Opublikowano 29 maja29 maj Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Rzadko pisuje o ukończonych tytułach, ale o tej grze po prostu trzeba powiedzieć. Po pierwsze dlatego, że nie jest zbyt znana. A po drugie dlatego, że powinna być.Twórcami jest dwóch braci Polaków rodaków, Burnhouse Lane to horror point'n'click 2D ze sporadycznymi minigierkami i strzelaniem. W zasadzie nie ma tu point, bo sterujemy normalnie analogiem, a przedmioty i interakcje dzieją się za pomocą przycisków normalnie. Wspominałem w temacie boomer horrorów o mieszance gier i innych popkulturowych sfer, które ją najlepiej definiują. Dla ludzi obytych w temacie to nic nowego, ale o tym później.W grze przyjdzie nam pokierować Angie, pielęgniarką, która choruje na złośliwy nowotwór płuc w ostatnim stadium. Kontemplując życie podczas palenia papierosa w oknie swojego mieszkania, postanawia z nim skończyć, co się stety niestety ostatecznie nie udaje. Z amoku wybudza ją telefon od przyjaciółki, która proponuje jej przyjęcie pracy opiekunki pewnego staruszka, mieszkającego za miastem na farmie. Ostatecznie namawia ją zarobkami za które chce spełnić marzenie wyjazdu do Japonii, możliwością wypoczęcia na odludziu, zrelaksowania się i spojrzenia na swoje dobiegające końca życie inaczej i pogodzenia się z nim. Po krótkim wprowadzeniu i zaznajomieniu się z domem, podopiecznym i okolicą, gracz razem z Angie odkrywa w piwnicy tajemnicze drzwi, które prowadzą na Burnhouse Lane, swoisty czyściec/piekło/drugą stronę/króliczą norę, gdzie napotyka gadającego kota, który oznajmia, że jest w stanie uleczyć jej nowotwór jeśli tylko wykona dla niego 5 zadań. I tu gra zaczyna się na dobre.I teraz tak, gra od początku daje znać, że to nie jest spacerek, nie jest kolorowo, nie ma taryfy ulgowej. Grając w to i brnąc dalej godzisz się na pewne uszczerbki i doznania. Jesteśmy wystawiani momentami na naprawdę ohydny i szokujący content. Viewers discretion is advice chciałoby się rzec. Spalony Kot pragnie sprawiedliwości na świecie, 5 zadań, o których mowa, to głównie zapoznanie, dowiedzenie się o i zrobienie porządku z pewnymi osobnikami stąpającymi po świecie podczas eksplorowania ich domostw, różnych przybytków i za pomocą rad Spalonego Kota, poradzenie sobie z nimi. Zboczeńcy, psychole, mordercy. Są tu tortury, molestowanie, gore, przemoc wobec zwierząt. To jak oglądanie true crime i snuff filmu na dwóch monitorach jednocześnie. Pod koniec pojawia się nawet trochę kiczu, pastiszu i satyry. Dodatkowo, jako iż gra jest trochę stylizowana na, ja wiem, jak to nazwać, wyciananke z gazet(?). Postacie mają ruchome kończyny i głowy jakby były poskładane z fragmentów/kawałków papieru, ta stylistyka+tematyka gry robi dobry flip w mózgu. Ma to tak oniryczno-koszmarny vibe. Jest niepokojąco nawet w spokojnych, zwyczajnych momentach. To takie uncanny valey w cudnym wydaniu, to wyczerpuje chyba opis klimatu.Wspomniałem wcześniej o pewnym mixie gier i nie tylko, które były inspiracją dla twórcy Burnhouse Lane. To typowy p'n'c, zbieranie przedmiotów, rozwiązywanie zagadek (nikt tu się raczej nie spoci, gra jest łatwa, ale nie prostacka, flow jest idealne, aby chłonąć opowiastke i klimat.), rozmawianie z naprawdę barwnymi postaciami, które dodatkowo mają ekstra poprowadzony voice-acting i samo to co mówią nie sprawia, że zasypiamy, wręcz przeciwnie - dodają jeszcze więcej na barki i do KLIMATU ofkorz.Muzyka to też niesamowicie ciekawy przekrój, ambient, techno, trip-hop, a w bardziej intensywnych momentach i czysta kakofonia się znajdzie. Kilka razy zatrzymywałem się, by posłuchać co fajniej brzmiących kawałków.Inspiracją bez wątpienia była gra Sanitarium i Fran Bow, szczególnie ze względu na strukturę narracji i pewną umowność tego co jest prawdziwe, co nie. To co za mix patentów później potrafi się zadziać, to tylko się siedzi i mówi, że nieee, to niemożliwe co gość wysmażył. Niczym nieskrępowana kreatywność. Oprawa i ta stylistyka przywodzi na myśl troszeczkę Detention, tajwański horror 2D (polecam jak ktoś nie zna) z podobną budową postaci i lokacji, jakby były wyklejone, choć w Burnhouse Lane mocnniej się to rzuca w oczy. Podczas grania jedyne co przeszkadzało, to na początku UI, jest trochę brzydki i bardzo staroświecki, w sensie ekwipunek itp:. użyta czcionka, łamanie tekstów, no jest to tak dość amatorsko zrobione. Przyzwyczajenie się do sterowania też może być na początku "ciężkie", ale szybko idzie załapać co, jak, działa. No i dźwięk podczas przechodzenia z lokacji do lokacji, potrafi się zaciąć i wystukiwać bit w słuchawkach przez kilka sekund podczas ładowania. Innych wad nie stwierdzono. Oprócz rozgrywki to całość jest dość Lynchowska, Kafkaskowa, Kingowska z posypką Alicji w Krainie Czarów. Dużo niedopowiedzeń, interpretowania rzeczy na swój sposób. Bo oprócz walorów szokujących, jest też momentami ckliwa i przyziemna bo ostatecznie opowiada poważną smutną historię. Mamy klasycznie kilka zakończeń zależnych od wyboru pod koniec. Końcowy chapter i dążenie do zakończenia jest ekstra. Gra no jest odważna w tym co chce przekazać i w jaki sposób to robi. Nie da się przejść obojętnie jak już chwyci, dawno mnie tak emocjonalnie nie zmiotło. O wielu rzeczach wspomniałem, ale też o wielu nie, bo do odkrycia jest baaaaardzo wiele i nie chcę psuć zabawy, pamiętajcie KREATYWNOŚĆ słowo klucz. Gra niesie ze sobą pewien ładunek, takiego klasyka jak stare I have no mouth and I must scream, albo innych perełek. Polecam dać jej szanse, koneser koszmarów się nie zawiedzie, a i też po ograniu zostawi coś po sobie, chociaż zmusi do odrobiny refleksji może. Przejście zajęło około 12 godzin, ale ani trochę się nie dłużyło, zleciało jak przy zajebistym filmie.Nie sądzę, aby udało mi się oddać to co ta gra "wyprawia", ale jak zachęciłem chociaż jedną osobę to sukces. Autorowi tej gry to się po prostu należy.
