Opublikowano piątek o 07:283 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Kiedyś grałem sobie w Space Marine, ale nigdy nie ukończyłem tego tytułu - wpadła jakaś sesja, młyn w pracy czy inne badziewie i na chwilę musiałem odstawić gierki, a potem jakoś nie miałem motywacji siadać do rozkopanego tytułu. Po latach wyszło Space Marine 2, które dla odmiany dograłem i bawiłem się nawet nieźle, choć też daleko mi do jakiejś miłości do tego tytułu. To tylko i aż treściwa sieczka, która daje sporo relaksu, a jednocześnie jeżeli nie jest się fanem uniwersum - ja nie jestem - może nie plusować magią świata.Fabuła kontynuuje jedynkę, choć nie ma potrzeby jej znać - nawet jeśli powracają postacie czy wątki z poprzedniczki, to nie trzeba dysponować wybitnymi zdolnościami dedukcyjnymi, aby rozkminić który jest synem którego. Nasz kosmiczny ultrapudzian Titus powraca do akcji, aby tym razem zamiast orków wyrzynać tyranidów, to jest takie duże robaki. Oczywiście nie będzie dużym spoilerem, jeżeli powiem, że do akcji dołączają też siły chaosu. Ogólnie to jak zapewne się domyślacie, zwroty akcji Was raczej nie zaszokują, ale gra sprawnie buduje ten militarno-epicki klimat przechodzący w srogo patetyczne tony. Każdy to honorowy koks gotów umrzeć za imperatora i tak dalej - jedynie żałuję, że wątek chaosu wypada jakoś tak... grzecznie? Trudno mi znaleźć lepsze słowo, ale RPGowy Rogue Trader pomimo oczywistych ograniczeń wizualnych znacznie lepiej obrazował w samym projekcie przeciwników czy "chaotycznych" lokacji, że żarty się skończyły.Gra się w to natomiast tak - wpadamy w tłum wrogów (mam tu na myśli naprawdę tłum, jest kilka sekwencji gdzie walczymy dosłownie z kilkudziesięcioma przeciwnikami, a może i setką), lamusów masakrujemy pojedynczymi uderzeniami broni białej i strzałami, a ich "oficerów" musimy już trochę bardziej porozbijać, no i ci stanowią jakieś tam zagrożenie. Aby zrealizować nasz cel mamy do dyspozycji dosłownie 2-3 kombosy na krzyż dla każdej broni, parowanie zabijające słabszych przeciwników i otwierających silniejszych na odpalenie im ciosu krytycznego na mordę, do tego granaty i strzelanie, gdzie dopóki nie użyjemy trybu celowania to pudłujemy w sposób nakazujący wierzyć, że ultramarines rekrutowani są jedynie z ludzi z dużymi wadami wzroku.Taki prosty gameplay loop ma pewien urok, ale przynajmniej dla mnie szybko robiło się to monotonne - system walki w żaden sposób nie ewoluuje, gra wprowadza zbyt małą liczbę rodzajów przeciwników, aby ci jakoś różnicowali potyczki, brak też większych urozmaiceń. Ot, dwa razy otrzymamy jetpack, mamy fajną efekciarską sekwencję na otwarcie ostatniej misji, której nie zaspoileruję, no i tyle. Do tego dochodzą sympatyczne walki z bossami, niemniej granie więcej, niż misji na dzień było dla mnie ostatecznie nużące. Lepiej więc sobie ten tytuł dawkować.Na pochwałę zasługuje dodatkowa zawartość, to jest opcjonalne misje zwane operacjami, gdzie gramy innymi postaciami i rozgrywamy wydarzenia, które działy się równoległe do głównego wątku. Nie chciało mi się ich przechodzić, ale bardzo należy docenić wrzucenie do bazowej zawartości gry dodatkowych misji, które pewnie w przypadku większości innych gier byłyby sprzedawane jako DLC.Całość wizualnie prezentuje się naprawdę dobrze, w czym pomaga klimat tego ponurego świata i dobre jego oddanie. Niby nie zwiedzamy setek biomów, ale misje mają jakiś tam odrębny sznyt graficzny - raz powalczymy sobie w dżungli, kiedy indziej w budynkach, a jeszcze kiedy indziej w ramach epickiej bitwy na świecie cmentarnym. Audio pasuje do tej otoczki, natomiast już teraz nie pamiętam żadnej muzyki.Space Marine 2 to dobra gra, ale dla mnie jako osoby nie będącej fanem uniwersum nie plusująca jego wiernym odwzorowaniem, a jednocześnie zamulająca przy dłuższych sesjach ze względu na bardzo prosty i nierozwijający się gameplay. Niemniej jednak to rzecz, której warto dać szansę, ale jednak jeżeli nie jest się fanem poprzedniczki lub Warhammera, to może lepiej rozważyć odpalenie z GP, w którym gra siedzi lub na jakiejś promocji. Ja odczułem pewną ulgę po zobaczeniu napisów końcowych.
