Opublikowano 16 lipca16 lip Godzinę temu, BRY@N napisał(a):Dawaj drugie przejście i zrób ukryte zakończenie. Ciekawie co powiesz na walkę która się tam pojawia To ten od piorunów? Top
Opublikowano 16 lipca16 lip Kurde może bym przeszedł choć rzadko mi się zdarza raz po raz przechodzić grę. Wydaje mi się, że mocno losowa jest to walka. Mówię tylko o drugiej fazie bo pierwsza wiadomo.Pokonałem go podczas potyczki gdzie 6 razy uskoczył przed ładowanym atakiem. Ale udało się bo przez całą walkę nie wyprowadził jakiegoś zabójczego kombo jednego po drugim. Walka trwała dość długo i lekkim fartem się udało to przyznaję. Ale walka ma mocno jak dla mnie podniesiony poziom trudności w stosunku do poprzednich.Jak ten bóg jest jeszcze gorszy to nie wiem czy chcę przechodzić drugi raz żeby się denerwować jeszcze raz 2 godziny temu, Jukka Sarasti napisał(a):Walka na true ending to największe wyzwanie w grze i jedyny moment, gdy zaciąłem się na parę godzin jak w jakiejś grze From Softu, ale jej drugi etap jest 10/10.Myślę, że do małpy miałem z 20 podejść lekko mimo, że wcześniejsi bardzo szybko padali, a ten jakoś mi napsuł krwi.
Opublikowano sobota o 18:145 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Skończyłem sobie po 16h Prince of Persia The Lost Crown. Świetna gra, polecam każdemu kto lubi metroidvanie. Większych wad brak, jedynie wersja switchowa cierpi na częste dropy animacji na szczęście w nieszczęściu dzieją sie one w mało ważnych miejscach więc nie umieramy przez to czy coś. Nie podobała mi się muzyka i walka też tak średnio mi siadła, jest dobra, ale to co mnie tutaj kupiło bardziej to zdecydowanie etapy platformowe. Są wymagające, ale w żadnym momencie nie irytujące a sterowanie murzynem mega przyjemne. Właśnie, pan murzyn i reszta bohaterów ma okropny design, ale z tego miejsca pragne podziękować dla ubisoftu który zrobił promke gdzie edycja deluxe była tańsza niż zwykła (xD) dzięki temu miałem skiny z poprzednich popów więc mogłem grać normalnym księciem persji. Obok kukamele 1, 2 jeden z moich ulubionych przedstawicieli tego gatunku a już na pewno lepszy niż hollow knight który jedynie wygrywa muzyką, oprawą i ogólnym klimatem, ale gameplayowo nie ma szans z tym popem
Opublikowano niedziela o 08:285 dni Nawiazanie do Sekiro - do tego wszystkiego wczesniej bijemy w dzwon, co by nie bylo za łatwo
Opublikowano poniedziałek o 07:564 dni Wyjeżdżam w tym tygodniu na dłuższy czas, więc chciałem jeszcze rzutem na taśmę ograć coś mniejszego. Padło na Chrono Gear: Warden of Time, bo miałem humor na skakanie w 2D, ale bez formy metroidvanii. Gierkę dodałem kiedyś na wishlistę, później do mnie trafiła, bo zakodowałem ją sobie jako platformera z zabawą z czasem. Troszkę mnie oszukali, że tak powiem, co nie znaczy, że się źle bawiłem. Powiedziałbym po prostu, że dwie rzeczy sprawiają, że mój stosunek do tej gry zamiast jednoznacznie pozytywnego należy określić jako "to skomplikowane".Pierwsza rzecz to moja wina i w sumie jakoś nie przeszkadza