Opublikowano 14 marca14 mar Guilty Gear Xrd Rev 2 (PS5) - na papierze jest to jedna z najlepszych bijatyk ever. Oprawa wymiata, dużo postaci każda z innym stylem, dopracowany i głęboki system walki... no nie ma się do czego przyczepić a mimo to ze względu na inne tytuły nie mam zamiaru poświęcać więcej czasu, ale po kolei. Różnorodny roster jest z jednej strony mega plusem bo nie ma ataku klonów czy postaci wpadających bezpośrednio w archetypy a z drugiej przy dużej ekipie trzeba poświęcić sporo czasu aby ogarnąć co się dzieje na ekranie. Nie latają tylko fireballe, jedna postać zostawia 'znaczniki' z których odpala speciale, inna domki spawnujące latające diabliki, kolejna zasypuje ekran potworkami itd. Są też 'normalne' postacie ale casual nawet nie będzie wiedział dlaczego przegrał. Tryb story polega tylko i wyłącznie na oglądaniu cutscenek, żadnej walki, wyboru, QTE, nic. Na szczęście jest tryb arcade gdzie i pogramy daną postacią i poznamy jej motywacje. Pojedynczy gracz ma też tryby treningowe (tutorial, combo challenge, 'dziwne' misje jak skakanie po balonach). Z całego lore wyniosłem tylko tyle kto jest dobry, kto zły a kto mega pakerem. Jak wspomniałem wcześniej oprawa wymiata. Podobnie jak w przypadku gier Vanillaware nie zestarzeje się i za kolejne 9 lat. Muzyka też bardzo dobra, szkoda że nie ma ultra bangerów jak w BlazBlue ale te pitolenie z ostatnich Tekkenów to zamiata muzyczką z menu głównego. Jeśli ktoś będzie miał czas i chęci to wyniesie setki godzin zabawy. U mnie ten tytuł całkowicie się nie sprawdzi bo do poważnego grania mam BlazBlue które ma jeszcze głębszy system a dodatkowo genialny OST, do grania kanapowego nie ma co odpalać (tutaj króluje DoA 5LR i SC IV) a tryby dla pojedynczego gracza są biedne. Trzeba docenić postaranko i ogólnie to jest świetna gra ale nie dla mnie. 8/10
Opublikowano 14 marca14 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Star Trek Voyager - Across the Unknown (PC)Produkcja na podstawie serialu Star Trek Voyager, "tylko" 25 lat po zakończonej emisji. Wcielamy się w kapitan okrętu USS Voyager przeniesionego 70 tysięcy lat świetlnych od Ziemi i naszym zadaniem jest powrót do domu. Gra łączy wiele różnych elementów i mechanik, począwszy od zarządzania okrętem i załogą, czy dbanie o morale, przez eksplorację kolejnych systemów i lokacji, misje wypadowe, po pozyskiwanie surowców, walkę o przetrwanie oraz podejmowanie licznych decyzji, z których część przełoży się także na bieg fabuły. Gra bazuje mocno na scenariuszach rozmaitych odcinków serialu i pozwala nam poprzez liczne wybory oraz elementy losowe wpłynąć nawet na to, którzy bohaterowie przeżyją i jakie zakończenie główne otrzymamy.Koncept moim zdaniem bardzo fajny, ale muszę jednak po ukończeniu gry przyznać, że tytuł jest w pierwszej kolejności skierowany do fanów serialu. To nie jest tytuł wysokobudżetowy, przez co przeciętny gracz, nawet fan Sci-Fi, niekoniecznie znajdzie tu cokolwiek oryginalnego, czy wybitnego, również biorąc pod uwagę niewygórowaną cenę na premierę. A mnie osobiście mimo wszystko lekko rozczarowało kilka średnio przemyślanych, bądź niedopracowanych elementów, jak i sam fakt dużego nacisku na fabułę z serialu.Chodzi o to, że gra nie jest w pełni Roguelikem w stylu np. FTL. Są tu elementy losowe, owszem, ale główny wątek i misje fabularne będą takie same przy każdym podejściu. Z początku myślałem, że gra obroni się wspomnianymi wyborami i dialogami, lecz niestety osobiście zdałem sobie szybko sprawę, że niektóre opcje są obiektywnie lepsze od innych. Do tego zbyt duży nacisk położono na głównych bohaterów serialu - tj. jeśli ich na jakimś etapie stracimy (nawet zastępując ich inną postacią), to na przestrzeni reszty gry niektóre rozwiązania będą nieodwracalnie niedostępne. Przykładowo, jeśli ktoś oglądał serial, to może kojarzyć postać Tuvixa. Jako gracz możemy zadecydować o jego losie - zachować go jako członka załogi, albo odzyskać dwóch oryginalnych bohaterów. Ja wybrałem to pierwsze rozwiązanie dla ciekawostki i z praktycznego punktu widzenia czułem, że wybór był kiepski. A podobnych sytuacji jest więcej i często "moralnie" złe rozwiązanie, gryzące się z wydarzeniami serialu, będzie z punktu widzenia rozgrywki dla nas bardziej korzystne.Także RNG potrafi zirytować, chociażby tym, że zależy od niego nawet rozpoczęcie wielu misji. Kilka z nich można "zakończyć" zanim w ogóle się rozpoczną, tylko dlatego, że pomimo 80% szansy na powodzenie rzut kością się nie udał. O ile nie nadużywamy manualnego save'a, to powrotu już nie ma. Ogólnie rzecz biorąc sądziłem właśnie, że gra będzie bliższa takiemu FTL, z licznymi podejściami, z mniejszym lub większym powodzeniem, ale ostatecznie planuję zrobić jeszcze tylko jedno podejście dla reszty osiągnięć i to by było na tyle. Tym bardziej, że mając ogarnięte drzewko technologiczne można się szybko nastawić na stworzenie bardziej optymalnego buildu.Krótko wspomnę jeszcze o oprawie. Opinię mam mieszaną ogólnie. Grafika 3D jest przyzwoita, z dużą dbałością o detale, szczególnie wewnątrz okrętu, ale modele postaci są mało ekspresyjne. Oprócz tego mamy dużo grafik 2D o naprawdę odmiennych stylach. Do tego stopnia, że wiele z nich sprawia wrażenie kiepskiego AI (którego użycia twórcy się wypierają). Muzyka jest, ale mało zróżnicowana, a do tego boli chwilami brak voice-actingu. Udało się ściągnąć tylko dwóch oryginalnych aktorów do kilku scenek i logów, ale wszystko inne to wyłącznie tekst. Można to oczywiście zrozumieć, bo pełen voice-acting dla małego studia byłby okrutnie kosztowny, ale mimo wszystko są momenty, że aż prosi się o nieco więcej kwestii mówionych, chociażby dla pomniejszych NPC.Pomimo tego wszystkiego grało mi się jednak w Voyagera dobrze przez ponad 20h. Ale raz jeszcze podkreślam, że Star Trek lubię od najmłodszych lat, co zdecydowanie miało wpływ na zabawę. Across the Unknown to fajna gierka, swego rodzaju space survival z elementami roguelike, ale nie-fanom poleciłbym ją raczej przy okazji większej promocji. Jest to też fajna pozycja na krótsze posiedzenia, gdyż wszystko rozgrywa się w "cyklach" (turach). Sam zainstalowałem gierkę dodatkowo na Steam Decku i sterowanie jest bardzo dobrze rozwiązane, więc i wersje konsolowe z pewnością będą działać dobrze. Gra wyszła na wszystkie platformy.