Opublikowano 1 czerwca1 cze https://www.moddb.com/games/medal-of-honor-retro-remakeWspaniała robota jednego człowieka. Wczoraj jednym ciągiem zaliczyłem całość, został mi tylko bonusowy etap, który typ złożył z wyciętej zawartości. Brakuje paru rzeczy względem wersji psx, no ale... Poziom napracowanka widać i czuć. Chciałbym zobaczyć tak odpicowanego MoH: Undergrounda, ale i nowego medala w tym starym stylu z duszą. Nostalgia/10.
Opublikowano 1 czerwca1 cze Skończyłem sobie po +-30 godzinach gre POKOPIA. Przestałem być fanem pokemonów jak skończyłem 7 lat, ale na szczęście ta gra broni się byciem dobrą grą więc jak czyjaś przygoda z tą marką kończy sie na tym że 25 lat temu oglądał bajke i zbierał tazosy to raczej tyle mu wystarczy żeby się wciągnąć. A wciąga to c0restwo. Sam wątek "fabularny" ogólnie mega gówienko, ale ma kilka sympatycznych misji mimo wszystko warto sie za niego zabrać przed główną zabawą w budowanie naszych poke krain bo bez niego nie mamy umiejętności bez których tylko robimy sobie pod górke.Z rzeczy które mi sie nie podobają to że upływ dnia mamy w czasie rzeczywistym tak samo budowe budynków, dla mnie totalna głupota szczególnie to drugie.Sterowanie postacią szczególnie przy budowaniu i niszczeniu też pozostawia sporo do życzenia nie jest to zbyt intuicyjne i trzeba robić wszystko powoli. Jeszcze boli mnie brak jakiegoś przenoszenia itemów między mapkami i przejrzystej segregacji bo naprawde trzeba włożyć wiele wysiłku żeby nie mieć syfu i wiedzieć gdzie co sie pochowało no ijeszcze taki normalny coopik by sie przydał na splicie. Miła gra, polecam jak ktoś lubi budowanki czilowanki ja tak naprawdę dopiero zaczynam bo moje pokesc0rwensyny żyją jak murzyny, połowa na ulicy przy śmietnikach a reszta w lepiankach więc chce im zapewnić godny byt edit. jeszcze przypomniałem sobie z wad że chłopy dali jakieś dźwięki pokemonów z gameboya czy chuy wie czego xD dziwna decyzja i dla mnie też minus bo przecież nawymyślali tyle tych dźwięków przez te wszystkie lata to tak ciężko było to wrzucić do gry?
Opublikowano 1 czerwca1 cze Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Subnautica (PC)Tak bardzo chcę napisać coś o Subnautica dosłownie moment po jej ukończeniu, że zapewne w efekcie nie opiszę nawet połowy wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas zabawy.Ignorancja po raz kolejny dała o sobie znać, gdyż gierką zainteresowałem się zupełnym przypadkiem, oglądając fragment streamu drugiej części na YouTube. Z jakiegoś powodu byłem święcie przekonany przez wszystkie te lata, że Subnautica to jakiś niezobowiązujący walking swimming sim o podziwianiu widoczków w głębinach oceanu. Nie miałem pojęcia ani o tym, że jest to survival, ani o naprawdę rozbudowanych możliwościach budowy bazy i interakcji z otoczeniem, ani już z pewnością o bardzo ciekawej i intrygującej fabule.Mało tego, nie zainteresowałem się grą nawet pomimo tego, że miałem ją w bibliotece Playstation od czasów covida, kiedy była rozdawana za darmo. Ale że była rozdawana za darmo z Abzu, to chyba dlatego wrzuciłem ją niesłusznie do jednego wora z tym drugim pływaniem...Ale do rzeczy. Powyższe 46 godzin nabiłem w przeciągu zaledwie dwóch tygodni. Wiem, że dla wielu innych forumowiczów to jest nic, ale w moim przypadku jest to idealny przykład tego, jak mocno gra mnie wciągnęła. Grałem gdy tylko mogłem. Myślałem o grze w pracy. Czasem mi się ona nawet śniła. Zamiast iść spać, to grałem do północy i dłużej, pomimo tego, że po piątej trzeba było wstać. Będę pisał ogólnikami, bo może nie jestem jedynym, którego Subnautica ominęła, ale ja niemal co chwila odkrywałem w grze coś nowego, dowiadywałem się o nowych możliwościach, oraz z czasem zacząłem doceniać przedstawioną historyjkę, która z początku również nie spodziewałem się, że będzie taka dobra.W dużym skrócie, Subnautica to futurystyczny survival w głębinach oceanu na obcej planecie, na której rozbija się statek głównego bohatera. Większość wydarzeń prezentowana jest w postaci komunikatów radiowych oraz audio-logów. Zaczyna się bardzo niepozornie, ale z czasem całość się rozwija bardzo intrygująco i żeby nic więcej nie zdradzać, to na tym