w graniu. Otóż gra to część uniwersum Hololive. Przed odpaleniem gry tego nie wiedziałem i nawet nie miałem pojęcia, że istnieje jakieś uniwersum vtuberowych anime dziewczynek, które sobie słodzą i mają lore. A jednak - w dodatku to całkiem solidnych rozmiarów biznes. Wolałbym żyć w błogiej nieświadomości, no ale tutaj po prostu człowiek może to słitaśne pierdzenie i hehe humorek po prostu przewijać i zamiast tego zostać ze szkieletem historii - gramy babom boginią czasu i sobie skaczemy. Tyle wystarczy.A druga rzecz? Ano właśnie mechaniki związane z czasem. Jak gra oznajmia na stronie Steam: "Turn back the clock and fight to repair Time itself in this cinematic action platformer with fast sword combat and time-based powers." Myślałem, że to ostatnie przekłada się na coś ciekawego. W praktyce od początku mamy do dyspozycji spowolnienie czasu i przyśpieszenie - gra jednak przez 99% czasu nie wymaga używania tych mechanik. Zapomnijcie o jakichś ciekawych zagadkach czy platformingu opartym o zabawy z czasem. Nic z tych rzeczy. Dopiero cokolwiek zmienia się w ostatnich lokacjach, gdy dochodzi trzecia moc.Ostatecznie więc dostajemy "tylko" platformera, co budziło na początku moje rozczarowanie. Tyle, że skakałem, siekałem i... w sumie to mi się całkiem podobało. Lokacje są zróżnicowane, dodają nowe motywy do gameplayu, walka jest mocno pretekstowa w normalnych lokacjach, ale walki z bossami, choć banalne, to przyjemnie zaprojektowane. Jeżeli ktoś do tego ma żyłkę speedrunnera albo kolekcjonera, to sporo czasu spędzi na dodatkowych zabawach. Bardzo sympatycznie wypada też moveset - nie jest jakoś bardzo rozbudowany, ale wszystko to ładnie się zazębia i sporo tu synergii w stylu "nie mogę wejść na najwyższą półkę, ale jak zrobię skok+helikoptor+poziome wiertło to odbije mnie od ściany i na nią się dostanę". No i responsywność sterowania wypada naprawdę bardzo dobrze, co nie jest takie oczywiste, a niezwykle przecież istotne w tego typu gierce.Tym, co również działa w tym tytule, jest bardzo ładna oprawa graficzna - nie wygląda jak współczesny pixel art z generatora, nie idzie w zarzygane retro typu NES czy SNES, a raczej wygląda jak gierki 2D na konsole 32-bitowe. Naprawdę prezentuje się to godnie i przenosi człowieka do czasów, gdy trawa była bardziej zielona, a problem zabierania płyt przez Sony nie istniał, bo brało się (przy dobrych wiatrach) Verbatimy. Muzyczka to pewnie jakieś produkty Hololive (zresztą za walutę w grze można odblokować jakieś kawałki), nic ciekawego.No i tak jakoś wyszło, że Chrono Gear to dobra gra, choć absolutnie nie realizująca swojej obietnicy bycia "czasowym platformerem". Jest więc "tylko" platformerem kompetentnym. Z powodującymi chęć wymiotów cutscenkami. Niemniej na promce warto, zwłaszcza do przenośnego grania - poza ostatnim, mocno przeciągniętym poziomem praktycznie każdą mapę można zaliczyć w 10 minut.P.S. Te paskudne tła z lewej i prawej, które widać na trailerze na szczęście można sobie wyłączyć w menu.
