Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

własnie ukonczyłem...

Featured Replies

Opublikowano
23 godziny temu, Ukukuki napisał(a):

Ten kto wymyślił wiedźmę tak daleko od wioski i braku możliwości biegania po niej był złośliwcem xd

A gdzieś w opcjach nie było ustawienia, że w mieście postać poruszała się szybciej? Czy to w Hellfire było?

  • Odpowiedzi 14,5 tys.
  • Wyświetleń 1,5 mln.
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Najpopularniejszy posty

  • Suikoden I & II HD Remaster: Gate Rune & Dunan Unification Wars [PS5] Przychodzę z sercem na dłoni. Otwarcie piszę, że dwa pierwsze Suikodeny kocham miłością szczenięcą. Drugą część kiedyś

  • Tomba! 2: The Evil Swine Return Special Edition [PS5] Wioska Rybaków, pierwsza lokacja z tej gry jest dla mnie jednym z najbardziej przytulnych zakątków, które w swoim growym życiu odwiedziłem. Uwi

  • Jak widze forumowych "wspierajacych" day 1:   czwartek, caly dzien, statusy na forum - gdzie ten ku.rwa kurier, zaje.bie ch.uja, juz czwartek a jeszcze go nie ma, no ku.rwa lepiej zeby byl przed we

Opublikowano
5 minut temu, Suavek napisał(a):

A gdzieś w opcjach nie było ustawienia, że w mieście postać poruszała się szybciej? Czy to w Hellfire było?

Oby nie, skończyłem gierkę bez tego. Może mod ma taką opcję? Oryginalna gra raczej wątpię.

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Transformers: Rise of the Dark Spark (3DS)

U mnie to już jakiś maraton gier Transformers wyszedł ostatnio. Ktoś by powiedział, że przecież o Rise of the Dark Spark już pisałem na poprzedniej stronie, ale kluczowa w tym przypadku jest platforma. 3DS otrzymał zupełnie inną grę o tym samym tytule, stworzoną przez zupełnie inne studio - WayForward.

RotDS na 3DS to strategia turowa. W ogóle chyba jedna z nielicznych na bazie TF, bo z tego co widzę były jeszcze tylko jakieś twory na telefony oraz Battlegrounds. W tym przypadku mamy do czynienia z czymś w stylu Fire Emblem, aczkolwiek bez jakichś skomplikowanych mechanik. Kampania składa się z 32 liniowych misji, w których sterujemy robotami po obu stronach konfliktu, zarówno w wątku Bay-verse, jak i na Cybertronie. Fabuła - choć szczątkowa i mało porywająca - jest w większości taka sama, co w wersji z dużych konsol, aczkolwiek kilka wątków zostało zmienionych, jak i pojawiają się zupełnie inne postacie. Np. na Cybertronie możemy sterować Houndem, Arcee, czy Slipstream. Nie ma za to Sideswipe czy Ironhide. Na ziemi natomiast pojawia się Crosshairs oraz Ratchet. Niemniej jednak w dużej mierze to czysta kosmetyka, gdyż dialogów w grze nie ma zbyt wiele, ani tym bardziej jakichś rozbudowanych wątków, czy relacji między bohaterami.

Rozgrywka jest niczego sobie, muszę przyznać, pomimo pewnej prostoty. W każdej misji mamy do dyspozycji grupkę robotów o odmiennych klasach i parametrach. Przed misją można im minimalnie zmienić ekwipunek, co stanowi jedyny element customizacji, bo elementów RPG tu próżno szukać. Zadania są nieźle urozmaicone, plus w każdej misji mamy trzy dodatkowe cele opcjonalne do spełnienia dla bonusowych unlocków. Mapy są stosunkowo proste, ale znajdziemy na nich zarówno pickupy z dodatkowym ekwipunkiem, bądź energią do zebrania, jak i struktury w postaci wieżyczek defensywnych, baraków produkujących dodatkowe jednostki, kopalni energii, bram elektrycznych itp. które można przejąć robotem ze zdolnością Hack. Fajny bajer, dzięki któremu misje nie popadają w przesadną monotonię i niekiedy trzeba odrobinę pokombinować, np. kiedy musimy bronić określonego punktu na mapie, albo NPC.

Starcia między robotami to nie proste animacje, lecz odrębne starcia 1vs1 na przestrzeni trzech rund, w których wybieramy określony atak, bądź blok. Poszczególne ataki wymagają określonej ilości energii, która ładuje się stopniowo co rundę i pozostaje naładowana na przestrzeni kolejnych walk do momentu jej wykorzystania. Dodatkowo niektóre ataki są silniejsze lub słabsze przeciwko określonej klasie postaci. Nie jest to nic rewolucyjnego, ale fajnie się tym kombinuje, jak i mile obserwuje, gdyż starcia odgrywają się w formie potyczki robotów w 3D.

Oprawa audiowizualna nie powala, ale jest przyzwoita. Mapa taktyczna to proste sprite-y 2D. Otoczenie jest czytelne i dostatecznie urozmaicone, nawet na Cybertronie. Same starcia to walki na niewielkiej arenie, a modele robotów i otoczenia zostały żywcem wzięte z assetów gier High Moon, ale to akurat ciężko mi uznać za dużą wadę. Podobnie jeśli chodzi o muzykę - każdy, kto grał w Fall of Cybertron rozpozna poszczególne kawałki. Ale że jest to solidny OST, to i tutaj ciężko mi narzekać. Co najwyżej przyczepiłbym się do niektórych głosów nowych postaci, które nie brzmią za dobrze.