Opublikowano 14 marca14 mar 12 minutes ago, Suavek said:Star Trek Voyager - Across the Unknown (PC)Produkcja na podstawie serialu Star Trek Voyager, "tylko" 25 lat po zakończonej emisji. Wcielamy się w kapitan okrętu USS Voyager przeniesionego 70 tysięcy lat świetlnych od Ziemi i naszym zadaniem jest powrót do domu. Gra łączy wiele różnych elementów i mechanik, począwszy od zarządzania okrętem i załogą, czy dbanie o morale, przez eksplorację kolejnych systemów i lokacji, misje wypadowe, po pozyskiwanie surowców, walkę o przetrwanie oraz podejmowanie licznych decyzji, z których część przełoży się także na bieg fabuły. Gra bazuje mocno na scenariuszach rozmaitych odcinków serialu i pozwala nam poprzez liczne wybory oraz elementy losowe wpłynąć nawet na to, którzy bohaterowie przeżyją i jakie zakończenie główne otrzymamy.Koncept moim zdaniem bardzo fajny, ale muszę jednak po ukończeniu gry przyznać, że tytuł jest w pierwszej kolejności skierowany do fanów serialu. To nie jest tytuł wysokobudżetowy, przez co przeciętny gracz, nawet fan Sci-Fi, niekoniecznie znajdzie tu cokolwiek oryginalnego, czy wybitnego, także biorąc pod uwagę niewygórowaną cenę na premierę. A mnie osobiście mimo wszystko lekko rozczarowało kilka średnio przemyślanych, bądź niedopracowanych elementów, jak i sam fakt dużego nacisku na fabułę z serialu.Chodzi o to, że gra nie jest w pełni Roguelikem w stylu np. FTL. Są tu elementy losowe, owszem, ale główny wątek i misje fabularne będą takie same przy każdym podejściu. Z początku myślałem, że gra obroni się wspomnianymi wyborami i dialogami, lecz niestety osobiście zdałem sobie szybko sprawę, że niektóre opcje są obiektywnie lepsze od innych. Do tego zbyt duży nacisk położono na głównych bohaterów serialu - tj. jeśli ich na jakimś etapie stracimy (nawet zastępując ich inną postacią), to na przestrzeni reszty gry niektóre rozwiązania będą nieodwracalnie niedostępne. Przykładowo, jeśli ktoś oglądał serial, to może kojarzyć postać Tuvixa. Jako gracz możemy zadecydować o jego losie - zachować go jako członka załogi, albo odzyskać dwóch oryginalnych bohaterów. Ja wybrałem to pierwsze rozwiązanie dla ciekawostki i z praktycznego punktu widzenia czułem, że wybór był kiepski. A podobnych sytuacji jest więcej i często "moralnie" złe rozwiązanie, gryzące się z wydarzeniami serialu, będzie z punktu widzenia rozgrywki dla nas bardziej korzystne.Także RNG potrafi zirytować, chociażby tym, że zależy od niego nawet rozpoczęcie wielu misji. Kilka z nich można "zakończyć" zanim w ogóle się rozpoczną, tylko dlatego, że pomimo 80% szansy rzut kością się nie udał. O ile nie nadużywamy manualnego save'a, to powrotu już nie ma. Ogólnie rzecz biorąc sądziłem właśnie, że gra będzie bliższa takiemu FTL, z licznymi podejściami, z mniejszym lub większym powodzeniem, ale ostatecznie planuję zrobić jeszcze tylko jedno podejście dla reszty osiągnięć i to by było na tyle. Tym bardziej, że mając ogarnięte drzewko technologiczne można się szybko nastawić na stworzenie bardziej optymalnego buildu.Krótko wspomnę jeszcze o oprawie. Opinię mam mieszaną ogólnie. Grafika 3D jest przyzwoita, z dużą dbałością o detale, szczególnie wewnątrz okrętu, ale modele postaci są mało ekspresyjne. Oprócz tego mamy dużo grafik 2D o naprawdę odmiennych stylach. Do tego stopnia, że wiele z nich sprawia wrażenie kiepskiego AI (którego użycia twórcy się wypierają). Muzyka jest, ale mało zróżnicowana, a do tego boli chwilami brak voice-actingu. Udało się ściągnąć tylko dwóch oryginalnych aktorów do kilku scenek i logów, ale wszystko inne to wyłącznie tekst. Można to oczywiście zrozumieć, bo pełen voice-acting dla małego studia byłby okrutnie kosztowny, ale mimo wszystko są momenty, że aż prosi się o nieco więcej kwestii mówionych, chociażby dla pomniejszych NPC.Pomimo tego wszystkiego grało mi się jednak w Voyagera dobrze przez ponad 20h. Ale raz jeszcze podkreślam, że na Star Trek lubię od najmłodszych lat, co zdecydowanie miało wpływ na zabawę. Across the Unknown to fajna gierka, swego rodzaju space survival z elementami roguelike, ale nie-fanom poleciłbym ją raczej przy okazji większej promocji. Jest to też fajna pozycja na krótsze posiedzenia, gdyż wszystko rozgrywa się w "cyklach" (turach). Sam zainstalowałem gierkę dodatkowo na Steam Decku i sterowanie jest bardzo dobrze rozwiązane, więc i wersje konsolowe z pewnością będą działać dobrze. Gra wyszła na wszystkie platformy.Ostatnio demko właśnie odpaliłem i wydawało się być całkiem fajne, jest na Xbox gdyby ktoś chciał sprawdzić
Opublikowano 14 marca14 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Ryse: Son of RomePo Crysis i Crysis Warhead jest to kolejna pozycja od konającego ostatnimi czasy studia Crytek, którą postanowiłem nadrobić. Zrobiłem szybkie rozeznanie przed odpaleniem gry i okazało się, że Son of Rome był jednym ze startowych tytułów na Xbox One, który miał pokazać możliwości graficzne konsoli. Trzeba przyznać, że Crytek potrafiło robić piękne gry, które wiele lat póżniej mogą zawstydzić niejeden współczesny tytuł. Podobno budżet oscylował w granicach 80-100 mln dolarów, więc nie ma co się dziwić, że wizualnie wszystko zostało dopieszczone. Dziwi jedynie to, że za taką kasę powstała krótka 5 godzinna kampania z powtarzalną walką i mało zróżnicowaną rozgrywką oraz trybem PvE dla dwóch graczy polegającym na czyszczeniu aren z fal wrogów. Chyba dostałbym pierdolca jakbym miał jeszcze grać to w co-opie i oglądać po raz tysięczny te same finishery, które skądinąd są piękne, ale ile można gapić się na to samo. Pod względem rozgrywki i prowadzenia narracji miałem silne skojarzenia z pierwszym Hellblade. Uproszczona walka, kinowe doświadczenie, wątki związane z lokalną mitologią, ładne widoki, walki z bossami posiadającymi ubogi wachlarz ataków. Z tym, że Hellblade potrafił zaciekawić fabularnie pomimo uproszczonych mechanik, a Ryse to taka sztampa do potęgi entej. Na domiar złego postaci są przerysowane do tego stopnia, że momentami wypada to karykaturalnie. Jest zły cesarz, który ma dwóch porąbanych synów. Oczywiście ten złowieszczy duet Kaligula brothers jest równorzędnym (jak nie większym) zagrożeniem jak barbarzyńcy, którzy właśnie najechali Rzym, bo władza w rękach dwóch debili nie może się skończyć dobrze. Także główny bohater tej historii generał Marius Titus od początku ma ręce pełne roboty.Rozgrywka to na przemian kasowanie w kółko powtarzających się modeli oponentów solo, starcia w formacji bojowej, strzelania z działka wyposażonego w kuszę, przetrwanie oblężeń itd. Cały system opiera się na lekkim i mocnym ataku, parowaniu, przewrocie, broni miotanej w postaci dzidy oraz umiejętności specjalnej, która spowalnia czas i unieruchamia przeciwników. Nie ma tu żadnych ciekawych combosów poza jebnięciem chłopa tarczą, poprawieniem dwa razy mieczem, powtórzeniem tego ze 2-3 razy i na koniec finisher, który kończy jego żywot albo zaciukanie go w normalny sposób. Na plus wypada to, że przeciwnicy nie czekają aż się wykończy ich ziomka tylko też są aktywni i wywierają presję. Podobały mi się również wspomniane finishery, które mają naprawdę brutalne i soczyste animacje. Aż mi się przypomniał świetny pod tym względem Shadow of Mordor. Ogólnie jest to widowiskowy, ale jednocześnie mocno ograniczony system, który póżniej nie wprowadza żadnych nowych możliwości. Na szczęście gra nie jest długa, więc nie zdążył mnie jakoś mocniej znużyć.Son of Rome to taka typowa gra ze starej ery, w której od pierwszych sekund jest intensywne tempo i napierdalanka na całego. Szybko giną ważni ludzie, miasto jest w płomieniach, średnio co pół godziny jest scena, w której główny bohater jest o krok od śmierci. Ledwo zrobisz parę kroków a pod kimś się zawalił most, gdzieś obok walnął potężnych rozmiarów pocisk, odwracasz głowę w innymi kierunku a tam barbarzyńcy szarżują na mamutach. Do tego w międzyczasie jakiś rzymski generał sprzedaje swoim żołnierzom gadki motywacyjne. Może i jest to kiczowate, ale ja tam lubię takie klimaty. Dobrze to podsumował tekst ze spolszczenia, do którego link znalazłem na steamie. Podczas jednego ze starć padło zdanie "O Bogowie! co tu się odpierdala". Chciałbym jedynie, żeby wydupczyli z tej gry wątki nadprzyrodzone i żeby antagoniści nie byli przerysowani jak postacie z kreskówki. Polecam dla fanów historycznych klimatów, którzy nie boją się gier z żółtkiem na meta.