Opublikowano poniedziałek o 17:054 dni Skończyłem sobie God of War Ghost of Sparta. Krótka gerka, nawet 5h nie zajęła kurcze. Pierwotnie miałem grać na jesień, ale byłem na zakupach w Turcji i kupiłem sobie ten remaster na ps3 zamiast grać na emulatorze i tak kusiła że przeszedłem teraz. Gow którego skończyłem chyba 2 razy na premiere, to była moja ostatnia gra na psp, 15 lat później dalej nie wiem jak chłopy zrobiły taką grafike na to małe gówno, już coo robił niesamowite wrażenie, ale od razu było widać że to przenośny lekko zdauniony gow tak tutaj myśle że bez problemu można stawiać ghosta obok jedynki i dwójki, otoczenie nie jest już takie kanciaste, widoki zapierają dech, modele stworków są niesamowite. Oni nawet przenieśli osadzającą sie krew na modelu Kratosa z trójki zresztą naleciałości z tej części jest całkiem sporo, widać że twórcom podobało sie wykończenie posejdona z tamtej części xD ale wymyślili też coś swojego jak ślizganko ze stromych ścian czy naładowane ostrza, chyba oba pomysły później santa monica użyła we wstąpieniu więc całkiem nieźle jak na małą poboczną gierke z serii.Historia była spoczko widać że jeszcze coś się dało wykręcić w tamtym czasie z tej marki, muzyka mnie troche zawiodła, taki stary dobry gow, ale nic nie zapadło w ucho. Coo miał chociaż te pseudo arabskie aranżacje znanych kawałków. No i budowa tej gry była jakaś taka dziwaczna. Każdy jeden gow nawet ten z 2018 i ragnarok miał dość jasno zaznaczony prolog a tutaj nie dość że to dość mocna kalka z jedynki i bitką z morskim stworem to jego wykończenie jest tak mało satysfakcjonujące że człowiek nie wie czy to koniec walki czy zaraz stworek wstanie i będzie dalsza bitka, no czegoś mi tutaj zabrakło. Fajna gra jak to stary gowik no, ale w sumie chyba troche jestem zawiedziony tym powrotem. Przy coo bardziej wiedziałem co dostane bo skończyłem to więcej razy a tutaj nie dość że opinie zawsze były hurra optymistyczne to i w pamięci gra sie dobrze zapisała a po latach wyszło tak o.Na ten rok raczej koniec gowa, w przyszłym planuje w końcu skończyć to wstąpienie bo troche wstyd że dalej tego nie skończyłem w całości.
Opublikowano wtorek o 13:053 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Pierwszy final, którego udało mi się skończyć. Gra mnie urzekła swoją prostotą, całkiem przyjemnym pixel artem i oprawą dźwiękową. Jako kompletny laik w temacie jrpg właśnie czegoś takiego potrzebowałem, bardzo fajne wprowadzenie do tego gatunku moim zdaniem. Na początku gry doceniłem ją za to, że jest wszystko sensownie skonstruowane i nie muszę się szlajać gdzieś bez celu tylko np na końcu dungeona dostałem szklane oko to sobie przypomniałem o tej babie z jaskini co go szukała. Potem pod koniec było już gorzej bo jak ja mam się kurka domyśleć, że muszę w jakimś randomowym mieście zagadać z jakimś randomowym enpecem, który w ogóle wcześniej nie był przedstawiony, żeby mi przetłumaczył kamienną tablicę i nauczył języka mieszkańców Lufeni nosz kurna. Ogólnie łatwy calak tylko potem upierdliwe jest nawigowanie tych końcowych dungeonów, które mają po 10 poziomów i wszystkie wyglądają tak samo jak się chce zrobić cały bestiariusz. Gdyby się nie dało wyłączyć encounterów to bym pewnie to rzucił w pizdu. 8/10Miałem ambitny plan przejścia każdego finala po kolei, szczególnie że chyba wszystkie pixel remastery są teraz w gej passie ale coś czuję że będzie duże zmęczenie materiału i zastanawiam się czy po prostu nie odpalić sobie teraz remake siódemki albo jakieś Trials of Mana.