I to w sumie tyle. Często to powtarzam w przypadku prostych, bądź niskobudżetowych gier na licencji, ale "tylko i aż tyle". Jak na grę zlepioną w dużej części z istniejących assetów, to wypada ona nieźle. Mnie się grało na tyle dobrze, że tytuł wciągnął od samego początku i bardzo chętnie odpalałem grę niemal codziennie na przestrzeni kilku tygodni, przechodząc jedną-dwie misje dziennie, dobrze się przy tym bawiąc. Przyznaję, że mam ogólnie dużą tolerancję na średniaki, ale ten akurat jest całkiem spoko. Myślę, że był tu potencjał na coś dużo lepszego, ale i tak uważam, że ta wersja Rise of the Dark Spark jest dużo lepsza od strzelanki z dużych sprzętów. Właściwie największy mankament, to niewygórowany poziom trudności. Z kilkoma wyjątkami nie miałem większych problemów, żeby przejść wszystkie misje i zadania opcjonalne za pierwszym razem. Ukończenie kampanii odblokowuje New Game+ na Hard, ale to sobie zachowam na odległą przyszłość, jeśli w ogóle.

rotds0.jpg

rotds1.jpg

rotds2.jpg

Opublikowano

Jusant ( od twórców Life is Strange ) good

Przyjemna, kolorowa giereczka o wspinaczce. Spokojna i lajtowa z lekka nutą tajemnicy. Była w plusie wiec dałem szanse i sie wkręciłem. Szukałem cos krótszego i trafiłem idealnie.

HAo5vceacAAudur?format=jpg&name=4096x409

Mechanika jest prosta: wspinamy sie na przemian łapiąc prawa i lewa ręką co jakiś czas zaczepiając karabinek wspinaczkowy dla bezpieczeństwa. Stamina odgrywa tutaj kluczowa role wiec warto mieć ja na uwadze. Nie ma tu walki, paska życia, czy śmierci. Eksploracja i wspinaczka na wyższy pułap to nasz jedyny cel. Im wyżej sie wdrapujemy tym więcej sie dowiadujemy. Z każdym kolejnym nowym szczytem zbieramy więcej notatek pozostawionych przez mieszkańców, których gdzieś wywiało. Historia i narracja jest pozbawiona słów. Tylko dokładna eksploracji w poszukiwaniu kolejnych notatek i listów jest w stanie nam wyjaśnić ten mistyczny odpływ.

HAo5vchaIAAgBmR?format=jpg&name=4096x409

Z postepem fabularnym odkrywamy nowe umiejętności ktore kierują nas w nowe tajemnicze miejsca. Gameplay jest na tyle urozmaicony ze nie czuć zmęczenia ciągła wspinaczka. Zmienia sie sceneria, dochodzą nowe pomysły na tyle interesujące ze chce sie isc dalej.

Krótka, komiksowa bo zaledwie kilku godzina wyprawa na szczyt.

HAea8ByWEAAV5nT?format=jpg&name=4096x409

Mile zaskoczenie. Polecam. good2

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Syndicate(2012).webp

Syndicate z 2012 to pod kątem, nazwijmy to brandingu, dziwny twór. W EA ktoś uznał, że warto wskrzesić serię taktycznych izometrycznych gierek, których ostatnia część wyszła w 1996 roku jako bardzo liniowego FPSa. Tym samym starzy fani mogli się poczuć mocno zawiedzeni, a dla młodszych graczy nazwa mogła znaczyć tyle, co nic. Gierka Starbreeze zresztą dosyć mocno rozjechała się z oczekiwaniami finansowymi i na tym wskrzeszanie marki się skończyło. Trochę szkoda, bo choć nie jest to wybitny tytuł, to jednak kawał solidnego shootera, przy którym miło spędziłem kilka godzin potrzebnych na ukończenie.

W świecie Syndicate państwa ustąpiły miejsca rządzącym każdym aspektem życia korporacjom. My wcielamy się w obiecującą świeżą krew w jednej z nich - a jako ichniejsze siły specjalne nie tylko jesteśmy wysyłani do trudnych zadań, ale też mamy dostęp - dzięki specjalnemu chipowi - do szczególnie dopakowanych w tejże rzeczywistości umiejętności. Gra ma naprawdę fajnie wykreowany świat, świetnie dobrany styl graficzny (np. wczytujące się na naszych soczewkach dane o ludziach i obiektach) i przez długi czas fabuła, choć średnich lotów mimo zatrudnienia do niej Morgana od "Zmodyfikowanego węgla", działa dzięki temu, że faktycznie gramy amoralnym korpożołnierzem walczącym z innymi korpożołnierzami, co daje miłą odmianę od standardowych FPSów. Niestety pod koniec wlatuje, by nie spoilerować, dosyć przewidywalny zwrot akcji, który odbiera frajdę z graniami uzbrojoną manifestacją korporacyjnego Excela, a gra cierpi chwilami na przesadną potrzebę filmowości i ekspozycyjnych cutscenek, ale jest to do przeżycia.

Przede wszystkim jednak dobrze się w to gra. W rytm bardzo fajnego elektronicznego soundtracku nasz protagonista przebija się przez kolejne poziomy, by za pomocą broni palnej (na raz dwie spluwy, mają alternatywne tryby strzelania, do tego zamiast apteczek regeneracja, gdy nie otrzymujemy obrażeń - 2012 na pełnej damie negocjowalnego afektu) i hakowania rozwalać zastępy wrogów, którzy to mają całkiem niezłą sztuczną inteligencję.

Samo hakowanie działa na dwa sposoby - możemy hakować elementy otoczenia (niestety jest ich za mało jak na niezłą mechanikę), aby nam pomagały w walce oraz przeciwników, aby zmusić ich do samobójstwa, przeciągnąć na naszą stronę czy na kilka sekund obezwładnić. Hakowanie dobrze wpleciono w gierkę - czasem musimy go użyć też, aby ściągnąć tarczę z przeciwnika, w ten sposób rozbrajamy lecące w naszą stronę granaty czy daje potrzebny luz, gdy trzeba przeładować, bo gdy grzebiemy w broni, to możemy przeciwnikowi przepalić obwody we łbie. Do tego wślizg (praktycznie nie używałem), dobrze zrealizowane, acz mało potrzebne zazwyczaj wychylanie się zza osłon, no i egzekucje w zwarciu. Mordowanie to prawdziwa frajda, co potwierdzi każdy prawdziwy gracz.