poprzestanę. Gra właściwie w ogóle nie prowadzi gracza za rączkę i wszystko musimy rozgryźć sami, bądź za sprawą wskazówek z rozmaitych logów i informacji otrzymywanych ze skanera. Zaczynamy w dryfującej kapsule ratunkowej i musimy zadbać o przetrwanie, zbierając surowce, pożywienie, filtrowaną wodę, z czasem konstruując futurystyczne podwodne bazy, nowy ekwipunek, a nawet pojazdy, kończąc na hodowli fauny i flory do wykorzystania w dalszych ekspedycjach, bądź utrzymaniu habitatu. Wszystko z perspektywy pierwszej osoby z naprawdę pokaźną interaktywnością z otoczeniem.Gra daje ogromną swobodę, począwszy od eksploracji, po konstrukcję bazy, czy jej design, bądź też zasilanie. Osoby, które przykładają uwagę do względów estetycznych również powinny być zadowolone, gdyż kolejne habitaty można tworzyć zarówno pod kątem funkcjonalnym, jak i czysto wizualnym, z dedykowanymi modułami czy pomieszczeniami do podziwiania widoków.A jest co podziwiać. Gra została wydana w 2018 roku, ale nawet po latach jest naprawdę piękna. Może niekoniecznie czysto graficznie, co stylistycznie. Podwodny świat jest zróżnicowany, kolorowy, obszerny i naprawdę zdaje się żyć swoim życiem. Fauna i flora mają swoje cechy i na przykład możemy zaobserwować, jak rozmaite organizmy zachowują się wobec siebie nawzajem, jak i wobec gracza. Czasem są to bardzo subtelne interakcje czy zachowania, ale raz jeszcze, nadają one temu fikcyjnemu światu życia, co z kolei zachęca do dalszej eksploracji. Towarzyszący całości przygrywający od czasu do czasu Soundtrack również jest rewelacyjny do tego stopnia, że musiałem dokupić wersję z OSTem na Steam. Jest to muzyka, którą z pewnością sobie odtworzę również poza grą.Co mnie jednak urzekło najbardziej, to to, że Subnautica okazała się niezwykle przyjemna, relaksująca i fascynująca. Choć w założeniach jest to survival, a kilka momentów potrafi przyspieszyć bicie serca (nawet za sprawą jump-scare'ów), to jednak całość jest w praktyce bardzo "każualowa", o ile nie gramy na poziomie Hardcore z jednym życiem. Nie ma presji czasu, nie ma prowadzenia za rączkę, a motywatorem jest tylko nasza własna ciekawość i twórczość. Jak to zwykle w tego typu grach bywa, najlepsza jest właśnie przygoda i stopniowe odkrywanie kolejnych rzeczy, lokacji, technologii, ekwipunku. Poniekąd błędne koło, jak to opowiadałem znajomemu z pracy - zbierasz surowce, żeby zbudować coś, co pozwoli ci zejść głębiej, albo przetrwać w nowym obszarze, a płyniesz tam, żeby zdobyć kolejne surowce i technologie, dzięki którym popłyniemy jeszcze dalej... Ale satysfakcja, gdy wreszcie wybudujemy np. nowy pojazd, albo zdobędziemy lepszy ekwipunek są przeogromne. Dopiero gdy odblokowałem wszystko co możliwe entuzjazm trochę opadł i dopiero wtedy skupiłem się na przejściu warstwy fabularnej. Niemniej jednak jak już wspomniałem, jeśli ktoś chce po prostu w tym wodnym świecie sobie egzystować, tworzyć coś wizualnie fajnego itp. to jest tu ogromne pole do popisu.Wady? Mógłbym wymienić raczej na upartego. Kilka bugów, z czego jeden potencjalnie groźny, gdyż popsuł moją łódź podwodną po zamontowaniu na niej pojedynczej... doniczki. Na szczęście usunięcie przedmiotu naprawiło problem. Plus wydaje mi się, że przez wspomnianą swobodę kilka rzeczy mnie ominęło, gdyż technologie albo struktury, które powinienem mieć stosunkowo wcześnie odblokowałem dopiero pod koniec gry. Poniekąd przez nieuwagę, poniekąd przez brak wskazówek. Ale ciężko mi to uznać za prawdziwą wadę. Wręcz przeciwnie, czyni to daną przygodę unikatową, a nie identyczną dla każdego gracza. Niemniej jednak w kontynuacji Below Zero na pewno będę już miał na uwadze kilka rzeczy i zwiększoną czujność.Ano właśnie, Below Zero już się instaluje. Póki co kończę przygodę ze zwykłą Subnautica, ale na 100% przejdę sobie jeszcze wersję PS5 we wcale nie tak odległej przyszłości. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu w Subnauticę jeszcze nie grał, to bardzo polecam.Powyższy tekst może być chaotyczny, gdyż nie został napisany przy pomocy AI, lecz stanowi luźny ciąg myśli spisanych samodzielnie "na kolanie" w 30min świeżo po ukończeniu gierki oraz dwóch wypitych piwach.