Opublikowano środa o 15:472 dni W ramach podjarki przed E-Day postanowiłem sobie przypomnieć Gears of War 2i3.Nadal się fajnie strzela, przemierza kolejne killroomy z Marcusem i wesołą kompanią.Ale jednak trochę inaczej je zapamiętałem. Jedynka jest najlepsza, najlepszy ma klimat i dla mnie numero uno w serii. Chociaż przez długi czas stawiałem blisko dwójkę to po tym przejściu trochę odjechała. Dalej jest fajny brudny klimat, tu pelnoskalowa wojna, tu przemierzanie podziemi, Lewiatan itp. no są te kultowe momenty.Tylko włączając odrazu trójkę (która zawsze dla mnie była taka jakaś inna, kolorowa zbyt) zobaczyłem jak świetne ma starcia, lepiej przemyślane i ciekawsze sekwencje, ma przede wszystkim więcej bossów (w tym ostatniego czego w gow2 zabrakło poniekąd).Jasne że trójka nie ma już tej palety kolorów,brudu ale jakoś grało mi się lepiej tym razem. No i wygląda pięknie na XsX.A teraz przerwa do września żeby przesytu nie było
Opublikowano środa o 15:502 dni Niejaki Diabeł z jutuba mnie namówił na MARTHA IS DEAD.No ładne to i klimatyczne, ale jednak zawód. Spodziewałem się więcej. Ale fajnie sobie czasami przejść taką prawie grę.
Opublikowano środa o 17:411 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Resident Evil RequiemPlatyna #186Miodność: 9/10Trudność: ŚredniaCzas: 66 godzin (1 miesiąc i 1 tydzień)Requiem to najprostsza platyna w serii Resident Evil. Capcom usunął z tego cyklu możliwość zdobywania rankingów, więc tym razem nie trzeba było martwić się o ilość zapisów i używanie roślin leczniczych.Jedynym problemem może być czasówka, przejście gry bez używania roślin i zbieraka do krwi, ale jeśli odblokujemy wcześniej nieskończoną amunicję, to można to zrobić na najniższym poziomie.Przejście gry na najwyższym poziomie trudności z wyrzutnią też problemem nie jest.Trudniej jest wtedy, gdy wszystko staramy się zrobić za jednym zamachem. Jeśli ktoś chce to zrobić w dwóch przejściach, to może się trochę spocić. Ja chcę się przede wszystkim dobrze bawić z tytułami, które przypadły mi do gustu, więc bawię się z nimi tak długo, aż uznam, że już mam dość. Do zdobycia platyny potrzebowałem czterech przejść i tylko za pierwszym razem miałem problemy z sekwencjami Grace, gdyż wymagały one odpowiednim szafowaniem materiałami do tworzenia przedmiotów, w tym w szczególności taśmami do zapisu gry, których w grze jest jak na lekarstwo, więc większość z nim trzeba samemu stworzyć.Poprzednie Residenty przechodziłem po dziesięć razy, bo szukałem w nich znajdziek na własną rękę. Gdy nie potrafiłem jakiejś znaleźć, to mówiłem dość, sięgałem po opis i mówiłem do widzenia.W Requiem nawet tego nie trzeba robić, bo w pewnym momencie da się kupić mapy do znajdziek i szybko znaleźć te brakujące, no może z wyjątkiem tej przy latarni, bo tam trzeba oddalić mapę na maksa, żeby ją znaleźć. Większość szopów znajdziemy na słuch, bo wydają z siebie charakterystyczny dźwięk.Pod względem trudności Requiem jest wielkim rozczarowaniem. Nie jest to absolutnie tytuł robiony pod starych wyjadaczy, którzy szukają wyzwania. Żeby zdobyć maksymalną rangę w Resident Evil Code Veronica trzeba było w zasadzie przejść ją bezbłędnie, szybko, nie odnosząc zbyt wielu obrażeń, wykonując kilka zadań pobocznych i najlepiej z jednym sejwem w środku gry, który nie jest liczony do ogólnej oceny, bo to sejw, który w oryginalnej grze był przy zmianie płyty.Nie można też