Opublikowano 15 marca15 mar Goty klimacik miała ta gra, nie żałuje że zagrałem, ale mimo że była mega krótka to już męczyła bułe pod koniec tą powtarzalnością
Opublikowano 15 marca15 mar Final Fantasy 16 - w końcu koniec. Bardzo niejednoznaczna cześć. Jak sporo fajnali miała dla mnie parę wad o różnym kalibrze to 16 ma ich sporo i to dużych. Drewno. Postacie są tak sztuczne momentami, że aż boli. Czasem aż za generyczne, nawet drugoplanowe. Gav ma idiotyczny design, wszyscy kowale, sprzedawcy to kukły, czasem 1, 2 gimmickami w wyglądzie, a czasem i nie. Npc to juz dramat. Poza inna czapką czy tam hełmem to nie idzie odróżnić jednego narodu od drugiego. Może poza typami z dlc. Wygląd to jedno, ale animacje.... Albo ich brak raczej. Clive jak coś podaje to mu nie widać ręki i róbi mach mach. Żenada, wybija to kompletnie z immersji. Nawet randomowe wyciąganie mieczy przed walka. Ja rozumiem wszystko, ale to są glowni bohaterzy, stawiamy na powagę. A tu widac animacje z mmo (pewnie wplyw 14...). Dalej design świata. Potrafi być ładny, przepiękne matczyne kryształy, efekty czarów, tych "światowych", czasem stroje. Ale czuc makietę w miastach, nawet atrapy żyjącego świata. Nie wiem biegania dzieci, nie oczekuje cp2077. Gó'wno questy. Zupa. Wiadomo. Ale nawet te poważne, ważne side questy to, takze z powodu drewna animacji (twarze mają z 3 opcje wyrazu pewnie), bezsensu zadań, robienia dram z jakis głupot, ze 8 raz atakują nas bandyci ale teraz jako akasze, a potem, ze sie połączyły w grupe, a teraz to z psami, a teraz to jeszcze do tego z rycerzami. O jezu jak poważnie, jak dramatycznie. I tak w każdej wiosce po pare razy. System walki. Magia ważna ze hoho z bezużyteczna. Fajnie ze sa opcje taktyczne, ale co z tego, jak ustawisz sobie po każdej włącz z eikonem i w sumie po co zmieniać? No i dmc dla ubogich wychodzi. Towarzysze też bez sensu sie robią. To przełamanie limitu też pierdołowate jest, zero powera.Ostatnia duza rzecz to optymalizacja. Nadal są (na pro) zacinki, nagle po 15 fpsów. I im dłużej grasz bez resa tym gorzej. Jakby był wyciek pamięci. Do tego czasem ładuje się sporo gra... Przejście między oknami menu też się wiesza. Po takim czasie od premiery.Dobra, ale mimo wszystko nie wyobrażam sobie nie przejść gry. Miło wad. Bo plusy tez są. Walki eikonów/kaiju. Jasne glownie przez filmowość starć, ale są mega fajne. Epicka muza. Jezu, wchodziły ciary. Wiecie takie uczucie mrowienia. Mało jest takich momentów, że muzyka aż tak z Tobą współgra. Cieszę się że tu tak było. Dość poważna i ciekawa historia. Jasne czasem przez overdramatyzm popsuta (chlipanie Clivea w pewnym momencie spowodowało, że sie śmiałem). Ale jest też sporo ciekawych postaci. Np mamusia. Też fajnie się czasem kombinowało ze skillami, ciekawie to mozna bylo ułożyć. Fajne dizajny potworów też są fajne.Ah I fajne, niejednoznacze zakończenie.Oceniać nie oceniam (liczbowo). Mocno wpływa na mnie to, że jednak z seria jestem od lat. Jest to dla mnie cześć gorsza od 15, ale nadal lepsza od 13. Chyba nie będzie gorszej numerowanej części dla mnie jak 13. (1-4 nie biorę pod uwagę).Serio zastanawiam się co z 17. Oby cos lepszego.
Opublikowano 15 marca15 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Hitman trylogia world of assassinationPamiętacie łysego? Ostatnio z nim miałem do czynienia w Hitman Absolution gdzie moim zdaniem wypadł najbardziej przystępnie jeśli chodzi o pacing i ilość napracowanka, które dostał w tamtej odsłonie. Jednak ilość kontentu jaki tutaj dostajemy jest dość spory patrząc na poprzednie odsłony.Co jest zaskakujące w tej edycji gry na PS5 to to, że wkładając grę do napędu otrzymujemy wszystkie 3 części tej edycji hitmana na płycie. Żadne DLC w formie kodu. Tutaj musze pochwalić twórców za usystematyzowanie chornologicznie wszystkich przygód. Odpalając grę otrzymujemy prolog i podział gry na trzy części. Po krótce opowiem wam dlaczego odbiłem się kiedyś od tego tytułu na wiele lat i teraz w edycji ultymatywnej ograłem wszystko "po ludzku".Hitman 1 (a raczej hitman 6 jak będziemy się trzymać semantyki chronologi wszystkich hitmanów jakie dotychczas wyszły) wyszedł w 2016 na poprzedniej generacji. IO Interactive wpadło na idiotyczny sposób wydania tej gry w EPIZODACH. Czyli jak ktoś kupił grę to musiał czekać na kolejne odcinki zabóstw jak na serial, który oglądamy w telewizji.Grze w tamtym momencie dostało się srogo po uszach i z tego co wyczytałem to dopiero trzecia część tego cyklu została wydana w normalny sposób.Powiem wprost - gra jest strasznie nierówna. Pierwsze misje w hitmanie 1 są zrobione z pomysłem i posiadają animowane cutscenki, żeby w drugiej części wykastrować grę z tego i zrobić statyczne przerywniki. Zabrakło kasy czy co?Jak wyglądają misje wzlgędem poprzednich części cyklu? Powiem tak - obszary gdzie będziemy kombinować z przebierankami są PRZEPOTĘŻNE. Jak się w tym wszystkim odznaleźć spytacie? Hitman nigdy nie miał żadnych podpowiedzi, zazwyczaj wyczytywało się różne sposoby zabijania z notatek przed misją lub rozkminiało się jak chodzą nasze cele i gdzie ewentualnie mozna ich przyłapać bez ochrony.Tym razem twórcy zdając sobie sprawę, że obszary są o wiele większe dali nam MISSION STORIES. Jest to znacznik, który mozemy sobie wybrać z menu podczas misji i udać się w to charakterystyczne miejsce i dowiedzieć się tam od kogoś (podsłuchująć zazwyczaj) jak ominąć ochrone lub zamknięte drzwi. Wtedy nasz Hitman zazwyczaj dostaje instrukcje od naszej Diany w formie batmańskiej dedykcji i znacznik zostaje aktywowany wraz z kolejną instrukcją w innym miejscu.Przyznam, że grało mi się wyśmienicie. Agent 47 jest bardzo ruchliwy oraz ma wiele opcji złapania czegoś po drodzę (młotki, śrubokręty i inne narzędzia do majsterkowania). Dzięki tym narzędziom w kieszeni można odkręcić czasem żyrandol albo inny element konstrukcji, który PRZEZ PRZYPADEK spadnie na głowe naszej ofiary. Niektóre sytuacje są przekomiczne i twórcy wiedzieli jak sprawić by nasi wrogowie wygrali w tym roku nagrodę Darwina Czy to jest najelpszy hitman? Wiele osób powie, że tak. Ja powiem, że nie najlepszy ale taki, który MUSISZ zaliczyć jeśli lubisz ten styl rozgrywki - czyli rozkminianie w przystępnym dla gracza czasie sposobów na zabójstwo DOSKONAŁE....Good luck fourty-seven.