Opublikowano 1 czerwca1 cze Guns of Fury (Switch)Indyk polecony w PE, a o którym, z tego co widzę, w necie się zbytnio nie pisze (nie ma nawet wpisu na wiki...). Gra ma bardzo łatwy do skrótowego opisu gameplay: połączenie metroidvanii i Metal Sluga. Dosyć świeże podejście, czyż nie? Osobiście nie jestem dużym fanem tego pierwszego elementu/formuły i nie wiem, czy sięgnąłbym po gierkę, gdybym zwyczajnie nie zapomniał, czym ona w istocie jest. Bo kierowałem się raczej skojarzeniem, że to taka tam podróba Metal Sluga, którego bardzo lubię. Ale koniec końców, z GoF bawiłem się dobrze, choć gra ma swoje problemy. Po pierwsze, o ile przez większość gry postęp przychodził raczej naturalnie, nie wymagając specjalnego błąkania się po mapie, tak w końcowych godzinach bywało już gorzej i szukając jakiegoś brakującego power-upa/gadżetu potrzebnego do przejścia dalej, błądziłem po korytarzach, sprawdzając nieodkryte dotąd zakamarki (przy pomocy mało czytelnej mapy), regularnie natykając się na "ścianę". Nie pomaga to, że takiej faktycznie sensownej szybkiej podróży (teleport między save pointami) nie dostajemy prawie do samego końca, mając w zamian opcję przeskakiwania między dosyć rzadko rozsianymi punktami z ciężarówką. Skutkuje to tym, że szukając rozwiązania w ciemno, musimy pokonywać dosyć duże odcinki mapy, oczywiście za każdym razem pokonując dziesiątki wrogów, niekiedy zużywając suple odnawiające nam życie, których aż tak dużo nie ma (nabywamy je w sklepiku, ale tam szybko się wyczerpują i przez jakiś czas są niedostępne). Odczuwalny zgrzyt, choć nie psujący całkiem zabawy, ot albo można w pewnym momencie wspomóc się podpowiedzią w necie, albo szukać samemu aż nie skończy się cierpliwość. Cierpliwość testuje też sam początek przygody, bo wita nas stosunkowo długi i trudny jak na pierwszy kontakt z grą odcinek bez kontynuacji, za to z walką z bossem, gdzie śmierć, co naturalne, wiąże się z rozpoczęciem od samego początku, co mnie przynajmniej lekko zirytowało i podsunęło wątpliwości, czy aby zakup był w ogóle sensowny, bo jak to dalej ma tak wyglądać, to czarno to widzę. No ale dalej było już lepiej. Gameplay jest bardzo przyjemny, satysfakcjonujący, mięsisty. No feeling jest ewidentnie Metal Slugowy, i spoko. Podobieństwa zaczynają się zresztą już od stylizowanej na retro oprawy 2D. Główna różnica to właśnie formuła całości: tutaj mamy ogromną, labiryntową mapę, połączoną przejściami, które możemy pokonać posiadając określony item/umiejętność. Metroidvaniowa klasyka, nic nowego pod słońcem, toteż nie będę się nad tym tematem rozwodzić. Nadaje to na pewno większej głębi całości, jednocześnie nie obraziłbym się, jakby GoF było "tylko" klonem MS. Na poziom frajdy wpływa obecność licznych zniszczalnych elementów otoczenia, których rozwalanie niezmiennie cieszy a i dodaje efektu rozpierduchy na ekranie. Poza strzelaniem trzeba sporo poskakać, są momenty rozkminki związane z zastosowaniem jakiegoś skilla, a jednym z wyróżniających grę elementów są dosyć trudne walki z bossami. Co prawda opierają się na typowym patencie, czyli wyuczeniu się konkretnych ataków i ruchów każdego z nich, ale i tak mogą chwilowo podnieść ciśnienie. Grunt, że przed każdym z nich mamy punkt zapisu. Zwykłe mobki też potrafią zajść za skórę, ale bardziej z racji ich liczebności. Wraz z postępem stają się co prawda coraz silniejsi, ale nasz arsenał i umiejętności też progresją. W grze dostępnych jest multum pukawek, no ale generalnie warto używać najlepszej (ergo-najsilniejszej, bo opisane są kilkoma statystykami) z każdej kategorii, jakimi są broń długa, krótka i melee. Wspomniana pixel artowa oprawa jest bardzo przyjemna dla oka, robotę robi też klimatyczna i zróżnicowana muzyka. Całość zajęła mi z 8-10 godzin i nie znudziła. Idealne na Switcha na krótsze sesje, choć wciąga mocno i nieraz te sesyjki mi się przeciągały. Polecam, czysta rozgrywka, bez zbędnego pitolenia.
Opublikowano wtorek o 07:185 dni Jeszcze wczoraj skończyłem sobie Mario Galaxy. Gra która dała mi dużo dobrej zabawy i mase frajdy lub jak ktoś woli po dorosłemu to znaczy że była to bardzo dobra gra ALE w sumie mam dużo ale.Port na słicza chyba git, nie grałem w og więc nie wiem czy coś mocno popsuli, gra na przenośnym ekraniku prezentuje sie fantastycznie, jeśli chodzi o sterowanie ruchowe to już bywa z tym różnie xD nie jest jakoś tragicznie, a o to najbardziej sie bałem. Grałem w każdej konfiguracji i chyba najwygodniej grało mi sie właśnie przenośnie, dobrze sie zbierało te gwiazdki kursorem, natomiast przy lvlach gdzie mamy sterowanie płaszczką i kulą to nie ma chuya że dałbym rade to zrobić xD wtedy przesiadka na pada, ewentualnie osobne joycony to mus, troche boje sie dwójki bo tam niby z tym yoshim już przenośne granie odpada całkowicie.Soundtrack=goty. Jakiś chiński maestro to zrobił, niesamowita sprawa (poza motywem dla ognistego i lodowego kwiatka, jeden z najgorszych utworów jakie w życiu słyszałem i autentycznie powodował u mnie napady agresji )Poziomy i sam gameplay też wspaniały, niesamowita różnorodność co te chłopy tutaj nawymyślały z tymi planetami to przechodzi czasami ludzkie pojęcie no i teraz troche bardziej rozumiem jak ktoś narzekał na 3d world no bo jednak po czymś takim dostać taką bezpieczną gierke to musiało troche boleć xDJeśli chodzi o część typu jojczenie. Sterowanie marianem i kamera czasem wariują nie za często i w sumie jestem pełen podziwu że przy tym co sie dzieje w tej grze i ile ona ma lat na karku jest to tak rzadkie no ale zdarza sie i ginie sie tylko przez to a tego chyba nikt nie lubi.Brak bonusowej galaktyki po skończeniu gry giga zawód i przez to odpuściłem maxowanie przy 110 gwiazdkach bo te zbieranie fioletowych monetek które dali po napisach mnie zwyczajnie nudziło więc olałem sprawe po kilku poziomach.Chyba mój największy zarzut chociaż to mocno indywidualna sprawa to budowa tej gry. No nie jestem fanem podziału jednego poziomu na kilka osobnych etapów i wywalania do hubu po każdej zdobytej gwiazdce. Nie wiem czy problem leżał w tym że wii nie miało na tyle mocy żeby dać cały lvl naraz czy była to czysto designerska decyzja no ale nie podobało mi się to. Zdecydowanie wole bardziej otwartą strukture z odyssey w mario 3d gdzie na każdym rogu czai się coś do znalezienia a nawet tą z 3d worlda gdzie poza ukończeniem lvlu mieliśmy ukryte na nim 3 zielone gwiazdki i stempel.Dobra gra nawet bardzo, ale chyba spodziewałem sie więcej po grze która zajmuje 4 miejsce w najwyżej ocenianych grach w historii na meta. Nie wiem czy w 2007 zasługiwała na 97% ale w 2026 na pewno nie. Mimo wszystko mam nadzieje że kiedyś jeszcze zobaczymy taką część chociaż teraz nintendo zachłyśnięte otwartymi światami więc pewnie bez szans.aa sprężynka to najgorszy powerup jaki widziałem w platformówce
Opublikowano wtorek o 07:295 dni Te poziomy z kulą i płaszczką trafiają sie chyba dwa albo trzy razy z czego raz w takiej bonusowej galaktyce. Na pewno da sie to przejść bo jeden lvl tak zrobiłem, po prostu jest to tak niewygodne przy porówaniu z padem że nie ma co się męczyć jak nie trzeba. Także jedynka na luzie do ogrania na lajcie a jak z dwójką przenośnie to sie okaże w przyszłości
Opublikowano wtorek o 07:315 dni Mario Galaxy 1 i 2 tylko na Wii. Dwójka to jedna z najlepszych gier ever i szkoda grać w gorszą wersję. Serio, Wii nie jest drogie.