było korzystać z broni specjalnych, bo je zazwyczaj odblokowaliśmy dopiero po udanym speedrunie, albo nie można było używać ich wcale.W RE2 z 1998 roku używanie broni specjalnych obniża ocenę końcową gry a w RE3 z 1999 roku całkowicie blokuje ocenę końcową i uniemożliwia zdobywanie akt epilogu.Pod innymi względami jest to jedna z najlepszych gier wydanych w tym roku, w tej generacji oraz jest to wspaniały prezent dla fanów na trzydziestolecie serii.Requiem zaczyna się niewinnie. Młoda agentka FBI Grace w wyniku śledztwa musi się zmierzyć ze swoją przeszłością. Jej przerażenie i traumy z przeszłości są tak wielkie, że sama nigdy nie dałaby sobie z tym wszystkim rady. Na szczęście trafia na Leona, który jest weteranem z Raccoon City i niejednemu zombiakowi z pieca strzelił już prosto w łeb.Z początku takie lawirowanie pomiędzy dwójką głównych bohaterów zupełnie do mnie nie trafiało. Nikt nie lubi sytuacji, gdy chce poznać dalsze wydarzenia fabularne, a musi nagle przeskoczyć do innego bohatera i poznawać fabułę z jego perspektywy.Szkopuł w tym, że ten zabieg rozwiązuje dwa ogromne problemy, które trapiły serię Capcomu przy jej pierwszych odsłonach. Po pierwsze, nie musimy chodzić dwa razy po tych samych miejscówkach, robiąc w zasadzie to samo. Po drugie, twórcy rozwiązali problem bezsensownego rozdzielania się bohaterów w sytuacji zagrażającej ich życiu. W starszych częściach było to podyktowane chęcią postawienia gracza w stanie permanentnego zaszczucia, co szczególnie dobrze widać w przypadku Nemesisa oraz wynikało z ograniczeń sprzętowych samych urządzeń do grania, na których pojawiały się pierwsze Residenty. Dopiero w szóstej generacji konsol doczekaliśmy takich tytułów jak Project Zero 2 czy Resident Evil 4, gdzie sprzęt pozwalał na rozgrywanie niemal całej gry dwoma bohaterami naraz.W najnowszym Residencie bohaterowie rozstają się wtedy gdy rozdziela ich jakaś siła zewnętrzna i jest to zazwyczaj sensownie przedstawione, a nie po słowach, że muszą się rozdzielić, bo ktoś chce coś sprawdzić.Pierwsze Residenty nigdy nie były wybitne pod względem fabuły. Był to jedyny growy odpowiednik kina grozy klasy B i żółto-niebiescy potrzebowali raptem trzech dekad, aby zerwać z tą tradycją.W życiu bym się nie spodziewał, że jakiś Resident kiedykolwiek zasadzi mi takiego nostalgicznego kopa, po którym będę miał wrażenie, że ponownie przeżywam najlepsze chwile spędzone z tym zombiaczym cyklem, jedna po drugiej i tak przez większość drugiej części gry. Spotkamy tu starych znajomych. Odwiedzimy znane miejsca i będziemy mieć możliwość zrobienia czegoś, czego do tej pory w japońskim cyklu nie dało się nigdy zrobić, bo choć jest to gra o zombie, to tak naprawdę jest to pierwszy Resident, który nie jest ani o zombie, ani o broni biologicznej.O czym zatem jest? Wystarczy czytać między wierszami, żeby poznać odpowiedź na to pytanie. Resident Evil Requiem to hołd dla wszystkich, którzy polegli w katastrofalnych wydarzeniach w Raccoon City niemal trzy dekady temu. Capcom nosił się więc bardzo długo z taką historią. Kilka rzeczy z oryginału oczywiście zmienił i nie każdemu musi się to spodobać, ale muszę dodać, że jest to pierwsza gra z serii, przy której naprawdę się wzruszyłem. Wystarczyło ją przejść, posłuchać piosenki końcowej i zobaczyć menu tytułowe, które odblokowuje się po jej przejściu.Całkiem nieźle, Capcom.P.S. Link do wersji z obrazkami:https://squaresofter.blogspot.com/2026/07/resident-evil-requiem-hod-dla-polegych.html Edytowane środa o 17:431 dzień przez squaresofter