Gra jednocześnie stara się urozmaicać formułę przez te swoje 6-7 godzin. Czasem nasz interfejs zaczyna szwankować, kiedy indziej dostajemy jakąś broń pozwalającą siać totalną pożogę jak minigun czy miotacz ognia, kiedy indziej walczymy z bossem albo używamy min EMP, aby zobaczyć wrogów z maskującym kamuflażem. Sporo tu niezłych pomysłów jak na krótki tytuł. Jedyny większy minus to upierdliwa ostatnia lokacja z dwoma starciami z bossami - gra wtedy zalicza duży skok poziomu trudności i zwycięstwo budzi raczej poczucie ulgi niż satysfakcji.

Czy były w okolicach wczesnych lat dziesiętnych lepsze FPSy? Pewnie były. Niemniej jednak Syndicate to dla mnie taka zapomniana perełka - w swoim czasie zbierała głównie siódemki i to całkiem uzasadniona ocena. Ja jednak miałem dużo frajdy z tego tytułu, może też trochę dzięki temu jakim był on wehikułem w czasie do tego okresu w gamingu, a z drugiej strony to tytuł, który ma bardzo dużo swojej tożsamości. Z jakichś dziwnych powodów nie da się go obecnie kupić online, ja natomiast swoją wersję na X360 kupiłem przy okazji innych zakupów za jakieś śmieszne 20 złotych. I było to świetnie wydane 20 złotych.

Opublikowano

Tez bardzo dobrze wspominam ten tytul. Ogralem najpierw na pc a pozniej 10 lat temu na ps3 powbijalem sobie trofea online. Jakis typek organizowal sesje (i widze ze do 2023 nadal to robil) coopowe i w multi tez gralo sie swietnie. No i starbreeze od riddicka i darkness wiec lipy nie bylo.

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Senua's Saga: Hellblade II - Pamiętam, że część pierwsza wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Narracja w grach gdzie tempo niemal nie istnieje jest na pierwszym planie lecz w grze gdzie umysł bohaterki zżera szaleństwo pierwsze skrzypce gra dźwięk. W tej odsłonie Senua przeżywa kolejną tragedię bo ona i jej pobratymcy zostają pojmani przez "handlarzy" niewolników. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak Wikingowie pałali się tym zajęciem od zawsze, ale ten scenariusz nie przewiduje zachowania lub sprzedaży niewolników dalej na wschód. Nie, tym razem inna plaga zawładnęła (najprawdopodobniej) islandzkim krajobrazem i Senua zostaje wplątana w kolejną rozprawę z bytami mitologii nordyckiej. Głosy w jej głowie doradzają jej, powątpiewają, szydzą i wyśmiewają poczynania bohaterki, ale ta przez większość czasu je ignoruje. W szaleństwie lepiej nie dawać swoim demonom za wygraną i nie dawać po sobie poznać, że męczarnia umysłowa, w której Senua się wiecznie znajduje, konsumuje powoli jej jestestwo.

Tak więc wikińska wojowniczka leci przez krainy prawdziwe i świat omamów, a za towarzyszy ma druida i szefa łowców niewolników, któremu "wyjaśniła", że nie widzi swojej przyszłości jako niewolnica Izaura. Przejścia ze świata prawdziwego w świat złudy są płynne i całkiem efektowne. Twórcy sięgnęli znów do mitologii wikińskiej w dla siebie charakterystyczny sposób. Mało tu dialogów, a cała masa nawoływań lub streszczeń innych postaci musi wystarczyć za zarys narracyjny. System walki jest i znów jest, jak dla mnie, za wolny. Twórcy chcieli zapewne pójść w realizm machania mieczami czy toporami, ale ta toporność przyprawiała mnie o brak koncentracji, a parowanie uderzeń przeciwników było ciężkie do wyczucia poprzez spowolnione lub przeciągane próby zadawania nam ciosów. Każdy przeciwnik ma inną paletę ataków więc jeśli chce się walczyć efektywnie należy się nauczyć ich ruchów i...modlić, żeby RNG przy unikach lub blokach potraktowało nas łaskawie. Natomiast dizajn, uroda i ogólne czucie klimatu sprawdzają się bardzo dobrze. Jest jeden moment gdzie szukamy wejścia do groty gdzie żyją kluczowe dla ciągu zdarzeń istoty. Samo odkrycie wejścia prawie urwało mi głowę z wrażenia. To i ponowny obraz ukochanego Senui, na którym wykonano tortury krwawego orła były jednymi z mocniejszych momentów tej, bądź co bądź, unikalnej dla świata gier pozycji.

Poziomu Dark Rot nie polecam. Plujący ogniem skurkowańcy i oszczepnicy doprowadzali mnie do białej gorączki na hardzie, a przejście gry przy minimalnej ilości błędów, trzema zgonami (czwarty znaczy wykasowanie zapisu z dysku) i konieczności robienia myku ze stanem gry jakoś do mnie nie przemawiają. Doszedłem do końcówki drugiego rozdziału i dałem sobie spokój. Może kiedyś wrócę.

Stellar Blade - tutaj natomiast było dokładnie odwrotnie - gameplay był soczysty, a historia napisana przez amatorów. Podobały mi się wszystkie trzy zakończenia, lekkie zaskoczenie za pierwszym razem przy końcu również odegrało swoją rolę, ale dialogi były pisane przez jakiegoś niedorozwoja.

- Kończę pracę na dzisiaj. Idź sobie. Zaczekaj! Nie chcesz wiedzieć dlaczego zamykam wcześniej?

- Nie bardzo.

- A wiesz. Chciałem się wytłumaczyć bla bla bla.

Słuchać tego nie szło. Kiedy już wyłączyłem mózg i zabrałem się za grę ta uraczyła mnie kapitalną przygodą, albowiem Stellar Blade to kwintesencja gry wideo. Jest naprawdę świetny i responsywny system walki, jest świetna bohaterka, są przydupasy, które nie wkurwiają tak jak co niektóre postacie, mamy trochę sand boxa, trochę etapów liniowych i wiadra posoki wylewającej się z aort przeciwników. Nawet wymóg pewnej czynności relaksacyjnej (jak dla kogo) nie spotkał się u mnie z większym sprzeciwem. Ot, odskocznia od głównej osi gry.

Combat opiera się na perfekcyjnym parowaniu ciosów co jest, moim skromnym zdaniem, strzałem w mini insekta, który siedzi na samym środeczku dyszki w tarczy. Dynamika niektórych bloków jest szybsza, a czasem należy przeciwnika wyczekać. Ich ataki są spowolnione przez cięższe oręże bądź ataki specjalne sygnalizowane przez trzy różne kolory. Na każdy z tych ataków odpowiadamy innym unikiem, a uniki te trzeba wykonać w odpowiedniej chwili. Okno jest dość łaskawe więc dany unik wchodzi z wysoką skutecznością. Jedyny problem jest taki, że komendy uników dzielimy z komendami ataków specjalnych, ale w przypadku tych pierwszych dochodzi jeszcze wychylenie lewej gały.

Przeciwnicy w tej grze to miks insektoidalnych maszkar przeplatających się z mackoryjami lub mobilnymi turretami, które uwziąwszy się na bohaterce potrafią ją ciężko sponiewierać. Bestiariusz zmienia się wraz z otoczeniem, a jak wspomniałem wcześniej lokacji jest całkiem sporo i mimo dwóch krain otwartych to właśnie w tych bardziej liniowych spotkamy większość bossów. Ich wygląd jest naprawdę groteskowy, a ich egzystencja musi być równie niezrozumiała jak ich wygląd. Natomiast starcia z nimi stanowią główną atrakcję gry moim skromnym zdaniem. Ewka nie raz zaskoczyła mnie NAPRAWDĘ brutalnymi finiszerami. Nasza heroina lata po arenie jak pojebana tnąc i siekąc na lewo i prawo. Jest w tym tańcu coś bardzo erotycznego, a kiedy widzimy jak Eve wbija miecz w szefa jak najgłębiej się da, po czym chwyta za rękojeść, zapiera się stopami i ciągnie klingę do siebie rozpruwając delikwenta w akompaniamencie wściekłych wrzasków odczuwałem każdorazowo przechuj satysfakcję. Jest moc. Im dalej bossowie stają się mocniejsi i bardziej wymagający. Zastanowiłbym się przed uruchomieniem harda w tej grze. Jeśli ogarnie się perfect parry to spoko, ale z brakami w tym aspekcie przeciwnicy przeprowadzą albo gang bang, albo boss namaluje Ewką obraz.

Stellar Blade to kapitalna pozycja minus dialogi. Jak dla mnie nie ma jednak najmniejszej przyczyny, dla której nie można by było wbić zębów w tyłek...w tą grę znaczy się. Koreańczycy dali mi jedną z lepszych gier w jakie było mi dane zagrać w ostatnich latach.

IMG_0712.jpegIMG_0711.jpeg

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

SOMA - przygoda, którą zapamiętam na całe życie. Gra już ma swoje lata i pewnie wszyscy już grali, to nie będę w stanie napisać nic odkrywczego. Jedyne co wiedziałem o grze że to jest jakieś s-f, trochę horror, taki z tych chodzonych. Także odkrywanie fabuły było cudowne. Sam początek gry w żaden sposób nie wskazuje na to co nas czeka później.

Gra ma kilka momentów wyładowanych emocjami (smutek, melancholia, rozczarowanie, może niekiedy nadzieja?). Na tyle, że nagrywalem praktycznie każdy ważniejszy moment w grze, aby potem obejrzeć go od razu 2 albo 3 razy. Aby usłyszeć te echo odległej, chwilowej muzyki. Aby wsłuchać się w ton głosu. Aby zobaczyć z przykucu, jak czerwone światełka ciemnieją. Aby usłyszeć jeszcze raz te przerażające "why? I was ok. I was happy".

Gameplay - dla mnie bardzo ok. Prosty system, proste mechaniki. O dziwo duża różnorodność strategii zachowania w zależności od kolejnych odwiedzanych lokacji.

I najważniejsze - główny wątek fabularny. Tu muszę przyznać, że nie był dla mnie aż takim szokiem, ponieważ literatura poruszała takie wątki już lata temu. Siła oddziaływania pewnych koncepcji u Stanisława Lema mocniej wierciła mi dziurę w głowie. Ale już samo to, że porównuję grę do literatury Lema, pokazuje mój szacunek i że w pewnych aspektach jest to dla mnie gra wybitna.

Są w tej grze dwie sceny, które pozostaną ze mną na zawsze. I bardzo żałuję każdego, kto nie gra w gry i nie mógł i nie będzie mógł doświadczyć tego co ja doświadczyłem.

No i jest scena po napisach jak coś.

No, a teraz w końcu już mogę przeczytać tekst Adamusa, mam nadzieję, że wyjaśni mi kilka znaków zapytania.

IMG_8888.jpegIMG_8889.jpeg

IMG_8890.jpeg

IMG_8891.jpeg

IMG_8892.jpeg

IMG_8893.jpeg

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

5b282bc656bd09f099a5743347d73290660523c9

Miło, że w ubiegłym roku marka Ninja Gaiden tak odżyła, nawet jeśli pewnie znowu pójdzie do piachu na 10 lat, bo nie możemy mieć fajnych rzeczy. NG4 ograłem na premierę, NG2B nie ruszałem, bo w tym samym roku ograłem oryginalne NG2, więc został mi do odpalenia Ninja Gaiden: Ragebound. Miałem wobec tej gierki swoje oczekiwania, bo bardzo sobie cenię Blasphemous - tutaj wiedziałem, że gra nie jest metroidvanią, ale uznałem to za zaletę, bo wieki też nie grałem w "po prostu" platformówkę 2D.

Fabuła jest równie ważna, co w innych NG, czyli chłop ninja i baba ninja mordują demony. Ryu ma do załatwienia swoje sprawy gdzie indziej, więc wcielamy się w jego podopiecznego o imieniu Kenji, który to zostaje zmuszony do sojuszu z przedstawicielką klanu Czarnego Pająka o imieniu Kumori. No i on bije mieczem, ona rzuca widmowymi kunai, no i jest krwawo i pretekstowo. Czyli widać nawet po fabule, że to godny reprezentant serii.

Gameplay, czyli to, co zdecydowanie najważniejsze, wypada wystarczająco soczyście, abym był tą krótką przygodą ukontentowany - mam wrażenie, że gdyby gra zajęła więcej, niż te 5 godzin, to pomimo tego, że urozmaica swoją formułę, to mógłbym się zacząć lekko nudzić. Sterowanie zadowala responsywnością, po mapach prze się szybko zdejmując większość przeciwników jednym ciosem, a tych twardszych i tak zazwyczaj można w ten czy inny sposób ubić jednym ciosem specjalnym. Gra bowiem wprowadza miłe urozmaicenie - ładując kosztem życia (praktycznie nigdy nie ma takiej rzeczywistej potrzeby) lub zabijając oznaczonych wrogów zyskujemy dostęp do criticala, który anihiluje jednym ciosem tych mocniejszych frajerów lub kilku typów naraz w zasięgu cięcia. Do tego mamy "pogowanie" na przeciwnikach użyteczne zwłaszcza przy platformingu, atomowy atak po naładowaniu stosownego paska, no i w sumie tyle. A, mamy też dodatkową poza kunaiami broń miotaną, dla mnie raczej bezużyteczną przez 99 procent gry.

Za to platformowanie wypada w bardziej urozmaicony sposób i to ono daje tutaj największą frajdę. Klasyczne skakanie nad przeszkodami, podwieszanie się na gwintach czy na ścianie, do tego rozmaite urozmaicenia jak sekwencje w pojazdach, uciekanie w bok i w górę czy czasówki - nie zabrakło Hiszpanom w tymże zakresie pomysłów. Do tego często te aktywności łączą się jednocześnie z taką czy inną formą walki, więc nudy nie ma. Sama gra do trudnych raczej nie należy - czasem ginąłem przez źle wymierzony skok, do prawie każdego bossa miałem kilka podejść (a oni są nieźle zaprojektowani), ale nigdy nie kląłem. Oczywiście co innego, jeżeli chcemy wykonać wszystkie cele poboczne, zdobyć każdą znajdźkę oraz szlifować rangi - wtedy gra robi się w jasny sposób bardziej wymagająca.

Grafika to bardzo ładny pixel art, muzyka brzmi jakby wyjęto ją z jakiejś platformówki z początku lat 90., więc też pasuje do tego, co dzieje się na ekranie. Krótko podsumowując, to bardzo ładny hołd w kierunku gier z konkretnej epoki, korzeni cyklu z NESa (cholernie trudnych, raz na pół roku losowo wpadam na pomysł odpalenia oryginalnych NG w przeglądarce i nie ma miękkiej gry), a jednocześnie dobre zagospodarowanie IP. Nie obraziłbym się na dwójkę.

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

HA9DXBTXEAAxY3W?format=jpg&name=4096x409

Pumpking Jack (platformowka)- ostatnio naczytałem sie ze produkcja jest inspirowana na serii MediEvil której to jestem ogromnym fanem. Postanowiłem wiec dać szanse tej produkcji.

W skrócie zadaniem Jacka jest odnalezienie i zlikwidowanie maga który pomaga ludziom w zwalczaniu nieumarłych. Jeśli mu sie powiedzie diabeł pozwoli jego duszy zaznać spokoju. Tutaj wjeżdża krótka rysowana animacja po której zaczynamy swoja przygodę na Polu który jest swoistym wprowadzeniem. Od samego początku towarzyszy nam Sowa która jest naszym głównym przewodnikiem po takich krainach jak: " nawiedzona kopalnia, bagna, szkieletowe miasteczko, cmentarz czy zimowa kraina ". Opanowanie Jacka to nic trudnego. Lewa gałka sterujemy a prawa kontrolujemy kamerę, PS_square odpowiada za atak bronią biała, PS_circle to rollowanie (unik), PS_triangle interakcja z npc, otoczeniem, PS_x standardowo skok, gdzie tutaj Jack może go wykonać dwukrotnie. Juz po chwili czujemy sie jak we własnych butach.

HA9DXBbWsAAhbeG?format=jpg&name=4096x409

Jest to dość krótka, wesoła i wciągająca przygoda z częstymi punktami kontrolnymi, kociołkami z życiodajnym nektarem w której śmierć nie ma żadnych konsekwencji a poziom trudności nie stanowi wyzwania. Bez namysłu chwytamy za nasza pierwsza broń która okazuje sie być szpadel i lecimy w szranki z naszymi wrogami którzy okazują sie bezradni w starciu z naszym dyniowym rycerzem. Dodatkowo w każdym rozdziale mamy poukrywane znajdzki w liczbie 20 czaszek wron wtopionych w czerwoną poświatę - taki celowy zabieg aby ułatwić nam ich poszukiwanie. Czaszki te odgrywają role waluty za która wykupujemy sobie nowe szaty u kupca. Małym wyzwaniem mogą okazać sie potyczki z bossami, gdyż pokonanie ich stanowi odnalezienie schematu którym sie kierują, a następnie wykorzystanie ich przeciw im samym. Za każdym pokonanym bossem kryje sie nowa bron która jest kluczowa w dalszej przeprawie. Biegamy, skaczemy miedzy poruszającymi sie platformami, tniemy i siekamy co nam wejdzie w drogę, rozwiązujemy humorystyczne łamigłówki, pędzimy wagonikiem, latamy konno. Zaimplementowano tutaj ciekawe i lajtowe rozwiązania polane ciemnym humorem ktore zapewniają nam rozrywkę na wysokim poziomie. Świetna pozycja dla fanów gatunku oraz Sir Daniela Fortesque z serii MediEvil.

HA9DXBaXYAAd-D4?format=jpg&name=4096x409

Osobiście grałem na konsoli stacjonarnej PS5 ale stwierdzam ze jest to bardzo dobry kandydat na konsole przenośne jak Switch czy Portal drinks

Opublikowano

Bardzo fajna gra. Nic bardziej podobnego do MediEvila już nie dostaniemy.

Opublikowano

Zgadzam sie i zarazem obawiam ze masz racje crayKolejnego wydania Sir Daniela Fortesque w jakiegokolwiek postaci mogę nie dożyć sapek

Opublikowano

Transformers: Battlegrounds (PC)

Maraton trwa. Przeszedłem Transformers Battlegrounds, który najprościej można określić mianem "XCOM dla dzieci". Czy aby wyłącznie? Okazuje się, że nie tylko, bo pod pozornie dziecinną oprawą i oklepaną fabułą kryje się nawet przyzwoita i przyjemna strategia turowa, która jeszcze zyskuje dodatkowo dzięki DLC z bonusowym trybem zabawy.

Nie ma się co specjalnie rozpisywać nad rozgrywką. "Baby's first XCOM" - tj. każdy kto grał w XCOM, bądź też cokolwiek w stylu Mario+Rabbids od razu ogarnie co i jak. Kampania około 20 misji, 6 grywalnych postaci dzielących się na 3 profesje, gdzie każdy Transformer ma swoje unikatowe ataki i umiejętności, a dużą ich część odblokowuje się w miarę postępów. Podczas misji każdy robot ma 3 punkty akcji do wykorzystania na przemieszczenie się i/lub atak/skill. Standardowo, trzeba umiejętnie korzystać z osłon i zdolności specjalnych, wykorzystywać elementy otoczenia, a niekiedy i dobrać odpowiednio postacie do danej misji. Te polegają zarówno na pokonaniu wrogów i bossów, jak i obronie lub dotarciu do określonego punktu.

W kampanię grałem na Hard, gdyż założyłem z góry, że skoro to gra dla dzieci, to na pewno będzie ona banalnie prosta. No i trochę się zdziwiłem, gdyż było kilka misji, które sprawiły mi problem. Nic co prawda, co by powodowało frustracje, ale wyzwanie było takie akurat - tj. trzeba było czasem pokombinować, co dawało sporą satysfakcję. Całość zajęła jakieś 6-7 godzin.

Po skończeniu kampanii pewnie bym grę odinstalował i więcej nie zaprzątał sobie nią głowy, ale zakupiłem jeszcze DLC w postaci Shattered Spacebridge. Jest to dodatkowy tryb gry w stylu Roguelike, z losowo generowanymi misjami i odblokowywanymi zdolnościami. I zaryzykuję stwierdzenie, że zapowiada się on dużo ciekawiej od właściwej kampanii i chyba spędzę dzięki niemu przy gierce jeszcze kilka godzin. Grałem na PC, ale to wygląda mi na coś, co się fajnie sprawdzi przenośnie na Steam Decku.

Gorzej wypada oprawa gry. Grafika jest po prostu słaba, przestarzała o jakieś 20 lat, przynajmniej od strony tekstur. Choć animacje wyglądają spoko, a otoczenie bywa interaktywne (np. elementy otoczenia przewracają się po kontakcie z robotem), to niestety nie ma co czarować - nawet jak na twór na bazie kreskówki mogło to wszystko wyglądać dużo lepiej. Głosy postaci są ok, choć bez rewelacji. Nie mam pojęcia, czy to są oryginalni lektorzy z jakiejś nowej kreskówki, czy nie, bo nie znam materiału źródłowego. Przynajmniej muzyka bywa ok chwilami. Ogólnie patrząc na opinie w necie odnoszę wrażenie, że to właśnie grafika odpycha graczy od samej styczności z tytułem. Bo naprawdę, gdyby nie to, to sama mechanika jest niczego sobie.

Gra wraz z DLC kosztowała mnie 17zł, choć samą podstawkę można było kupić za dyszkę. I za taką cenę naprawdę nie mogę narzekać, gdyż bawiłem się przy tej "gierce dla dzieci" zaskakująco dobrze. No i nawet bym polecił, przynajmniej miłośnikom Transformerów, ale obecnie tytuł można już dorwać wyłącznie w wydaniu pudełkowym na konsole. Cyfrowa dystrybucja się zakończyła w związku z wygaśnięciem praw na licencję. Można rozważyć te 30-40zł na pudełko, bo sama kampania jest ok, ale DLC już chyba się nie dokupi, niestety. No i trzeba przymknąć oko na grafikę.

20260215161913_1.jpg

20260215132151_1.jpg

20260215145133_1.jpg

Opublikowano

@oFi skonczysz to opisz w 2 zdaniach tego Primala czy warto sie za to zabierac bye Moj ostatni skonczony FC to trojeczka. Reszte tylko napoczynalem i zaraz porzucałem. Taka prawda.

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Beyond Good & Evil 20th AE - wlozylem wiele serca w calaka, ale sercem pojebanych acziwmentow sie nie wbije. Sa takie dwa, na ktore nie chcialo mi sie psuc krwi.

Natomiast sama gierka, jak wszyscy wiedza, jest rozkosznie fajowa. Rasy sie wymieszaly, i mimo iz mamy morsoluda to foki juz sa jednak zwierzetami. Smiesznie. Zadna strzalka nie powie gdzie nalezy udac sie dalej. Musisz pamietac, zeby zagadac z kompanem lub po prostu sluchac co w cutscence powie jakis NPC. I tak jest dobrz bo naprawde nie idzie sie zgubic. Jade jest fajna i rezolutna protagonistka, ktora nie jeczy tylko dziala. Tlo jej pochodzenia zostalo nakreslone jeszcze bardziej dzieki nowej jubileuszowej zawartosci nawiazujacej do BG&E II, ktore jednak chyba nigdy nie powstanie. A szkoda bo takie niesztampowe podejscie do historii mozna rozwinac w ciekawy sposob. Sam system rozgrywki nie niesie nic odkrywczego, ale pozwala na granie z usmiechem na ryju. Pey’j potrafi byc smieszny, a ten drugi kolo nie jest pustym bebnem lecz kluczowa postacia, ktora pozwoli zielonowlosej wlezc do trudniej dostepnych lokacji. Przy walce obaj kompani wykazuja sie kompetencja i tylko wtedy kiedy sa przytloczeni przez przeciwnikow moga wpasc w ich paszcze, ale zdarza sie to nieslychanie rzadko, a uwolnienie ich wcale nie jest trudne.

Przygoda ciagnie nas w rozne miejscowki i jest na tyle ciekawa, ze chcialo mi sie uzbierac wszystkie perly i sfotografowac wszystkie gatunki. Nie polega to na zwyklym “o, tam jest krowa, strzle fote”. Nie. Nalezy czasem wywabic stworka w jakis sposob. Popiescic “go” pradem lub dac kawal pizzy, np.

Nie wiem dlaczego sie tak pierdola z 2ka. Jaka jest przyjemnosc z kontynuacji (lub jak w tym przypadku z prequela) skoro trzeba czekac ponad dwie dekady?

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Final Fantasy XVI Complete Edition - myknąłem w końcu fajnala, co zajęło mi niecałe 60h wedle licznika z konsolety. W tym czasie machnąłem podstawkę, dwa DLC i niemal wszystkie zadania poboczne (ostatnie cztery z The Rising Tide odpuściłem i poszedłem sklepać final bossa). Pierwsze spostrzeżenie: niedawno w tym temacie narzekałem na side questy w Stelaż Blade - z pojedynczymi wyjątkami nieciekawe, nieangażujące, stające na drodze do chłonięcia fabuły i zwyczajnie nijakie. Tutaj napisałbym dokładnie to samo gdyby nie to, że postaci które wysyłają nas z różnymi generycznymi zadaniami są... dobrze zagrane. To plus świadomość, że żaden quest nie będzie trwać więcej niż 10 minut (chyba, nie liczyłem, takie miałem odczucie) powodowało, że może nie tyle "bawiłem się dobrze" co "nie płakałem zbierając dziesięć szczurzych ogonów". Potęga dobrego voice actingu, proszę państwa. Drugie spostrzeżenie: jeśli gdzieś pasuje określenie EPICKIE to do tej gry. Walki Eikonów w trakcie fabuły to jest spektakl którego nie powstydziłby się Dragon Ball, Asura's Wrath, Bayonetta czy pierwsze trzy God of Wary obama Momentami na ekranie dzieją się takie cuda, że byłem w stanie tylko złożyć dziób w ciup i wypuścić mocniej powietrze noskiem. Dawno nie miałem do czynienia z tej skali rozmachem w reżyserii cutscenek, pan Square dorzucił mi do pieca mocno. W ogóle gra jest mocno nasączona przerywnikami filmowymi i trzeba mieć to na uwadze, jeśli ktoś przedkłada gameplay ponad historię w gierkach lub nie jest fanem siedzenia pół godziny z padem w ręku oglądając wstawki to może się bardzo mocno od tego Fajnala odbić. Ja akurat rodoówd mam MGSowy więc poczytuję to jako plus, lubię długie cutscenki w grach jeśli są dobrze wyreżyserowane, a tutaj bez wątpienia takie są. Też umówmy się, każda okazja, żeby posłuchać Bena Starra czy Ralpha Inesona (banderas) jest dobra i ja bardzo chętnie z niej skorzystam. Skurczybyki mogliby razem nagrywać jakieś podcasty, nie ominąłbym żadnego odcinka. W ogóle za voice acting daję mega kudosy, to najlepiej zdublażowany Fajnal w historii i nie, remake siódemki nawet się do niego nie zbliża z tymi szczebiotkami czy bezjajecznymi NPCami którzy zapomnieli, że u swoich podstaw gra ma być poważna a nie słodko-pierdząca. Walory "filmowe" to ogromna część tej gry i śmiem twierdzić, że od tego czy nam to pasuje czy nie będzie w dużym stopniu zależeć to w jaki sposób ocenimy tę grę po przejściu. Inna sprawa, że nie zawsze historia czy scenariusz trzyma wysoki poziom. Na papierze mamy samo mięsko - postaci nie szczypią się w język i kurwy potrafią tutaj latać (chyba pierwszy raz w historii tej serii) jak komary w letni wieczór, jest brutalnie, bardziej "dorosło", prominentnym NPCem w grze jest burdelmama która nie kryje się z tym co robi, a całość spaja w jedno średniowieczny setting, dzięki któremu to wszystko ma fajny sznyt. Tylko... no, nie zawsze to wszystko tak współgra. Momentami znów słuchamy krindżowych dialogów napisanych chyba przez studentów pierwszego roku filologii angielskiej, pełnych banałów, przewidywalnych klisz i zwyczajnie wywołujących ciary żenady na plecach. Trochę wygląda to jakbyod czasu do czasu ktoś przyszedł do scenarzystów, zobaczył nad czym pracują i powiedział "weź to zmień trochę na takie wiesz, pegi 13" i sobie poszedł. I potem mamy takiego trochę potworka, w którym lecą sobie sceny zdecydowanie nie dla dzieciaków, a potem nagle pojawia się coś od tej przyzwoitki i rozwala klimat. Mimo tego całość weszła mi dobrze i tylko trochę zeszlifowałem sobie zęby na zgrzytaniu nimi w poczuciu bycia traktowanym jak bobo, a kto tu gra w grę, a cio to za dziecątko, ale urosłeś od ostaniej części, atititi. Można by troszkę posiedzieć nad spójnością tonalną i dać jej troszkę szlifu. Oraz wywalić przyzwoitkę. Tyle dobrego, że cast postaci mimo słabszych momentów trzyma wysoki poziom, a Clive i Jill z miejsca trafili do grona moich ulubieńców w serii. Zwłaszcza Jill - nie wiem czemu, mam do niej słabość, harda dziołcha. No i Mid z tym swoim brytolskim akcentem wub

Gameplay już przed premierą podzielił fanów, wiadomka. Odejście od turówki na rzecz bieda-slashera, bardzo słaba warstwa RPG i w zasadzie wywalenie magii do śmietnika to rzeczy, które nie za bardzo kojarzą się z serią. I chociaż sam lubię mojego Fajnala bardziej w duchu poprzedniczek to tutaj wypadło to zgrabnie. Jasne, systemy nie są jakoś szczególnie rozwinięte i same podwaliny też nie wyróżniają się głębią na miarę DMC czy NG, ale chyba nie miały i wcale nie musiały. Największy ból mam o to, że walka w zasadzie nie ewoluuje do końca rozgrywki w sposób, do jakiego przyzwczaiły mnie inne slasherki - nie ma tutaj odblokowywania combosów, bronie nie wpływają w żaden sposób na nasze możliwości poza "+X do ataku", a wszystko co urozmaica rozgrywkę to zdolności eikonów zdobywane w trakcie gry i każda z nich jest na cooldownie, a dodatkowo z całej gamy możemy sobie wybrać ich sześć do używania w trakcie walki. Trochę szkoda, chciałoby się więcej i chciałoby się trochę bardziej różnorodniej na przestrzeni tak długiej gry. Osobiście nie zmęczyłem się walką do samego końca tak jak niektórzy, ale rozumiem ludzi którzy dali sobie spokój po iluś tam godzinach albo dolecieli do końca na oparach cierpliwości. Reszta rozgrywki to tak naprawdę jRPG 1.01: łazimy po liniowych lokacjach, mapa świata to punkty do których możemy się teleportować na wzór FFX, gadamy z NPCami, walczymy, robimy zadanka poboczne i pchamy sobie fabułę do przodu. Nic rewolucyjnego, ale też nic kiepskiego, ot - standard gatunku. A, co jeszcze - DLC są króciutkie. Echoes of the Fallen można spokojnie olać jeśli komuś nie zależy na fajnej brońce którą dostajemy po przejściu, oprócz lekkiego rozwinięcia lore to w zasadzie zwykły boss rush w jednej miejscówce. The Rising Tide z kolei warto ograć dla samej finałowej walki z Lewiatanem - trzyma poziom tego, co serwuje podstawka. Nadal, po około 3-4h na dodatek to trochę za mało i jeśli ich nie ogracie to nic Wam się nie stanie.

Więcej chyba nie mam do dodania - muzyka top, grafika spoko z momentami ryjącymi beret. To było bardzo fajne 60h i włączałem grę z przyjemnością. Ocena końcowa? Biorąc pod uwagę stosunek wad do zalet - 8,5/10 ode mnie. Gdyby troszkę przysiąść nad systemem walki i rozwinąć go, wywalić głupotki ze scenariusza i pomasować trochę warstwę RPG byłoby wyżej.

Opublikowano

Kiosk (XSX) - kiedyś z żoną trafiliśmy na let's play na jakimś kanale na YT i spodobała nam się koncepcja tego indyka. Przypadkiem zauważyłem, że w listopadzie wyszły porty na konsole, toteż łyknąłem za zawrotne 18,49 złotych. W skrócie: pracujesz w budzie z fast-foodem, serwujesz szamkę, słuchasz opowieści klientów, a w tle gdzieś majaczy tajemnicze zaginięcie poprzedniego pracownika tegoż fast-foodu. Sam gameplay jest naprawdę prosty i całkiem przyjemny, z jednym tylko zastrzeżeniem - czuć, że gra była stworzona na myszkę i po prostu przełożona na kontroler. Brakuje trochę precyzji i responsywności, przez co czasem ciężko trafić kotletem w bułkę. Niemniej da się grać bez problemów ) Co do samej rozgrywki, autor fajnie wplótł jump-scare, bo są w naprawdę mało oczekiwanych momentach. Ciągle robisz te kanapki z kotletem albo hot-dogi, czasem jakieś fancy zamówienie w postaci onion rings albo naleśników, wchodzi rutyna, aż tu nagle cyk, wyłazi jakie dziadostwo z wentylacji. Rozmowy z klientami są momentami dość zabawne, a czasem nieco przerażające, bo każdy jeden wygląda na creepa.

Gra bardzo krótka, na jakieś 2 godziny, ale mogę śmiało polecić.

Steam

Nintendo

Xbox

Sony

ac515e95-daee-4012-bb2c-b5a1ba2407ac.png

Edytowane przez ProstyHeker

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

Ostatnio przeglądający 0

  • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

Account

Navigation

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.