Opublikowano wtorek o 07:345 dni Kupiłem jakiś czas temu wii, nawet crtka ukradłem sąsiadce jak umarła i okazało się że wii nie działa
Opublikowano wtorek o 07:415 dni Ja właśnie niedawno skończyłem wersje na Wii ale mam bardzo podobne odczucia. Projekt poziomów fenomenalny i te kolejne planety co odwiedzałem to jedna lepsza od drugiej. Natomiast kamera to jakiś pierdolony dramat był. Często była zblokowana w jednej scenie i nie mogłem zobaczyć szerszego otoczenia a było to dla mnie bardzo ważne. Często też właśnie przez nią skakałem tam gdzie nie trzeba. Nie podobało mi się rozwiązanie z czasowymi power-upami, a za sprężynę to ktoś powinien zostać wypierdolony z tej roboty. Te poziomy ruchowe spoko ale niech więcej nie robią. Ten poziom z kulą przeszedłem bardzo, bardzo powoli. xD Może jakbym grał w to na premierę to bym miał mokre majtki ale z racji, że to było moje 4 podejście do tej gry (na Wii i na Switch) to tym razem udało się skończyć ale przez kamerę miałem 2 rage quity w międzyczasie. Edytowane wtorek o 07:425 dni przez suteq
Opublikowano wtorek o 07:425 dni W pierwszą część grałem na Wii i mam mega dobre wspomnienia. Każdy nowy poziom to było małe wow wtedy, chciałem sobie odświeżyć i przy okazji żeby syn zagrał ale pytanie czy jest sens.
Opublikowano wtorek o 07:505 dni Jedynka jest jaka jest, tylko dobrym Mario, ale dwójka to kosmos. Kupuj dupcio kolejne Wii. 9 minut temu, suteq napisał(a):Ten poziom z kulą przeszedłem bardzo, bardzo powoli. xDkurna, kocham te etapy z kulą.
Opublikowano wtorek o 08:015 dni Ale nie powiedziałeś mi co tam jest takego na wii że dominuje genetycznie wersja na switcha
Opublikowano wtorek o 08:065 dni Ruszanie kursorem. W dwójce na Switchu to już w ogóle będziesz się męczył. Tu trzeba precyzji.
Opublikowano wtorek o 08:085 dni No zobacze jak to będzie, w tej jedynce przy sterowaniu osobno joyconami kursor się trząsł jakbym grał po wypiciu pół litra ale przenośnie naprawde fajnie i płynnie sie zbierało te kryształki tylko wtedy te wymienione etapy były katorgą no i tak było trzeba manewrować dobrze że to konsola HYBRYDOWA
Opublikowano wtorek o 10:145 dni AC Shadows (Switch 2).Przede wszystkim, to fajne mamy czasy, że tak ogromną i pełną detali grę można ogrywać sobie na sprzęcie przenośnym podczas dojazdów do pracy. Dobra, to 56 godzin, 50 level i fabuła plus większość dodatkowych questów zrobione. Oczywiście nadal mógłbym czyścić mapę, ale przyszedł czas żeby pograć w coś innego. Na plus klimat (można się dowiedzieć mnóstwa rzeczy o Japonii), wielka mapa, fajny moim zdaniem pomysł z dwoma bohaterami zrobionymi pod odmienny gameplay, różne typy broni i wykonanie gry od strony technicznej. Na minus powtarzalność (zadań, designu lokacji, modeli postaci oraz przeciwników), przeciętna historia oraz przede wszystkim niebyt ciekawe, niezapadające w pamięć questy. Za mało wyborów, za mało opcji rozegrania questa na wiele sposobów, za mało konsekwencji poszczególnych opcji dialogowych. Gramy jak po sznurku, zostawiamy za sobą sterty trupów, broń zmieniamy regularnie na to co tam wpadnie na kolejnym levelu i w zasadzie tyle. Jest to przyjemne do pewnego stopnia, bo otoczenie jest fajne, a gameplay potrafi dać frajdę, ale też żaden quest, ani też żadna walka, nie zapadną mi pewnie w pamięć. Ogólnie gra bardzo dobra, dla fanów Japonii wręcz pozycja obowiązkowa, ale do wybitności zabrakło (jak zwykle w serii AC) pomysłowości w projektowaniu questów oraz pisaniu dialogów.