Opublikowano środa o 20:531 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Suikoden II HD RemasterGenialny tytuł, prawdziwy klasyk jRPG.Zupełnie inne wrażenia niż po jedynce, której dałem 6/10 i była jak wspominałem jedną z najgorszych, prostych do bólu i wyraźnie przestarzałych już jRPGów.Tutaj w kontynuacji wszystko za to zagrało, jakby gra wyszła wczoraj z pod ręki Team Asano, ale z piórem najlepszych Finali. Wszystko co robiła jedynka, tutaj podniesiono do kwadratu, przez co gameplay nie bolał. Mamy lepszy system run, więcej kombinowania, dużo lepsi bossowie, jeden naprawdę trudny. Zarządzanie ekwipunkiem było prawie jak w nowych grach, ale najlepsze co w tej grze było to fabuła, no majstersztyk, wojna, przyjaźń, braterstwo itp. wszystkie znane motywy, ale opowiedziane z wielkim rozmachem i przejęciem. Dosłownie było mi żal niektórych bohaterów, innym razem można było się pośmiać pod nosem i to wszystko bez żadnych głosów, jak widać dubbing nie zawsze jest potrzebny.Cieszę się, że zmęczyłem wcześniej jedynkę i zagrałem z savem z niej, masa postaci wraca, wraca też inasz bohaterz jedynki, aczkolwiek trochę byłem rozczarowany tym, jak go "rekrutujemy".Wbiłem dwa zakończenia dobre i lepsze, nie ma opcji, że wbiję 108 postaci to nie dla mnie. 30 godzin - idealnie. Niby 2-3x więcej, niż pierwsza część, ale nie ma mowy o utracie jakości, to taka gra, gdzie 30 godzin mamy i coś się ciągle dzieje co minutę. Zero grindu, zero nudy.Gra wspaniała, polecam, jak ktoś chce tego jednego staroszkolniaka 2D, to ma do wyboru 3 gry i maszynę losującą, Chrono Trigger, FF VI w wersji Pixel Remaster, albo Suikoden II w wersji HD Remaster, wszystkie cenię sobie podobnie.9.5/10 klasyka w najlepszym wydaniuOgrane na Steam Decku w całości - idealnie wszystko działało i baterii nie jadło nic
Opublikowano środa o 22:091 dzień Uncharted 3 Remastered - remastery 1 i 2 ukończyłem 7 lat temu, U3 wtedy odpuściłem bo jeszcze dobrze pamiętałem z czasów PS3. Po tak długiej przerwie tylko utwierdziłem się w tym że U3 to najsłabsza numerowana część. Główny trzon rozgrywki nie zmienił się zbytnio, dodano odrzucenie granatów i ... tyle? Zwiedzamy sobie kolejne miejscówki, strzelamy do złoczyńców, trochę skaczemy i rozwiązujemy zagadki. Wszystko na swoim miejscu a grało mi się średnio. Przeciwnicy pojawiają się za plecami, skradanie działa losowo, killroomy męczą, pomagierzy przeszkadzają w rozgrywce co widać szczególnie w etapach gdzie gania czteroosobowa ekipa, filmowa kamera czasami nie pokazuje tego co trzeba, stosunek zagadki/walka/skakanie jest lipny bo od połowy gry praktycznie nie ma zagadek i najgorsze, wrogowie praktycznie nie reagują na pociski a mają podbitą agresywność więc zamiast dynamicznej strzelaniny jest kitranie się po kątach. Miałem masę tanich zgonów. Nie wiem jakim cudem nastąpił taki regres i to nie tylko względem dwójki ale też jedynki. Z drugiej strony niektóre poziomy zachwycają wykonaniem i swoją dynamiką więc dla nich samych warto ograć trójkę bo momentami spektakl przypomina stare God of Wary. Odnośnie samego remastera to niestety nie widać postaranka i są jakieś dziwne babole graficzne (np. za mocno świecące postacie/materiały) które pewnie były też w oryginale ale szkoda że nie poprawiono gry tak jak jedynki bo ogólny poziom oprawy to topka PS3 więc mimo że odstaje od dzisiejszych standardów to nie odrzuca. To nadal jest dobra gra ale strasznie odstaje od reszty. Do pierwszych dwóch części pewnie jeszcze wrócę ale do trójki tylko w momencie wydania porządnego remake'a. 6+/10