Opublikowano 16 marca16 mar Evil West - takich gier mi brakuje. To taki boomer tpp action adventure. Jest korytarzowy do bólu, nastawiony na walkę, łączący styl naparzanki i shootera. Może nawet lekko soulslike z tymi unikami, ale nie jest tak spocony. Do tego ma klimat Van Hellsinga na dzikim zachodzie. I mamy elementy rozwoju skilli, które realnie dają kopa. Jest też przyzwoity arsenał, a pod koniec gry postać to wręcz chodząca zbrojownia. Chłopaki z Wild Hog jak zwykle dowieźli dialogami i postaciami. Z minusów to fabularnie dość sztampowo. No i muzyka tylko może raz czy dwa dowiozła. Poza tym znajdźki to głównie kasa. Niby taki 7/10, ale tak mi się przyjemnie grało i chciało wracać, że dam 8/10 ;)
Opublikowano 16 marca16 mar Resident Evil: Revelations 2Po szóstce byłem już trochę zmęczony ciągłym graniem w kolejne odsłony tej serii, ale napędzała mnie myśl, że potem zostaną mi już te "bardziej współczesne" części. Ogarnąłem się i skończyłem w kilka godzin. Muszę przyznać, że bawiłem się lepiej, niż w pierwszym Revelations. Fabuła była ciekawa, pomysł prowadzenia dwóch równoległych kampanii opowiadających o tym samym był ciekawym zabiegiem. Gameplayowo spoko - dużo strzelania, kilka zagadek, nudy nie ma. Lokacje zróżnicowane, więc też nudzić się nie można. Jeśli chodzi o minusy to powiedzmy, że kwestie techniczne mogą dawać się obecnie we znaki, czuć też pewnego rodzaju archaiczność tej produkcji, ale nie jest to nic, co dyskwalifikuje ją obecnie z listy gier do ogrania. Może też irytować kwestia tej "wbudowanej kooperacji" - nie wiem czemu po raz kolejny twórcy usilnie promowali w tej serii rozgrywkę w dwie osoby. A, właśnie - partnerka Claire, panna Moira, w wielu momentach mocno irytowała....Generalnie grało się dobrze. Jeśli lubicie serię Resident Evil, będziecie się tutaj dobrze bawić. Ja wielkim fanatykiem nie jestem, wolę normalne części numerowane, czwórka jak dla mnie nadal nie do pobicia. Przede mną VII, VII i IX, więc zobaczymy, natomiast Revelations 2 jest taką fajną odskocznią, mniejszym projektem, ale też grywalnym. 7/10
Opublikowano 16 marca16 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. To The Moon (Switch)No zawód. Tzn. wiedziałem, że siadam do indyka zrobionego w RPG Makerze i że siła tej pozycji tkwi w fabule, no ale i tak trochę żałuję wydanej kasy. Nie wiem, skąd się wziął fenomen tej gierki (no w każdym razie ja zapamiętałem panującą wokół niej od wielu lat otoczkę, że kult, że wyciska łzy, że trzeba znać), bo choć pomysł wyjściowy jest interesujący i w świecie gejmingu oryginalny (jakkolwiek znany z innych wytworów kultury, najbardziej oczywiste skojarzenia, jakie miałem, to Incepcja czy Zakochany bez pamięci), tak koniec końców nie dostarcza jakiejś niesamowicie wciągającej czy wzruszającej opowieści. Nie chcę wchodzić w szczegóły czy spoilerować, bo sam też odpalałem grę praktycznie w ciemno, ale no zwyczajnie mnie aż tak nie ruszyło, choć momenty były (tu bardziej przysłużyła się niezła, choć monotonna na dłuższą metę, muzyka). Cóż, może jednak jest pewien poziom technologicznego poziomu, poniżej którego po prostu ciężej się wczuć i immersja w opowieść spada (inb4 "w książkach w ogóle nie ma grafiki, a jakoś potrafią działać na wyobraźnię").Bo graficznie i gameplay'owo jest naprawdę prościutko, żeby nie powiedzieć, prostacko. Mimo vibe'u staroszkolnego RPGa, To The Moon to bardziej prosta przygodówka, oparta na dialogach i eksploracji, tudzież zbieraniu stuffu (i związanej z tym, wciśniętej jak dla mnie na siłę, mini gierki). Całość zajęła mi pewnie jakieś 4-5h i zdecydowanie wystarczyło. Nie męczyłem się (no może niektóre mechaniki czy wynikające z rodowodu problemy, np. ze schodzeniem ze schodów, trochę drażniły), ale też nie wciągnęło mnie jakoś specjalnie. Meh.Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge (Switch)Oj długo leżała w backlogu, bo w zasadzie od premiery byłem gierką zainteresowany. Co ciekawe, mocno trzyma cenę i nawet na promkach raczej nie spada poniżej 60 zł. Jeśli spojrzeć na Żółwie jak na "typową" grę, no to jest tutaj temat do rozkminki, no bo "przejście" trybu Story jedną postacią to pewnie z 1,5-2 godziny, więc słynny współczynnik cena-długość gry wypada tu słabiutko. Jednak TMNT to tytuł wybitnie arkejdowy, więc po pierwszym playthrough zabawa dla niektórych może się dopiero zacząć, w końcu postaci do wyboru jest jest kilka, a do tego dochodzą wyzwania na każdym z kilkunastu leveli (dosyć wyśrubowane jeśli chodzi o poziom ich trudności) czy znajdźki. Osobiście nie wyobrażam sobie maksowania tej produkcji, nie moja bajka, nie moja cierpliwość, ale jeśli ktoś podszedłby do tego z chęcią wbijania platyny, to trochę czasu pewnie by tu spędził.Abstrahując od powyższych, gierka jest jak najbardziej udana, choć dosyć prosta w założeniach. To po prostu chodzona nawalanka, oddająca hołd klasykom znanym z retro sprzętów (u nas to głównie Pegaz). Prezencja jest stylizowana na retro i całość wygląda i rusza się świetnie. Choć w TMNT akurat się za dzieciaka nie zagrywałem, tak ogólnie otoczka oldschoolowych beat-em upów została tu oddana rewelacyjnie, oczywiście wprowadzając przy tym zdobycze "cywilizacji" w postaci save'ów chociażby. Zwykłe zaliczenie Story nie stanowi specjalnego wyzwania, szczególnie w co-opie (w moim przypadku jakoś 1/3 gry, frajda dużo większa, niż samemu, no ale to chyba oczywiste). No fajnie się chodzi i obija ryje, poziomy są różnorodne i fajnie zaprojektowane, pełne ciekawych detali, a za sprawą wspomnianej oprawy aż miło się na to patrzy w ruchu, tylko koniec końców w kółko robi się to samo. Ciosów i combosów (tudzież specjali) jest tu naprawdę niewiele i w sumie dobrze, że gra nie jest zbyt długa, bo w pewnym momencie zrobiłoby się po prostu nudno. Oczywiście, jak wspomniałem, mamy sporo postaci, a każda ma swój zestaw ruchów, no ale w praktyce raczej nie ma sensu między nimi przeskakiwać, jeśli już trochę rozwiniemy jedną (każdy startuje od zera, mimo, że możemy wybrać kogokolwiek na każdym etapie przygody). Nie pasowało mi też poruszanie się góra/dół (czyli w głąb ekranu i z powrotem), jest dziwnie spowolnione i psuje dynamikę, a do tego sprawia, że walka z mobkami na dalszym planie staje się utrudniona.Przyjemna gierka w lubianym uniwersum, ale chyba spodziewałem się trochę więcej. Wiem, że pozbawiam się dużej ilości grania i wyzwania na własne życzenie, no ale co ja zrobię, że wizja żyłowania wyników i powtarzania tych samym poziomów mnie nie grzeje? Tak czy siak, dla fanów żółwi pozycja obowiązkowa. Edytowane 16 marca16 mar przez kotlet_schabowy
Opublikowano 16 marca16 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. O proszę, tak się składa że też przeszedłem żółwie.. tylko TMNT Tournament Fighters z Nesa na moim Pixelu2.Grane na hardzie, tryb prędkości Normal (paradoksalnie dużo trudniejszy od Turbo), jedno żyćko bez continue i bez żadnego taniego sejwowania. Czyli tak jak lata temu grało się w żółwie na telewizyjnej konsoli. O dziwo po latach niegrania nadal pamiętam wszystkie ciosy i specjale dla wszystkich postaci więc zrobienie Story na hard nie było żadnym wyzwaniem.Teraz zabieram się za Little Nemo Dream Master, tu będzie już dużo trudniej
Opublikowano 17 marca17 mar Chyba jedyna nowożytna bijatyka na NESa. Uwielbiam. Oczywiście nie liczę pirackich portów mortala i SF.
Opublikowano 17 marca17 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Days Gone (PC)Po raz kolejny świetnie się bawiłem w oregońskim Syfie. O grze napisano już chyba wszystko (w odpowiednim temacie) więc chyba nie ma sensu się rozpisywać. Niestety dziwne rozwiązania wkurzają jeszcze bardziej, bo niektóre można było rozwiązać w patchu- np auto podnoszenie surowców, czy pomijanie skórowania zwierzyny. Irytują misje polegające na wymianie dwóch zdań z postacią, czy powrót do obozu 10 sekund po wyjechaniu, bo pojawiła się misja.A za misje zwiększamy poziom zaufania w obozach, co daje nam nowy sprzęt w postaci broni czy ulepszeń naszego motocykla, którego trzeba tankować i naprawiać. Fajna rzecz z początku, ale potem to raczej dodatek, o którym czasem można zapomnieć. I skończymy bez paliwa, albo z zniszczonym silnikiem, bez złomu wymaganego do jego naprawy. Ale trzeba się "postarać", żeby do tego doszło. Ale DG to przedewszystkim eksploracja, zbieranie surowców, crafting, rozwój bohatera i walka z zom... znaczy świrusami. No i hordy, które z początku potrafią dać w kość, jeśli wpadniemy w nie nieprzygotowani. Mamy też świetne/niezłe kreacje postaci, choć wrzaski Deeka podczas wybijania bandytów tym razem zaczęły mnie już wkurzać. Wizualnie tytuł też nadal robi robotę, zwłaszcza widoczki. Czasem chce się przystanąć i popatrzeć na zachodzące słońce. Szkoda tylko, że nie dostaniemy drugiej części, bo komuś się kolorki na metacritic nie podobały.
Opublikowano 17 marca17 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Batman Arkham Asylum - sprawdzilem ostatnio co wisi na dysku SeXa i ku memu zdziwieniu natrafilem na bundle Batmana, ktory musialem zakupic po pijaku bo nie pamietam tego wydarzenia kompletnie. Zalaczylem wiec AA na chwile, a pod koniec tygodnia brakowalo mi juz zaledwie kilku achievementow do calaka.No coz, rozgrywka w AA jest bardzo przystepna. Walka wrecz opiera sie na laczeniu ciosow w combosy, wspomagajac sie gadzetami, by nie przerwac lancucha zadawanych razow. Im dluzsze i wymyslniejsze combosy tym wyzsza punktacja, a co za tym idzie - punkty doswiadczenia. Te ostatnie wymieniamy pozniej na podbicia umiejetnosci i sprzetu. Klasyka, ktora dziala za kazdym razem, a tu zaimplementowano ja w bardzo sensowny sposob. Jest, rzecz jasna, skradanie i rzec musze, ze tak jak w innych grach wyczekiwanie i cierpliwosc moga byc najbardziej oplacalne tak w AA przemieszczanie sie i ciagle badanie terenu sa kluczowe. Nadaje to nie tylko soczystosci, ale zwieksza rowniez dynamike przemierzania wiezienia Arkham. Brawo.Dizajn naszych przeciwnikow, a zwlaszcza bossow, zostal ujety kapitalnie. Bane jest ogromnym skurkowancem przeplecionym rurkami, ktore pompuja w niego substancje TITAN. Joker i Harley sa slodko makabryczni w swoich poczynaniach, a ich wyglad trafia perfekcyjnie w wyobrazenie jak powinni wygladac. To samo mozna powiedziec o Ivy, Croc’u, Riddlerze czy fenomenalnym Scarecrowie. Te postacie musialy sie jednak gdzies przemieszczac. Chlopcy i dziewczeta z Rocksteady zaprojektowali wariatkowo z najwyzszej polki…kogos zchorowanego na umysle. Tam gdzie sa szalency sciany wylozone zostaly “poduchami”, tam gdzie kwiat kryminalnego swiata przesiaduje i kontempluje swoja egzystencje doswiadczymy elementy “dekoracji” wskazujace na to do kogo ta cela nalezy i kto w niej cziluje. Brawo.Batman w grach Rocksteady to zakapior i bezkompromisowy basior. Kazdorazowo stawia tylko jeden warunek: wracaj do celi bo spuszcze wpierdol. Nie bawi sie w zadne tlumaczenie czy dywagacje - dziala.No gralo sie w to swietnie. Combat system, mimo iz prosty, potrafi czasem doprowadzic do bialej goraczki. Masherka przyciskow zgubi gracza nawet na normalu. Sekwencje ciosow musza byc wywazone i kontrolowane bez przerwy, a poruszanie sie po arenie i plynne przechodzenie od kontrataku do uniku, od ataku do rzutu judo, od ciosu do cisniecia bateranga stanowi o byc albo nie byc. Niestety czasem ta kontrola nie ma znaczenia bo nie da sie skontrowac (czy uciec od) dwoch lub trzech kolesi atakujacych Gacka na raz. To jest zreszta glowny powod, dla ktorego zrezygnowalem ze staran o calaka. Predatora zrobilem na maksa bo lubie skradanki i kombinowanie jak ustawic sobie przeciwnikow by spelnic warunki na medal bylo rajcujace. Bitki z 25ioma przeciwnikami na raz, z ktorych jeden wyciaga giwere ze skrzynki i pruje do ciebie kiedy ty probujesz ustac na nogach sa juz nie dla mnie.Batman Arkham Asylum to bardzo udana gra. Nie najpiekniejsza bo stekstury mocno sie zestarzaly, ale gameplay i sam Batman to wciaz czysta radocha z grania.Brawo x3 Edytowane 17 marca17 mar przez Yap
Opublikowano 18 marca18 mar Dead Island: Definitive EditionW ostatnich tygodniach ograłem pięć części Resident Evil, więc tematu zombiaków miałem już serdecznie dość. Po ukończeniu Revelations 2 zastanawiałem się, na co teraz skierować swoją uwagę. No i tak szukałem, szukałem, myślałem i... wymyśliłem. Zero zaskoczenia - kolejna gra o zabijaniu zombie (tak wyszło) Dead Island ukończyłem jakieś 12-13 lat temu, ale szczerze mówiąc to za bardzo już z tej gry nic nie pamiętałem. Czeka w kolejce dwójka, jeszcze ta odsłona Escape to Dead Island, więc postanowiłem, że sobie przypomnę to wszystko od początku. No i cóż można powiedzieć. Gra ma swoje lata, ale za bardzo tego nie czuć. Nie zagłębiałem się za bardzo w to, co ten Definitive Edition zmienia w porównaniu do podstawki, natomiast spokojnie można go ogrywać. Z pierwszego ukończenia zapamiętałem to, że tu przede wszystkim chodziło o siekanie zombiaków. Na różne sposoby rzecz jasna. Mamy noże, maczety, rurki, bejsbole i szereg innego arsenału, a na dodatek jeszcze dochodzi broń palna, koktajle mołotowa, granaty itd. I musimy kombinować, bo po pewnym czasie broń nam się zużywa i trzeba szukać czegoś nowego. I tak sobie biegamy po tym świecie, mordujemy szereg zombiaków, a gdzieś tam w tle jest jakaś historia. Jakaś, bo nie wyróżnia się niczym konkretnym - ot, wsadzenie pewnych motywów, trochę plaży, trochę laboratorium, trochę dżungli i dziwnych wierzeń, i tak do wielkiego finału, który kompletnie nie zaskakuje. W międzyczasie możemy robić zadania poboczne, ale pozwólcie, że ze względu na to, że większość opiera się na schemacie "przynieś - podaj - pozamiataj", za dużo o nich nie będę mówił. Na początku je robiłem, bo myślałem, że coś ciekawego się trafi, ale po którymś wypadzie do oddalonego miejsca po to, aby przynieść naszyjnik albo komuś coś powiedzieć ew. kogoś zabić, odechciało mi się i cisnąłem już tylko fabułę główną.Lokacje - spoko, jest różnorodność. Mapa - to samo. Spora, pełno lootu, można szukać, kombinować i zbierać. Do dyspozycji oddano nam też możliwość jazdy samochodem, ale sam model jazdy do najlepszych nie należy. Dobrze, że Techland wyciągnął wnioski i w Dying Light już to poprawił. Nie podobało mi się to, że gra mimo tego, że gramy w pojedynkę, prowadzi historię w kierunku wspólnej podróży czterech osób (z których na początku wybieramy swojego bohatera, którym gramy). Jest to kompletnie nielogiczne, jeśli jesteś cały czas sam, a nagle w przerywnikach widzisz całą grupę, po czym znowu radzisz sobie w pojedynkę. Jak się gra w kooperacji to może jest inny odbiór, natomiast w moim przypadku wybijało to z immersji. No i zachowanie AI też pozostawia do życzenia. Te misje eskortowe pod koniec gry (trochę już chyba brakowało pomysłu na fabułę, bo bieganie przez godzinę z rzędu w wątku głównym z ochranianiem postaci to przeginka) wkurzały przez to, że nasi towarzysze usilnie pchali się wprost pod nogi zombiaków, kompletnie nie próbując się bronić, unikać kontaktu czy już nawet walczyć. Podsumowując: Dead Island był początkiem dla Techlandu, ta gra ich wypromowała i były przystankiem do stworzenia lepszego Dying Light. Mechanika walki nadal bawi i gra głównie na tym się opiera. Można pograć, zwłaszcza, że gra chodzi za grosze. 7/10