Opublikowano wczoraj o 11:04 1 dzień Monster Hunter World: Iceborne (PS5) - do porządnego ogrania przekonało mnie ukończenie Horizon Zero Dawn Remastered gdzie walka z robotami bardzo mi podeszła. Pętla rozgrywki gdzie tłuczemy potworki>zbieramy zasoby>tworzymy lepszy ekwipunek>tłuczemy potworki... wydaje się prostacka a jednak wciąga jak diabli. Design bestii, ich animacje i różnorodność to mistrzostwo. Kolejne godziny nabijane są tylko po to aby zobaczyć co nowego zaserwują twórcy. Z drugiej strony wątek fabularny jest przygłupi jak mało co (postacie same sobie zaprzeczają), misje poboczne gdzie robimy coś innego niż walczymy zasysają a ilość śmieci które zbieramy i kolejne gówno mini 'sklepy' irytują (kocioł, silnik parowy, drzewko, noszenie świniaka, wysyłanie kotów na wyprawy, statek z towarem).Walka początkowo wypada bardzo dobrze, ataki są czytelne, do dyspozycji jest masa broni i każdą walczy się inaczej, poziom trudności jest wyważony. Niestety z kolejnymi godzinami wkrada się coraz większa nuda i irytacja. Potwory prezentują się elegancko tylko co z tego jeśli ich skrzydła zasłaniają cały ekran. Czasami na tym samym terenie spotka się parę potworków, niby spoko bo mogą się pobić między sobą i dać czas na oddech ale równie dobrze można wpaść w pętle ogłuszenia gdzie dosłownie nic nie można zrobić bo ryk jednego, nakłada się na uderzenie drugiego i trzęsienie trzeciego. Tanie zgony gwarantowane. Największy zarzut mam do balansu broni, pancerzy i przeciwników. Kompletnie pokpiona sprawa, walki trwają 40 minut z czego jakiekolwiek emocje są tylko przez pierwsze 5 gdzie rozkminia się zachowanie i ataki, później to jest tylko nudne, schematyczne uszczuplanie puli HP. Nawet robiąc build tylko na DPS nie czuć wzrostu bo jest chamskie skalowanie i tylko jeśli odpalimy misję niższego poziomu czujemy jakikolwiek progres. Można to porównać do słabych, turowych RPGów gdzie po chwili wiesz że wygrasz robiąc ten sam schemat atak>atak>heal ale siedzi się pół godziny bo developer ustawił hp bossa na milion.Muzyka i ogólnie oprawa dźwiękowa jest genialna. Ilość kawałków, dopasowanie do akcji, wszelkie odgłosy walki to topka. Gorzej wypada voice acting gdzie każda ważniejsza postać ma przypisany na stałe 'charakter' i co by się nie działo gada tak samo, nie pomagają też miałkie dialogi i słaby lip sync. Pod względem grafiki wyróżniają się potwory, efekty (rzygi ogniem/dymem robią wrażenie) i wszelkie animacje oraz ekwipunek gracza (+ kociego pomocnika). Środowiska i zaplątany level design jest ok, boli trochę 'zamglenie' obrazu. Szkoda też że Capcom nie dał next-gen patcha tym bardziej że gra była wspierana do 2020.Pierwsze godziny zwiastowały sztos, niestety czym dalej tym gorzej i to wszystko jest spowodowane przez sztuczne napompowanie puli HP przeciwników i niepotrzebny grind. Zamiast dać 10 minut emocjonującej potyczki 10/10 to miałem 10 minut 10/10 i 30 minut 5/10. 7=/10
Opublikowano wczoraj o 12:09 1 dzień Iceborne jest mocno ustawione pod używanie szpona i dlatego potwory mają napompowane HP. Gra mocno na tym ucierpiała.
Opublikowano wczoraj o 20:30 1 dzień The Seance of Blake ManorDo zakupu skusiła mnie niska cena (50 zł to jak za darmo za taki tytuł) pozytywne opinie i opis gry obiecujący okultystyczne motywy, śledztwo, łamigłówki, ciekawą fabułę. Opis nie kłamał, bo każdy z tych elementów znalazł się w grze i każdy jest wykonany dobrze. Najsłabiej wypadają łamigłówki, bo większość detektywistycznej rozmowy opiera się na przesłuchaniach, podsłuchiwaniu rozmów, przeszukiwaniu pokojów pod nieobecność ich mieszkańców, analizowania zebranych dowodów, szukaniu potrzebnych informacji do pchnięcia śledztwa naprzód. No ale żalu o to nie mam, bo i tak łeb musiał pracować na pełnych obrotach bez rozwiązywania wielu skomplikowanych zagadek.Cała afera wzięła się z tego, że w rezydencji na trzy dni przed tajemniczym rytuałem zaginęła kobieta o imieniu Evelyn Dean. Po przybyciu na miejsce główny bohater detektyw Declan Ward odkrywa, że nie będzie to łatwy orzech do zgryzienia, bo w rezydencji znajduję się kilkunastu czubów zafascynowanych seansami spirytystycznymi, wiedzą tajemną, prastarymi bóstwami. Każdy mógł mieć motyw, każdy jest tu w niby podobnym celu, ale kierowany innymi pobudkami, na każdego trzeba znależć brudy (łącznie 25 podejrzanych łącznie z obsługą) z każdym można porozmawiać na wiele różnych tematów dotyczących zebranych dowodów czy zdobytych informacji. Wydaje się, że to za duża liczba i że w którymś momencie zacznie się to wszystko człowiekowi mieszać (miałem dwa takie momenty, ale nie trwały one długo) na szczęście twórcy tak to sensownie zaprojektowali, że wszystko jest dobrze uporządkowane. Każdy podejrzany pojawia się w pałacu myśli, gdzie można obserwować różne poszlaki zebrane na jego temat, pomysły na następny ruch, sugestie jakie wątki warto z nim poruszyć. Dodatkowo podejrzani mają swoje poboczne zadania do rozwiązania, więc nie ma co się nastawiać na krótką grę. Początkowo myślałem, że to tytuł na 10-15 godzin, a łącznie na liczniku wybiło 26 i to bez zrobienia wspomnianych 3-4 wątków pobocznych.Do tego wszystkiego dochodzą dwie kluczowe mechaniki. Jedną z nich jest upływ czasu, gdzie każda interakcja z konkretnym przedmiotem, rozmowa i udział w różnych wydarzeniach powodują, że zegar tyka. Do seansu mamy 3 dni i ani minuty dłużej. Drugą mechaniką jest przemieszczanie się mieszkańców rezydencji w różnych porach dniach. Dzięki temu niektóre miejsca stają się dostępne do eksploracji, a na inne trzeba się zaczaić nieco póżniej. Ogólnie idzie się ze wszystkim zmieścić w wyznaczonym czasie. Nie ma tu jakieś ogromnej presji czasowej, ale bywa tak, że przez podjęcie konkretnego działania może nas ominąć coś innego. Można wziąć udział w wykładzie o mitologii celtyckiej, przejść się do ogrodu, podsłuchać rozmowę w hotelowym barze albo walnąć się do wyra i mieć wszystko w dupie.Poza tym jest grafika w stylu Blue Prince (ten sam wydawca, ale inne studio) piękna, duża posiadłość do zwiedzania. W pakiecie dochodzą nadprzyrodzone motywy, wpadające w ucho mroczne ambienty, klimat będący skrzyżowaniem Lovecrafta z Alone in the Dark i Return of the Obra Dinn. Jest też sporo treści do przyswojenia dla lubiących czytać, bo w grze jest dostępna biblioteka, gdzie można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o irlandzkich wierzeniach, bóstwach, mitologii. Jak ktoś lubi takie mistyczno-okultystyczne tematy to będzie miał sporo frajdy płynącej z obcowania z tym tytułem.Na plus na pewno wypada fabuła z trzema różnymi zakończeniami, dobrze napisane dialogi, ciekawe postaci, eksploracja, klimat, to że większość kwestii jest udżwiękowiona, voice acting, cała ta detektywistyczna robota z szukaniem poszlak i kombinowaniem co dalej. Na minus niektóre wątki, dla niektórych brak lepszych łamigłówek, loadingi przy mijaniu każdych drzwi (fani starych odsłon Residentów poczują się jak w domu) i brak innych języków poza angielskim. Sam lata temu miałem motywację do nauki języka ze względu na brak lokalizacji w niektórych grach, które mnie interesowały, ale trzeba spojrzeć realnie na niektóre sprawy. Naprawdę szkoda potencjału takiego tytułu, bo wydawca ma w swoich szeregach jedną z najlepszych gier detektywistycznych ostatnich lat, a przez takie działanie sprzedaż będzie mocno ograniczona. Ogólnie przydałby się port na konsole, lokalizacja chociaż na te największe rynki europejskie, lepsza promocja. Szkoda bo tu powinny być liczby jak przy Reutrn of the Obra Dinn. Ta gra na to zasługuje, ale jak wydawca ma wyjebane i nie wierzy w sukces sprzedażowy to jest jak jest.Polecam z całego serca, bo to 20-30 godzin naprawdę dobrej rozgrywki i w mojej opinii jedna z najlepszych gier detektywistycznych na rynku. Edytowane 23 godziny temu23 godz. przez Czokosz
Opublikowano 12 godzin temu12 godz. Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Resident Evil 4 Remake - jak w to się świetnie gra! Pewnie, że ograłem dawno temu oryginał na PS4, ale nie zapałałem wtedy do niego miłością, bo chyba trochę się bałem i nie czułem klimatu. Teraz ta gra to jest czołówka giereczkowa. Przejście całości zajęło mi 22 godziny na trudnym poziomie. Chłonąłem powoli atmosferę tej gry, zaliczając maksymalnie jeden rozdział dziennie, z wyjątkiem ostatnich dwóch rozdziałów, które może były aż za bardzo przeładowane akcją, ale dostarczyły też sporo emocji i nie pozwoliły odłożyć gry na kolejny dzień. Rozgrywka, chociaż trudna, jest bardzo fair w stosunku do gracza jeśli chodzi o podrzucanie surowców i ogólne rozwiązania rozgrywki, jak np. sygnalizacja krzykiem zanim chłop(ka) rzuci w Leona siekierą lub strzeli z bazooki. Poza tym wszystko tu jest takie jakieś ergonomiczne, dopięte na ostatni guzik. Co mnie bawiło to moja nowa perspektywa na fabułę, która przypominała mi trochę Mario z jego "our princess is in another castle!", gdzie księżniczką jest tutaj Ashley, którą ktoś wciąż nam porywa i za którą wciąż trzeba gdzieś gonić (by później znów dała się porwać). Ale Ashley jest super. Zabawne jest też dla mnie, że tak po prawdzie to też historia o trójkącie miłosnym, tylko zamiast pojawiającego się zazwyczaj w popkulturze trójkąta kobieta+2 mężczyzn, tutaj mamy Leona, z odczuwalną chemią zarówno w stosunku do Ashley i do Ady. Podobały mi się teksty, często zabawne i tandetne, ale pełne uroku. Widać, że tworząc tę grę ktoś postawił sobie za priorytet dostarczenie jak największej ilości radochy z zabawy.Przede mną jeszcze "Separate Ways", ale to ogram sobie później, bo teraz wjedzie Pragmatka.Aiba eso! Edytowane 12 godzin temu12 godz. przez Wojtq
Opublikowano 9 godzin temu9 godz. Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Jak&DaxterJedna z najtrudniejszych pigułek do przełknięcia w dorosłym życiu? Zdecydowanie ten moment, kiedy uświadomisz sobie, że rodzice nigdy Cię nie kochali, bo zamiast nadkonsoli PS2 z najbardziej opasłą biblioteką nadgier kupili Ci Xboxa albo GCN. Na pocieszenie mogłeś pograć w Conkera albo w Mario Sunshine, podczas gdy koledzy z klasy łupali w najlepsze w Jak&Daxter, Ratcheta, Sly'a i masę innych hitów niedostępnych na bootlegowych konsolach, wytykając Cię palcami co najmniej jakbyś był trędowaty. Dzieciństwo zmarnowane bezpowrotnie Nie ma co owijać w bawełnę: gra trzyma się bardzo dobrze po dziś dzień i cały czas wygląda świetnie, oferując prześliczne, kolorowe i żywe lokacje obładowane masą zawartości. Duża w tym zasługa estetyki typowej dla gier z PS2 tamtych czasów, ale też mistrzów z Naughty Dog którzy już od pierwszych lat istnienia konsolki potrafili wyciskać z niej siódme poty. Według mnie ze wszystkich odsłon Jaka, ta zachowała się najlepiej wizualnie, a do tego ma najlepszy, iście bajkowy klimat, aż dziwne że nikt tam się nie dogadał z Pixarem, bo ekranizacja mogłaby nieźle pozamiatać w kinach, zwłaszcza z takim duetem bohaterów. Daxter mocno robi robotę zapewniając ubaw po pachy zarówno w trakcie cutscenek, jak i podczas zgonów Jaka w trakcie rozgrywki, kiedy to w dosyć chamski sposób nabija się z niepowodzeń gracza. Gameplay to naturalne rozwinięcie poprzednich dokonań studia, tylko tym razem w pełnym trójwymiarze: 3 duże HUBy rozgałęziające się na szereg mniejszych lokacji, dużo skakania, trochę ujeżdżania śmiesznych stworków, jakieś luźne questy od NPCów (zagoń bydło do zagrody, pobij rekord w wyścigu etc), nawet kilka minigier się trafiło, np łowienie ryb albo celowniczek w trakcie którego odpieramy atak krwiożerczych szczurów, no i deweloperzy przygotowali dwa zakończenia, z czego to drugie kanoniczne wymaga zrobienia gierki na 100%... co nie jest ani specjalne trudne, ani też czasochłonne po całość idzie machnąć w zaledwie kilka wieczorów. Nudzić się tu nie sposób i jedyne co lekko doskwiera to bardzo niski poziom trudności. Zgony nie są karane w zasadzie w żaden sposób, po śmierci po prostu respawnujemy niemalże się w tym samym miejscu, tak to jedynie bossowie mogą dać w kość, ale jest ich stanowczo zbyt mało (3 na krzyż), żeby zaciąć się gdzieś na dłużej. Chłopaki z Naughty Dog chyba sami zdali sobie z tego sprawę, bo już w sequelu postanowili podkręcić wyzwanie o 9000% Jak 2: RenegadeNo i tak jak poprzedniczka była zbyt łatwa, tak tutaj komuś suwaczek z poziomem trudności podkręcił się "ciut" zbyt mocno, skutkując jedną z najtrudniejszych gier tej epoki. Jeszcze gorzej, że zrobiono to w możliwe najtańszy sposób, bo to nie jest tak, że gra jest trudna w fajny, uczciwy sposób zachęcający gracza do większego wysiłku i skupienia jak Ninja Gaiden czy Devil May Cry, tylko cały sekret polega na tym, że praktycznie wyjebano wszystkie checkpointy zmuszając gracza do powtarzania momentami naprawdę bardzo długich fragmentów, a czasem i nawet całych misji. W połączeniu z tragicznym AI NPCów (jest dużo misji typowo eskortowych), przegiętą celnością przeciwników i kamerką która częściej nie działa niż działa, gra często staje się tak diabelnie trudna, że aż irytująca. Niestety, klimat też poszedł się walić, zamiast pięknego bajkowego świata lądujemy w dystopijnej krainie rządzonej przez tyrana i przez większość czasu zwiedzamy ponure ulice miasta, jakieś fabryki, laboratoria, ścieki, a sam Jak dosyć szybko dołącza do ruchu oporu i zaczyna grzać z giwer niczym rasowy Rambo, a i zyskał zdolność przemiany w przerażające monstrum. "Edgy", to będzie chyba najlepsze określenie w tym przypadku. Jak już jesteśmy w temacie miasta, to dodam że w żadnej grze tak źle nie porusza się po ulicach jak tutaj: to nie jest żaden open world, w którym możesz sobie jeździć w którym kierunku chcesz, tylko musisz zawsze trzymać się sztywno ustalonych tras, bo "miasto" w rzeczywistości ma obrzydliwie liniową strukturę, a ulice są niesamowicie ciasne i nieprzyjazne w manewrowaniu pojazdami. Dodajmy do tego poruszające się wszędzie patrole milicji (atakują przy byle pretekście i przestają dopiero kiedy Jak gryzie glebę), zbyt gęsty ruch samochodowy uniemożliwiający porządne rozpędzeni się oraz fakt, że autka wybuchają po zaledwie paru dzwonach, no i chyba powoli zaczynasz łapać do czego piję. Ja wiem, że to były czasy, kiedy każda gra chciała być jak GTA, ale ta sandboksowość po prostu tu nie pasuje.Mimo wszystko to cały czas kawał świetnej gry i jak już człowiek pogodzi się z masą dziwnych zmian, to może wyłuskać z niej masę grywalności. Gameplay jest jeszcze bardziej zróżnicowany niż wcześniej (walenie po mordach, strzelanie, bardziej hardkorowy niż wcześniej platforming, etapy celowniczkowe, jazda na desce antygrawitacyjnej i czesanie trikulców jak w Tonym Hawku, etapy z limitem czasowym, wyścigi na arenie, jeszcze więcej minigierek itp itd etc), starcia z bossami może nie są częstsze, ale za to na pewno bardziej dopracowane, no i fajnie że można w końcu trochę pograć Daxterem. Gra jest też co najmniej 3 razy dłuższa od poprzedczniki (duża w tym "zasługa" wysokiej trudności, ale też misji jest po prostu dużo więcej). Jak dla mnie najsłabszy Jak z trylogii, już nie czuć tego geniuszu Naughty Dog, ale i tak wolałbym po raz 20 zagrać w niego niż w dowolne Uncharted. Jednak w dalszym ciągu czuć, że jest to bardziej gra z krwi i kości skierowana do zaprawionych w bojach graczy niż cinematic experience, które przechodzi się samo. Jak 3W gruncie rzeczy gra podobna do Jaka 2, tylko tym razem poziom trudności został idealnie wyważony (jupiiii, są checkpointy!), nie trzeba męczyć się z jazdą po mieście, jest jeszcze bardziej "edgy" niż wcześniej, no i dodanie potyczek na pustyni nieco odświeżyło gameplay. W zasadzie te sekwencje na pustkowiach bardzo lubię, świetnie popyla się autkami rodem z Mad Maxa i rozwala frajerów za murami. Giwery dorobiły się nowych dopałek, teraz każda z nich ma aż trzy rożne tryby strzelania, sam Jak też zyskał trochę nowych umiejętności (np niewidzialność albo latanie), jest więcej momentów w skórze Daxtera, ponownie masa zakręconych minigier, no w skrócie jest to Jak 2 gdyby wyciąć z niego to wszystko co tak wkurwiało Czyżby to zasługa samego Neila Druckmanna, który to zasilił szeregi Naughty Dog przy okazji tej odsłony? Pewnie nie, ale dobrze wiedzieć, że ktoś tam kompetentny jednak siedział i wiedział co zrobić, żeby podkręcić rozgrywkę. Tym samym jest to najlepszy Jak zaraz po pierwszej części i w sumie... ostatni dobry w ogóle, bo Jak X, a tym bardziej The Lost Frontier można spuścić w kiblu i udawać, że nigdy nie powstały.Crash Bandicoot N.Sane TrilogyKorzystając, że jeszcze zostało mi pół wolnej niedzieli, postanowiłem na szybko skończyć trzy moje ulubione odsłony rudego świrusa. Poszło bez żadnych problemów, aż sam się zdziwiłem że te gry są takie krótkie Najlepszy oczywiście pierwszy Crash: największa trudność, najlepszy klimacik (uwielbiam tę tropikalną wyspę), niemalże zero bullshitu znanego z kolejnych odsłon, a więc żadnych jetpacków, skuterów wodnych i latania samolocikiem, jeno hardkorowe platformówkowe wyzwanie i tylko jeden etap w trakcie którego na grzbiecie Doroty Wellman pokonujemy krótką trasę najeżoną pułapkami. Pozostałe dwie części ze składanki też są ok mimo swojego przekombinowania.
Opublikowano 8 godzin temu8 godz. Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Skończyłem sobie PRAGMATA po 20 godzinach. Fajna gerka.Technicznie piękna sprawa, lubie te bazy na re engine to i tutaj mi sie podobało, imo tak czysto technicznie jest o wiele lepiej niż w requiem, grałem na ps5 amator, ale po demku stwierdziłem że odpale na quality bo wtedy są jakieś pseudo odbicia na powierzchniach, a wyczuwalne spadki płynności to jakieś pojedyncze przypadki na całą gre więc polecam ten tryb. Chciałbym zobaczyć te gre na jakimś kąkutersie za milion zł z tymi path tracingami czy co tam teraz robi te odbicia bo naprawdę gierka jest pod to stworzona. Dźwiękowo wszystko elegancko, ale sama muzyka lekko ssie pałe. Pasuje do gry, ale jest strasznie bezjajeczna i już teraz nie pamiętam żadnego kawałka poza tym z napisów końcowych xD szkoda bo ostatnimi laty to na muzyke zwracam w grach największą uwage poza gameplayem.Fabułe i świat gry też wrzucam do minusów. Oklepany motyw ze złym ai i czytanie notatek naukowców, można powiedzieć że iście residentowo, ale tutaj te eksperymenty nie były zbyt ciekawe, mają co poprawiać w potencjalnej dwójce. Z historii jedynie Hugh, Diana i Kabin jakoś to ratują a to już o czymś świadczy jak słodki robot sprzedawca musi utrzymywać naszą uwage. Mega mi sie podobała gra głównej dwójki, ich prosta i pozytywna relacja, ale później nawet tatuśki z forum psxextreme.info typu wredny będą zadowoleni gdy pojawią sie prawdziwe dorosłe EMOTIONS No i mamy gameplay, czyli w sumie to co trzyma tę grę w kupie, ale nie będę sie rozpisywał, zwyczajnie w świecie zagrajcie sobie w demo bo to najbardziej uczciwa reprezentacja tej gry. Dla mnie ta mingierka w hakowanie+strzelanko to strzał w dyche. Dostajemy mnóstwo broni, perków do hakowania,strojów do odblokowania, dodatkowych misji vr, umiejętności, rodzajów wrogów też nie brakuje a to wszystko w fajnych miejscówkach. Jak ktoś tęskni za singlówkami z ps3 to nawet nie ma co sie zastanawiać. Jeszcze mnie denerwują że nie dają photo mode tylko żeby za miesiąc rzucić i powiedzieć że wielce wspierają gre. Tak samo zablokowany hard mode za pierwszym przejściem, normal niestety troche za łatwy a na drugie przejście nie mam narazie ochoty.Daje 7+ udany start nowego ip, a po trailerach i tych przebojach z developingiem to nie wierzyłem że coś z tego będzie.
Opublikowano 7 godzin temu7 godz. Pięknie widzieć, że Capcom czego sie nie dotknie ostatnio to zamienia w złoto, ale mogliby kurcze blade już zrobić tego rimejka Dino Crisis i pierwszego Residenta w pełnym 3D bo mnie zaczynają powoli wkurwiać.
Opublikowano 7 godzin temu7 godz. Właśnie powiem dla ciebie sutek że mają już assety dinusiów z exogówna a teraz mają wszystkich super tajnych baz gdzie przeprowadza się dino ekspeymenty. KWESTIA CZASU
Opublikowano 4 godziny temu4 godz. Choujin Sentai Jetman (Bird Squadron Jetman) - NESCzyli "Power Rangers na Pegasusa"...Jakoś nie mam w zwyczaju rozpisywać się o pierdołach i starociach ogranych "na kibelku" na chińskich konsolach, ale w tym przypadku podziałała nostalgia. Otóż z jakiegoś powodu niedawno przypomniałem sobie o chyba mojej "ulubionej" grze z dzieciństwa, z czasów Pegasusa - "Power Rangers" Jetman. Gierkę dostałem od rodziców jeszcze zanim w ogóle dowiedziałem się, czym są Power Rangers, czyli chyba jakoś na przełomie przedszkola i podstawówki. Od małego byłem fanem robotów, więc gierka z kolorowymi (szczegół, że 90% czasu grałem na czarno-białym telewizorze...) wojownikami przyzywającymi wielkiego robota to było coś, o przemawiało do mojego infantylnego umysłu.Nie pamiętam już okoliczności zdobycia tej gierki za gówniaka. Raczej na pewno był to jeden z wielu bootlegów kupionych na targu u ruskich. Ale gierkę ogrywałem wielokrotnie, także dlatego, że w przeciwieństwie do wielu innych tytułów tej epoki poziom trudności gry był niewygórowany. Sześcioletni ja był w stanie przejść całość bez większych problemów, dobrze się przy tym bawiąc, bez zbędnych frustracji. Może wynika to z tego, że to gra japońska z poziomami trudności jedynie Easy i Normal. I nawet ten Normal jakiegoś szczególnego wyzwania nie stanowił.No więc gierkę sobie przeszedłem ponownie po latach na Anbernicu. Pamiętałem wszystko jak te trzydzieści-kilka lat temu, włącznie z wpadającą w ucho muzyką, schematem ataków bossów i zachowaniem przeciwników. Całość do skończenia chyba nawet w mniej, niż 30 minut - Zaledwie 6 krótkich poziomów, każdy zakończony walką robotów 1vs1. Do wyboru pięciu "rangersów", każdy posiadający jedną z trzech broni i bardzo subtelnych różnicach w parametrach (np. ci z bronią długodystansową mają mniej HP). Jak już wspomniałem, gra jest banalna. Nikt tu palców nie połamie, nie rzuci padem o ścianę, ani nie opluje ekranu bluzgając. Odpowiadało mi to za dzieciaka i odpowiadało mi to teraz po latach.Oprawa bardzo fajna, czytelna, działająca na wyobraźnię. O serii Sentai Jetman dowiedziałem się dopiero po wieeeeelu latach, ale to co przedstawiła gierka z NES nawet przy pomocy statycznych grafik i sprite'ów było zawczasu naprawdę dobre. Muzyka chyba bazuje na tej z serialu, a przynajmniej opening na pewno się załapał (swoją drogą, w oryginale śpiewany przez Hironobu Kageyama, od Dragon Balla). Na tle wielu innych gier NES ta na pewno zrobiła na mnie wrażenie.W sumie nie wiem, po co to wszystko piszę, poza faktem, że jest dopiero 18 a ja już wypiłem pół butelki gruszkówki, ale nostalgia to u mnie bardzo silny motywator do takich pierdół. Gierkę polecam jako ciekawostkę - dosłownie 30 min prostej gry akcji z elementami bijatyki w ładnej oprawie. Do pogrania z doskoku na chińskiej konsoli jak znalazł.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.