Opublikowano 23 lutego23 lut Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Yakuza Kiwami 3 & Dark Ties (PS5)To moja uwaga JEDENASTA część Yakuzy w przeciągu 37 miesięcy. Wychodzi 3,36 Yakuzy rocznie, już dawno powinienem przedawkować, a jednak wciąż jestem w Kamurocho, dodatkowo z pierwszym calaczkiem Yakuzowym :). Jaka była ta część? To jest kontrowersyjny temat, jak i kontrowersyjny jest to remake, ale tylko jak ktoś grał dużo w stare Y4, a ja znałem Y4 z recapów i do tego szczerze mało z nich pamiętałem. Fabularnie zaorali temat totalnie zmieniając zakończenie na wyraźnie dziwniejsze, mnie ciężko jest wyciągać wnioski, ale wygląda na to, że będzie zmiana postaci i będzie też nowy mroczniejszy spinoff, na co akurat bardzo liczę. Cała gra jest jak już okładka pokazuje podzielona na dwie duże części, po lewej Kiryu z Y3 Kiwami, po drugiej nowa historia, prequel z Mine. K3 KiwamiPrzygoda Kiryu jest podzielona na standardowe dla Yakuz chaptery, jest zwarta i krótka, skrócona znacznie względem oryginału. Jak ktoś nie robi side contentu, to ma spokój, bo niemalże wszystko zrobili opcjonalnie, nawet Sierociniec. Wycięli też większość side stories na korzyść innych aktywności, jak dla mnie ciekawszych, bo szczerze mówiąc side stories w Yakuzach dla mnie nigdy nie były czymś, co chciałbym robić w ilości 100 sztuk, bo z reguły były do dupy, lekko mówiąc nudne. Tutaj jest ich tylko 31, plus 8 w Sierocincu, dodatkowo 13 coś podobnego do sub stories w Dark Ties. W sumie zatem 52 sztuki (kilka z nich nawet z częściowym voice actingiem, wow xD), a w Y3 było ich bodajże 119 w wersji japońskiej. Dla mnie dobra zmiana, szczególnie jak ktoś chce maskować grę i robić wszystko.Co do robienia wszystkiego w Y3 Kiwami jest to szalenie fajne i zróżnicowane, mamy Lala Mobile znane z części z Ichibanem, mamy ulepszanie anten telefonu, dwa najlepsze w serii systemy walki (szczególnie polecam ten czerwony), wojny gangów motocyklowych i Sierociniec, który jest też podzielony na kilka części i każde nasze dziecko z Sierocinca ma też swoje substory. Minigry znowu dają radę, jak to w serii bywa, jest tego pełno i nie jesteśmy zmuszani do ich robienia w story, a i opcjonalnie mamy sporą gamę do wyboru, by osiągnąć jakiś tam cel np. lekcje z dzieciakami, albo gra z nimi w Reversi buduje nam ten sam social link podobnie szybko. Wraca też Arena (również raczej okrojona, zwarta, tylko 10 walk) i jak zwykle stanowiąca jakieś tam wyzwanie walki z Amonami jako nagroda za ukończenie innych aktywności na mapie (tym razem jest ich więcej niż 1 sztuka). W grze dostępne są dwie główne lokacje, jak zwykle oczywiście Kamurocho i dodatkowo jedna z dzielnic Okinawy. Graficznie lepiej prezentuje się ta pierwsza (no ciężko, żeby asset z ostatnich 10 gier nie był jeszcze dopracowany wiem :)), w Okinawie są jakieś drobne rzeczy, patche już poprawiły tam cieniowanie, bo w demo było katastrofalne, można się jednak czepić, że Dragon Engine może lepiej, bo Kiwami 2 wyglądało lepiej. Tutaj minus.Całościowo content z Kiryu oceniam ogólnie na 9/10, było świetnie, lepiej niż przypuszczałem. Dark TiesHmm, nie wiem co tutaj powiedzieć, to trochę tak jak z Abby z Tlou2, na początku w ogóle nie chciałem na typa patrzeć, a na jego kolegę Kandę tym bardziej. Potem jednak było już lepiej. Trzeci system walki z nowymi skillami, stylistyka nieco bardziej krwawa, mroczna, ale niestety historia jest bardzo krótka i budowanie relacji z Kandą nieco krindżowe. DLC dla mnie trochę uratował tryb rogalikowy. Nie przypominam sobie, by taki był już w Yakuzie, w każdym razie jak na pierwszy raz wyszło dobrze, zbieramy w nim ekipę podobnie jak w gangach motocyklowych u Kiryu, jednak tutaj w przeciwieństwie do K3 Kiwami tracimy wszystko w przypadku śmierci, więc warto być ostrożnym. Dark Ties oceniam na 7/10. Cała gra mnie nie zawiodła, bardzo czekałem na ten rimejk, nigdy jeszcze nie grałem w Yakuzę, która by mnie wynudziła (miałem kryzys w pierwszym Judgment, ostatecznie jednak udało się ograć), po prostu uwielbiam styl RGG, sos Segi i ten klimacik retro w ich mikro światach, ocena solidne 8/10. W rankingu Yakuz gdzieś pewnie w środku z tych co grałem (nie grałem w 4 i 5, bo ten gameplay dla mnie nie do przejścia, poczekam na Kiwami :)). Like a Dragon: Infinite Wealth na razie wciąż bezapelacyjnie RGG GOAT > Kiwami 2 > Yakuza 0 (wspaniała gra, ale ten gameplay jest stary, może rimejk już warto zrobić :)) > Yakuza: Like A Dragon > Yakuza 6 > Kiwami 3 > Kiwami 1 > Lost Judgment > Like a Dragon: Pirate Yakuza in Hawaii > Like a Dragon Gaiden: The Man Who Erased His Name > JudgmentCo dalej w serii? Nie wiem, teraz czekam na Stranger Than Heaven, ale będę zdziwiony, jak za rok nie wyjdzie jakaś Yakuza, albo trzy, chociaż z drugiej strony nowy odświeżony silniczek ze Strangera wymaga nieco pracy, gdyż zakładam, że nowa część już na nim. Na pewno zapowiada się wreszcie zmiana pokoleniowa dla serii, a kto będzie głównym bohaterem?Ichiban i Man who also erased his name?Mine imo.
