Opublikowano czwartek o 09:022 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. W końcu domęczyłem rozpoczęte jeszcze w grudniu Ys 8: Lacrimosa of Dana czyli port oryginalnego Ys 8 z jeszcze bardziej przedłużon... z dodatkową zawartością. To ten specyficzny rodzaj gry, która chwilami daje wystarczająco dużo frajdy, żeby grać dalej, a z drugiej strony jest tak sztucznie wydłużona jak na oferowany typ gameplayu, że miałem jej już serdecznie dość i nabrałem mocnego postanowienia, że nie sięgnę po inne nowożytne Ysy. No ale zanim go powiesicie, zróbcie mu uczciwy proces.Fabuła wygląda następująco - protagonista o uroczym imieniu Adol(f) rozbija się z innymi uczestnikami rejsu na wyspie, na której ciężko przeżyć i jeszcze trudniej się wydostać, bo poza standardową jrpgową fauną i florą zamieszkują ją dinozaury. Takie z gatunku agresywnych. Siłą rzeczy zostaje więc zmuszony do eksploracji wyspy, zbierania innych ocalałych, szukania materiałów i tak dalej, ale na szczęście pojawia się inny istotny element fabularny. Mianowicie w pewnym momencie nasz heros zaczyna mieć wizje przeszłości tego miejsca, które to są grywalnymi fragmentami, kiedy wcielamy się w tytułową Danę. No i śledzimy sobie spajające się w pewnym momencie linie fabularne, próbując z jednej strony zwiać z wyspy, a z drugiej dowiedzieć się, co doprowadziło do upadku tutejszej cywilizacji. I jest to przez większość czasu bardzo spoko, dopóki nie wjeżdża ostatni chapter, który oczywiście musi podnosić skalę wydarzeń razy kilka milionów i nagle okazuje się, że to jednak gra olekki spoilerratowaniu całego świata.Co mnie rozeźliło, ale może to była też kwestia tego, że już byłem bardzo wymęczony tym tytułem.Gra budzi skojarzenia z Trailsami (styl graficzny, wyglądy menusów, identyczny typ humorku, muzyka, potwornie przeciągnięta końcówka), ale gameplayowo to action RPG, które niestety nie ewoluuje pod kątem systemu mniej więcej od 30 minuty aż do ostatniej godziny (a mnie gra zajęła 31h). Siekamy ciągle tym samym kombosem z tą samą animacją tego samego rodzaju broni, towarzyszy nam dwójka postaci, na które się możemy przełączać (co ma sens wtedy, kiedy przeciwnik jest podatny szczególnie na typ obrażeń zadawanych przez te postacie), spamujemy cztery ciosy specjalne pod R1/RB (niby dochodzą co jakiś czas nowe, ale to po prostu zamiana jednego mocnego ciosu/różnych ciosów obszarowych na ich odpowiedniki z trochę inną animacją), do tego mamy mechanikę perfekcyjnego uniku i perfekcyjnego bloku, kiedy to dostajemy slow motion i bonusy do obrażeń. I tak bezmyślnie spamujemy przyciski, co najwyżej przy bossach zwracając uwagę na ich ataki w nieco większej mierze. Do tego system ten jest niechlujny - nie brak sytuacji, kiedy dostajemy cios lub trafiamy ciosem, choć ewidentnie animacja ciosu nie przechodzi przez obiekt, a perfekcyjne uniki działają dosyć losowo. Zdarzało mi się zarobić obrażenia robiąc unik tuż przed atakiem, a kiedy indziej dostawałem slow motion jako nagrodę wtedy, kiedy macka przeciwnika już wbiła się w model mojej postaci.Poza tym craftujemy przedmioty w przemysłowych ilościach, żeby mieć lepszy sprzęt czy różne odpowiedniki apteczek. Poza tym mamy jakże interesujące questy poboczne (zabij/przynieś) i... w sumie nic więcej. Żadnych zagadek, żadnego platformingu, walcz tymi samymi animacjami w ten sam sposób, zbieraj w ten sam sposób różne dziadostwa i oglądaj cutscenki. Gra w teorii ma lekko metroidvaniową strukturę - co jakiś czas odblokowujemy element ekwipunku zwiększający nasze możliwości w poruszaniu się lub po uratowaniu odpowiedniej ilości rozbitków pomagają nam odblokować kolejne przejścia - ale w praktyce gra leci bardzo liniowo i tak naprawdę mało jest punktów, gdzie można wrócić, aby pogłębić eksplorację po odblokowaniu nowych bajerów.Chwilami gra się w to mimo wszystko całkiem przyjemnie - fabuła dopóki nie rozwala się na ryj w ostatnim fakcie może budzić jakieś zainteresowanie w czym pomagają sympatycznie zarysowane postacie i kilka zwrotów akcji, gameplay potrafi dać odmóżdżającą frajdę - ale jak na taką formułę ta gra jest z dwa razy za długa. Praktycznie całość przeszedłem bez większych trudności na hardzie z niespecjalnym skupieniem spamując ataki i uniki, dopiero w ostatnim dungeonie (nieświadom tego faktu) zmieniłem poziom trudności o stopień w dół, bo już miałem absolutnie dość bicia gąbek na obrażenia i wracania co jakiś czas wygrindować składniki apteczek. To mogła być dużo lepsza gra, ale niestety ostatecznie z ulgą ją ukończyłem z mocnym postanowieniem, że dam szansę retroYsom, ale IX i X nie mają u mnie szans.