Opublikowano 20 marca20 mar Yakuza 7: Like a DragonMoja pierwsza platyna z Yakuzy Bardzo przyjemnie spędzone 80+ godzin z Ichibanem i spółką. Mini gierki jak zwykle trzymają poziom, tak samo jak fabuła.Ocena 8 na 10, moja ulubiona część po Yakuzie Zero, za kilka miesięcy zabieram się za Infinite Wealth
Opublikowano 20 marca20 mar Dead Island: Riptide - Definitive EditionIdąc za ciosem, po ograniu podstawki wziąłem się za dodatek, żeby temat Dead Island od Techlandu zamknąć całkowicie. Można powiedzieć tyle: Dead Island znany w podstawowej formie, ale w innym settingu. Jeśli bawiliście się dobrze w podstawce, będziecie się dobrze bawić w dodatku. Zombiaki nadal dobrze się sieka, można kombinować z uzbrojeniem i spędzić w tym świecie kilka fajnych gier.Z drugiej strony, gra wpada w pewnego rodzaju pułapkę. Mam wrażenie, że twórcy na fali sukcesu pierwszej odsłony stwierdzili - zróbmy dodatek, pewnie też się sprzeda. Tylko problem w tym, że nic nowego w tym świecie nie wymyślono, rozgrywki nie zmieniono, bo z drugiej strony - cóż tu można udoskonalić? Dobra, mamy tryb hordy, ale jest on tak cholernie irytujący i źle zrobiony, że masakra. Jest tylko w momentach fabularnych, do tego zamiast zrobić 2-3 momenty zapadające w pamięć to mamy kilka potyczek ze stadem zombiaków, które tylko i wyłącznie irytują. Towarzysze (grałem sam) są tępi jak but, często giną, trzeba im pomagać. A jak zabijesz wrogów w ich otoczeniu, to zamiast pomóc kolejnym walczyć to sobie stoją i czekają Pomysł ciekawy, ale zmarnowany kompletnie. zmarnowano też pomysł z przemianą naszego bohatera w krwiożerczą bestię. Szkoda, bo to mogłoby być ciekawym urozmaiceniem rozgrywki. Już wiem, dlaczego Techland zastosował i rozwinął ten zabieg w Dying Light. Fabuła - meh, wymyślona na siłę, nic tu się za bardzo nie dzieje i nie wciąga kompletnie. Questy poboczne pominę - nadal to durny schemat "przynieś-podaj-pozamiataj". Model jazdy autem nadal kiepski, dodano możliwość pływania łódkami, ale za bardzo też on się niczym nie wyróżnia. Do tego kilka razy miałem problem z błędami technicznymi - np. w czasie hordy pod sam koniec jeden z zombiaków zablokował mi się w... transformatorze i nie dało się nic zrobić, trzeba było zaczynać od nowa. Oprawa audio-wideo spoko, wersja zremasterowana nie zachwyca, ale jak na grę z 2013 r. odnowioną w 2016 r., tragedii nawet teraz nie ma. Ogólnie to nie jest zła gra. To po prostu gra na 6/10. Idealna na to, żeby po ciężkim dniu pozabijać zombiaki, odciąć im głowę, ręce, nogi, stworzyć sobie śmiercionośną broń i się wyżyć. Ale nie oczekujcie tutaj wielkiej produkcji pod kątem fabularnym czy gameplayowym. Dla Techlandu szacun, że na przestrzeni lat z "brzydkiego kaczątka" jakim mogę określić Dead Island, wyrosło takie "piękne dziecko" jak Dying Light (przynajmniej mówię o jedynce i dodatku, bo reszty jeszcze nadal nie ograłem).
Opublikowano 20 marca20 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Chodziło za mną jakieś jRPG, ale czas mam obecnie nieco ograniczony, więc nie miałem siły na kolosa na 150h, z czego pierwsze 20h to zabijanie żelków. Tym samym w końcu wziąłem się za ogranie Radiant Historia w wersji na DS (dopiero w trakcie gry zorientowałem się, że jest też coś na kształt remake na 3DS) i spędziłem dosyć przyjemne 30 godzin. Głównie dlatego, że ta gra wie, co chce robić i się tego trzyma, nawet jeżeli w pewnych elementach nie realizuje pełni swojego potencjału.Grę rozpoczynamy jako Stocke, specjalny agent królestwa Alistel. Tu pierwszy plus - zamiast grać wkurzającym szczylem czy innym leszczem, to sterujemy poczynaniami gościa, który jest profesjonalny w każdym calu, a jednocześnie nie wpada w nuty bycia komicznie zimnym czy bucem. Nie, to gość skupiony na celach i mało wylewny, ale pomimo to całkiem sympatyczny. Reszta ekipy też wypada dosyć fajnie. No i nasz Stocke na skutek pierwszego zadania w grze zostaje obdarzony zdolnością podróży w czasie. W związku z tym gra rozbija się na dwie ścieżki fabularne uzależnione od wyboru, jaki podejmiemy w prologu.Mechanika ta staje się kluczowa dla prowadzonej historii - zazwyczaj w jednej ścieżce napotykamy na barierę blokującą progres. Wtedy przeskakujemy do innej ścieżki, aby tam znaleźć rozwiązanie w postaci np. nabycia nowej umiejętności lub np. skaczemy do punktu w przeszłości na tej samej ścieżce, ale dysponując przykładowo wiedzą o zastawionej pułapce jesteśmy w stanie jej zapobiec. Podobnie działa to przy questach pobocznych - w danym momencie nie możemy pomóc NPCowi, ale niewykluczone, że za kilka godzin gry zdobędziemy przedmiot, który mógłby umożliwić nam spełnienie zadania w przeszłości (contentu pobocznego jest zresztą całkiem sporo). Sama historia jest dosyć dobra - nie jakaś wybitna, ale nawet wciągająca. Do tego podobał mi się bardzo ton zakończenia i ostatnie plot twisty - co prawda główny zły za bardzo w ostatniej fazie wpada w manierę typowego jRPG złola, ale ma całkiem sensowne motywacje.No dobra, ale jak w to się gra poza zabawa w podróże w czasie? Eksplorujemy sobie mapę, na której mamy widocznych wrogów (uderzając ich możemy ich oszołomić i wejść w walkę z ułatwieniem), czasem gdzieś możemy wrócić z nowymi mocami, aby zdobyć jakiś pierwotnie niedostępny przedmiot, a przede wszystkim sporo walczymy. Tu wrażenia są bardziej mieszane - sam system został pomyślany w naprawdę ciekawy sposób. Przeciwnicy są ustawieni na dziewięciu polach, a my używając odpowiednich ruchów możemy ich poustawiać na jednym - wtedy każdy kolejny atak naszych postaci w ich turach rani kilku przeciwników na danym polu. Do tego mamy umiejętności nie tylko ofensywne, ale też pasywne i przede wszystkim mechanikę mieszania w turach kosztem przyjmowania zwiększonych obrażeń. Sęk w tym, że gra jest jednak bardzo łatwa i nie trzeba za bardzo bawić się możliwościami systemu. Przez to walka w większych dawkach robi się monotonna - sam najlepiej bawiłem się pykając jakąś godzinę dziennie, bo potem jednak wkrada się lekkie znużenie związane z pojedynkami. Nie pomaga też fakt, że ze względu na strukturę gry często wracamy do tych samych lokacji.Muzyka wypada bardzo dobrze, choć chciałoby się większej ilości utworów, a wizualnie to mieszanina bardzo ładnych spritów 2D, prostego 3D i średnich portretów. Sama nawigacja po menusach czy ogólna "wygoda" gry są na plus i raczej nikt się w niej nie pogubi, jeżeli odłoży ją na tydzień, zwłaszcza, że gra ma też wygodną funkcję w postaci opisywania w menu, jaki jest obecny cel gry, a każdy z punktów fabularnych ma krótki opis pozwalający sobie przypomnieć, na czym to zatrzymaliśmy się w innej linii czasowej zanim do niej wrócimy.Mimo kilku wskazanych wad bawiłem się przy Radiant Historia bardzo dobrze i śmiało mogę ten tytuł polecić tym, którzy szukają zwartego i jednocześnie udanego jRPG. Z jednej strony trochę żałuję, że nie sięgnąłem po dopakowaną wersję z 3DSa, ale z drugiej, z tego co czytałem o dodatkowej ścieżce fabularnej, tospoilerjej fabularna konkluzja jest zwyczajnie zbyt pozytywna i odbiera słodkogorzki ton zakończenia oryginału.Na pewno warto się zainteresować.