Opublikowano środa o 06:514 dni Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Ostatnio miałem wyjątkowo mało czasu na gierki i bardzo wyczerpujące wyzwania w życiu codziennym, więc uznałem, że nic tak nie siądzie jak gierka wymagająca precyzyjnego platformingu, to jest Symphonia. Tak, mój autyzm ma autyzm, a co. Wracając jednak do bohatera niniejszego wpisu, to gierka ta okazała się być zaskakująco przyjemna nawet dla osoby, które raczej nie gra w ten typ zręcznościówek - wolę metroidvanie i gierki bardziej nastawione na walkę, w ostatnich latach z platformówek 2D tego typu ogrywałem tylko Sanabi (super gierka), Super Meat Boya (fajne) i Celeste (bardziej domęczyłem, niż dograłem).W stosunkowo krótkiej przygodzie - bo zajmującej bez robienia dodatkowych wyzwań (które mocno przedłużają grę, do tego odblokowuje się dodatkowy tryb rozgrywki po pierwszym ukończeniu) około 4 godziny - pokierujemy Pigmalionem, skrzypkiem starającym się zebrać swoich przyjaciół z orkiestry w świecie zapełnionym przez roboty. Dialogów nie ma i nie potrzeba. Tym, co rzuca się w oczy, to bardzo ładna oprawa graficzna - chwilami przypominająca nieco tłami czy postaciami film animowany. Do tego przygrywają nam, nomen omen, orkiestracje, więc pod kątem stylu artystycznego wszystko pięknie siada.Działa też na szczęście również to, co najważniejsze, czyli gameplay. Nasz skrzypek ma do dyspozycji skok, odbicie na "sprężynie", a później dochodzi też coś na kształt grappling hooka i krótki dash w powietrzu, który jednocześnie też przełącza niektóre przełączniki na mapie. Gierka cały czas dokłada nowe rodzaje wyzwań, a jeżeli nam mało spadania w otchłań, to możemy zbierać dodatkowe monety i kryształy. Te ostatnie pełnią ciut dziwną rolę - poza odblokowywaniem krótkich cutscenek pokazujących wspomnienia naszego protagonisty, to również umożliwiają włączenie opcjonalnych ułatwień jak np. podwójny skok. Domyślnie jednak są one wyłączone - ciut dziwi więc, że jeśli ktoś nie wyrabia i chce sobie obniżyć poziom trudności, to musi wpierw rozpykać dodatkowe wyzwania.Poziom trudności jest dobrze zbalansowany - nie traci się dużej ilości progresu w przypadku porażki, a z drugiej strony gra jest wymagająca w motywujący sposób. Dopiero frustrację odczułem przy ostatniej sekwencji w grze - czasówce, gdzie trzeba się uczyć planszy na pamięć, bo w czasie rzeczywistym nijak jej nie przejdziemy bez wiedzy, że teraz trzeba zrobić rozpęd na trzy długie skoki itp. Sama gra nie nudzi i twórcom nie brakuje pomysłów - docenić to należy tym bardziej, że żadnej walki mogącej robić jako przerywnik tutaj nie ma. Ogólnie to polecam, kawał fajnego skakania.
Opublikowano środa o 08:044 dni Dzięki, nigdy o tym nie słyszałem a w sumie z opisu i trailera wygląda fajnie. No i okazało się ze jest w GP więc na pewno sprawdzę
Opublikowano czwartek o 10:273 dni Można powiedzieć, że ukończyłem całą najnowszą trylogię Hitman World of Assassination na PS5To był tak naprawdę powrót do dwóch pierwszych części, które ogrywałem kilka lat wcześniej na PC. Z trójki jakoś w 2021 roku miałem wbitą, a w międzyczasie wydawca skompilował wszystkie części w jedną.Co mogę powiedzieć: świetnie się bawiłem w tych piaskownicachLeciałem po kolei story, dla każdej mapy najpierw wymaksowałem poziom mistrzostwa i dopiero potem zabierałem się za następną. Po raz pierwszy też ograłem kilka nowych map z części drugiej.Uwielbiam w grach taką dowolność: niby mamy określone cele misji, ale to w jaki sposób je zlikwidujemy, zależy tylko od nas. Możliwości jest mnóstwo i wiele frajdy jest z kombinowaniaTrzeba tylko jasno podkreślić, że najlepiej jest robić to wszystko po cichu i nie zostawiać po sobie śladów. Otwarta walka najczęściej szybko się źle kończy Polecam bardzo, być może kiedyś jeszcze wrócę i spróbuję map z trybu sniper assassin.A tymczasem czas się pożegnać Edytowane czwartek o 10:283 dni przez Paolo1986
Opublikowano sobota o 15:111 dzień Ace Combat 7 (PS4)W sumie nie właśnie, bo nawet wcześniej, niż grę z poprzedniego mojego posta, ale jakoś tak wyszło. Cykl Ace Combat był mi zawsze odległy, ot samolociki, "symulatory" to nie moja bajka, ani w świecie prawdziwym, ani gierkowym (co pewnie zazwyczaj idzie w parze: jak kogoś kręcą militaria, to sięga naturalnie po takie tytuły). Jednak dochodzące do mnie stąd czy stamtąd bardzo pozytywne opinie o poszczególnych częściach czy o serii jako całości sprawiły, że przy okazji promocji skusiłem się na siódmą jej odsłonę.No i było to bardzo fajne i "odświeżające" przeżycie. Mój pierwszy raz z jakimkolwiek symulatorem (tak wiem, gra mimo różnych opcji sterowania i poziomów trudności to mimo wszystko czysty arcade, ale z braku laku stosuję takie określenie) i chyba pierwszy od dawna z grą tak prostą w sumie z założeniach: dostajemy misję, czas i cele do zrealizowania, wybieramy sprzęt i osprzęt i jazda (a właściwie: wylot). No i formuła ta robi robotę, bo jest czysto giereczkowa, nie ma tu dużo miejsca na poboczne rozkminy (fabuła jest, ale ciężko się w nią mocniej wczuć, szczególnie jeśli do tej pory w ogóle nie miało się styczności z tym uniwersum, te wszystkie Oseie, Useie i Eruseie mi się długo myliły xD). Mamy element