Opublikowano czwartek o 11:032 dni Kingdom Come: Deliverance 2Po ponad dwóch miesiącach udało mi się ukończyć drugą odsłonę Kingdom Come. Spędziłem ok. 85-90 godzin w pięknym, realnym świecie i bez wątpienia był to dobrze spędzony czas. Uprzedzę nieco dalsze swoje przemyślenia - to najlepsza część serii pod kątem gameplayu, natomiast do mnie bardziej trafiła historia z jedynki.Odpalając dwójkę widać ogromny postęp w interfejsie, gameplayu (można wreszcie przez krzaki przejechać...), ogólnej prezencji samej gry. I to wrażenie towarzyszy nam w kolejnych godzinach - to jest po prostu jeszcze bardziej dopracowana i odpicowana pierwsza część. Jeśli jedynka cię zmęczyła, odrzuciła itd. to raczej nie masz tu czego szukać. I nie mówię tu tylko o tym, że fabuła nawiązuje do wydarzeń z pierwszej części - po prostu, KCD to gra, którą albo się lubi, albo się jej nie lubi.Przede wszystkim ze względu na swoje dość osobliwe mechaniki. Trzeba jeść, trzeba spać, trzeba uważać, bo się można opić, zatruć, zachorować. Idziesz, psują ci się elementy ekwipunku. Pieniędzy - przynajmniej na początku - łatwo nie zarobisz. I się wkurzasz, bo ciągle gra rzuca jakieś kłody pod nogi. Ale im dalej w las, tym bardziej kombinujesz, cieszysz się z małych rzeczy i idziesz dalej. I to dosłownie, bo na początku nawet na zwykłego konia cię nie stać... Początek może odrzucić. Fani jedynki spokojnie są jednak do tego przyzwyczajeni Do tego dochodzi system walki - uproszczony i prostszy niż w jedynce, ale i tak jedni powiedzą, że walczy się fajnie, a drudzy znowu będą narzekać i się frustrować, że trzeba go ogarnąć. Szkoda, że później nauka jednego ciosu powoduje, że praktycznie poziom walk drastycznie spada. No i oczywiście ograniczony system zapisu gry.Od razu po zakończeniu prologu świat gry się przed nami otwiera. Ta wolność potrafi przytłoczyć... Nie ma tu żadnych ograniczeń, niewidzialnych ścian, chorób czy innych wymysłów twórców na ograniczenie mapy w danym momencie. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po oddaniu kontroli nad bohaterem przez kilkadziesiąt godzin po prostu zwiedzać świat i robić questy poboczne, zdobywając w ten sposób i pieniądze, i reputację, i level. Bo tu, jak pamiętamy, rozwój postaci wygląda nieco inaczej, niż w innych produkcjach. Im częściej coś robisz, tym jesteś w tym lepszy. I jak na początku masz problem z otwarciem prostego zamka, tak później robisz to z palcem w nosie, a trudniejsze zamki nie stanowią już dla ciebie wyzwania, ewentualnie przy maksymalnym skupieniu jesteś w stanie pokonać nawet największe zabezpieczenia. Chcesz kraść? Proszę bardzo, ale uważaj, bo nowy system ogarniania przestępstw powoduje, że trzeba kombinować, żeby nie tylko nikt cię nie przyłapał na kradzieży/włamaniu, ale też żeby nikt nie widział cię w okolicy, bo i tak wina później spadnie na ciebie. Ciekawa mechanika, do tej pory nigdzie chyba nie wykorzystana. Szkoda jedynie, że kradziony towar nie zawsze łatwo sprzedać (albo brakuje paserów, albo im brakuje pieniędzy, ewentualnie potencjalna wartość sprzedaży znacząco odbiega od samej wartości produktu). Chcesz być bohaterem, człowiekiem honoru i zarabiać uczciwie? Proszę bardzo, masz różne możliwości, np. możesz kuć miecze i je sprzedawać. Dodam, że dwójka nadal ma minigry z kuciem czy warzeniem mikstur, także jeśli lubiłeś to w jedynce, tutaj poczujesz się jak w domu.Jeśli chodzi o warstwę fabularną, jest spoko. Mamy historię z dużą polityką w tle, mamy zdrady, mamy intrygi, mamy bitwy, różnego rodzaju wydarzenia. Problem jednak w tym, że tak jak wspomniałem na początku, ta historia jakoś za bardzo do mnie nie trafiła. W sensie robimy te questy, wydarzenia się toczą, ale szczerze? Nie miałem tu jakichś większych emocji. Zdecydowanie bardziej trafiła do mnie fabuła z jedynki, tam się rzeczywiście kibicowało Henrykowi, były osobiste pobudki. Tutaj? No spoko, dzieją się wydarzenia, ważne dla całego kraju, ale w sumie, to jaki mam na to wpływ i co mnie to tak szczerze interesuje? Nie zrozumcie mnie źle - to nie tak, że twórcy zepsuli główną historię. Po prostu może niekoniecznie ona do mnie trafiła. Nie zapamiętałem praktycznie żadnego epickiego momentu... Questy poboczne - no cóż, tutaj dzieje się sporo i mapa szybko zapełnia się znacznikami. Jest co robić, questy są zróżnicowane, często z różnymi wyborami i konsekwencjami, no i w większości wykraczają poza schemat "przynieś - podaj - pozamiataj". No i można je robić na wiele różnych sposobów, czasami nawet człowiek się nie spodziewał, że tak się da.