wszystkie trailery dwójki, pełno artworków, projekty postaci (również tych, które wyleciały z gry), modele 3D do oglądania czy nawet zestaw wszystkich cut-scenek (bez dźwięku) z możliwością latania kamerą w dowolne miejsce. Świetna sprawa.
-
własnie ukonczyłem...
Ape Escape (PSX/PS3) Czyli "gra o łapaniu małp, która wymagała Dual Shocka". W tamtych czasach ewenement. Osobiście miałem z nią pierwszy kontakt dzięki demówce z OPSM, no i jako że posiadałem zwykłego pada, to mogłem się co najwyżej "nacieszyć" intrem, menusami i stojącym bez ruchu bohaterem. Mimo, że gierka sama w sobie jakoś specjalnie mnie nie interesowała, to jednak fakt, że nie mogę sobie popykać działał na wyobraźnię i w końcu, pożyczając kontroler od kumpla, sprawdziłem, o co tu chodzi. No i była to poprawna zręcznościówka z przekombinowanym nieco sterowaniem. Minęło ponad ćwierć wieku, coś mnie tknęło, żeby wrócić do tematu, i jakie miałem wrażenia po skończeniu całości? W sumie podobne, jak wtedy. Sterowanie to znak rozpoznawczy i taki trochę gimmick, bo gra spokojnie mogłaby być obsługiwana zwykłym padem i wiele by nie straciła. Widać, że to czasy, kiedy twórcy eksperymentowali ze sposobami użycia gałek analogowych i rezultat po latach jest mocno nieintuicyjny. No do końca zdarzało mi się, że odruchowo próbowałem skorygować kamerę prawą gałką, a tutaj odpowiada ona za użycie wybranego gadżetu (poruszanie kamerą to natomiast znany dobrze z czasów szaraka zestaw L1/R1). Ma to swój urok i na pewno wyróżnia grę, dodające też jakiejś tam dokładności wynikającej z zastosowania analogowego grzybka, ale momentami jest chaotycznie i niestety po prostu niewygodnie. Nie pomagają też inne elementy gameplay'u i interfejsu, takie jak wybieranie gadżetu za pomocą przycisków geometrycznych (siłą rzeczy ogranicza nas to do tylko czterech przedmiotów dostępnych na zawołanie, kiedy na dalszych poziomach trzeba już wachlować większą liczbą przedmiotów, żeby sprawnie progresować). Początkowo byłem nawet zadowolony z gameplay'u, bo po chwili przyzwyczajenia zapewniał całkiem przyjemną i immersyjną rozgrywkę. Niestety, im trudniejsze i bardziej rozbudowane levele, tym łatwiej o zmęczenie materiału. Małpy robią się coraz bardziej dokazujące i nieuchwytne, sama siatka, w którą je łapiemy, ma śmieszny zasięg, a ogłuszenie małpiszona (czy to "mieczem świetlnym", czy procą) jest nieefektywne, bo trwa po prostu za krótko. Powyższe niewygody sprawiły, że pod koniec tej dosyć krótkiej przygody miałem już trochę dość i dawkowałem sobie zabawę tak po jeden level na jedno posiedzenie, a maksowanie/endgame już sobie odpuściłem i raczej do gry nie wrócę (po napisach miałem ledwo 55% na liczniku). Całe szczęście jest tu dosyć sensowny system save, więc nawet jeśli nie skończymy danego poziomu, to wychodząc możemy zapisać nasz progres i liczbę złapanych małp/znalezionych pierdółek. Wersja NTSC prezentuje się tak sobie ze względu na obniżoną rozdziałkę, ale generalnie strona graficzna ma swój urok, jest kolorowo i estetycznie, całkiem fajnie prezentują się niektóre efekty specjalne, no i design małp jest już ikoniczny (za to postacie ludzkie to takie chibi-anime pokraki). Niestety, z muzyką jest dużo gorzej - jest po prostu okropna. Zapętlone po jakichś 20-30 sekundach motywy opierające się na powtarzalnych samplach w stylu bieda dnb, w praktyce kakofonia dźwięków. Męczące doświadczenie. Ogólnie: nawet niezła przygoda, ale nie dziwne, że Ape Escape nie trafiło do pierwszej ligi w swoich czasach, a i teraz nie wraca się raczej do niej ze specjalną nostalgią. Oryginalne sterowanie i sam pomysł na zabawę, różne gadżety, dające mniejszą lub większą frajdę, sporo grania dla chętnych na maksowanie. Sprawdzić mimo wszystko warto. Właśnie tylko na PS2 to było, akurat deska to taki śmieszny dodatek na jedno odpalenie i zapomnienie. Natomiast mięsem było kilkaset misji dodatkowych, gdzie poza typową masówką w VR typu "Weapon Mode 52" znalazło się sporo ciekawostek, na czele z Alternative Missions/Snake Tales. Teraz pewnie by mnie to nie jarało, ale w czasach, gdy miało się jeden oryginał na parę miechów, robiło to robotę. No i w pierwszym wydaniu była kozacka płyta The Document of MGS2, masa świetnego stuffu dla fanów
-
Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej 2026 - Kanada, Meksyk, USA
Stream ze stronki TVP Sport tam nie działa?
-
własnie ukonczyłem...
Nie no akurat "fandom" ma wielu innych proroków i od bardzo dawna panuje konsensus, że MGS2=GOAT, nawet czasami zahacza to już o pretensjonalne hipsterstwo i umniejszanie chociażby trójce, będącej jakoby najbardziej normicką i mainstreamową (i pompowanie mitu, że biedny Kojima po backlashu związanym z MGS2 musiał wrócić skruszony i zrobić gierkę skrojoną bardziej pod "przeciętnego" gracza). Dla mnie tam cała trylogia to 10/10. Ograłem dwójkę jakiś czas po premierze Substance jako gimbus nastawiony sceptycznie przez legendarną reckę HIVa (i łykając przy okazji sporo spoilerów) i grając nie mogłem wyjść z zachwytu jakie to dobre, także no różnie było. A rynek i recenzenci akurat dwójeczkę przyjęli bardzo pozytywnie i myślę, że przeciętny casual dajmy na to z USA, który w 2001 był małolatem, kojarzy tę część raczej ze szczękopadem związanym z grafą, mechanikami i ogólną zajebistością. Tyle, że to były "tylko" 2 lata. Cóż, ja też wtedy czekałem, ale po przesunięciu premiery PAL jakoś na jesień 2006 (prawie ROK po Japonii) złamałem się i kupiłem zwykłego Snake Eatera, żałując jedynie, że zrobiłem to tak późno. Decyzję ułatwił mi fakt, że w sumie Subsistence poza kamerą i nieosiągalnym dla mnie online nie oferował nic specjalnego, koło zawartości z Substance to nawet nie stało.
-
własnie ukonczyłem...
Post Mejma w punkt, prawie każdy punkt podbijam (no piosenki akurat są spoko), a najlepsze jest to, że w sumie większość z listy to rzeczy obiektywnie zepsute/słabo rozwiązane i ciężko je merytorycznie obalić, no ale magia Kojimy, szczególnie w serii DS, polega na tym, że sprzedał ludziom możliwość poczucia się lepszym/mającym lepszy gust od innych, którzy tego kitu po prostu nie kupili i prześwietlili gościa dawno xD. I żeby nie było, grałem tuż po premierze i, nawiązując do rad przedmówców, można sobie moją opinię z 2019 roku sprawdzić w tym chociażby temacie, gdzie po wytknięciu problemów i tak uznałem, że to ciekawe, oryginalne i dopracowane doświadczenie, w które nawet spoko się grało (choć po latach byłbym surowszy). No ale fabuła i postacie to jest jebane xD i niestety nie przejdzie już gadka o postmodernizmie, pastiszu czy celowym przesadyzmie znanym z MGSów (gdzie w porównaniu do DS i tak było tego niedużo), bo w DS zwyczajnie brak luzu i dystansu do opowieści. I można by powiedzieć, że gusta są różne i nie muszę grać w dwójkę, ale wkurwia mnie to trochę, bo gość dostał pozytywny feedback i gruby budżet i zamiast przekuwać swój mimo wszystko duży talent (i wspomnianą dużą kasę) w fajne gierki, to będzie nas męczył takimi tworami, najlepiej w otwartym świecie i z coraz większym budżetem na coraz większą ekipę hollywoodzkich aktorów, na których akurat ma hype, oczywiście z wieloletnim procesem produkcji. Co do MGS V, to jest grą lepszą od DS, bo raz, to mimo wszystko MGS i jeśli jest się fanem serii (choć fan nie czekałby chyba 11+ lat na zaliczenie gry xD), to lore robi robotę (choć zostało wzorcowo spierdolone w wielu aspektach, a zmarnowane i niewykorzystane w innych), dwa, czysty, skradankowy gameplay to cymes (a że przerywany chujowymi przerywnikami/wypełniaczami, to inna sprawa, a sam OTWARTY ŚWIAT jest totalnie chybionym i nie działającym w tym wykonaniu pomysłem), trzy, "zabawa" z bazą i rekrutacją jest rozwiązana dużo lepiej, niż w PW, więc tutaj nie ma co się zrażać, i cztery że mimo wszystko jest tu parę mocnych scenek i niezłej muzy.
-
PlayStation Extreme #1 (1994-1996)
Miła niespodzianka, bo mimo zamówienia przez allegro, przesyłka dotarła już w sobotę popołudniu. Szczęście w nieszczęściu, bo dzień miałem prawie całkiem wypełniony i jedynie późnym wieczorem mogłem rzucić lekko "zmęczonym" już okiem na kilka recek i przekartkować całość, no i co tu dużo gadać, zapowiada się dobrze, a pachnie wyśmienicie (może to już zakrawa o zaburzenie, ale tak jak jeden z przedmówców, zamierzam zachować ten stan i chować na razie egzemplarz do folii, tym bardziej, że oprócz dzisiejszego dnia znowu nie będę miał zbytnio czasu/ochoty na czytanie do następnego weekendu, niestety nauczony doświadczeniem nie nastawiałbym się na zachowanie walorów dłużej, niż tydzień-dwa). Z mniej miłych spraw: też stwierdzam lekkie zagięcie w prawym górnym rogu, ale nie jest to aż tak strasznie widoczne. Dziś już trochę poczytałem, głównie początkowe artykuły i na razie nie mam zarzutów. A że sama tematyka może być już odbierana jako nieco wtórna? Mnie to ryra, bo zawsze mi się to dobrze czyta. Reckę Ściery też już zaliczyłem i o ile miło go znowu widzieć/czytać, tak sam Road Rash nigdy mnie specjalnie nie interesował, a i tekst wydaje się nieco chaotyczny, choć ma to swój urok. Jak sam autor przyznał, to pierwsza recka od lat, więc widać, że potrzeba było "rozgrzania".
-
System reputacji
Nie schlebiaj sobie, w przeciwieństwie do ciebie nie wyszukiwałem postów sprzed miesięcy/lat, żeby komuś wkleić minusa "w rewanżu" xD. Z racji tego, że piszesz te swoje wątpliwe jakościowo wynurzenia w co drugim temacie na forum, wlepienie klauna/minusa wpada bez żadnego wysiłku i niejako mimochodem (a treść z reguły też na to zasługuje). Więc kto tu robił coś pojebanego xD? Ja wiem, że forumowicze mają pamięć złotej rybki i regularne wrzutki w zakupach growych pozwalają się odkuć największej łajzie (mimo, że niektórzy się wtedy odgrażali) ale ja pamiętam, jaką frajerską akcję odwaliłeś. Więc zasługujesz na traktowanie jak frajer. Dla przypomnienia, macie tu losową stronę z "afery minusowej" i spłakania się rzeczonego użytkownika, można się cofnąć parę stron i poczytać o genezie. https://www.psxextreme.info/topic/102606-trudne-sprawy-administracyjne-i-regulamin/page/48/ To jedyny raz, kiedy się do tego odnoszę, bo poruszyłeś temat i widać, że nadal cię pieką te minusy, co mnie nie dziwi.
-
Spyro: A Realm Beyond
Bo robią z tego marketingowo (przynajmniej na ten moment) główny gimmick w kontekście nowości/zmian w serii, ale zważywszy, że gameplay'u było z 10 sekund, to jednak trochę zbyt pochopnie wyciągnięte te wnioski. Choć nie ukrywam, że wcale mnie ten kierunek nie jara. Crash 4 był mimo wszystko bardzo tradycyjny gameplay'owo i między innymi dlatego tak dobrze działał jako kontynuacja po latach.
-
Spyro: A Realm Beyond
No ja też nie wiem, skąd taki pomysł, coś sobie chyba dopowiedzieliście. Nie ukrywam, że takie latanie na zawołanie to spora rewolucja w serii i może mocno wpłynąć na styl rozgrywki, ale ufam devom. Nowy Spyro to dla mnie jedna z największych bomb "targów" i chyba jedyny moment, kiedy widząc zapowiedź powiedziałem pod nosem "noo zajebiście". Toys for Bob już się sprawdzili i gwarantują jakość i poszanowanie materiału źródłowego. Jeśli to pójdzie w kierunku kontynuacji starej trylogii na takiej zasadzie, jak Crash 4, to będzie cudownie.
-
God of War Laufey
W czasach, gdy obśmiewane Sony AAA Cinematic Experience stały się gatunkiem zagrożonym, to mimo wszystko nawet "takiego" GoWa przyjmę z otwartymi ramionami, co nie zmienia faktu, że pod względem klimatu dziwacznie się to na ten moment zapowiada. Design maszkar zupełnie mi nie pasuje, kolorystyka i ogólny feeling jakiś taki mdły, a Fey...abstrahując od samego faktu, że GoW=Kratos i że wygląda jak "dorosła" wersja Grety Thunberg, to daje jej szansę, nie oczekując wiele. Bardziej się obawiam miszmaszu w temacie antagonistów/bossów, bo zmiana uniwersum jest spoko, jeśli jest to spójne w ramach jakiejś większej przygody (jak do tej pory: stara trylogia- Grecja, nowe części- mitologia nordycka). Ale jeśli to miałoby być wrzuceniem losowych "cameo" z różnych światów na zasadzie niemalże kinowych multiwersów, to nie, dzięki. No ale zobaczymy. Grać się będzie pewnie przyjemnie, bo czemu by nie, dla oka też będzie miłe. Ot, jak wspomniałem na początku: duży, przyzwoity ex od Sony, który chętnie sprawdzę, ale podchodzę do tego bardziej jak do spin-offu, niż pełnoprawnego sequela.
-
PSX EXTREME 345
Mimo, że czytanie nowego numeru idzie szybko, tak pewnie z jakąś większą opinią zgłoszę się tu dużo później, więc teraz tylko ode mnie: propsy za kontynuowanie Zgrentgena i wprowadzenie Replay'a, głos ludu został wysłuchany i oby to przetrwało. I śmiało możecie tam wrzucać również opinie o starszych gierkach, które redaktorzy ostatnio pokończyli.
-
własnie ukonczyłem...
Ace Combat 7 (PS4) W sumie nie właśnie, bo nawet wcześniej, niż grę z poprzedniego mojego posta, ale jakoś tak wyszło. Cykl Ace Combat był mi zawsze odległy, ot samolociki, "symulatory" to nie moja bajka, ani w świecie prawdziwym, ani gierkowym (co pewnie zazwyczaj idzie w parze: jak kogoś kręcą militaria, to sięga naturalnie po takie tytuły). Jednak dochodzące do mnie stąd czy stamtąd bardzo pozytywne opinie o poszczególnych częściach czy o serii jako całości sprawiły, że przy okazji promocji skusiłem się na siódmą jej odsłonę. No i było to bardzo fajne i "odświeżające" przeżycie. Mój pierwszy raz z jakimkolwiek symulatorem (tak wiem, gra mimo różnych opcji sterowania i poziomów trudności to mimo wszystko czysty arcade, ale z braku laku stosuję takie określenie) i chyba pierwszy od dawna z grą tak prostą w sumie z założeniach: dostajemy misję, czas i cele do zrealizowania, wybieramy sprzęt i osprzęt i jazda (a właściwie: wylot). No i formuła ta robi robotę, bo jest czysto giereczkowa, nie ma tu dużo miejsca na poboczne rozkminy (fabuła jest, ale ciężko się w nią mocniej wczuć, szczególnie jeśli do tej pory w ogóle nie miało się styczności z tym uniwersum, te wszystkie Oseie, Useie i Eruseie mi się długo myliły xD). Mamy element rozwoju w formie zakupów kolejnych maszyn (nawet na takim laiku jak ja niektóre robią wrażenie, na czele ze słynnym już F-35 czy F-22) oraz ich upgrade'ów (zarówno wpływających typowo na sterowność i osiągi, jak i podkręcających możliwości ofensywne), który łączy się dosyć mocno z postępem fabularnym i oceną naszych działań (po prostu po każdej misji dostajemy punkty-walutę, za którą kupujemy gadżety, a że drzewko jest ściśle określone i nie możemy kupić danej zabawki, zanim nie kupimy odpowiednich rzeczy wcześniej, to progres jest mniej więcej narzucony i nie ma opcji, żeby np. w połowie gry latać już najlepszymi maszynami). Sam gameplay to głównie- a jakże- potyczki z siłami wroga, z grubsza podzielone na starcia powietrzne (clu zabawy i największa frajda) i rozwalanie celów na ziemi/na wodzie (też fajne, ale raczej jako odskocznia). Korzystamy głównie z rakiet i bomb (szok), starając się namierzyć wroga i w ogóle podlecieć do niego w sposób, umożliwiający to. Na papierze brzmi łatwo, w praktyce trzeba się czasem nalatać. Co ważne, feeling maszyn jest odpowiedni, nie ma tu przesadzonej ociężałości, ale nie latamy sobie w kółko bez wysiłku i pomyślunku, bo poza przeciwnikami, zagrożeniem są też warunki pogodowe czy otoczenie, gdy misja odbywa się bliżej lądu. Strzelanie też wymaga minimum taktyki, choćby z racji na ubywającą amunicję. Na całość składa się 20 misji i twórcy postarali się, żeby każda (no, może niemal każda) zawierała jakiś wyróżniając ją patent czy pomysł na gameplay, więc mimo fundamentalnie podobnych założeń, nie sposób się znudzić. Najmniej podobały mi się zadania oparte na rozwałce obiektów wroga, z określonym minimum, które mamy osiągnąć i narzuconym dosyć restrykcyjnym czasem. Dodatkowym problemem jest kończący się arsenał, a żeby było śmieszniej, to w niektórych misjach możemy go uzupełniać odlatując poza obszar działań, tyle, że trwa to tak długo, że właściwie mija się z celem, bo i tak nie zdążymy wykorzystać uzupełnionej broni. Nie ukrywam, było parę trudniejszych czy bardziej frustrujących momentów (a jedną z misji, typowo "eskortową", zgodnie z tradycją tego rodzaju zdań musiałem powtarzać kilka razy i nadal w sumie nie wiem, jaki jest klucz do sukcesu, bo pozornie opierał się w pełni na RNG, najgorszy fragment gry), w czym nie pomagały dosyć rzadko rozmieszczone checkpointy. Ace Combat 7 wygląda na PS4 świetnie, choć widać, że twórcy poszli na pewne kompromisy, żeby zapewnić 60 FPSów, co przyjąłem z otwartymi ramionami. Rozdziałka to raczej nie FHD, widać ząbki, no i wiadomo, że odpowiednio zbliżając się do powierzchni ziemi, można zobaczyć uproszczone i mało szczegółowe obiekty (choć tragedii nie ma), ale ciężko uznać to za problem w grze o tak wysokim tempie rozgrywki. Maszyny wyglądają doskonale i maniacy tego typu sprzętów będą mieć mokro. Wszelkie widoczki, czy panoramy ucieszą już natomiast oko każdego. Robotę robią też efekty, głównie atmosferyczne, na czele z osadzającym się na szybie deszczem. Do tego dochodzi świetna muzyka, na czele z chwytliwym motywem przewodnim. Połączenie tych czynników momentami owocuje naprawdę epickimi akcjami i mimo, że to tylko "gra z samolocikami", to są tu chwile wywołujące większe emocje. No także dla mnie przyjemne przeżycie audio-wizualne i miłe postrzelanie sobie w starym stylu. Po starsze części pewnie sięgać nie będę, ale już na nadchodzący sequel patrzę z ciekawością. Została mi też do sprawdzenia zabawa w VR. .
-
własnie ukonczyłem...
Guns of Fury (Switch) Indyk polecony w PE, a o którym, z tego co widzę, w necie się zbytnio nie pisze (nie ma nawet wpisu na wiki...). Gra ma bardzo łatwy do skrótowego opisu gameplay: połączenie metroidvanii i Metal Sluga. Dosyć świeże podejście, czyż nie? Osobiście nie jestem dużym fanem tego pierwszego elementu/formuły i nie wiem, czy sięgnąłbym po gierkę, gdybym zwyczajnie nie zapomniał, czym ona w istocie jest. Bo kierowałem się raczej skojarzeniem, że to taka tam podróba Metal Sluga, którego bardzo lubię. Ale koniec końców, z GoF bawiłem się dobrze, choć gra ma swoje problemy. Po pierwsze, o ile przez większość gry postęp przychodził raczej naturalnie, nie wymagając specjalnego błąkania się po mapie, tak w końcowych godzinach bywało już gorzej i szukając jakiegoś brakującego power-upa/gadżetu potrzebnego do przejścia dalej, błądziłem po korytarzach, sprawdzając nieodkryte dotąd zakamarki (przy pomocy mało czytelnej mapy), regularnie natykając się na "ścianę". Nie pomaga to, że takiej faktycznie sensownej szybkiej podróży (teleport między save pointami) nie dostajemy prawie do samego końca, mając w zamian opcję przeskakiwania między dosyć rzadko rozsianymi punktami z ciężarówką. Skutkuje to tym, że szukając rozwiązania w ciemno, musimy pokonywać dosyć duże odcinki mapy, oczywiście za każdym razem pokonując dziesiątki wrogów, niekiedy zużywając suple odnawiające nam życie, których aż tak dużo nie ma (nabywamy je w sklepiku, ale tam szybko się wyczerpują i przez jakiś czas są niedostępne). Odczuwalny zgrzyt, choć nie psujący całkiem zabawy, ot albo można w pewnym momencie wspomóc się podpowiedzią w necie, albo szukać samemu aż nie skończy się cierpliwość. Cierpliwość testuje też sam początek przygody, bo wita nas stosunkowo długi i trudny jak na pierwszy kontakt z grą odcinek bez kontynuacji, za to z walką z bossem, gdzie śmierć, co naturalne, wiąże się z rozpoczęciem od samego początku, co mnie przynajmniej lekko zirytowało i podsunęło wątpliwości, czy aby zakup był w ogóle sensowny, bo jak to dalej ma tak wyglądać, to czarno to widzę. No ale dalej było już lepiej. Gameplay jest bardzo przyjemny, satysfakcjonujący, mięsisty. No feeling jest ewidentnie Metal Slugowy, i spoko. Podobieństwa zaczynają się zresztą już od stylizowanej na retro oprawy 2D. Główna różnica to właśnie formuła całości: tutaj mamy ogromną, labiryntową mapę, połączoną przejściami, które możemy pokonać posiadając określony item/umiejętność. Metroidvaniowa klasyka, nic nowego pod słońcem, toteż nie będę się nad tym tematem rozwodzić. Nadaje to na pewno większej głębi całości, jednocześnie nie obraziłbym się, jakby GoF było "tylko" klonem MS. Na poziom frajdy wpływa obecność licznych zniszczalnych elementów otoczenia, których rozwalanie niezmiennie cieszy a i dodaje efektu rozpierduchy na ekranie. Poza strzelaniem trzeba sporo poskakać, są momenty rozkminki związane z zastosowaniem jakiegoś skilla, a jednym z wyróżniających grę elementów są dosyć trudne walki z bossami. Co prawda opierają się na typowym patencie, czyli wyuczeniu się konkretnych ataków i ruchów każdego z nich, ale i tak mogą chwilowo podnieść ciśnienie. Grunt, że przed każdym z nich mamy punkt zapisu. Zwykłe mobki też potrafią zajść za skórę, ale bardziej z racji ich liczebności. Wraz z postępem stają się co prawda coraz silniejsi, ale nasz arsenał i umiejętności też progresją. W grze dostępnych jest multum pukawek, no ale generalnie warto używać najlepszej (ergo-najsilniejszej, bo opisane są kilkoma statystykami) z każdej kategorii, jakimi są broń długa, krótka i melee. Wspomniana pixel artowa oprawa jest bardzo przyjemna dla oka, robotę robi też klimatyczna i zróżnicowana muzyka. Całość zajęła mi z 8-10 godzin i nie znudziła. Idealne na Switcha na krótsze sesje, choć wciąga mocno i nieraz te sesyjki mi się przeciągały. Polecam, czysta rozgrywka, bez zbędnego pitolenia.
-
The Boys - 2019 - Amazon Prime
Skończyłem, no wiadomo, że ogólnie słaby sezon i słaby finał, ale nie oczekiwałem po nim w zasadzie już nic, więc zawód nie aż tak duży. W sumie to ostatni sezon Stranger Things bardziej mnie wymęczył jako seans sam w sobie, więc tu i tak nie było tak źle. Zarzuty, które mam, odnieść można by pewnie równie dobrze do poprzedniego sezonu, bo po prostu w pewnym momencie The Boys zaliczyło zjazd formy i zostało w tym konsekwentne. Żadna postać nie daje się lubić, wszyscy albo drażnią, albo męczą bułę (obydwa główne romansy: do śmietnika), tym samym żadna śmierć ważnych bohaterów mnie nie ruszyła (notabene jedną z nich zaspoilerował mi znajomy i w sumie wzruszyłem tylko ramionami). "Dobrzy" się snują, zachowują pizdowato, wyglądają jak chorzy (gęba Starlight autentycznie odrzuca od ekranu), źli zachowują jak debile i nie korzystają ze swoich mocy, bo w sumie po co, edgy humor i tanie "szokowanie" opierające się na KUTASACH i ROZWALANYCH MÓZGACH, jeśli kiedykolwiek jarało kogoś starszego niż 15 lat, to po setnej powtórce tego samego patentu przestało nawet taką publikę. No i ta inteligentna satyra na sytuację polityczną i hehe prawą stronę. No zbyt try hardowe i po prostu żenujące w niezamierzony sposób się to stało, no ale część widowni się potasuje do swojego bycia intelektualnie i moralnie wyżej niż mityczny bogobojny konserwatysta. Ale w sumie wystarczy poczytać o twórcach i wszystko jasne. Dużo głupotek scenariuszowych, ale to można wybaczyć, bo przecież to tylko adaptacja komiksu. No ale żebyśmy w zamian dostali chociaż jakieś kozackie akcje, zabawne momenty, coś błyskotliwego: ni chuja. Sam finał też oparty na najprostszym możliwym rozwiązaniu, ale w sumie może to nawet lepiej, niż jakby mieli to przekombinować (jak czytałem niektóre teorie choćby w tym topicu, to xD). Samo główne założenie i poszukiwanie tego V1 jak najtańszego możliwego McGuffina pokazało, że scenarzyści zupełnie nie mieli pomysłu na podstawowy wątek. Jebać.
-
własnie ukonczyłem...
Duke Nukem Forever (PS3) Pewnie każdy mniej więcej zna perypetie związane z developingiem i wydaniem, a później odbiorem DNF przez graczy, więc nie będę silił się na wyszukane wstępy. W skrócie: Duke zasłynął najpierw jako jedna z najdłużej tworzonych gier w historii, a później jako symbol niespełnionych oczekiwań, czy wręcz jedna z najgorszych gier generacji. Osobiście nie zgodzę się z tym drugim. Tzn. no nie grałem w zbyt wiele crapów z tamtych lat (o ile w ogóle), ale mogę powiedzieć, że bawiłem się lepiej, niż choćby z takim Resistance (abstrahując od tego, że to 4 lata starszy launch title). Oczywiście większość zarzutów ciężko zanegować. Zacząłbym od decyzji designerskich, w sumie dla mnie niezrozumiałych. Jedną z nich jest możliwość dzierżenia...tylko dwóch broni naraz xD. Tak, Duke Nukem, luźna rozpierducha, kontynuacja oldschoolowego klasyka, udaje w tym aspekcie "nowoczesne" FPSy i ogranicza tym samym własny potencjał. Bo mimo, że fizyka obrażeń prawie nie istnieje a moc broni jest dyskusyjna (zarówno jeśli chodzi o samą efektowność, jak i efektywność: zwyczajnie ciężko powalić nawet co słabszych mobków), to jakiś tam fun zabawki owe dają. Niestety, często brakuje choćby tej jednej dodatkowej spluwy, bo poza dużymi gnatami typowo pod "grubą zwierzynę", przydałoby się mieć coś szybkostrzelnego na średni dystans i standardową strzelbę na krótki. A tu mamy "albo-albo". Przez to bezużyteczne w praktyce stają się też co bardziej odjechane gadżety typu miotacz promieni zmniejszających czy zamrażających: ammo kończy się momentalnie, moc ma raczej słabą, wymaga poprawienia czymś innym, a przy większej liczbie wrogów po prostu się nie sprawdza. Na minus też poziom trudności. Może nie jest to niesamowite wyzwanie, ale gierka potrafi zirytować skokami trudności i tym, jak szybko Duke pada trupem pod ostrzałem. Tyle dobrze, że checkpointy są dosyć częste. Twórcom zależało na różnorodności rozgrywki i nawrzucali trochę patentów, bez których w sumie gra by się obyła, ale koniec końców nie zdążyły mnie jakoś mocno zmęczyć czy wkurzyć. Mówię tu głównie o jeździe samochodem/samochodzikiem, która, owszem, jest mocno drewniana, ale nie były to aż tak tragiczne przerywniki. Słynne elementy platformowe też raczej nie sprawiały mi problemów. Są tu za to nawet pewnego rodzaju zagadki środowiskowe i tutaj muszę spropsować twórców, bo kombinowanie z fizyką jest całkiem satysfakcjonujące i w tym konkretnym temacie wiele głośniejszych i lepszych gier nie ma do DNF podjazdu. Gejming na tyle mnie już odzwyczaił od takich rozkmin, że momentami byłem wręcz zaskoczony faktem, że w celu progresu musiałem zrobić coś w sumie logicznego i intuicyjnego, a jednak nie brałem tego pod uwagę (ot choćby powrzucanie beczek do kontenera, który w rezultacie spada i tworzy nam rampę). Spory zawód to niestety design leveli właściwie przez całą drugą połowę gry (no, może z jakimiś przebłyskami). Dominują wąskie, szaro-bure korytarze, bazy, podziemia, jest "duszno" i po prostu nieciekawie wizualnie. Ostatni level przyprawia już o lekkie mdłości i zwyczajnie czekałem na koniec. Szkoda tym bardziej, że poziomy takie, jak miasteczko "na dzikim zachodzie" czy nawet lokale typu burgerownia pokazują, że potencjał był. Bo największą zaletą DNF jest sam świat przedstawiony, główny bohater i kloaczno-seksualny, mało wysublimowany, ale jakże potrzebny i kontrastujący z ugrzecznioną branżą, humor. Tak, gadki o penisach, odlewanie się na pokonanego wroga czy w końcu robienie z jego klejnotów worka bokserskiego to właśnie pod tym adresem. Dzięki temu DNF jest "jakiś", bo poza tym klimatem niestety ciężko byłoby szukać tu jakiejś tożsamości czy motywacji do brnięcia dalej. Sam Duke to oczywiście sztampa i cheesy teksty, no ale o to chodzi. Albo się to kupuje, albo lepiej do gry nie podchodzić. Grałem na PS3, bo taka wersja wpadła mi w ręce za jakieś grosze, no i mówiąc eufemistyczne, wyglądało to niezbyt atrakcyjnie. No nieładna to gra, nie godna 2011 roku, w którym się ukazała, do