rozwoju w formie zakupów kolejnych maszyn (nawet na takim laiku jak ja niektóre robią wrażenie, na czele ze słynnym już F-35 czy F-22) oraz ich upgrade'ów (zarówno wpływających typowo na sterowność i osiągi, jak i podkręcających możliwości ofensywne), który łączy się dosyć mocno z postępem fabularnym i oceną naszych działań (po prostu po każdej misji dostajemy punkty-walutę, za którą kupujemy gadżety, a że drzewko jest ściśle określone i nie możemy kupić danej zabawki, zanim nie kupimy odpowiednich rzeczy wcześniej, to progres jest mniej więcej narzucony i nie ma opcji, żeby np. w połowie gry latać już najlepszymi maszynami). Sam gameplay to głównie- a jakże- potyczki z siłami wroga, z grubsza podzielone na starcia powietrzne (clu zabawy i największa frajda) i rozwalanie celów na ziemi/na wodzie (też fajne, ale raczej jako odskocznia). Korzystamy głównie z rakiet i bomb (szok), starając się namierzyć wroga i w ogóle podlecieć do niego w sposób, umożliwiający to. Na papierze brzmi łatwo, w praktyce trzeba się czasem nalatać. Co ważne, feeling maszyn jest odpowiedni, nie ma tu przesadzonej ociężałości, ale nie latamy sobie w kółko bez wysiłku i pomyślunku, bo poza przeciwnikami, zagrożeniem są też warunki pogodowe czy otoczenie, gdy misja odbywa się bliżej lądu. Strzelanie też wymaga minimum taktyki, choćby z racji na ubywającą amunicję. Na całość składa się 20 misji i twórcy postarali się, żeby każda (no, może niemal każda) zawierała jakiś wyróżniając ją patent czy pomysł na gameplay, więc mimo fundamentalnie podobnych założeń, nie sposób się znudzić. Najmniej podobały mi się zadania oparte na rozwałce obiektów wroga, z określonym minimum, które mamy osiągnąć i narzuconym dosyć restrykcyjnym czasem. Dodatkowym problemem jest kończący się arsenał, a żeby było śmieszniej, to w niektórych misjach możemy go uzupełniać odlatując poza obszar działań, tyle, że trwa to tak długo, że właściwie mija się z celem, bo i tak nie zdążymy wykorzystać uzupełnionej broni. Nie ukrywam, było parę trudniejszych czy bardziej frustrujących momentów (a jedną z misji, typowo "eskortową", zgodnie z tradycją tego rodzaju zdań musiałem powtarzać kilka razy i nadal w sumie nie wiem, jaki jest klucz do sukcesu, bo pozornie opierał się w pełni na RNG, najgorszy fragment gry), w czym nie pomagały dosyć rzadko rozmieszczone checkpointy. Ace Combat 7 wygląda na PS4 świetnie, choć widać, że twórcy poszli na pewne kompromisy, żeby zapewnić 60 FPSów, co przyjąłem z otwartymi ramionami. Rozdziałka to raczej nie FHD, widać ząbki, no i wiadomo, że odpowiednio zbliżając się do powierzchni ziemi, można zobaczyć uproszczone i mało szczegółowe obiekty (choć tragedii nie ma), ale ciężko uznać to za problem w grze o tak wysokim tempie rozgrywki. Maszyny wyglądają doskonale i maniacy tego typu sprzętów będą mieć mokro. Wszelkie widoczki, czy panoramy ucieszą już natomiast oko każdego. Robotę robią też efekty, głównie atmosferyczne, na czele z osadzającym się na szybie deszczem. Do tego dochodzi świetna muzyka, na czele z chwytliwym motywem przewodnim. Połączenie tych czynników momentami owocuje naprawdę epickimi akcjami i mimo, że to tylko "gra z samolocikami", to są tu chwile wywołujące większe emocje.No także dla mnie przyjemne przeżycie audio-wizualne i miłe postrzelanie sobie w starym stylu. Po starsze części pewnie sięgać nie będę, ale już na nadchodzący sequel patrzę z ciekawością. Została mi też do sprawdzenia zabawa w VR.. Edytowane sobota o 15:591 dzień przez kotlet_schabowy
Opublikowano sobota o 20:411 dzień Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem. Pragmata [PS5]Krótka piłka: na tę chwilę to zdecydowanie najlepsza gra Capcomu wypuszczona w tym roku. A przynajmniej spośród tych, w które grałem. Prawie wszystko tutaj zrealizowano co najmniej dobrze, bardzo dobrze, albo wręcz świetnie. Fabuła początkowo nie poraża i sam prolog wypada nieco blado, ale od momentu poznania Diany jej relacja z głównym bohaterem jest na tyle angażująca i naturalna (o ile można tak powiedzieć), że sama w sobie napędza całą opowieść. Trudno Diany nie polubić. Urzeka już od pierwszych chwil, gdy radośnie tupta bosymi stopami po schronie i zadaje naiwne pytania. Bardzo jej zależy na tym, by być przydatną, szuka pochwały i pragnie, aby Hugh był z niej dumny. Uroczo go naśladuje i uszczęśliwia ją byle pierdoła. Gracz z łatwością się do niej przywiąże, a to już połowa sukcesu opowieści, jeśli zależy nam na bohaterach. Tutaj to działa praktycznie od początku, aż do wyrazistego końca.Rozgrywka? Hugh strzela, a Diana na jego plecach odpowiada za hackowanie wrogów, co prowadzi do ich osłabienia, odsłonięcia wrażliwych punktów, sparaliżowania i tak dalej, i tym podobne. Często będziemy zmuszeni robić te dwie czynności jednocześnie, ale z każdą godziną wchodzi nam to w krew mocniej i na pewnym etapie staje się naturalne. I przyjemne, bo strzelanie zrealizowano mięsiście, choć to może złe słowo, skoro wrogami są różnego rodzaju roboty, automaty i maszyny. Ale pociski naszej broni “siadają” na odsłoniętych celach z satysfakcjonującym brzękiem i trzaskiem, strzelba pięknie tworzy z przeciwników blaszane konfetti, granatnik rozrzuca złom na wszystkie