Opublikowano wczoraj o 07:45 1 dzień A jednak przed podróżą udało mi się doklikać do końca ogrywane w tle Diablo IV. Uczciwie powiem, że hack'n'slashe to nie jest mój ulubiony gatunek gier. Lubiłem szpilać w pierwszego i drugiego diaboła, sporo czasu wiele lat temu skradł mi Sacred, ale różni przedstawiciele tego gatunku, jak chociażby Titan Quest nie potrafili mnie wciągnąć, mimo, że to oczywiście dobre gry. Preferuję albo głębsze RPG albo pozycje, które angażują moją zręczność swoimi systemami znacznie bardziej. No ale Diablo IV sobie gdzieś tam wciskałem, to tu, to tam. No i skończyłem, bo od czwartego aktu formuła już mi się całkiem przeżarła i po prostu poleciałem z całością do końca.Nie wiem co działo się w Diablo III, z Diablo II z kolei pamiętam paru bossów, którzy tutaj powracają, więc może historyjka to wspaniałe zwieńczenie sagi. No ale dla mnie to było fajnie wykreowane uniwersum z dosyć tanim chwytem mającym je pogłębiać (czy główna antagonistka jest na pewno taka zła, zwłaszcza, że siły dobra to srodzy odklejeńcy), natomiast fabuła jakoś szczególnie nie angażowała. Ot, poznaj paru kolegów, zabij parę tysięcy mobów. No i spoko, nikt w to nie gra dla fabuły.Sam do swojej krucjaty przeciwko plugastwu wybrałem druida. Ukształtowałem go w taki sposób, aby zamieniał się w niedźwiedziołaka przywołującego burze i huragany oraz wilki jako summony. Buildów jest niby co najmniej kilka, później można kombinować z pasywnymi elementami i ogólnie w pełni rozumiem, czemu ludzie czerpią gigantyczną frajdę z maksowania możliwości swojej postaci oraz rozkminiania, jaki przedmiot czy inny glif podbiją najbardziej liczby obrażeń albo najmocniej zredukują przyjmowane obrażenia.Sęk w tym, że po odblokowaniu wszystkich aktywnych umiejętności (albo inaczej - kategorii umiejętności, bo chociażby ze względu na mocno ograniczoną liczbę aktywnych slotów gra się tylko paroma skillami) wiele już się w grze dla mnie nie zmieniało. O ile przez pewien czas czyściłem poboczne skupiska wrogów czy robiłem questy poboczne, to później jednak gameplay przestał dla mnie ewoluować, a to co działo się na ekranie nie angażowało aż tak, abym chciał robić z Diablo IV główną grę i poświęcać jej długie godziny na masterowanie i robienie ze swojego druida coraz potężniejszej maszyny destrukcji. No więc odpalałem sobie raz na jakiś czas, poczyściłem z trzy dungeony i zadowolony wyłączałem po godzince-dwóch.Wizualnie gra wygląda zadowalająco i raczej czytelnie (tylko misja na bagnach z wężem bardzo drażniła mój wzrok filtrami), muzyka wypada bardzo sympatycznie i ciągnie wrażenia z gry w górę. Z drobnych rzeczy drażniło mnie, kiedy dochodziłem do celu misji, musiałem przez minutę posłuchać uwag postaci niezależnych wypowiadanych w powietrze, zanim mogłem z nimi w końcu rozpocząć dialog.Zabiłem tony potworów, dawkując sobie ten tytuł się nim nie znudziłem, ale raczej nie ma mowy o kolejnych przejściach, testowaniu nowych postaci czy odpalaniu dodatku. Na kolejne parę lat h'n'sy lądują poza orbitą zainteresowań. Ale było miło.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.