tego animacja mocno szarpie. Prawie całość zaliczyłem na CRT, bo gdy odpaliłem z ciekawości na LCD FHD, to było jeszcze gorzej xD. Na dodatek sporo tutaj uproszczeń w temacie animacji modeli 3D, począwszy od samego Duke'a (słynny podskok, kiedy patrzy się w lustro), po wrogów. No czuć tu te problemy z produkcją i pośpiech w jej końcówce. Jest trochę niechlujnie, ale nie na tyle, żebym nie mógł na to patrzeć, są też elementy, za które jakaś tam pochwała się należy (niektóre efekty). Żeby było śmieszniej, w materiałach z roboczych wersji DNF (odblokowane po przejściu gry) momentami gra wygląda lepiej, niż końcowy efekt xD. No także tak to było. Niezobowiązująca, raczej krótka (obstawiam z 7-8h) i mimo wszystko bezbolesna przygoda. Trochę żałuję, że nie odpaliłem jej w okolicach premiery, co zresztą pierwotnie miałem w planach (recka w PE nie była aż tak negatywna). Trochę ciekawostka, trochę już legenda, ale może zapewnić jakąś frajdę. Ma pełno wad i o części z nich nawet pewnie nie wspomniałem, ale jeśli ktoś jeszcze nie grał, a ma rozterki "bo ponoć mega kupa", to mimo wszystko polecam sprawdzić. No dobra, to czym się przejawia ta manipulacja ludźmi i czym konkretnie jest to 90% rzeczy? Bo wymieniłeś jako wady dokładnie to, na co wszyscy narzekali xD
-
The Super Mario Bros. Movie
Też mi się podobało, chyba nawet bardziej, niż jedynka (której bym dał takie 6/10), ale może to trochę efekt wizyty w kinie i dodatkowej dopaminki od obżerania się popcornem. Tak czy siak, to nadal mniej więcej ten sam pomysł na film: pretekstowa fabuła, w której bohaterowie skaczą po lokacjach jak w grze, dziesiątkieaster eggów, cameo i innych nawiązań dla mniej i bardziej siedzących w świecie Mario widzów, jednocześnie dosyć uniwersalny przekaz głównego wątku, no i wszystko to wygląda po prostu ślicznie. Parę razy nawet prychnąłem. Dubbing też bez zarzutu. No dla dzieciaków hicior, a dla boomerów idących z nimi do kina bezbolesny i wesoły seans.
-
PSX EXTREME 344
Co prawda ten tekst przyjął w większej części formę takiej zapowiedzi "formatu" (bo dopiero ostatni akapit to mięso, czyli coś o Feniksie), ale i tak czytało się dobrze i fajnie by było, jakby HIV pisał częściej. Ale jak on już przy pierwszym felietonie asekuracyjnie pisze, że może będzie cyklicznie, a jak się uda, to może nawet co miesiąc, to znając jego różne wcześniejsze inicjatywy, można mieć pewne obawy xD
-
Figurki kolekcjonerskie
Nie jestem kolekcjonerem, to w sumie moja druga figurka (ale kiedyś jeszcze coś pewnie dołączy na półkę) więc tym bardziej chcę się pochwalić. Foto byle jakie, ale trudno: Własny MG Rex to moje nerdowskie marzenie odkąd poznałem świat MGSa. Tak po prawdzie to poza znanym w pewnych kręgach modelem do składania (od którego zakupu byłem swego czasu o krok) nie kojarzę, żeby kiedykolwiek była w szerszej dystrybucji dostępna figurka tego mecha. No ale jak zobaczyłem parę miechów temu zapowiedź powyższego modelu, to musiałem go mieć. Cena, jak dla mnie, czyli osoby będącego raczej poza tym hobby, kosmiczna, no ale trochę ze względu na to, że generalnie nie kupuję takich "zabawek", uznałem, że można sobie pozwolić. Wykonanie: klasa. Nie jestem w stanie do niczego się przyczepić. Ogromne przywiązanie do szczegółów, sporo ruchomych części zapewniających możliwość ustawienia mecha na różne sposoby i zwyczajnego pobawienia się xD. Waży chyba z 1,5kg, kawał solidnego robocika. Jest opcja wsadzenia baterii i włączania lampek, ale na razie sobie ją odpuściłem. Tylko jak to czyścić, jak niechybnie się zakurzy? Bonusowo towarzysz z półki:
-
PSX EXTREME 343
Nie, razem z podstawką czekają na swój czas, który prawdopodobnie nadejdzie w czasie urlopu, czyli w wakacje. To mój ostatni "duży" Mario poza Galaxy 2, więc dawkuję sobie te przygody. Ja po prostu mam coraz bardziej dość zbyt dużych gier, więc może trochę łatwo uprzedzam się do takich, o których wiem, że są za długie jak na swój gatunek (bo 20h w typowej przygodówce AAA to co innego, niż 20h w platformerze czy strzelance FPP).