strony, a railgun przeszywa metalowe płyty jak kartkę. Oczywiście jest tutaj kilka dodatkowych mechanik i patentów (przegrzewanie wrogów, ładowanie specjala, bronie wsparcia niekoniecznie zadające obrażenia, ale pozwalające na lepszą kontrolę pola walki), ale nie ma sensu ich wyliczać. Wystarczy wiedzieć, że przez całą długość gry twórcy ciągle podrzucają jakieś nowe zabawki do arsenału Hugh i Diany, więc tempo jest w zasadzie wzorowe.Choć całość opowieści rozgrywa się w bazie na Księżycu, to jednak przyjdzie nam zwiedzić kilka zaskakująco urozmaiconych miejscówek. Nie będą one przesadnie rozległe, ale będą zadowalająco pokombinowane, pełne sekretów, sekrecików, opcjonalnych wyzwań. Gra mocno motywuje do wzmożonej eksploracji, bo znaleziona waluta pozwoli nam na ulepszanie bohaterów i ich wyposażenia. Będzie też do odnalezienia trochę tradycyjnych audiologów z grubsza nakreślających sytuację fabularną i co się stało, że się zesrało. W centrum tego wszystkiego jest nasz Schron, czyli swoisty hub. To tam znosimy wszystkie znalezione graty, tam możemy spędzić chwilę na rozmowie z Dianą (albo obserwować jak się zajmuje sama sobą), tam możemy sprawdzić się w szeregu wyzwań VR (warto, bo nagrody są znaczące), tam odblokowujemy dodatkowe stroje, tam ulepszymy pancerze i bronie. To wreszcie stamtąd wyruszymy do nowych lokacji by popchnąć fabułę, albo wrócimy do tych już odwiedzonych, by poszukać przegapionych sekretów - wszystko klarownie wyszczególnione, więc nie musimy tego robić w ciemno.W związku z wszystkim co powyżej, Pragmata jest grą niezwykle przyjazną i przyjemną strukturalnie. W żadnym momencie nie przytłacza, ale zawsze jest zajmująca. Praktycznie nie posiada dłużyzn, ma mocno urozmaiconych wrogów, którzy wymagają różnorodnego podejścia, potrafi być intensywna, ale raczej nie męczy przesadną ilością kill-roomów. A po ukończeniu udostępnia świetny etap post-game, dla spragnionych dodatkowych wrażeń. Szukam w głowie jakichś znaczących wad, którymi mógłbym negatywnie zabarwić swoją opinię, ale nic poważnego nie potrafię znaleźć. Może to kwestia tego, że nie miałem wobec Pragmaty praktycznie żadnych oczekiwań i dlatego pozwoliłem się miło zaskoczyć? Z drugiej strony to gra na tyle dobra, że nawet gdybym miał oczekiwania, to i tak z łatwością by im sprostała. Warto.
Opublikowano sobota o 21:051 dzień Final Fantasy VII Remake Intergrade - impulsywny zakup wersji Switch 2 pod wpływem dema Rebirth skończył się ograniem całości wraz z DLC na tej platformie. Co tu dużo mówić, chyba każdy zainteresowany już dawno wie z czym to się je, jakie są zalety i wady tego rimejku oraz ma wyrobioną opinię na temat tego czy jest to odświeżenie godne oryginału czy kupa nastawiona na wyssanie siódemki do cna. Ja na swoje szczęście zaliczam się do tej pierwszej grupy i chociaż widzę grzeszki wysokobudżetowej gierki (siema szczeliny) oraz elementy ewidentnie odstające od całości (czytaj nowe pomysły wesołego Nomury i spółki) to jednak znów całość wciągnęła mnie bez reszty. Najgorsza wersja z game key carda jak to by powiedzieli niektórzy naprawdę mi zaimponowała jakością portu. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, to pełnoprawny produkt który z uśmiechem na japie odpalałem raz za razem, czy to w docku na kilkugodzinną sesję czy przenośnie żeby pyknąć minigierkę w 10 minut czekając aż obiad się ugotuje. Po tych sześciu latach bardzo miło było odświeżyć sobie tę część. Czas na Rebirth, również w wersji kołderka edition.
Opublikowano 16 godzin temu16 godz. The Great Ace Attorney Chronicles (Switch 2)Oryginalna trylogia to dla mnie absolutny top i jedna z moich ulubionych serii gier w ogóle. Czwórka miała swoje momenty i kilka naprawdę dobrych pomysłów, ale ostatecznie mnie nie kupiła. Piątka natomiast była dla mnie tak dużym rozczarowaniem, że zwyczajnie odpuściłem sobie dalsze odsłony, dochodząc do wniosku, że po zakończeniu historii Phoenixa Wrighta seria zaczęła bardziej korzystać z wypracowanej marki niż rozwijać się w ciekawym kierunku.Dlatego z niemałym zaskoczeniem muszę przyznać, że The Great Ace Attorney Chronicles Chronicles, czyli dulologia tworząca jedną potężną historię - mnie zachwyciła.Bardzo podobało mi się to, jak często gra podważa oczekiwania wieloletniego fana serii. Pojawiają się fałszywe tropy, fałszowane dowody, kluczowi świadkowie okazują się mniej wiarygodni, niż początkowo się wydaje, a niektóre sprawy prowadzą w zupełnie innym kierunku, niż sugerowałby schemat znany z poprzednich części. Są też motywy, których wcześniej praktycznie w serii nie było: ksenofobia, rasizm, napięcia między państwami, polityka, wpływy elit czy pytania o granice sprawiedliwości. Dzięki temu gra ma własną tożsamość i własne tematy, zamiast przez cały czas mrugać do gracza odniesieniami do dawnych odsłon. Złapałem się nawet na tym, że pewnie zagrywki z sali sądowej były mi bliskie jako osobie wykonującej zawód adwokata - np. bronisz osoby, a wiesz, że jest winny i pojawiają się dylematy moralne - to również nowość w serii i ciekawe odświeżenie formuły.Ogromnym atutem jest również samo osadzenie akcji. Przeniesienie wydarzeń na przełom XIX i XX wieku okazało się strzałem w dziesiątkę. