Również ostatnio ukończyłem Silent Hill f i bardzo dawno nie miałem tak mieszanych wrażeń po ukończeniu jakiejś gry. Od razu uczciwie powiem, że mimo dobrych chęci nie zmusiłem się do kolejnych przejść. Wczytałem NG+, zadałem sobie pytanie po sięgnięciu po gazrurkę czy chcę znowu bić się z tymi maszkarami i stwierdziłem, że jednak nie. Internet dostarczył reszty materiałów i zakończeń - a dodam, że zaledwie przyzwoity i funkcjonalny gameplay pozwalają mi brnąć przez gry z dobrą fabułą. Dodam, że Spec Ops: The Line to jedna z moich ulubionych gier (a przynajmniej była taką, gdy ogrywałem ją kilka lat temu), a oryginalnego Niera na PS3 przeszedłem bez żadnego kręcenia nosem. Tu miałem jednak dość. I żeby nie było - SHf jest grą wartą ogrania. Jednocześnie jednak chwilami tak drażniącą, że nie widzę do niej powrotu - wypisz wymaluj ostatnie Ciche Wzgórze, które ograłem (nie licząc remake dwójki), to jest czwórka. Na początek kwestia tego, co mnie najbardziej zastanawiało - na ile tajwański Silent Hill w japońskiej wiosce będzie Silent Hillem. Okazuje się, że w pełni zadowalającej mnie mierze. Gdzieś tam po cichu rozkminiałem, czy będą jakieś bardziej bezpośrednie nawiązania (np. azjatycki kuzyn kultu z Cichego Wzgórza), no i nie ma. Reszta natomiast ma chwilami bardzo silentowy vibe - mgła i zagadki spokojnie mogłyby znaleźć się w innych grach z serii, podobnie jak pewne aspekty narracyjne. Z drugiej strony, Dark Shrine, czyli tutejszy Otherworld (do którego przejdę nieco dalej), budził pewne skojarzenia z Kuon z PS2, co samo w sobie uważam za dobrą rzecz, bo setting z horroru From Software zasługuje moim zdaniem na większą eksploatację w giereczkowie. Fabuła? Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze i to ona wraz z klimatem ciągną ten tytuł. Zarówno wydarzenia na ekranie, jak i próby ułożenia sobie w głowie, co tak naprawdę zaszło, są mocno satysfakcjonujące i od wizyty w świątyni, gdzie pewne cechy bohaterki się zmieniają gra wchodzi w naprawdę popaprane klimaty, co bardzo mi się podobało - zwłaszcza przypasowały mi się zmiany świata, ostatnie sekwencje w grze, jak i pewna bomba. Przy czym jednocześnie gra nie jest w ogóle straszna - w porównaniu do SH2R, gdzie chwilami musiałem sobie odpocząć od gry albo uspokoić się przed kolejnymi pomieszczeniami, to tu są może z 3-4 lekkie jump scare'y i to tyle. Miałem pod tym kątem większe oczekiwania. Sama gra toczy się na dwóch płaszczyznach - miasteczko i Dark Shrine. To pierwsze wypada dużo lepiej - są paskudne strachy na wróble (w ogóle design przeciwników jest rewelacyjny), większe uczucie zagrożenia i najlepsze momenty w grze (dom rodzinny i końcowa przebieżka ulicami ku drodze do finału) pod kątem klimatu. Dark Shrine samo w sobie nie jest jakąś fatalną lokacją, ale jednak wypada zbyt powtarzalnie mimo dużego potencjału na wsadzanie tam popapranych rzeczy. No i w tym drugim jest łatwiej pod kątem walki, ze względu na nieniszczącą się broń oraz dochodzący później upgrade, który mimo wszystko wzbudził uśmiech na mojej twarzy (Bionic Commando, ale to Naruto). Eksploracja bardzo mi się podobała, choć sporo tutaj upierdliwego biegania do kapliczek, by "spieniężyć" przedmioty, natomiast zagadki pozostawiły mieszane odczucia. Sporo jest naprawdę fajnych, ale irytowałem się przy teście z japońskiego ogrodnictwa, zagadka z szyfrem była taka sobie, no i przez chwilę latałem jak głupi po domostwie, bo nie wiedziałem, że zebrany kalendarz mogę umieścić w jednym konkretnym miejscu - dopóki nie przebiegłem dosłownie z Hinako dotykającą frontem ściany, to nie wyświetlał mi się właściwy prompt. Ostatnia zagadka z muralem w grze jest fajna, ale sztucznie przedłużona przez to, że za każdym razem trzeba podejść do jednego z bodajże 10 punktów i tam włożyć odpowiedni emblemat, zamiast jak w innych zagadkach w grze przekładać przedmioty na jednym ekranie prezentującym całą zagadkę. No i jest ta walka obszczana i obsrana. Już pal licho jej logikę w grze - kilkukrotnie spotykamy się z podkreśleniem, że Hinako to talent z dziedziny lekkoatletyki, a kondycję ma jakby zaczynała dzień od dwóch paczek fajek zapijanych denaturatem - ale samo wykonanie jest po prostu nędzne i bez żadnego żalu skończyłem grę na "story mode" pod kątem właśnie potyczek. Uniki zżerają strasznie dużo staminy, walka w ogóle nie daje frajdy i poczucia siły uderzeń, jest drewno, a systemy mające walkę urozmaicić jak perfekcyjne uniki czy kontry po prostu średnio leżą. Nie wątpię, że za rok jakiś jutuber rewizjonista zrobi baitowy tytuł i będzie opisywał jak bardzo chujowa walka wzmaga uczucie terroru i dodaje jeszcze jakości SHf, ale nie ze mną te numery. To jeden z najgorzej zaprojektowanych (powiedzmy) soulslików na rynku, gdzie każda konieczna walka - a w dalszej części gry jest tego masa - budzi irytację, nawet jeżeli szybko i bezboleśnie się z nią uporamy. Ja nie byłem w stanie zmusić się do męczenia z tym przy kolejnych przejściach. No i wychodzi na to, że Silent Hill f to gra pełna kontrastów. Świetna fabuła i artstyle, Yamaoka jak zawsze dostarcza, intrygujące partie w miasteczku - a z drugiej zamulający Dark Shrine, bardzo kiepska walka i sporo słabostek technicznych. Ograłem, cieszę się, że marka wróciła nie tylko jako remake i doczekała się gry, która działa jako autonomiczne dzieło z jednoczesnym odczuwalnym duchem oryginału. Niemniej jednak, dopóki Neobards nie ogłoszą, że walkę w kolejnej grze robi im ktoś z zewnątrz, to chyba postoję.