Świat gry robi wrażenie. Piękne okolice, bujne, zielone lasy, wsie, miasteczka, miasto... Ktoś wychowany na wsi poczuje się tutaj jak w domu. Klimat praktycznie wylewa się z ekranu. Za to dla twórców ogromny szacun. Osobiście Troskowice bardziej mi się podobały niż Kuttenberg, przytłoczyło mnie to wielkie miasto, wolałem bardziej swojskie klimaty Wrażenie robi też grafika - widać, że studio też się do tego przyłożyło. No i oczywiście miło posłuchać przygrywającej nam muzyki. Duże pochwały dla twórców za wykreowanie nowych, ciekawych postaci. Czy to Żiżka, czy to polski Komar, czy też wielu innych bohaterów, których spotykamy na swojej drodze...Co mi się nie podobało? Mało rzeczy. Jeśli mam coś wskazać, to oprócz jakichś drobnych problemów natury technicznej, irytował mnie w pewien sposób ten system mechanik i niszczenia ekwipunku, brak swobodnego zapisu. Do tego w jedynce szybko można było się dorobić na kradzieżach, bo handlarze mieli dużo forsy - tutaj już tak łatwo nie było. Może zabrakło mi trochę więcej nieliniowości w głównej fabule, może też tego, że liczyłem na spotkanie z pewnym bohateremchodzi mi o króla Wacława, skoro z Zygmuntem mamy okazję się spotkaćale niestety twórcy tego nie uwzględnili. Niektóre misje/wydarzenia w fabule głównej są też przesadnie rozciągnięte, tak jakby na siłę chciano wydłużyć całą rozgrywkę. Bez sensu moim zdaniem.Podsumowując: cieszę się, że udało mi się ukończyć drugiego Kingdom Come. Jedynka była pewnego rodzaju odkryciem, świeżością, czymś nowym w tym naszym gamingowym świecie. Dwójka aż tak mnie nie zaskoczyła, natomiast jest produktem bardziej dopracowanym i "gotowym" do prezentacji szerszemu gronu odbiorców. Bawiłem się bardzo dobrze, chciało mi się zwiedzać ten świat i przez te blisko dwa miesiące praktycznie w ogóle się nie nudziłem. Daję 9/10. Specjalnie czekałem też z ukończeniem podstawki na wydanie wszystkich DLC, tak, żeby za jednym razem poznać całą zawartość gry. Pokrótce:Brushes with Death - jak dla mnie - skok na kasę. Sam dodatek jest... trochę wymyślony? Dobra, poznajemy historię malarza, ale te questy to nie poziom nawet zadań pobocznych w podstawce. Biegnij, przynieś, wróć. Biegnij, zabij, wróć. Biegnij, zrób coś, wróć. No nie... Opcja malowania tarczy - spoko, ani razu nie skorzystałem, bo jej nie używam w walce. Moment, który mi się najbardziej podobał toscena nastraszenia malarza i przebrania się za diabła.To jednak trochę za mało, jestem zawiedziony. 7/10Legacy of the Forge - w jedynce mieliśmy odbudowanie wioski, tu mamy odbudowanie kuźni. Osobiście bardziej wolałem odbudowywać wioskę. Sama budowa kuźni to nic innego jak simsy w świecie KCD - można sobie według własnego uznania umeblować dom, pokój oraz podwórko. Ogranicza nas jedynie kasa i... poziom prestiżu. Sama fabuła - nomen omen - akurat opowiada o nieco innym wydarzeniu, niż samo bycie kowalem. Jest OK, kilka fajnych questów, czeka się na to, jak to wszystko się zakończy. No i końcowe sceny to prawdziwy majstersztyk,miałem vibe przerywników z piciem z Bogutą w pierwszej części. Te przekleństwa przy naprawie zegara, ta mimika postaci... Coś pięknegoTwórcom należy się jednak bura za to, że w pewnym momencie blokują nam dalszą historię, jeśli nie osiągniemy poziomu prestiżu. Żeby go podbić, trzeba grindować, w tym wypadku wykonywać codzienne questy (różne co prawda, ale sprowadzające się do tego samego) i czekać, aż nam ten wskaźnik wzrośnie. Gdyby robić ten dodatek w międzyczasie to spoko, ale ja praktycznie zostawiłem go na sam koniec całej mojej przygody z grą, przez co mój schemat wyglądał tak, że przez dwie-trzy godziny robiłem dzienne zadania, szedłem spać, robiłem questy, szedłem spać i tak w kółko. Nie powiem, miałem przez to już ochotę rzucić ten dodatek, ale się zmobilizowałem i ogarnąłem potrzebny level. 8/10Mysteria Ecclesiae - liczyłem na coś ala klasztor z jedynki i w minimalnej wersji to dostałem. Cóż, historia nawet potrafi zainteresować, jest intryga, gra się OK. Sam klasztor ma nieco zmarnowany potencjał, bo praktycznie większość postaci i pomieszczeń można było jeszcze jakoś wykorzystać, wydłużyć cały dodatek. Fajne nawiązanie do pandemii COVID - zarówno w historii, jak i np. w tym, że możemy sobie zrobić specjalną maskę na twarz. 8/10Podsumowując: żadne z DLC nie rzuciło mnie na kolana. Najbardziej chyba podobało mi się to z klasztorem, bo tam fabuła była najbardziej ciekawa, zwarta i po prostu dodatek się przechodziło. Legacy of the Forge było męczące ze względu na konieczność grindu w pewnym momencie, a samo budowanie chaty mnie zawiodło. A nam DLC z malarzem to spuszczę kurtynę milczenia... Szkoda, że twórcy nie zrobili np. żadnego dodatku zweselem pana Jana, które też mogło by być czymś ala DLC Cytadela do Mass Effect 3 ew. jakiegoś dodatku z Bogutą czy RadzikiemMam wrażenie, że twórcom nieco zabrakło pomysłów. Akurat dodatki do jedynki były - moim zdaniem - zdecydowanie lepsze. Jeśli chcecie dłużej pobyć w tym świecie - śmiało. Jeśli nie, to nie ogrywając tych DLC, niczego wielkiego nie stracicie. Edytowane czwartek o 11:052 dni przez lukas_k96
Opublikowano wczoraj o 01:14 1 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Halo 1/2/3 - odpalilem MCC tylko na chwile, a skonczylo sie na maratonie Flood Saga. Zalaczylem sobie wszystkie 3 na heroicu, zeby nie zglupiec ze zgryzoty do reszty. Halo CE bylo moim pierwszym shooterem FPP w ogole. Wczesniej nie mialem zadnego doswiadczenia z myszka i klawierka, ale to wlasnie ta gra otworzyla mi oczy na ta perspektywe. Franczyza uraczyla mnie zmiennoscia i zroznicowaniem przygod, a nawet swietnie sklejona fabula. Ogrywalem rzecz jasna odswiezone wersje pierwszych dwoch i tak jak Halo 2 wyglada bardzo dobrze z nowymi cut-scenkami i ogolna oprawa, tak 1ka i 3ka moglyby sie juz doczekac pelnoprawnych remake’ow. Bawilem sie kapitalnie. Poziom heroic pozwala na szybsza rozgrywke. Mozna docisnac tempo, a nawet troche poszarzowac. Nie za mocno jednak bo granatu plazmowego z ryja nie zdejmiesz, a Elites wysmieja twoje scierwo napieprzajac w nie przez chwile po twojej smierci, a co za tym idzie, okrutnie marnujac amunicje. Halo jest shooterem z krwi i kosci wiec zbytnio eksploracja sie nie pobawimy. Master Chief’a interesuje tylko „status report” i przemieszczanie sie od celu do celu. Nie marudzi zbytnio w temacie broni. Podniesie to co jest w danym momencie dostepne, ale chlop lubi swoja ARke, wyrzutnie rakiet uwielbia, a do shotguna i snajpy odczuwa tylko milosc. Nie mowi za wiele bo slowa sa zbedne przy rzezi jaka odstawia na ekranie. Jesli trzeba dotrzec do jakiegos macguffina i pstryknac przelacznik Chief zostawi za soba polacie trupow. Taka jego rola. Otwarte przestrzenie w Halo to raczej proste, malo urozmaicone tereny. Duzo tu piachu, troche trawy, male strumyki i okazyjne drzewka. Dalej mamy budowle z masa korytarzy przeplatanych killroomami, czasem natrafimy na jakas wieksza sale, ale sa i ogromne pomieszczenia, ktorych przeznaczenia nie potrafie odgadnac. Nie jest to jednak zadna wada. Ten mistycyzm, tajemniczosc i zagadkowosc pochodzenia budowli umiejscowionych, badz co badz, na olbrzymiej obreczy stworzonej przez starozytna rase, poteguja chec poznania historii tego miejsca. Halo 2 Anniversary zrobilo jednak wszystko jeszcze lepiej. Po pierwsze gramy dwoma bohaterami. Obaj to absolutni kozacy, ale to wlasnie Arbiter i jego oś bardziej przypadly mi do gustu. Historia Arbiter’a rozwija fabule o perspektywe drugiej strony konfliktu Ziemian z Przymierzem ras obcych. Nadaje im osobowosc oraz zarys kulturowo-obyczajowy co wyszlo Bungie bardzo dobrze moim zdaniem. Nasz Elite dzierzy miecz energetyczny oraz korzysta z urzadzenia maskujacego zmieniajac nieco styl z jakim bedzie konczyc zywot swoich ofiar. Bungie spreparowalo do wersji Anniversary nowe cutscenki. Nie tylko poteguja klimat i glebie przekazu fabularnego, ale i wygladaja kapitalnie. Mimika twarzy bohaterow jest nieslychanie sugestywna. Nadaje im znacznie wiecej wyrazu i czlowieczenstwa niz koslawe i kwadratowe w juz odswiezonej jedynce. Halo 2 prezentuje kolejna nowa rzecz - bossow. Nie sa oni wymagajacy niestety bo istnieja granaty plazmowe, shotgun i maskowanie Arbiter’a, ale zawsze jest to mily dodatek. Do dzis Halo 2 jest moja ulubiona odslona. Nawet mimo tego chujowego w pizdu zakonczenia. W Halo 3 natomiast Master Chief i Arbiter lacza sily by raz na zawsze uporac sie z Prorokami, Gravemindem i jego bandziorami. Skurkowancy potrafia uzywac broni, ale to pewnie dlatego, ze Flood kontroluje system nerwowy nosiciela, a zatem moga go zmusic do wszystkiego. Napotykamy na swojej drodze nowe mutacje tego cholerstwa. Nie ma sie czego jednak obawiac poniewaz kombinacja shotgun/sword wyjasni sprawe bez problemu. Mamy rowniez u boku Arbitera, ktory jest bardzo kompetentnym kompanem. Czasem potrafi jednym machnieciem miecza rozplatac czterech delikwentow na raz. Trzymalem sie blisko niego w miare mozliwosci i podziwialem jego dokonania az do samego finalu. Odczuwam niemala satysfakcje z takich gier. Tak, skakanie jest ulomne i czesto glownym powodem zgonow, ale strzela sie wciaz bardzo fajnie mimo archaizmow. Master Chief nawet w nowej iteracji potrafi mnie zachecic do swoich przygod bo mimo iz jest malo wygadany to jednak swoja role jako protagonisty badassa odgrywa kapitalnie. Nic tylko mu kibicowac.
Opublikowano wczoraj o 09:14 1 dzień Części od Bungie są wywalone w kosmos. To co później się dzieje z tak kultową serią to szkoda gadać. Widać też super podejście pod fpsy na padzie, bardzo dziwnie gra się w to na myszce.
Opublikowano wczoraj o 12:59 1 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Resident Evil 4 RemakeNigdy nie byłem wielkim fanem tej serii i raczej nim nie zostanę. Grałem w odświeżoną dwójkę i trójkę, bawiłem się spoko, choć pewne rzeczy fundamentalne w tej serii mnie irytowały. Do czwórki podszedłem z zapowiedziami, że tu akcenty bardziej postawiono na akcję. I tak rzeczywiście jest. I wiecie co? Może będę bluźniercą, ale odnowiona czwórka trafiła do mnie zdecydowanie bardziej i do tej pory bawiłem się najlepiej, jeśli chodzi o którąś część Resident Evil.Nie znałem oryginału, więc nie będę tutaj się odnosił do tego, co zmienili, co dodali, co usunęli i czy to dobrze, czy źle. Oceniam grę taką, jaką dostałem. Jak wspomniałem, bawiłem się bardzo dobrze. Gra ma jak dla mnie odpowiednie proporcje, jest dużo dynamicznej walki, mniej kombinowania i backtrackingu, sam klimat hiszpańskiej wyspy też do mnie trafił. Bardzo podobała mi się wioska, robiło to mega wrażenie. Zamek i wyspa już nieco mniej, ze względu na to, że trochę za dużo tam zamkniętych, ciasnych pomieszczeń Walka z zombiakami - miodzio. Autorzy oddali nam obszerny arsenał do dyspozycji, choć i tak trzeba często kombinować, używać noża, skradać się i zabijać po cichu, ewentualnie po prostu próbować uciekać.Sama fabuła jest OK, zwraca uwagę charyzmatyczność bohaterów, których spotykamy podczas rozgrywki. Człowiek z jednej strony rzeczywiście może się ich przestraszyć, a z drugiej masz takie poczucie, że chciałbyś im już nakopać do czterech liter. Twórcy spisali się mega, jeśli chodzi o oprawę audiowizualną. Bardzo ładnie to wszystko wygląda, grafika na wysokim poziomie, chce się chłonąć tę grę. No i sam Leon jako główny bohater jest bardzo sympatyczny.Z minusów... Hmm... Czasami mam wrażenie, że niektóre etapy można by nieco skrócić, przez co cała gra byłaby jeszcze bardziej dynamiczna. Irytowały sekwencje, w których trzeba było uważać na Ashley. Zaciąłem się też przy niektórych zagadkach, ale to już bardziej moja wina, niż twórców, bo po prostu nie potrafiłem ogarnąć np. ułożenia witrażu na oknie w kościele. Poza tym może mi się trafiły jeszcze jakieś błędy techniczne. Minus dla twórców za brak spolszczenia, ale w ostatnich dniach wyszedł polski patch, więc temat jest już nieaktualny w tym momencie.Generalnie (po ukończeniu RE 0, RE 2, RE 3, RE 5 i RE: Revelations) jest to dla mnie najlepsza część tej serii. Do mnie, jako zwykłego gracza, który nie jest psychofanem survival horrorów ani serii Resident Evil, formuła akcji z zombiakami w tle i proporcje gameplayu z czwórki, trafiają najlepiej. Być może to też ogromna zasługa tego, że ten remake jest na prawdę fantastycznie wykonany. Daję z czystym sumieniem 9/10.Resident Evil 4: Seperate WaysGeneralnie to samo, co w przypadku czwórki, tyle tylko, że gramy inną postacią i widzimy pewne wydarzenia z innej perspektywy. Nadal tłuczemy się z zombie, rozwiązujemy zagadki, ale tym razem mamy gadżet, czyli linkę z hakiem. Też miło spędziłem kilka godzin. 9/10Resident Evil 5Ostatnie dni spędziłem na L4, więc siłą rozpędu postanowiłem, że skoro dobrze grało mi się w czwórkę to pójdę za ciosem i nadrobię serię, bo nie ukrywam, że jestem już ciekawy tych nowszych odsłon, a jednak mam takie wewnętrzne postanowienie, że jak nadrabiam jakąś serię to musi wszystko iść po kolei. To poszedłem... Wiadomo, pierwsze, co mnie uderzyło to fakt, że ta gra ma już ponad 16 lat i technicznie to widać. Przeskok z genialnego, nowoczesnego gameplayu 4 do topornej 5 był... trudny. Ale dobra, spodziewałem się tego, więc nie mogę przecież za to gry winić.Sam gameplay rozwija to, co dał w czwórce. Mamy dużo akcji, praktycznie zero backtrackingu, strzelamy do tony wrogów, rozwiązujemy zagadki. Lokacje nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, Afryka może i miała potencjał na papierze, ale w rzeczywistości to wyszło gorzej, niż w czwórce. Sama fabuła też mnie aż tak nie zaciekawiła, choć moment zwrotny z jedną bohaterką był niezły, to trzeba przyznać. Wiem, że wielu graczy ucieszyło się z tego, że można wreszcie zmierzyć się z głównym złym, u mnie jednak nie wywołało to jakiejś większej ekscytacji. Walki z bossami są OK, choć żadna postać nie zapadła mi w pamięć tak, jak wrogowie w czwórce.Gameplay - tak jak mówiłem, czuć, że ta gra ma już swoje lata, ale na spokojnie da się ją ograć nawet i teraz. Irytuje brak strzelania w biegu, czasami słaba praca kamery, ale cóż poradzić.Podsumowując - jeśli czwórka poszła w kierunku akcji, to RE 5 praktycznie już całkowicie skupia się na szybkiej rozgrywce. Tyle tylko, że ten klimat nie jara tak, jak w poprzedniczce. 7/10Resident Evil: RevelationsPrzed szóstką podobno dobrze ukończyć tę część, więc tak też zrobiłem. No i cóż... Choć gra wyszła trzy lata po piątce to szczerze, technicznie i graficznie różnicy nie widać. Wiem, że to gra szykowana na 3DSa, ale mimo wszystko dziwne, że trochę nie dało się tej grafiki podrasować. Sam gameplay to nieco powrót do starszych odsłon. Mamy dużo biegania po statku, powrotów po kilka razy do tych samych lokacji, do tego walka z potworami, szukanie kluczy i rozwiązywanie zagadek. Na pewno wyróżnia się konstrukcja fabuły na wzór serialu. Po pewnym czasie jednak te przypominajki już irytują Mamy kilku bohaterów, poszczególne etapy są różne, raz rozwiązujemy zagadki, raz po prostu rozwalamy przeciwników. Scenariusz jakoś wybitnie nie powala, jest historia, ale żeby jakoś wybitnie się nią ekscytować, to nie ma opcji. 7/10StrayKiedyś zainstalowałem, zacząłem, wyłączyłem i tak mi leżało na dysku. Gra krótka, więc postanowiłem dokończyć. No i szczerze mówiąc to bawiłem się średnio. Pomysł osadzenia gry z kotem w roli głównej był ciekawy, fajnie było nim pobiegać, pomiauczeć, zachowywać się, jak on. Na uwagę zasługuje świat, tutaj twórcy się postarali. Ale poza tym, to nic ciekawego tutaj nie ma. Fabuła jest, ale na kolana nie powala. Gameplay powtarzalny, po krótkim czasie się nudzi. Sterowanie też czasami mogłoby być bardziej przystępne. Ogólnie trochę się wymęczyłem, ale względu na to, że gra jest krótka, dawkując ją odpowiednio udało się dojść do finału. 6/10 Edytowane wczoraj o 12:59 1 dzień przez lukas_k96
Opublikowano wczoraj o 14:12 1 dzień 4 godziny temu, Ukukuki napisał(a):Części od Bungie są wywalone w kosmos. To co później się dzieje z tak kultową serią to szkoda gadać.Widać też super podejście pod fpsy na padzie, bardzo dziwnie gra się w to na myszce.Ja pierdolę, jak sobie przypomnę piątkę to aż mnie skręca. Dobrze że to dalej jest tylko na jednej, martwej już, platformie.