Opublikowano 21 marca21 mar Ninja Gaiden 4Gdybym miał opisać NG 4 za pomocą samego obrazka, to tak by to wyglądało:Lokacje zrobione na odpierdol, historia i dialogi sklecone podczas porannej posiadówy scenarzysty na klopie w jakieś 5 minut, level desing oparty na powtarzaniu tych samych, średnio satysfakcjonujących elementów platformowych, recykling bossów, krótki czas ekranowy dla potężnego Ryu Hayabusy. Sytuacji nie ratują ani przyjemne dla ucha motywy muzyczne, ani częste ujęcie kamery na biust Seori, którego rozmiar w grach zachodnich deweloperów jest na liście rzeczy surowo zabronionych.Na szczęście jest jeszcze system walki, który po prostu skradł całe show. No nie da się nie pokochać brutalnych finisherów, ładowanych ataków, zabójczego tempa, które wymaga refleksu i ciągłej uwagi, tych wszystkich combosów i możliwości jakie daje korzystanie z każdej dostępnej broni. Tylko kończyło się jedno starcie, a ja czułem się jak ten naspidowany chłop ze znanego filmiku na yt, który prosił o to, żeby dali mu jakiegoś przeciwnika. Może jakość i design oponentów nie zawsze mi leżał (te latające lampiony mnie irytowały szczególnie) ale ogólnie jestem zadowolony z tego co dostałem. Dla mnie Ninja Gaiden 4 to absolutny top pod tym względem.Z bossami jest nierówny poziom. Na pewno nie są to najlepsze starcia z jakimi się spotkałem w grach wideo. Były może ze 2-3 takie sztuki, które były naprawdę super (Ryj mnie poniżył wielokrotnie podczas póżniejszej konfrontacji i to walkę z nim dałbym na pierwszym miejscu) a reszta była po prostu spoko. Na pewno nie byłem nimi rozczarowany, bo to nadal dobry poziom jak na standardy gatunku, ale raczej nie zostaną w mojej pamięci na długo. Sam feeling walki fajny, bo trzeba kontrować, wykazać się refleksem, grać agresywnie. Z tym, że ja u bossów również zwracam uwagę na całą oprawę. Fajnie jak twórcy się nieco bardziej przyłożą i zaprojektują jakiś ciekawy model bossa. Tutaj niestety jest to często zrobione na lenia. Szczególnie podczas walki z bossem czołgiem miałem flashbacki z DMC 2.Na plus wypada również optymalizacja. Nie miałem ani jednej ścinki, a momentami był taki młyn na ekranie, że jak wyłączałem kompa i kładłem się spać, to zamykając oczy nadal widziałem latające kończyny w każdym możliwym kierunku. Naprawdę do pełni szczęścia brakowało tylko ładniejszego tła, bo całe wrażenie psuła męcząca coraz bardziej z każdą spędzoną godziną wszechobecna sterylność. Tym dodatkowo plusują gry od From Software, że widać tam też jakiś zamysł artystyczny pod kątem projektowanych lokacji. Oczywiście efekt bywa różny, ale na ogół wychodzi to dobrze i sporo widoków gdzieś tam zostaje w pamięci. W NG 4 szybko się wszystko zaczyna zlewać w jedno.Finalny werdykt jest taki, że bawiłem się świetnie i chciałbym więcej takich gier. Ludzie z Platinum z systemu walki zrobili dzieło sztuki i za samo to jestem im w stanie wybaczyć każdy ze wspomnianych minusów. Edytowane 21 marca21 mar przez Czokosz
Opublikowano 21 marca21 mar Silent Hill f - skończyłem tylko jedno przejście, inne zakonczenia i lore, zmiany w fabule na filmikach.Do gry podchodziłem dwa razy. Walka za pierwszym razem tak mnie odrzuciła, że gra poszła w odstawkę na długo. Ale wróciłem, zaczalem od nowa. I zaczalem sobie wmawiać, że walka jest ok. I nawet taka była. Wybijała z immersji, była ciężka w złym tego słowa znaczeniu. Czuć ze to nie soulsy a idiotyzm i błędy. Ale im dalej tym było gorzej, raz że bossowie, dwa, że tłumy przeciwników. No 2 remake to nie jest, tam chociaż czuć było przerażenie, a tu frustrację. I bezsens walk. I wziąłem story pod koniec... A tu walki były trywialne. To nie jest nawet easy tylko very easy. Ten casual co dodoali to chyba sam sie przechodzi. Nie rozumiem, czemu nie ma czegos pośrodku. Nie rozumiem, czemu stamina leci tak szybko. Walka jest kiepska. A przede wszystkim brak jej balansu.Drugie fopa, lisie dungeony. Na początku nie rozumiałem na co ludzie narzekają. Jest spoko. Ale późniejsze, zwłaszcza ostatni... Niech to sie kończy, to bylo w głowie.Ale pozytywy przesłaniają mi resztę. Historia. Klimat. Grafika. Potwory. Złożoność. Nawiązania. Jasne ktoś mógłby uznać, że to nudne albo być purystą, że Silent Hill to miasteczko a nie jakieś japońskie wygibasy nastolatkowe, ale cóż mi to zagrało. Świetnie sie bawiłem. Gdyby tylko podkreślić design i mrok oraz kilka nawet drobnych zmian w walce byłoby lepiej. Czekam na Townfall i 1 Remake. A najchętniej i 3 oraz 4. Mega się cieszę, że seria powróciła.