Opublikowano 23 lutego23 lut Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Metroid Prime 4 (Switch 2)No tak średnio to wyszło. Pustynia kompletnie niepotrzebna, dodatkowe beamy poza lodowym są bezużyteczne i częste niańczenie komunikatami gdzie mam iść irytują. Trochę to wygląda jak Ocarina of Time - duży, pusty hub, i lokacje na jego krańcach. Jakbym chciał zagrać w Zeldę, to bym sobie odpalił TotK, a nie Metroida. Według wywiadu z Kensuke Tanabe zdecydował się on na wprowadzenie pustyni, bo w internecie były głosy mówiące o otwartym świecie w Metroidzie. Pod koniec produkcji skapnęli się że nie tędy droga, ale było już za późno na tak gruntowe zmiany. Mam też wąty do samych lokacji: są do bólu liniowe, i mało wertykalne. Niby są podzielone na lodowe, ogniste i takie tam, ale większość czasu spędza się w tunelach ewidentnie inspirowanych twórczością Gigera. Tylko pierwsza lokacja jakoś się broni, bo to las, ale też jest liniowa. Najbardziej uderzyła mnie jednak licencja na motor. Serio? Nosz do chuja wafla, to jest Metroid czy Gran Turismo? Takie coś to można sobie dodawać jako osobny tryb.Są też jednak i pozytywy: Muzyka choć nieco słabsza niż w poprzedniczkach, ciągle jest dobra, podobnie jak dźwięki (nowy charge beam brzmi soczyście). Graficznie nie mam nic do zarzucenia, jest to najlepiej wyglądająca odsłona serii na dzień dzisiejszy, do tego całość jest w stałych 60fps, z wyjątkiem dwóch cutscenek na koniec gry, gdzie trochę szarpało. Grałem chwilę w trybie 120fps, ale prawdę powiedziawszy wyglądało mi to bardziej na 90fps. Bossfighty są całkiem fajne, z tym że prawie wszystkie opierają się precyzyjnym celowaniu w słabe punkty.Nie tego oczekiwałem, zdecydowanie najsłabsza część serii, ale mimo bolączek miałem jakąś satysfakcję z gry. A jako samozwańczy kardynał kościoła Metroida mam ogłoszenie duszpasterskie do wszystkich, którzy pisali że chcieliby otwarty świat w serii, i Tanabe czytał te wypociny:Metroid Prime 2 (Gamecube)Odświeżająca gra po MP4. Klasyczny Prime, ale tym razem z twistem, bo planeta ma dwie wersje: zwykłą i mroczną. Można między nimi przechodzić przez portale rozrzucone po mapie, i często zablokowane przejścia w jednym wymiarze da się obejść w drugim, ewentualne je w nim odblokować. Nie ma tutaj wszystkich powerupów z poprzednich części, są natomiast zamienniki, takie jak na przykład pseudo jetpack ułatwiający poruszanie się pod wodą, czy kompletnie nowe beamy (light i dark, są bardziej efektywne na przeciwników z przeciwnego wymiaru) które mają własną amunicję.Gra jest bardziej nastawiona na walkę, i sporo powerupów zdobywa się przez pokonanie bossów którzy je posiadają. Same bossfighty tutaj są chyba najbardziej kreatywnymi walkami w całej serii, nawet jest jeden guardian z którym się walczy będąc cały czas w formie morph ball, a jest tego więcej. Ponownie trzeba zbierać klucze żeby otworzyć dostęp do ostatniej lokacji, ale tutaj jest to tyle łatwiejsze, że po przeskanowaniu odpowiednich zwłok gra wprost podaje nazwę pomieszczenia gdzie znaleźć jeden z nich. Sama mapa złożona jest z czterech stref połączonych ze sobą, przez co przemieszczanie się między nimi jest łatwiejsze niż w poprzedniczce, ale i tak można się zgubić. Muzyka ponownie robi robotę, i tak jak MP1 są tutaj odświeżone utwory z Super Metroida, a mianowicie motyw z Maridii i Green Brinstar. Dodatkowo w miejscu z powerupem pojawia się jingle z odsłony z NES. Graficznie jest w zasadzie to samo co w MP1, też 60fps z okazyjnymi spadkami gdy dużo się dzieje. Bardzo dobra część serii, choć trudniejsza niż zwykle przez nastawienie na walkę.Wuchang: Fallen Feathers (PS5)Całkiem kompetentny klon soulsów, z wkładem własnym. Główną różnicą od gier FS jest drzewko rozwoju, w którym oprócz przydzielania statystyk jest również wykupowanie skilli, ulepszenia broni i flaszek. Pomysł niby dobry, ale do niektórych ulepszeń trzeba się dokopać. Na plus za to jest upgrade broni, bo nie jest przypisany do konkretnego oręża, tylko do całej klasy (tych jest 5). Nie ma też degradacji pancerza, wszystko wiecznie jest jak nowe, i można zmienić jego wygląd jeśli postać wygląda w nim jak maszkaron.Mapy mają wiele ścieżek, i można autentycznie się zgubić, bo wiele przejść wygląda podobnie. Oczywiście są skróty, drabiny, i drzwi które trzeba odblokować z drugiej strony. Do tego questy u npców na zasadzie "przynieś/zanieś przedmiot", i niektóre z nich mają wpływ na zakończenie, których jest cztery. System walki jest typowy dla gatunku, za wyjątkiem magii. Nie ma paska MP, tylko ładunki które nabija się między innymi unikami. Oprócz magii można je wykorzystać do specjalnych umiejętności przypisanych do broni, albo szybszego ładowanego ataku. Graficznie jest całkiem ładnie i szczegółowo, ale zdarzają się momenty w których pojawiają się tekstury niskiej jakości. Do wyboru są trzy tryby wydajności, osobiście polecam 60fps, z tym że nie jest on idealny, bo stuttering pojawia się bardzo często. Dźwiękowo standard, dupy nie urywa.W grę wjechałem w ciemno, widziałem tylko jeden trailer i to dawno. Dojechałem wszystkich bossów w grze, i zeszło mi z tym 44 godziny, miałem dobre zakończenie. Spodobało mi się na tyle, że robię drugą rundę, może pocisnę platynkę.
Opublikowano wtorek o 19:274 dni #5/2026BORDERLANDS 3Bardzo dawno temu skończyłem dwie pierwsze części. Nie jestem fanem gier tego typu, bo generalnie mam w dupie endgame, ale Diablo czy Division zawsze chętnie zaliczę w "singlu". Nie inaczej było z Borderlands. Gra posiada turbo przyjemy gunplay i oczywiście dziesiątki przedziwnych broni. Według mnie gra jest odrobinę za długa i lokacje mogłyby być lepsze ( gdzieś tam w połowie zgubił się ten Mad Maxowy vibe), ale nie żałuję, bo pukawki na wysokich levelach to jest
Opublikowano wtorek o 19:374 dni Halo Wars: Definitive Edition (XB1S)Największy gierkowe nieporozumienie ostatnich miesięcy u mnie. W sensie, nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby nagle w to grać. Powtórnie. Na konsoli. W dodatku starej. Na padzie. Zamiast na PC przy użyciu myszy i klawiatury, jak cywilizowany człowiek...Nabijam się tutaj, oczywiście, ale fakt, że Halo Wars przeszedłem już w 2018 na PC przy okazji jakiegoś darmowego weekendu na Steam. Pamiętam, że przeszedłem całą kampanię w trzy dni i ogólnie mój stosunek do gry był dość obojętny. Na zasadzie "fajne, do zagrania, ale nic specjalnego".Trochę więcej siedziałem ostatnio na Xboxie i jakoś tak wyszło, że przy okazji promocji kupiłem obie części Halo Wars. Bardziej byłem zainteresowany dwójką, ale odpaliłem "na chwilę" jedynkę i muszę przyznać, że się wciągnąłem. I to pomimo tego, że grałem chyba po raz pierwszy w RTSa na padzie.A może właśnie dlatego? No bo jak już wspomniałem, Halo Wars na PC nie był moim zdaniem niczym specjalnym. Dało się od razu odczuć, że gra była tworzona od początku z myślą o padzie i konsoli, przez co wiele aspektów rozgrywki mogło się wydać albo uproszczonych, albo banalnych na kąputrze.I chyba samo "doświadczenie" grania na konsoli było tutaj kluczowe, jakkolwiek głupawo to brzmi. Tak jak TimeSplitters jest moim ulubionym konsolowym FPSem, gdyż był od początku tworzony z myślą wyłącznie o grze na padzie, tak chyba i w Halo Wars grało mi się lepiej rozwalonym na krześle z padem w dłoniach i kotem na kolanach, niż kiedyś przy użyciu myszy i klawiatury. Przerażające, wiem...Powyższy zbędny kontekst i okoliczności sięgnięcia po starą grę zajmą pewnie więcej miejsca, niż same wrażenia z gry. Interesowała mnie tylko kampania HW, a ta składa się zaledwie z 15 misji dla jednej frakcji. Misje są nawet ciekawe i urozmaicone, często oparte o konkretną mechanikę, co uważam za duży plus. Nie były one ani za krótkie, ani za długie, jak na mój gust, ale samo tempo akcji jest raczej szybkie przez większość czasu, także ze względu na częsty Timer, bądź zadania opcjonalne. W dodatku na niektórych(?) mapach znaleźć można pickupy, odblokowujące jakieś bonusy, albo modyfikatory do zabawy. Ogólnie jest co robić i zakładam, że swego czasu jak ktoś grał multiplayera, albo grał wyłącznie na konsoli i nie miał innych gier tego gatunku pod ręką, to HW był z pewnością bardzo przyzwoitą pozycją.Nie zmienia to faktu, że gra jest uproszczonym reprezentantem gatunku RTS, właśnie pod kątem optymalizacji dla konsoli oraz gry na padzie. Jednostkom nie wydajemy rozkazów - mamy tylko automatyczny Attack-Move oraz zdolność specjalną. Poza tym jednostki działają i reagują same. W sumie spoko rozwiązanie, odciążające mocno gracza, aczkolwiek pathfinding mógłby być lepszy. Dużo komend bazuje na Radial Menu oraz skrótach na padzie. Niemniej jednak nawet jako PeCeciarz muszę przyznać, że bardzo sprytnie zostało wszystko zaimplementowane i przemyślane. Właściwie jedyne czego mi brakowało, to jakiejś opcji grupowania konkretnych jednostek. Można skakać pomiędzy armiami, można zaznaczyć wszystkie jednostki na mapie, bądź na ekranie, jak i można zaznaczać je kursorem. Ale jeśli chcemy skoczyć do jednej konkretnej grupy i precyzyjnie wydać rozkaz, to trzeba trochę pokombinować "skrótami", bądź dobrze trafić na mapie. A niekiedy bardzo niski FOV trochę utrudniał zaznaczenie tego, czego chcemy. Nie pamiętam, czy PC miał taką samą kamerę, ale chwilami przydałby się większy zoom-out.Fabuła... była. Nic szałowego, ale też dodam, że nie znam lore Halo, więc nie wiem, jak to się ma do uniwersum, ani czy w ogóle ma to jakiekolwiek znaczenie. Postacie stereotypowe i chyba tylko cyniczna Serina trochę rozluźniała atmosferę. Kilka fajnych cut-scenek i ogólnie spoko pretekst dla poszczególnych misji, ale zarazem nic, co będę pamiętał dłużej niż tydzień.Może rozegram w wolnej chwili jeszcze jakiś Skirmish, ale ogólnie fajnie się grało i wystarczy. Przynajmniej jedynki, bo HW2 już czeka zainstalowany na swoją kolej. Choć mógłbym to śmiało przejść na PC, to przeboleję jakoś te 30fps i również pogram na starym Xboxie. A PC może kiedyś w przyszłości, jak mi się spodoba, bo to i tak jest cross-buy.
Opublikowano środa o 10:234 dni Nine Sols8/10Wydaje mi się, że mało jest o tym tytule wspominane w różnych regionach internetu a szkoda. Metroidvania która choć nie wymyśla koła na nowo to zna swoje mocne strony i je dopracowuje do perfekcji. Zachęciło mnie określenie sekiro-like i mogę jedynie je potwierdzić bowiem największy wyróżnik czyli system walki oparty jest głównie na parowaniu. Oprócz tego mamy do dyspozycji łuk z ograniczoną ilością strzał i wybuch talizmanu czyli przelot przez wroga z wciśniętym R1 by naznaczyć go chińskim znaczkiem, który wybucha po czasie. Ułatwiające życie narzędzia, przydatne przy niejednym bossie by skrócić zauważalnie walkę jednak na nic się to zda gdy nie opanujemy parowania i rytmiki ataku przeciwników. Sama możliwość użycia talizmanu jest zależna od posiadania ładunków a te nabijamy wykonując skuteczne "parry". Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że tytuł ten ma świetnie, tj. czytelnie i uczciwie zaprojektowane walki. Przez dosłownie całą grę nie miałem ani jednej walki z bossem, która miałaby w sobie znamiona "bullshitu". Krzywa uczenia jest płynna, z każdym podejściem idzie nam coraz lepiej aż wiemy, czujemy że znamy swojego adwersarza i pozostaje tylko popełnić jak najmniej błędów. Przez to wszystko nie ma tutaj irytacji związanej z dziwnymi rozwiązaniami a jedynie z naszymi błędami i o wiele przyjemniej jest podchodzić do kolejnej próby.Poza tym? Jadeity ułatwiające różne aspekty walki które znajdujemy lub kupujemy (waluta wypada z wrogów) i dowolnie wymieniamy (aczkolwiek miejsca na nie trzeba sukcesywnie dokupywać) a nasze dodatkowe zabawki mają po 3 różne wersje działania co daje możliwość dostosowywania wyposażenia pod konkretne walki. Drzewko umiejętności zwiększające naszą moc i możliwości bojowe, ulepszanie i zwiększanie liczby użyć fajki leczniczej i innych przedmiotów, npc i ich mini questy, wpisy poszerzające lore, mini-bossowie, niewiele przy tym sekcji wymagających stricte zręczności, bardzo mało jakichś irytujących pokoi z pojawiającymi się kilkoma przeciwnikami, unikalny klimat świata określony jako tao-punk. Skończyłem z przyjemnością i zabrakło mi dosłownie 1 pucharku do platyny ale tutaj objawia się chyba największa dla mnie wada czyli brak ng+. Kiedyś go sobie dobije jak nieco odpocznę i nabiorę ochoty na powrót ale właśnie tutaj widnieje największa różnica względem np. The Last Faith. TLF zacząłem drugi raz bo jest (z opóźnieniem ale jednak) ng+ a także możliwość zmiany broni i spróbowania odnalezienia się w innym tempie i atakach specjalnych. Nine Sols tutaj także przypomina Sekiro bowiem zmiany broni nie ma, tak jak typowo RPG-owego systemu rozwoju. Jeśli to komuś nie przeszkadza i ma ochotę na coś wymagającego to serdecznie polecam. Dodam, że tytuł choć korzenie ma z Tajwanu to oferuje spolszczenie i wybór poziomu trudności - albo standardowy albo fabularny, który można dostosować pod siebie zmieniając mnożnik obrażeń zadawanych i przyjmowanych.
Opublikowano środa o 18:543 dni Skończyłem sobie Phoenix Wright: Ace Attorney. Bardzo fajna czytanka zabijanka. Dużo humoru, wybitna ścieżka dźwiękowa, mnóstwo wyrazistych bohaterów i fajne sprawy do rozwiązania, polecam. Z minusów nie podobała mi się oprawa graficzna, widać że to staroć i mimo zremasterowania wypada dość blado przy dzisiejszych visual novelkach. Zbyt łatwe sprawy, idzie sie jak przecinak i dopiero przy ostatniej rzeczywiście trzeba cokolwiek użyć mózgu przy kilku rzeczach. Sterowanie po lokacjach dość niewygodne, trzeba sie niepotrzebnie przekopywać przez kilka obszarów żeby gdzieś dojść. Do tego 2 ostatnie sprawy jak na mój gust były nieco zbyt długie.
Opublikowano środa o 19:413 dni 46 minut temu, Pupcio napisał(a): Do tego 2 ostatnie sprawy jak na mój gust były nieco zbyt długie.To lepiej nie graj w nic poza oryginalną trylogią.
Opublikowano środa o 19:513 dni A nie zamierzałem nawet Ja to rzadko ruszam takie czyste visualki, dwójke pewnie dopiero rusze na jesień jak sie zrobi zimno i ciemno
Opublikowano czwartek o 10:053 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Po jakichś 15 godzinach padł Cronos: The New Dawn. Nie wszystkie z tych godzin będę wspominał miło i nie wynika to bynajmniej z faktu, że gra jest jakaś ryjąca banię grozą. Po prostu czułem bardzo mocny dysonans między, nazwijmy to, elementami świata przedstawionego, a tym, co oferował gameplay. Bo mamy tu miks świetnie wykreowanej rzeczywistości i co najwyżej poprawnego gameplayu, który zaciąga niby ze wszystkich wzorców gatunku, stara się posiadać jakieś swoje wyróżniki, ale chwilami solidnie zamula.Zacznę od tego, co niewątpliwie działa - wizja Krakowa z lat 80., który został zdewastowany przez obrzydliwie mutującą ofiary chorobę robi wrażenie. Do tego bardzo ładnie wypadają retrofuturystyczne projekty postaci czy sprzętu, a całość ładnie zostaje wzbogacona syntetyzatorowym plumkaniem. Daje to naprawdę udany klimat, a i sama fabuła wypada zaskakująco dobrze. Nie są to niby motywy szczególnie wyjątkowe, ale bardzo na plus oceniam to, jak zostaje poprowadzona fabuła i to, że w zasadzie:lekkie spoilery, bardziej poruszane wątki, niż fabuła sensu strictenajwiększym horrorem są nie zarażeni jako potwory, a wątek tożsamości i prawa do dysponowania nią uwidaczniający się w naszej bohaterceA jak się w to gra? W teorii wszystko zrobiono podręcznikowo przy tej konwencji - zarządzamy ekwipunkiem i ograniczonymi zasobami (ale nigdy nie znajdziemy się w sytuacji, gdzie wystrzelamy się całkiem z amunicji, no chyba, że mamy dużego zeza czy coś), nawigujemy naszą ociężałą protagonistką starając się unikać zwarcia, bo w tymże ani nie mamy uników ani skutecznych narzędzi do walki wręcz, a eliminując przeciwników staramy się nie doprowadzić do sytuacji, w której ci wchłoną truchła pozostałych i się w ten sposób dokoksują. Bonusowo rozwalamy wybuchowe beczki. No i mamy moc "odnawiania" obiektów, która czasem używana jest w walkach, zwłaszcza z bossami i skoki między platformami grawitacyjnymi, które to mechanicznie miały potencjał, ale gra wykorzystuje je tylko w ostatniej walce.No i leziemy, strzelamy, leziemy, strzelamy, mamy aż jedną zagadkę w grze, no i leziemy i strzelamy. I nie byłby to zarzut (lubię dużo gier, gdzie się lezie i strzela), ale ze względu na bardzo ograniczoną liczbę rodzajów przeciwników i raczej mało kreatywne projekty pojedynków (co gorsza, bossowie też się głównie powtarzają) zaczyna to w pewnym momencie nieco męczyć. Sekcję od szpitala do opuszczenia pewnego zabytkowego budynku przechodziłem mocno zmuszając się do gry, bo czułem się już zmęczony. Końcówka znowu była bardziej wciągająca, ale spokojnie i szpital i drugą miejscówkę można by mocno skrócić i bawiłbym się lepiej.A sama horrorowość? Gra nie straszy - ot, są jakieś jump scary, dosyć powtarzalne, ale ani nie ma tu sytuacji, gdy gra sugeruje wyobraźni najstraszniejsze możliwe rzeczy za załomem, ani nie czujemy dużego stresu związanego z brakiem zasobów. Ot, jeżeli mamy praktycznie wyzerowaną amunicję, to najbliższa skrzynia czy ubity wróg dostarczą nam akurat tyle amunicji, aby przetrwać kolejną walkę. Potwory miały znacznie większy potencjał uwzględniając mocno "fizyczny" charakter horroru, ale poza typami zwisającymi ze ścian i bossem we wspomnianym zabytku żaden nie miał jakiegoś co bardziej odpychającego designu.Grę skończyłem pchany głównie bardzo odpowiadającym mi klimatem i pewną ciekawością związaną z przebiegiem fabuły w drugiej połowie gry, natomiast gameplayowo to tytuł bardzo przeciętny. Ja wiem, że team B Blooberów, że gra powstawała oddzielnie od rewelacyjnego SH2R, że to doświadczenie na pewno zaprocentuje przy kolejnej "akcyjnej" grze Krakowiaków, ale po prostu mimo bardzo pozytywnego nastawienia i wybaczania różnych rzeczy nie jestem w stanie tej gry ocenić jako więcej, niż niezłej.
Opublikowano czwartek o 22:332 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Nightmare Creatures IIJako 8/9 latek pierwszy raz wziąłem się za bary z tym tytułem i poległem. Z tamtego okresu w pamięci utkwiła mi pierwsza cutscenka, w której to główny bohater na zmianę kręci się w kółko po pokoju i siada ze zwieszoną głową na łóżku. Wtedy jeszcze nie rozumiałem angielskiego, ale po jego zachowaniu wydedukowałem, że chłop przechodzi przez jakieś załamanie nerwowe. No ale jak wiadomo cutscenki w tamtych czasach długo nie trwały i szybko trzeba było przejść do konkretów. Biorę siekierę w łapy, wychodzę przez drzwi i ginę raz za razem finalnie nie kończąc pierwszego poziomu.20 lat póżniej nadal wraca do mnie ta gra we wspomnieniach. Oczywiście raz na jakiś czas, bo to nie było tak, że przez tyle lat nie mogłem spać po nocach przez podrażnioną ambicję i nie mógłbym umrzeć szczęśliwy bez dotarcia do napisów końcowych. Jednym z powodów było również to, że w końcu mój ojciec złapał za pada i postanowił spróbować swoich sił. Jego wcześniejsze doświadczenie to zagranie kilku meczów w Fifę, więc ciężko było być optymistą. No ale ku mojemu zdumieniu ubił parę maszkar więcej, pokonał większy dystans, potem go niestety zaciukali kilka razy i trzeba było zaczynać cały etap od nowa. Więcej prób nie podejmował, bo już dalej nie chciało mu się grać. To był ostatni dzień w moim życiu, w którym widziałem starego... z padem w ręku, najwidoczniej nie złapał bakcyla, a szkoda, bo radził sobie nieżle.Wróciłem po tylu latach i pierwsze co mnie uderzyło to fakt, że design lokacji i potworów nadal robi wrażenie. Lokacje są mroczne i różnorodne (jakieś cmentarze, kino, paryskie i londyńskie uliczki, kanały, szpital psychiatryczny) bestie też są niczego sobie i dobrze się prezentują. System walki jest mocno ograniczony i niewiele oferuje z dzisiejszej perspektywy, ale trzeba oddać twórcom, że to jedna z tych gier, przy której trzeba trzymać nerwy na wodzy i nie napalać się zbytnio, bo jeden cios za dużo i można dostać kontrę, środki lecznicze są ograniczone, wrogów jest sporo. a i pasek hp nie należy do najdłuższych jakie widziałem, więc każdy błąd boli podwójnie. Nieraz było tak, że modliłem się o apteczkę i leciałem na oparach pokonując kilku oponentów po drodze walcząc maksymalnie zachowawczo byle nie dać się trafić. Dodatkowym ułatwieniem jest to, że co jakiś czas można znależć zaklęcia albo amunicje do broni palnej i skasować jakiegoś bydlaka bez wchodzenia z nim w walkę w zwarciu.Zawiodły na pewno bossy, ale też biorę poprawkę na wiek produkcji. Praktycznie każdy z nich to leszcz na jedną próbę (jeden z nich poszedł na trzy hity i cała walka trwała może z pół minuty) a ostatni to już w ogóle zrobiony przez twórców na szybko byle skończyć grę i pojechać na urlop. Czasówka w stylu podłóż dwie bomby, masz na to ileś tam sekund, potem cutscenka jak skurwiel wylatuje w powietrze, a główny bohater znajduje w końcu swoją zaginioną partnerkę i to by było na tyle, dziękujemy za uwagę.Pomimo tych wszystkich archaizmów kocham ten tytuł i muszę przyznać, że jest tak dobry jak go zapamiętałem. Za dzieciaka pokochałem go za klimat, a znienawidziłem za poziom trudności. Teraz w końcu mogłem się nim cieszyć bez większej frustracji, bo mój skill nareszcie pozwala mi grać w coś trudniejszego niż kangurek kao.Po ukończeniu poczytałem trochę na temat dalszych losów tej marki i okazało się, że trzecia część została skasowana (urywki z intro trójki wyglądają jak jakiś Resident Evil Village demake) potem jeszcze w planach był remake/reboot, ale finalnie projekt został porzucony. Ktoś może powiedzieć, że póżniej nadszedł Bloodborne, więc głód na grę w podobnych klimatach został zaspokojony, ale i tak szkoda, że tak to się wszystko potoczyło. Jakoś 3-4 lata temu skończyłem pierwszą odsłonę (w nią akurat nie grałem za dzieciaka, zacząłem od dwójki) dzisiaj drugą i chciałbym jeszcze, ale niestety nie można mieć wszystkiego. Może gdzieś w alternatywnym wszechświecie cieszą się 10 odsłoną Nightmare Creatures, która robi furorę jak u nas seria RE albo Silent Hill. Edytowane piątek o 06:122 dni przez Czokosz
Opublikowano czwartek o 22:432 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Super Mario Galaxy (Switch)Post z poślizgiem, bo "fabułę" ukończyłem z miesiąc temu, ale w planach miałem pobawić się jeszcze trochę w endgame i dobić do tych klasycznych 120 gwiazdek (na razie stanęło na 100 albo 101). Cóż, nie wyszło xD. Ale wszystko przede mną. Choć wiem, że tam się coś jeszcze odwala i komplet to bodajże dwukrotność tej liczby, no ale już bez przesady. Ciężko mi męczyć grę, kiedy już nastąpiło jakieś jej oficjalne zakończenie, dlatego też staram się robić wszystko, co dam radę, zanim dotrę do napisów końcowych. Ot taka przypadłość, nie poradzę.Zgodnie z własną tradycją, Mariana trzymałem na okres świąteczny. Powoli mi się już notabene kończą główne gry z serii, ale grunt, że SMG2 jeszcze czeka, może do tego czasu zapowiedzą coś nowego. No ale wracając: SMG idealnie wpasował się w świąteczno-noworoczną i ogólnie zimową atmosferę, ale przede wszystkim jest po prostu świetną grą. Chociaż (tu mogę się co niektórym narazić) oczekiwałem chyba czegoś jeszcze mocniejszego. Może wręcz czegoś niemożliwego, bo po tak wysokim poziomie hype'u i prawie 20 latach pompowania balona, jakoby to SMG i jego sequel były mesjaszami platformówek i przeżyciem wręcz mistycznym, w zasadzie ciężko było sprostać oczekiwaniom.Żeby nie było: to wspaniały platformer. W sumie nie mam się do czego przyczepić, może poza niezmienną i IMMANENTNĄ cechą Marianów w 3D, czyli specyficznym feelingiem bohatera i lekką ociężałością skoków (i zminimalizowaną możliwością manewrowania w powietrzu) tudzież "ślizganiem się" i rozpędzaniem. Nieraz skutkowało to zrobieniem salta zamiast skoku z rozpędu. Inna sprawa, że podstawowe playthrough i nawet to 100 gwiazdek nie stanowiły jakiegoś specjalnego wyzwania (dosłownie parę "kometowych" czelendży wymusiło kilka powtórek, przy czym wyzwanie polegało głównie na tym, że po śmierci trzeba zaczynać od samego początku, chociażby zbierając 100 fioletowych gwiazdek na poziomie). O właśnie, to może od razu dorzucę minusik za system komet: kto grał, ten wie, ogólnie chodzi o to, że pojawiają się randomowo, ewentualnie można je "przywołać" za walutę (tylko u jednego NPCa), ale też niekoniecznie tam, gdzie akurat mamy jeszcze coś do zdobycia. Zbędna upierdliwość. Występują tu też inne dziwne pomysły, które zwalam na karb wieku SMG. Ot np. dla testu chciałem sobie sprawdzić inną postać na osobnym save. Po powrocie do "swojego" Mariana, miałem wyczyszczony licznik żyć. Dzięki Nintendo.No dobra, bo jak nieraz wspominałem, łatwiej pisze się o czymś, co w grze uwierało, a potem w poście jest dysproporcja między pochwałami i ganieniem. Bawiłem się naprawdę bardzo dobrze. Czysty fun i radocha, czyli magia N w pigułce. Za sprawą zasadniczego pomysłu na gameplay, jakim są mini planety (choć trafiamy też na większe), SMG jest, że tak powiem, mocno natychmiastowe. Nie żebym jakoś często grał z doskoku, ale jak się już zdarzyło, to można było sobie spokojnie zapewnić jakiś element postępu przy krótkiej sesyjce. Choć nie ukrywam, że jestem fanem raczej bardziej "klasycznej" otoczki i dla mnie opus magnum w świecie hydraulika dalej pozostaje Odyseja. Ale Galaxy to taki trochę złoty środek, bo są tu, jak wcześniej napisałem, również obszerniejsze levele. Ogólnie dużo tu różnorodności i chyba za to należą się największe pochwały dla gry. Po prostu co chwila dostajemy jakiś nowy patent i nie sposób się znudzić. Co prawda nie wszystkie są aż tak trafione (Mario-Sprężyna chociażby, albo ujeżdżanie kuli, męczące fragmenty), ale większość wywołuje banana na gębie. Do tego mimo wieku prezentuje się to naprawdę wybornie. Jasne, czysto technicznie widać pewne uproszczenia, ale level design, projekty postaci (ultra urocze Lumy, z moim faworytem w postaci gwiazdki-głodomora) czy w końcu kolorystyka i wszelkie kosmiczne efekty (szczególnie na Oledziku) wyglądają naprawdę bajkowo. Do tego piękne melodyjki, na czele z motywem w hubie (nabierającym coraz więcej głębi wraz z naszym postępem). Całość jest dopracowana na najwyższym poziomie. No i to typowe dla serii połechtanie gracza różnymi dżinglami i wyrzuty dopaminy przy osiąganiu progresu, choćby odnajdując kolejne gwiazdy. Uzależniające.Pisząc o SMG nie da się nie poruszyć tematu sterowania, szczególnie w kontekście jej rodowodu (czyli Wii z jego Wiilotem). Cóż, faktem, jest, że najlepiej gra się z odpiętymi Joy-Conami (co niekoniecznie musi wiązać się z odpalaniem gry w trybie stacjonarnym: ja sobie często pykałem z konsolką opartą o nóżkę). Sterowanie z elementami ruchowymi jest intuicyjne, choć wskaźnik lubi wariować i często trzeba go resetować. Jest po prostu wygodniej, ale jest też wtedy większa wczuwka, inaczej mówiąc: immersja. Co innego klikać sobie przyciski, a co innego energicznie machać kontrolerem w celu wystrzelenia wąsacza w kosmos. Nie zmienia to faktu, że poza kilkoma patentami gameplay'owymi (przede wszystkim chwytanie się gwiazdek "liną") spokojnie można sobie dać radę w trybie handheldowym. Ot, mazianie po ekranie w celu zebrania okruchów gwiazd nie należy do najwygodniejszych rozwiązań, no i siłą rzeczy zasłaniamy sobie wtedy widok. Ale koniec końców nie miałem tu dylematu i zazwyczaj kontrolery były odpięte.O czym tu jeszcze można napisać? Atmosfera jest super, bossowie są super, strój pszczoły jest super, zabawa z grawitacją jest super (ale już motanie się kamery i sterowania przy tej zabawie nie jest super). Nie są super wyścigi wodne czy wspomniane już balansowanie na kuli). Świat "zabawkowy" odstaje klimatem i poziomem od reszty. Ale to szczegóły. Sumarycznie? Super gra. Grać i się jarać. Ja grałem i nie chciałem, żeby się to kończyło, ale miałem na uwadze, że gdzieś tam czeka na mnie jeszcze kontynuacja. No i dozbieranie chociaż tych 20 gwiazdek. Czy SMG to klasyczne 10/10? W 2007 pewnie tak, dla mnie, na dzień dzisiejszy, już nie. Ale w sumie co z tego? To, co dostałem, w zupełności mi wystarczyło do szczęścia. Edytowane czwartek o 23:012 dni przez kotlet_schabowy
Opublikowano piątek o 19:101 dzień Halo 4/5 - ok, to nie sa zle gry. Czworka ma bardziej wartka akcje i calkiem przyjemna walke zarowno w obrebie gunplayu jak i pojazdow. Piatka potrafi ladnie wygladac i rowniez jest dynamiczna przez wieksza czesc gry. Nie potrafie jednak skumac jak mozna bylo tak pokpic sprawe wszystkiego innego. Przy okazji maratonu z poprzednimi trzema odslonami czasem zatrzymalem sie by nadgonic wydarzenia, doczytac logi i jakos ogarnac linie fabularna bo gra zachecala mnie do tego. Tutaj nie potrafie strescic ani czworki, ani piatki. Ogrywajac Halo 4 czulem sie jakbym gral w to po raz pierwszy. Poza tym przysiaglbym, ze czworka konczyla sie bitwa powietrzna z Didactem. Tutaj nic nie bylo znajome, a nawet przekrecalo na opak to co wydawalo mi sie, ze pamietalem z przygody na 360ce. No nie wiem. Killroomy byly fajne, ale kombinacje broni byly w moim przypadku niezmienne niemal przez cala gre. Snajpy, carbainy i shotguny dominowaly kazde starcie i nie bylo zbytnio pola manewru w tym temacie. Tak bede pamietal Halo 4 niestety, a to za malo jak na ta franczyze.H5 jest totalnie mialkie. Tak, sa ciekawsze momenty. Sam poczatek i renderowana akcja przed wprowadzeniem gracza do gry moze sie podobac. Zawsze bylem fanem Laury Bailey wiec ciesze sie, ze akurat ona w tym jest. Filion jakos sie sprawdza choc niezbyt pasuje do calosci. Pod koniec jest motyw ze zbieganiem z jednego z Guardianow. To tez moze sie podobac. Szturm na jakas twierdze na wodzie wraz z Arbiterem tez byl niezly.Sa jednak takie kwiaty ja ten jebany Warden, ktorego nie kupuje jako antagonisty. Trzeba z tym bucem walczyc z 5 razy. Kazdorazowo walka jest podobna do poprzedniej i nawet finalna nie odbiega.Szczerze? Nie ma o czym mowic w kontekscie 5ki. Cortana zwariowala. Halsey teskni za 117. Na koncu sie spotykaja. Tyle. Odstapienie od Master Chiefa nie wyszlo grze na dobre. I tyle.
Opublikowano 18 godzin temu18 godz. Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Wiedźmin 3 PS5Od premiery gry minęło 11 lat, a od momentu jak ją kupiłem 6, także czas ucieka nieubłaganie ale Wiedźmin dalej w dobrej formie, przynajmniej w wersji na PS5 trzyma się bardzo dobrze. Dla lepszych wrażeń przed samą grą odświeżyłem sobie wszystkie opowiadania i Sagę o Wiedźminie, także przygotowanie z teorii było top. Przy pierwszym uruchomieniu już byłem kupiony, nawet przed samym odpaleniem gry. Wystarczyło intro żebym wiedział, że będzie bardzo dobrze a okazało się, że było rewelacyjnie. Krótka wizyta w Kaer Morhen, żeby poznać podstawy gry i zaraz lądujemy z Vesemirem na szlaku w zniszczonym wojną i nękanym przez potwory Velen w celu odnalezienia Yennefer.Zacząłem grę na najwyższym poziomie trudności, także początek był dosyć trudny bo miałem problem żeby pokonać pierwsze ghule. Metoda na Rambo nie wchodziła w grę bo pasek energii znikał w oczach a potwory nie chciały grzecznie czekać w kolejce na unicestwienie. Lekka irytacja była ale dobrze, że nie zmieniałem poziomu trudności bo tak naprawdę tylko początek był trudny. Jak już ogarnąłem system walki i zrozumiałem, że nie trzeba grać jak w soulsach, oprócz rolowania mamy jeszcze unik, który pozwala w lepszy sposób kontrolować przebieg walki to gra była dużo przyjemniejsza a na niższym poziomie trudności mogła by być za łatwa. System walki daje naprawdę dużo możliwości, możemy odblokować nowe ruchu dzięki którym możemy siekać wszystkich dookoła w tłumie i wzmocnić podstawowe ataki ale możemy też ulepszyć znaki rzucane przez Geralta. Niektóre ulepszenia przydają się przy zadaniach, gdzie możemy kogoś przekonać znakiem do naszych racji zamiast posiekać go mieczem. Trzeba tylko pamiętać o tym, że wykupienia ulepszenia nie aktywuje go od razu a trzeba go wrzucić w odpowiednie miejsce w menu umiejętności. Miejsca na ulepszenia są ograniczone dlatego trzeba nimi czasem żonglować jak chcemy coś zmienić, ale zmiany są raczej rzadkie jak już dobierzemy optymalny zestaw pod własny styl grania. Jak na prawdziwego RPG przystało ilość gratów do zebrania jest ogromna i już w jednej z pierwszych misji fabularnych musiałem ratować się umiejętnością większego udźwigu bo Geralt wyraznie wolał nordic walking od biegania jak miał za dużo zebranego sprzętu. Większość sprzedawałem, część rozbierałem na składniki potrzebne do ulepszeń a zostawiałem tylko te najmocniejsze. Praktycznie całą grę zrobiłem w wiedźmińskich ciuchach bo większość zbroi powodowała, że Geralt wyglądał jak wujek Mietek ze Spychowa a nie wiedźmin i nie mogłem na to patrzeć.Będąc przy wrażeniach wizualnych, gra mimo tylu lat na karku dalej daje radę i wygląda naprawdę dobrze. Zanim odblokuje się punkty szybkiej podróży, trzeba trochę przejechać na Płotce ale nie jest to na pewno nudne bo widoki są naprawdę ładne a i potworów do wybicia po drodze zawsze się trochę znajdzie. Każde z miejsc trochę się do siebie różni także nie można narzekać na monotonię. Oxenfurt i Novigrad tętnią życiem, co jakiś czas można komuś pomóc, ktoś chce nas oszukać albo rzuci za Geraltem jakiś miłym tekstem. Jest jeszcze Skellige, które wprowadza nordyckie klimaty i też wygląda bardzo dobrze ze swoją fauną i florą. Jedyny problem jaki miałem z tą lokacją to przemieszczanie się po niej, tu nie było dróg na skróty bo przeważnie albo niemożliwe wejście pod górę, albo możliwość złamanie sobie karku spadając właśnie z takiej góry wymagało dużego nadkładania drogi. Jedyne do czego mogę się przyczepić to mała ilość modeli przypadkowych ludzi. Od pewnego momentu w grze widać dużą powtarzalność i ma się lekkie deja vu. Może gdyby w zadaniach pobocznych była większa różnorodność modeli postaci to nie było by to aż tak odczuwalne. Wszystko bolączki i tak rekompensuje świat przedstawiony i fabuła.Gra jest idealnym przykładem jak można wykorzystać materiał źródłowy zachowując to co w nim najważniejsze mimo własnych pomysł na rozwinięcie historii (shame on you N). Od samego początku można znaleźć dużo nawiązań do książek czy nawet całe fragmenty z opowiadań Sapkowskiego. Człowiek nie raz zaśmiał się pod nosem wyłapując pewne smaczki jak np. autor jednej z książek jakie można znaleźć na początku gry Julian Alfred Pankratz albo Geralt rzucający tekst "Widły, niebezpieczna broń w tłoku". Można się nawet przekonać, że jak się Geralt napije to budzi się drzemiący w nim poeta. Redzi kontynuują nawet zabieg Sapkowskiego, czyli nawiązania do znanych bajek i legend, gdzie w jednej z misji jest ewidentne nawiązanie do Królewny Śnieżki i 7 krasnoludków. Często czytałem też zapisy dotyczące misji, napisane tak jak by to opisywał Jaskier. Jako fan książek jestem zachwycony tym co widziałem i słyszałem, codziennie siadałem z myślą, że zagram górę godzinę a kończyło się przeważnie na 2-3 godzinach bo szkoda było się oderwać.Jednym z powodów takiego wydłużania sesji był Gwint, który przy pierwszej rozgrywce jakoś bardzo mnie nie zachwycił ale jak już załapałem o co chodzi to przepadłem na dobre. W założeniu bardzo prosta gra ale im dalej w las, im więcej kart i opcji ich wykorzystania tym jest co raz ciekawiej. Maiłem kilka partii gdzie popłaciła ostrożność i cierpliwość, było kilka gdzie zakląłem pod nosem bo przegrałem przez swoją głupotę ale zdarzyły się też takie gdzie zwycięstwo nie było oczywiste. Myślałem, że przerżnę ale przeciwnik wyprztykał się ze swoich kart i nie miał czym zagrać w ostatnim rozdaniu dzięki czemu był remis a w dogrywce nie było już wątpliwości, kto jest lepszy. Bardzo duży plus za taką dodatkową atrakcję, która potrafi wyrwać kilka godzin z życia.Nie można też pominąć kwestii świetnej polskiej wersji językowej. Za granie w Polsce po angielsku w Wiedźmina powinna być jakaś kara chłosty albo chociaż dyby na dwa dni. Pomijam już nawiązania do książek o których pisałem ale nawet idąc przez wieś, człowiek może usłyszeć ciekawą rymowankę o cesarzu Emhyrze i od razu dzień staje się lepszy. Śpiewanie Geralta jak polował na wampira po pijaku czy właśnie te wszystkie zaczepki na ulicach. Mimo tego, że w ciągu gry powtarzają się one co jakiś czas, zawsze śmieszą. Został tu odwalony kawał dobre roboty. Jedynie na początku trochę wieśniacy mnie drażnili z tym swoim przesadnie wieśniacki akcentem ale później było już tylko lepiej.Trochę żałuję, że tak długo czekałem żeby zagrać w trzeciego Wiedźmina bo teraz widzę czemu ta gra była i jest takim fenomenem. Co najlepsze broniłem się przed nią ze względu na jej długość, bo obecnie człowiek ma mniej czasu na granie, ale teraz mimo tego, że mam ponad 110h na liczniku z marszu biorę się za dodatki bo ciągle mi mało tego świata i tych bohaterów. Nie wiem czy są jeszcze takie jednostki jak ja, które nie przeżyły tej wspaniałej historii, ale mogę grę polecić z czystym sumieniem bo warto jej poświęcić każdą minutę.
Opublikowano 16 godzin temu16 godz. Tomb Raider: The Last Revelation Remastered [PS5]To Tomb Raider, do którego mam zdecydowanie największy sentyment. Jeszcze na pierwszym PlayStation zagrywałem się w niego namiętnie, spędzając z Larą pół Wigilii, już odświętnie ubrany w oczekiwaniu na gości. O ile potrafię docenić różnorodność lokacji w poprzednich częściach, to właśnie The Last Revelation najlepiej rezonował z moimi potrzebami i wyobrażeniami tego, jak powinna wyglądać przygoda panny Croft. Bowiem czwarta część Tomb Raidera w całości ma miejsce w Egipcie. Urozmaicenie jest, ale takie na ile pozwalała przyjęta koncepcja. Będzie trochę pustyni, nieco grobowców, zapomnianych pałaców, piramid, przejedziemy się pociągiem, odwiedzimy też stolicę czy Aleksandrię. Co dla mnie najważniejsze, twórcy tym razem postawili na dużo większą izolację Lary, a nacisk położyli na eksplorację, walkę wyraźnie spychając na drugi plan. Względnie niewiele przyjdzie nam się strzelać z ludzkimi przeciwnikami, bo na naszej drodze stanie przede wszystkim dziki, egipski zwierzyniec - skorpiony, szakale, tradycyjne dla serii nietoperze, krokodyle. Natomiast w głębokich podziemiach i grobowcach natkniemy się na ożywionych starożytnych strażników, mumie (nie mogło zabraknąć!) oraz mordercze chmary skarabeuszy niemożliwych do zabicia konwencjonalną metodą, więc zabierz pochodnię, bo boją się ognia i uważaj gdzie wkładasz ręce. Z ulgą zauważyłem też, że spuszczono nieco z tonu w kwestii zagrożeń środowiskowych. W The Last Revelation można się rozluźnić, bo poziomy nie są zaprojektowane tak, żeby co pięć minut coś próbowało nas zabić. Ograniczono zapadające się podłogi, spadające nam na głowę głazy, ogniste pułapki, mordercze ruchome piaski czy rwące rzeki. Jeśli się zastanowić, to tego wszystkiego praktycznie tutaj nie ma. Gra obchodzi się z nami dużo łagodniej z rzadka tylko zaskakując śmiertelną pułapką, bo co to byłby za grobowiec faraonów, gdyby nie miał zabezpieczeń przed plądrowaniem? Ale to wszystko powyżej sprawia, że w atmosferze czwartego Tomb Raidera wręcz się zakochałem. Bez większych stresów mogłem oddać się odkrywaniu tych wszystkich starożytnych cudów, które pochowali przede mną twórcy.The Last Revelation jest więc mocno “przygodówkowy”. Rozgrywka chwilami przypomina grę z gatunku “wskaż i kliknij”, bo przyjdzie nam łączyć niektóre przedmioty w ekwipunku, oraz używać ich w dedykowanych miejscach. Mniejsze, pojedyncze poziomy potrafią się łączyć w jeden duży, więc gra wymaga większej świadomości otoczenia i orientacji w terenie. Wielokrotnie będziemy musieli wrócić ze znalezionym przedmiotem dwa poziomy wcześniej, choć oczywiście gra oferuje w tym względzie wygodne skróty, aby zminimalizować mało pasjonujący backtracking. Wciąż nie zabraknie dużych, pojedynczych lokacji, w których będziemy sobie po prostu torować drogę naprzód i umiejętnie skakać po platformach, szarpiąc przeróżne dźwignie (teraz umieszczone również na sufitach, czy wysoko na ścianach), szukając skrzętnie poukrywanych elementów wyposażenia, amunicji, apteczek, broni. A co powiecie na partyjkę w starożytnego “chińczyka” od wyniku której zależeć będzie nasza dalsza ścieżka przez poziom? Nie brakuje w Egipcie ciekawych elementów i fikuśnych mechanizmów. Fajnie się to wszystko odkrywa.Oczywiście są też usprawnienia w rozgrywce. Lara zyskała dodatkowe animacje opuszczania się na krawędź, a podczas przesuwania się po nich na rękach kąty ścian nie są już przeszkodą, co otwiera szersze możliwości eksploracyjne. Doszło bujanie się na linach, rozwiązane odrobinę niezgrabnie i chwilami wymagające aż zbyt wysokiej precyzji, ale twórcy nas tym elementem nie molestują co dziesięć minut i to raptem kilka trudniejszych fragmentów na całą grę. Podobną nowością jest wspinanie się i “strażacki zjazd” po wszelakich rurach i tyczkach. O łączeniu przedmiotów już wspominałem, ale dodam jeszcze różne rodzaje amunicji do kilku broni czy podręczny łom, który pomoże nam wyważyć niektóre drzwi, albo dostać się do sekretów. Na poziomach znajdują się zniszczalne elementy (skrzynki, wazy), które skrywają bonusowe przedmioty. Kuszę i rewolwer możemy wyposażyć w celownik laserowy, który pozwala celować w trybie FPP. Gra wykorzystuje to w kilku zagadkach środowiskowych, więc warto pamiętać. Podobnie jak o będącej w naszym wyposażeniu lornetce z podświetleniem, bo pozwala ona odkryć kilka podpowiedzi do wspomnianych zagadek.Z nowymi pojazdami jest skromnie, bo krótko pojeździmy dżipem, a nieco dłużej motocyklem z koszem, na szczęście to całkiem przyjemna czynność, nie to co kajaki z TR3. Niektórych może rozczarować brak różnorodnych strojów. Z racji, że cała przygoda tym razem rozgrywa się w jednym kraju, nie ma potrzeby przebierania się i Lara nieustannie biega w swoim ikonicznym ubranku. Za plus uznam, że teraz jej body mają urocze wycięcia na biodrach. Ach, no i tym razem zabrakło tradycyjnej posiadłości Croftów. W ramach tutorialu rozegramy prolog postacią nastoletniej Lary, która wraz ze swoim mentorem Wernerem Von Croyem udała się do Kambodży. Dziad za pomocą noża heroicznie walczy z dzikimi świniami i nie żałuje młodej Croftównie nieco dwuznacznych komentarzy. Ma vibe creepa, który lubi lolitki z dwoma warkoczami. Dla zasady dodam jedynie, że spośród wszystkich dotychczasowych części The Last Revelation ma najsłabszy pakiet dodatków. Tym razem jest to tylko jeden poziom, krótki i banalnie prosty. Cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.Doskonale zdaję sobie sprawę, że wszystkie te elementy, które ja doceniam w czwartym Tomb Raiderze dla innych mogą być wadami. Ale to już nie mój problem, prawda? Ja uwielbiam The Last Revelation za spójność miejsca, atmosferę lokacji, zepchnięcie na boczny tor strzelanin z ludzkimi przeciwnikami, postawienie na eksplorację, izolację, taką sytuację. Czysto subiektywnie - najlepszy Tomb Raider, nie zapraszam do dyskusji, bo to bez sensu.Było tak fajnie, że przeszedłem dwukrotnie i planuję trzeci raz - po platynę. Tryb New Game + ponoć trudniejszy i zmienia położenie przedmiotów, więc prawie jak nowa przygoda!Maestro [PSVR2]Nigdy nie chciałem zostać dyrygentem orkiestry, ale od czego są gry, jak nie od próbowania różnych głupich rzeczy? Maestro potrafi już od początku rozbawić swoją sarkastyczną elegancją i nastrojem pełnym zgryźliwych komentarzy co do naszego potencjału w roli koncertmistrza z batutą. Szkoda jedynie, że wszystko to w pewnym sensie kończy się już po pierwszych kilkudziesięciu minutach tutorialu. Później jesteśmy pozostawieni sami sobie i jedyne co możemy, to wybierać kolejne utwory z listy, aby je z różną gracją dyrygować. Żadnych urozmaiconych trybów, jedynie trzy poziomy trudności do wyboru i kilkanaście klasyków muzyki poważnej w repertuarze. Nawet jeśli wiele z utworów ekscytuje, to tylko wybranymi epickimi fragmentami, a między nimi potrafią niestety nieco przynudzać pewną powtarzalnością. No, chyba że uwielbiasz muzykę klasyczną. Ja ją doceniam, ale uznaję, że w grze rytmicznej to jednak wypada tak sobie.Spośród trzech poziomów trudności pierwszy usypia, drugi jest zbyt łatwy (wbijałem najwyższe oceny przy pierwszych próbach), a trzeci jest dla mnie za trudny i zbyt chaotyczny. By się przydało coś pośrodku jeszcze. Rozgrywka jest przyjemna i szybko można złapać zasady. Gra dużo też wybacza i często interpretuje nieprecyzyjne gesty na naszą korzyść. Maestro umożliwia też rozgrywkę bez kontrolerów, ale tracking gołych dłoni bywa mocno kapryśny, szczególnie w intensywniejszych fragmentach. Polecam więc kontrolery, mimo wszystko. Zasadniczym problemem Maestro jest nikła "regrywalność". Zaliczając kolejne koncerty odblokujemy nowe utwory i trochę elementów kosmetycznych (rękawiczki, batuty, sceny, stroje muzyków), ale potem kończą się motywacje. Możemy jedynie bez końca powtarzać ulubione kompozycje, śrubować wynik punktowy, ale średnio to inspirujące. W takich sytuacjach zwracam się zawsze w kierunku trofeów, ale tutaj wszystkie wpadły już po jednokrotnym zaliczeniu “na złoto” każdego kawałka, niezależnie od wybranego poziomu trudności. Sytuację próbują ratować zestawy DLC. Postarano się w nich na licencjonowane utwory dla fanów m.in. Władcy Pierścieni, Piratów z Karaibów, Harry’ego Pottera, ale to są płatne paczki (tylko jedna jest darmowa). Szkoda, bo w tym widziałbym ratunek dla Maestro - więcej kompozycji naszych czasów, bo dyrygowanie do czołówki serialowej Gry o Tron wreszcie pobudziło we mnie emocje na dłużej. Wyobrażam sobie jakieś paczki DLC z utworami z innych gier, bo wśród graczy z pewnością więcej jest fanów gier właśnie, niż Beethovena czy Mozarta. Taka prawda.Maestro to fajna gra, ale na długo nie wystarcza. Ruffy and the Riverside [PS5]To niby platformówka, ale wyzwań zręcznościowych tutaj albo nie ma, albo są łatwe i symboliczne. Ruffy and the Riverside pod kątem rozgrywki bliżej do jakiejś eksploracyjnej przygodówki, może collectathona, choć świecidełek do zebrania tutaj nie ma porażająco dużo.To, czym Ruffy się wyróżnia, to mechanika SWAP. Polega ona na tymczasowej podmianie tekstur otoczenia, co bohater wykorzystuje na wszelakie sposoby. Po wodospadzie będziemy mogli się wspinać, jeśli podmienimy teksturę wody na pobliskie pnącza. Pływającego w zbiorniku wodnym rekina pozbędziemy się, gdy wodę zamienimy w lawę. Zatopiony skarb wypłynie, gdy metalową skrzynię podmienimy na drewnianą. Po lawie przejdziemy, jeśli tymczasowo zamienimy ją w lód. Rzecz w tym, że nie możemy swobodnie decydować, na co zamienić daną teksturę, bo SWAP działa tylko w ograniczonym otoczeniu i potrzebuje “źródła”, więc aby metal stał się drewnem musimy zlokalizować jakiś drewniany element. Lawy nie wyczarujemy z rękawa, bo potrzebujemy źródła ognia. I tak dalej, i tym podobne.Na tej mechanice podmiany w zasadzie opiera się cała gra i chwilami robi to w naprawdę kreatywny, zabawny sposób. To na nią położony jest nacisk, dlatego też tak trudno mi się podpisać pod określeniem Ruffy’ego platformówką. Oczywiście są w grze też inne patenty, jak wyścigi na belach siana (i konkurs tricków na half-pipe), albo fragmenty wymagające nieco więcej zręczności, ale w gruncie rzeczy to przyjemna, rozluźniająca zabawa. Też dobrze.Do stylistyki trzeba się przekonać, bo oprawa choć ma swój charakter (płaskie jak kartka postacie w świecie 3D), to jednak nie każdemu przypasuje. Osobiście nie jestem jej fanem, ale szybko też się przyzwyczaiłem i mi nie przeszkadzała. Gra ma swoje wydajnościowe grzeszki, bo elementy otoczenia potrafią wyskakiwać kilka metrów przed nami, albo pochodnie magicznie się zapalać gdy się do nich zbliżamy (i gasnąć, gdy oddalamy), a animacja czasem szarpnie jeśli zechcemy poruszać się zbyt szybko (pod koniec gry swobodnie zapierdalamy na beli siana), ale nie odnotowałem tutaj żadnych poważnych błędów czy bugów psujących progres i zabawę. Pozytywnie zaskakuje muzyka, bo potrafi wpaść w ucho, szczególnie, że w trakcie gry pojawiają się utwory z wokalem, które brzmią tak samo fajnie, co wydają się w jakimś sensie nie na miejscu. Ale z pewnością przyciągają uwagę i wprawiają w skoczny nastrój.Wady? Nieco przegadana fabularnie, pod kątem wyzwania zręcznościowego też ostatecznie nieco zawodzi (jeden boss, w dodatku zrealizowany bez polotu). Ale to generalnie miła, wystarczająco oryginalna gierka na kilka godzin, a jeśli planujemy 100% to kilkanaście. Dla mnie optymalnie.
Opublikowano 13 godzin temu13 godz. Ruffiego mam na liście, ale czekam na jakieś przeceny, stylistyka i patent przewodni mnie kupiły. 2 godziny temu, Kmiot napisał(a):Jeszcze na pierwszym PlayStation zagrywałem się w niego namiętnie, spędzając z Larą pół Wigilii, już odświętnie ubrany w oczekiwaniu na gości.Mam podobne wspomnienie, choć raczej nie była to Wigilia, ale też zimowy (powiedzmy) wieczór i oczekiwanie na rodzinę. Ogólnie to TR4 był moim pierwszym TRem i cóż, nie pokochałem go. No za trudne to dla mnie było wtedy, a i dziś nie chciałoby mi się pewnie męczyć. Podejmowałem nawet haniebne próby grania na kodach, ale i tak gdzieś w końcu utknąłem. Jeśli dobrze pamiętam, to koniec mojej przygody nastąpił w momencie, kiedy spadając w przepaść nadpisałem swój save, zamiast załadować stan xDAle to, co zdołałem przejść (myślę, że jakaś 1/4 gry, w porywach do 1/3) było bardzo klimatyczną przygodą. Atmosfera samotności, zagubienia, rzadko przerywana jakąkolwiek muzyką (notabene, motyw z menu idealnie podsumowuje ten klimat), wspomniane ograniczenie kontaktu z ludźmi, mimo wszystko niezła oprawa (woda i te refleksy), no i w końcu Egipt, czyli klasyka przygodowa w mediach wszelakich.
Opublikowano 4 godziny temu4 godz. Sackboy Wielka Przygoda - gra o której istnieniu dowiedziałem się dopiero niedawno, chociaż serię Little Big Planet kojarzyłem, może nawet chwilę zagrałem na PS3. A tu się okazuje że mamy nowego Szmaciaka i to na modłę gier typu Mario 3D Wiele czy Kirby. Kurde fajne to! Jest tu wszystko co ma być dużo skakania, omijania, zbieranie, gadżety, kreatywne levele. Nawet trafiają się etapy muzyczne i jest mega zabawa. Do tego walki z bossami, wyzwania, a po ukończeniu gry nowe rzeczy.No nic tu nie zabrakło moim zdaniem. Dodatkowo wygląda to i działa świetnie. DualSense wariuje. Całość jest zdubbingowana bo Polsku co stanowi teraz dla mnie wartość dodaną bo ogrywałem z moją czterolatką. Właśnie, jest to pierwszy tytuł który mogę powiedzieć skończyliśmy wspólnie, mała już zaczęła trochę ogarniać pada i dołożyła swoją cegiełkę, a gdzie nie dawała rady to kibicowała ojcu (i mojej żonie czasem;). Była to świetna zabawa.Ma Sony tego Szmaciaka, Astrobota, Ratcheta. Jeszcze gdyby wrócili Sly i Jaka ;)A Sackboy Wielka Przygoda to bardzo fajna gierka! 8/10
Opublikowano 2 godziny temu2 godz. Aktualnie to tylko astrobota, bo Ratchet ostatni mial premierę wiele lat temu a Sackboy był robiony przez Sumo digital, które ostatnio pozwalnialo 15% swoich developerów więc marka pewnie trafi w inne ręce prawdopodobnie.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.