Opublikowano wczoraj o 14:20 1 dzień No 4 mnie wymęczyła ale nie było tak źle, 5 kompletnie nie pamiętam. Najnowszej części nawet nie mam ochoty odpalać.
Opublikowano 5 godzin temu5 godz. W dniu 17.02.2026 o 16:44, Czokosz napisał(a):Crisol: Theater of IdolsTo gra z gatunku tych, które gdzieś tam miałem na oku przed premierą, ale nie robiła na mnie większego wrażenia i traktowałem ją w kategorii "może zagram kiedyś na jakieś większej przecenie". No ale wchodzę na steam/ps store i widzę dobre opinie, niektórzy nawet zwiastują nadejście nowego Bioshocka skrzyżowanego z grami z serii Resident Evil (jak się okazało to taki mix RE Village pod kątem estetyki i z walką inspirowaną bardziej RE2 remake) finalnie skusiła mnie niska cena, która wynosiła na pc 60 zł i 80 zł na konsolach. Spodziewałem się, że to musi być jakiś krótki tytuł na parę godzin, a tymczasem po napisach końcowych miałem 16 godzin na liczniku.Za sześć dych dostałem grę z rozbudowaną eksploracją, dobrymi łamigłówkami, fabułą inspirowaną Bioshock Infinite, walką polegającą na pozbawianiu morderczych kukiełek kończyn, które po odstrzeleniu nóg będą się czołgać, po odstrzeleniu rąk będą próbowały podejść i zasadzić kopa (po odstrzeleniu łba i tułowia były sytuacje, że same nogi szły w moim kierunku) także przeciwnicy są zawzięci i walczą do samego końca. Dobrze wypada również projekt lokacji i wizja artystyczna. Widać, że twórcy postanowili się nieco bardziej przyłożyć do tego aspektu, a nie zaserwować kolejny generycznie wyglądający survival horror. Są wyczuwalne inspiracje Bioshockiem, RE Village i może w jakimś niewielkim procencie Blasphemous w kwestii religijnej symboliki.Najciekawszym patentem jest to, że krew w Crisol jest nie tylko żródłem życia, ale również amunicją. Każda pukawka ma igły, które należy wbić w skórę i wypełnić magazynek krwią do pełna jednocześnie obserwując jak pasek hp się kurczy. Utraconą krew można pozyskiwać z truchła martwych zwierząt, z ludzkich zwłok albo ze strzykawek. Nie wiem czy hemofobia dotyczy widoku krwi również w filmach, serialach i grach wideo, ale jeśli tak jest, to w tym uniwersum ludzie z tego typu fobią mieliby przejebane oglądając po wielokroć animacje ładowania juchą krwiożerczych spluw.Walka w Crisol oferuje sześć różnych broni (podstawowy zestaw typu nóż, pistolet, shotgun, snajperka, karabinek i harpun z mocą rażenia bazooki) co rozdział dochodzą jacyś nowi oponenci, ale ich różnorodność nie powala na kolana. Są również potyczki z bossami, które tak samo jak starcia ze zwykłymi przeciwnikami może mają swoje mankamenty w postaci nieco zbyt niskiego poziomu trudności nawet na hardzie, ale jednocześnie oferują solidny poziom gier z segmentu AA. Bronie są dobrze udżwiękowione, jakiś tam odrzut jest, nie ma poczucia walenia z kapiszonów. Jedyne co bym zmienił na miejscu twórców, to nieco przyśpieszyłbym ruch przeciwników, żeby byli bardziej agresywni i stawiali gracza pod większą presją. Momentami zwiększyłbym również ich liczebność, ale oprócz końcówki, bo tam już przegięli pałę w drugą stronę.Fabuła nie jest jakoś przesadnie skomplikowana, ale są w niej sekty, bóstwa, lokalny konflikt i miejsce na jakieś plot twisty im bliżej końca. Dla mnie to takie połączenie Widma nad Innsmouth ze wspomnianym Bioshock Infinite. Nie jest to najwyższy możliwy poziom z jakim zetknąłem się w grach wideo, ale też nie męczy i czuć, że twórcom chciało się coś dać ciekawego od siebie pomimo ograniczonego budżetu. Bez rewelacji, ale mimo wszystko całokształt wypada na plus.Crisol to dla mnie topka survival horrorów AA na przestrzeni ostatnich lat. Życzę z całego serca twórcom, żeby wyniki sprzedaży były satysfakcjonujące i żeby kontynuowali swoją działalność, bo mają naprawdę spory potencjał. Do samego końca bawiłem się dobrze i nie miałem ani jednego momentu znużenia i poczucia, że chciałbym już zagrać w coś innego.Podbijam, właśnie przeszedłem i zgadzam się w zasadzie ze wszystkim.Brakło trochę tej iskry Bożej, może jeszcze umiejętności, może też budżetu. Bo i zagadki/łamigłówki jakieś są, projekty poziomów i jak się spinają też potrafi zaskoczyć. No i polecam grać z hiszpańskim dubbingiem. Fajna gierka im wyszła i za grosze