Opublikowano 21 marca21 mar 18 godzin temu, Czokosz napisał(a):Ninja Gaiden 4Gdybym miał opisać NG 4 za pomocą samego obrazka, to tak by to wyglądało:Lokacje zrobione na odpierdol, historia i dialogi sklecone podczas porannej posiadówy scenarzysty na klopie w jakieś 5 minut, level desing oparty na powtarzaniu tych samych, średnio satysfakcjonujących elementów platformowych, recykling bossów, krótki czas ekranowy dla potężnego Ryu Hayabusy. Sytuacji nie ratują ani przyjemne dla ucha motywy muzyczne, ani częste ujęcie kamery na biust Seori, którego rozmiar w grach zachodnich deweloperów jest na liście rzeczy surowo zabronionych.Na szczęście jest jeszcze system walki, który po prostu skradł całe show. No nie da się nie pokochać brutalnych finisherów, ładowanych ataków, zabójczego tempa, które wymaga refleksu i ciągłej uwagi, tych wszystkich combosów i możliwości jakie daje korzystanie z każdej dostępnej broni. Tylko kończyło się jedno starcie, a ja czułem się jak ten naspidowany chłop ze znanego filmiku na yt, który prosił o to, żeby dali mu jakiegoś przeciwnika. Może jakość i design oponentów nie zawsze mi leżał (te latające lampiony mnie irytowały szczególnie) ale ogólnie jestem zadowolony z tego co dostałem. Dla mnie Ninja Gaiden 4 to absolutny top pod tym względem.Z bossami jest nierówny poziom. Na pewno nie są to najlepsze starcia z jakimi się spotkałem w grach wideo. Były może ze 2-3 takie sztuki, które były naprawdę super (Ryj mnie poniżył wielokrotnie podczas póżniejszej konfrontacji i to walkę z nim dałbym na pierwszym miejscu) a reszta była po prostu spoko. Na pewno nie byłem nimi rozczarowany, bo to nadal dobry poziom jak na standardy gatunku, ale raczej nie zostaną w mojej pamięci na długo. Sam feeling walki fajny, bo trzeba kontrować, wykazać się refleksem, grać agresywnie. Z tym, że ja u bossów również zwracam uwagę na całą oprawę. Fajnie jak twórcy się nieco bardziej przyłożą i zaprojektują jakiś ciekawy model bossa. Tutaj niestety jest to często zrobione na lenia. Szczególnie podczas walki z bossem czołgiem miałem flashbacki z DMC 2.Na plus wypada również optymalizacja. Nie miałem ani jednej ścinki, a momentami był taki młyn na ekranie, że jak wyłączałem kompa i kładłem się spać, to zamykając oczy nadal widziałem latające kończyny w każdym możliwym kierunku. Naprawdę do pełni szczęścia brakowało tylko ładniejszego tła, bo całe wrażenie psuła męcząca coraz bardziej z każdą spędzoną godziną wszechobecna sterylność. Tym dodatkowo plusują gry od From Software, że widać tam też jakiś zamysł artystyczny pod kątem projektowanych lokacji. Oczywiście efekt bywa różny, ale na ogół wychodzi to dobrze i sporo widoków gdzieś tam zostaje w pamięci. W NG 4 szybko się wszystko zaczyna zlewać w jedno.Finalny werdykt jest taki, że bawiłem się świetnie i chciałbym więcej takich gier. Ludzie z Platinum z systemu walki zrobili dzieło sztuki i za samo to jestem im w stanie wybaczyć każdy ze wspomnianych minusów.Nic tylko wjeżdżaj w najlepszą jedyneczke w końcu ;)
Opublikowano 22 marca22 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Fantastic Adventures of Dizzy moja ukochana gierka z Pegazusa (kartridż Złota Piątka) ukończony za trzecim podejściem. Dwadzieścia lat minęło od czasu gdy ostatni raz to przechodziłem na swoim Famicomie. Tym razem podołałem na kieszonsolce Pixel2. Trzecia próba była udana, w pierwszej musiałem sobie przypomnieć zastosowanie przedmiotów ale ginąłem za często na wodospadzie. W drugim podejściu zostałem "wyjaśniony" przez minigierkę z wózkiem w kopalni i z bańkami powietrza na statku. Trzecia próba już się udała choć jak zawsze czułem ciepełko w finałowej minigierce w zamku Zaksa. Klasycznie grałem bez sejwów, jeden run - tak jak kiedyś się ogrywało gierki na telewizorni.DreamMaster nadal nie może pęknąć, ostatnio dotarłem do przedostatniego levelu ale próbuję dalej
Opublikowano 22 marca22 mar Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Batman Arkham City - znow swietna przygoda? A oczywiscie! A jakze! Po ktorejs tam misji biegajac po wiezieniu-miescie pomyslalem sobie, ze takiego Batmana chcialbym zobaczyc w filmie. Olbrzymi zakapior z sylwetka w ksztalcie litery V, giry jak filary panteonskie, biceps, triceps i inne miesnie, ktore powinny przeszkadzac w operowaniu konczynami, obrotami, pochylami, a co dopiero w walce wrecz gdzie Nietoperz podejmuje czasem 20tu klientow na raz. Jest jeszcze bardziej wkurwiony niz Arkham Asylum. Morde ma wykrzywiona w grymasie gniewu (wybralem sobie skorke druga od konca) i wchodzi w dialog z kopem w ryja. No cos pieknego. Nie zabija (mimo iz jego przeciwnicy nie maja z tym problemu), ale traktuje kryminalistow jak barachlo, ktorym oczywiscie sa. Slowa, ktorych uzywa, zamykaja sie w jednym badz doslownie kilku zdaniach ograniczajacych sie albo do grozb, badz do szyderczego brechtania sie z porazki przeciwnika. Tak to sie kierwa robi. Zaklinam tworcow filmowych - zrobta Batmana na podstawie gier Rocksteady. Sukces murowany.Combat system jest nieco szybszy i lekko rozbudowany wzgledem tego z AA, ale jego trzon jest ten sam. Wciaz timing kontratakow jest nieslychanie wazny. Uniki graja jeszcze wieksza role bo nie tylko pozwalaja omijac najmocniejsze ciosy (vide tych w dupe jebanych synow z maciory milosnikow maczet!!!), ale uciekac z najgorszych opresji. Musicie bowiem wiedziec, ze w AC czasem moze was przytloczyc ogrom roznych zrodel ataku. Jedno starcie to Joker, jednoreki bandyta, z 20tu innych delikwentow z maczetami, tarczami i czymkolwiek tam podniosa. Pozniej dolacza do nich jeszcze tytan, a przez arene walki smigaja co chwila wagoniki lunaparkowe dokrocset. Bywa intensywnie. AC jest w wiekszosci sandboxem. Mowie w wiekszosci choc olbrzymia czesc misji fabularnych dzieje sie w osobnych budynkach gdzie Arkham City sluzy raczej jako plac zabaw do szukania znajdziek, zagadek i narzedzie narracji/fabuly bo trzeba jakos watki i fakt tego, ze fabula dzieje sie w roznych miejscach, polaczyc. Dziala to swietnie i Rocksteady znalezli slodki balans miedzy eksploracja, a progresem fabularnym. Ten ostatni watek znow zostal potraktowany powaznie. No…na tyle powaznie na ile pozwala historia doroslego czlowieka biegajacego w obcislym body i pelerynie, ale tematyka AC jest zorientowana wokol bardzo brutalnych, czesto fundamentalnie szalonych ludzi. Aby sobie z nimi adekwatnie radzic Batman jest odpowiednio wyposazony w brak empatii, sladowe stezenie emocji, niesamowita tezyzne fizyczna, spryt oraz sprzet, ktory Alfred (nie tylko) dostarcza mu kiedy wymaga tego sytuacja. We wszystko bardzo sprytnie zostaly wplecione perypetie CatBabeczki. Jej linia fabularna byla zdaje sie dodatkiem w pierwszej iteracji Batmana AC, ale tutaj swietnie wkomponowano jej poczynania, zeby wspolgraly z bitka Gacka. Panna Kyle wywija tyłk…konczynami nieco szybciej niz Bruce co sprawia, ze nalezy jeszcze umiejetniej nadazac za jej plasami na ekranie. Czasem mialem wrazenie, ze bardziej sie teleportuje z miejsca na miejsce niz wspina czy biega. Do tego potrafi byc slodko sarkastyczna, rozgrywa gierki umyslowe i slowne, ktore sa przesiakniete ironia i przekora, a to wszystko bardzo fajnie odroznia ja od wszystkich innych postaci zarowno meskich jak i zenskich, ktore napotykamy na swojej drodze. Gra sie nia inaczej, ale spokojnie - nie ma tych misji za duzo. Wszystko o czym wspomnialem wyzej sklada sie na moja silna rekomendacje drugiej odslony Batmana od Rocksteady, ale musze zaznaczyc cos czego mialem nadzieje nigdy nie mowic, ale wziawszy pod uwage to, ze gra ma juz swoje lata i jest dynamiczna sugeruje GRAC NA PC. No, niestety niewiele gier z dawnych lat (Ninja Gaiden Black, EKHEM!) hulalo w 60iu klatkach. Te 30 fps’ow w tych czasach moze sprawic, ze gracz bedzie odczuwal zmeczenie sensoryczne, a mamy rok 2026. Robmy sobie lepiej, nie gorzej.
Opublikowano 22 marca22 mar A ja moge zasugerować żeby zagrać w batmana city na PS3 w tych 30ramkach i wodotryskach graficznych których próżno szukać na pc i ps4.I obowiązków oled, ktory zmienia oblicze tych starych gier.
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.