Opublikowano 3 godziny temu3 godz. Judgment (PS5) - Y6 miała być ostatnią klasyczną Yakuzą jaką miałem ukończyć ale zmiana bohatera (niepopularna opinia - Kiryu to płytki bohater a jego historia to opera mydlana) i dobre opinie na temat fabuły przekonały mnie do powrotu do Kamurocho. U podstaw jest to nadal Yakuza ze wszystkimi plusami i minusami. Walki z normalnymi mietkami nudzą po paru minutach, przeciwnicy są statystami czekającymi na KO, są efektowne speciale i uderzenia mają moc ale co z tego jeśli dodano kompletnie zepsute ruchy (rzut lucha libre po odbiciu od ściany zamiata wszystko). Trochę inaczej wyglądają pojedynki 1 vs 1, jest ciekawiej, wpleciono QTE (jak w klasycznej Yakuzie) aby podbić wrażenia a reżyseria ma momenty jak z najlepszych pojedynków w filmach. Jako że nasz protagonista jest detektywem oprócz standardowego biegania z punktu A do B (+ pościgi QTE) i obijania mord jest też śledzenie, szukanie poszlak w widoku FPP, robienie fotek, latanie dronem (+ ich wyścigi) czy otwieranie zamków. Wszystko spełnia swoje zadanie ale żadnej finezji w tym nie ma. Zmarnowany potencjał bo Judgement za blisko trzyma się starych założeń i jest w rozkroku gdzie z jednej strony Yagami zna kruczki prawne, rozwiązuje sprawy rozumem a z drugiej przekopuje bez konsekwencji 20 lekarzy i odwala matrixowe akcje. Pójście w brutalniejszą i mniejszą skalę (jak w Sleeping Dogs) lepiej by pasowało. Główny wątek fabularny bardzo dobrze poprowadzono. Yagami, Kaito (pomagier, ex-yakuza osiłek) i reszta ekipy mają dialogi jak z buddy movie, motywacje są najczęściej logiczne, aktorzy elegancko wcielili się w swoje role i chce się rozwiązać zagadkę dlaczego w Kamurocho pojawiają się zwłoki bez oczu. Oczywiście pojawiają się uproszczenia czy średnio pasujące cut scenki ale głupot w styluSpoiler z Y6ukrytego okrętu wojennegonie ma. Wszystko całkiem nieźle się klei i zapamiętam fabułę przez dłuższy czas.Co innego subquesty. To co tutaj się wyprawia woła o pomstę do nieba. Nasz detektyw może brać zlecenia za które dostaje kasę, właściwie robimy to co w głównym wątku tylko na mniejszą skalę. Problem z tym że dialogi w nich są zrobione najniższym kosztem (brak voice actingu, sztywne animacje, słabe wykonanie postaci pobocznych), większość to zapchajdziury a dostęp do nich zablokowany jest przez poziom 'zażyłości' z mieszkańcami. Więc aby odblokować słaby subquest robimy gównozlecenia z cyklu bieganie od baru do restauracji i przewijanie nic nie znaczących dialogów. Właściwie tylko randkowanie jest w miarę ok bo historia postaci jest podzielona na kilka misji. Tak jak pisałem że GoW Ragnarok czy Death Stranding 2 można by skrócić o 30% tak tutaj wywalenie 80% subqestów (i dodanie normalnych cutscenek w tych co zostały) wyszło by tylko na dobre. Stan techniczny jest bardzo nierówny. Nieraz mamy poziom gierki z PS4 (standardowo Kamurocho nocą robi robotę), częściej wygląda jak z PS3 (wykonanie pobocznych postaci, pora dzienna), PS2 (te nieszczęsne zadania poboczne) ale też jak by nikt nie przetestował, inaczej nie wytłumaczę bełta po poniżej.Muzyka tak samo jest nierówna, są i epickie kawałki i melodyjki jak z niszowej platformówki. Mimo wszystkich bolączek i archaizmów fabuła i postacie popchnęły mnie do spędzenia 50h. Jeśli ktoś jeszcze nie ograł to polecam lecieć tylko głównym wątkiem, subquesty są kompletnie nie warte poświęconego czasu a te lepsze trafiają się rzadziej niż ślepej kurze ziarno. 7/10
Opublikowano 1 godzinę temu1 godz. Dwójka robi wszystko lepiej, ta jedynka taki spinoff z odzysku sie wydaje chociaż całkiem dobrze wspominam, lubiłem te wyścigi dronów i gre planszową w vr no i ekipa całkiem sympatyczna
Opublikowano 50 minut temu50 min Signalis [PS4]Trochę jestem zaskoczony. Miło. Bo spodziewałem się solidnej i kompetentnej mechanicznie gierki z fabułą, którą można określić “wystarczającą”. O ile pod kątem rozgrywki dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem, tak scenariusz okazał się być dużo bardziej ambitny, niż śmiałem przewidywać.Będę zmuszony jeszcze do tego wrócić, ale na chwilę zostawię ten wątek i zajmę się podstawami. Signalis to survival horror kłaniający się klasyce. Ukłon jest na tyle głęboki, że ograniczono nam nawet rozmiar ekwipunku do ledwie sześciu miejsc na przedmioty, bez możliwości rozszerzenia kieszeni. No dobra, jest taka opcja, ale przewidziana jest dla niedzielnych graczy, więc wspomnę o niej z czystego obowiązku i aby żaden niedzielniak się nie zniechęcał. Całą opowieść i akcję przyjdzie nam śledzić w rzucie kamery z góry (z grubsza), co też w jakimś sensie hołduje klasyce, bo często nie mamy okazji widzieć pomieszczeń w pełnej okazałości, więc wciąż towarzyszy nam jakaś niepewność. Trochę postrzelamy z rozmaitych broni, ale pokonani wrogowie pozostają na swoich miejscach zgonu i potrafią ożyć nawet po kilku godzinach, co potęguje niepokój i nigdy nie powinniśmy się czuć w stu procentach bezpiecznie. Co prawda są sposoby, bo przeciwników pozbyć się permanentnie, ale przedmioty do tego konieczne są bardzo rzadkie i zawsze się je trochę chomikuje na później (by ostatecznie nie wykorzystać w ogóle). Dużo się nabiegamy w poszukiwaniu gratów, które pozwolą nam przedostać się dalej i do nowych pomieszczeń. Wielokrotnie będziemy zmuszeni do odwiedzin skrzynek, by przechować tam zbędny ekwipunek. Rozwiążemy też kilkanaście mniej i bardziej wyszukanych zagadek - takich z operowaniem dźwigniami, bezpiecznikami, ale również szarad zmuszających do wyciągania wniosków z przeczytanych dokumentów. Żelazna klasyka, ale wciąż przyjemna, logiczna i satysfakcjonująca. No i oprawa - piksele, ale są one tak liczne i gęsto upchane, że zdarzy nam się o tym zapomnieć. Postacie są duże, starannie animowane, lokacje bogate w detale, oświetlenie funkcjonuje jak należy (czyli przede wszystkim tworzy nastrój), a to wszystko bardzo pięknie się komponuje z ogólną stylistyką, która nie każdego przekona, ale jest złudna. Bohaterki to anime laski pozornie nieprzystające do opowiadanej historii, ale każdy kto bawi się grami nie od wczoraj wie, że taki kierunek artystyczny bywa wykorzystywany nawet w najbardziej zwichrowanych scenariuszach. Nieco gorzej w mojej opinii wypada warstwa dźwiękowa, a przede wszystkim muzyczna. Trudno obiektywnie ocenić coś, czego w zasadzie tutaj nie ma. W trakcie rozgrywki towarzyszy nam głównie wymowna cisza, gdzieś szumi jakiś wiatrak, gdzieś niepokojąco mruczy skryty w mroku wróg jeszcze nieświadomy naszej obecności, a muzyka zaznacza swoją subtelną obecność głównie w scenkach fabularnych, ale poza jednym utworem nic specjalnie nie wryło mi się w pamięć.I skoro podstawy mamy już za sobą, to wejdę nieco głębiej.Signalis mocno osadzono w gatunku sci-fi, ale jego dość przyziemnym wariancie. Powiedziałbym nawet, że czuć tutaj silny retrofuturyzm stylistyczny i wiele obecnych w grze narzędzi, urządzeń czy technologii przypomina te z początku XXI wieku. Jako Elster budzimy się w rozbitym statku kosmicznym i ruszamy na poszukiwanie przyjaciółki, która najwyraźniej gdzieś z wraku wyszła. Więcej nie zdradzę, bo musiałbym mocno kluczyć w zeznaniach, a fabuła z całą pewnością nie jest łatwa do rozgryzienia. Bywa bełkotliwa, niezrozumiała, dwuznaczna, otwarta na interpretacje. Tutaj przeszłość miesza się z teraźniejszością, rzeczywistość ze snem. Trzeba sporo skupienia, by nadążyć za historią, ale nawet to może nie wystarczyć. Wielokrotnie zdezorientowany opowieścią zmarszczyłem czoło, ale przez całe kilkanaście godzin koniecznych do pierwszego przejścia gry byłem nią zaintrygowany na tyle, że się wcale nie zniechęcałem. Cała ta atmosfera Signalis w połączeniu z inspiracjami twórców potrafi zdziałać cuda. Są tutaj liczne nawiązania do klasyki literatury z gatunku horroru kosmicznego - obowiązkowy Lovecraft, ale równie mocno wyróżniający się, a wręcz fizycznie obecny Król w Żółci (Chambers) czy Mieszkaniec Carcosy (Bierce). Równie silne odniesienia dotyczą malarstwa - znaczącą rolę odegra Wyspa umarłych (Böcklin) czy Brzeg zapomnienia (Bracht). Towarzystwa dotrzyma nam również muzyka klasyczna, wykorzystana w rozmaity sposób, nawet w zagadkach (m.in. Chopin, Beethoven, Czajkowski). A na deser zabawimy się w psychoanalizę z Jungiem, a i pewnie ślady Freuda by się tam znalazły. No i ten wszechobecny język niemiecki nadaje grze szorstkiej tajemniczości, dodatkowej warstwy znaczeniowej. Świetnie spełnia rolę. Uwielbiam sposób jego wykorzystania. Już ekran tytułowy zachwyca.I nie wyliczam tego wszystkiego (nie wszystkiego, bo jest tego więcej), by się popisać czy wykazać. Robię to, by zobrazować pewne bogactwo inspiracji i zapożyczeń w Signalis. Nie zamierzam bowiem ukrywać, że większość tych nawiązań mi umknęło (np. malarstwem się nie pasjonuję wcale), ale w sukurs przyszły kapitalne opracowania na YouTube. Oglądałem je, bo byłem grą na tyle zaintrygowany, a przy tym fabularnie zagubiony, że motywacji do próby zrozumienia mi nie brakowało. I co najciekawsze - po kilku godzinach obejrzanego materiału wciąż nie mam klarownego obrazu, bo wszystko pozostaje jedynie interpretacją. I bardzo dobrze, bo jestem zdania, że nie wszystkie pytania wymagają odpowiedzi, a nic tak nie stymuluje, jak niepewność. Bowiem Signalis pełne jest sugestii, ale niczego nie mówi wprost. Czy wystarczy, że przejdziesz grę raz i już więcej do niej nie wrócisz? Tak. Widziałeś w zasadzie wszystko. Będziesz miał w głowie masę kłębiących się pytań, ale jeśli potrafisz z nimi żyć, to możesz odinstalować Signalis. Na bardziej zaangażowanych czeka kilka zakończeń, wyższe poziomy trudności (Survival jest tak skromny w zasoby, że nie polecam go na pierwsze przejście, ale to fajne doznanie, poza tym konieczne do platyny), a przede wszystkim wspomniane eseje na YouTube, bo chłopaki wykonują tam naprawdę niesamowitą, pełną pasji robotę. Signalis jest na tyle wdzięcznym tematem i grą, że jest co analizować. O ile więc pod kątem rozgrywki Signalis niczym mnie szczególnie nie zaskoczył (był dokładnie tak przyjemną grą, jakiej się spodziewałem po opiniach), tak fabularnie i znaczeniowo wciągnął, trafiając na podatny grunt. Ruchome piaski wręcz.Po latach ten aspekt zamierzam wspominać najcieplej.
Opublikowano 34 minuty temu34 min @Pupcio Pod jakim względem lepsza? Fabuła lepsza? Bo dla mnie główny trzon rozgrywki w Y4, 0, 6 czy Judgment to jedno i to samo i musiał by być jakiś porządny upgrade żebym nie rzygał walką z 10+ statystami bez kolejnej 2 letniej przerwy między Yakuzami.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.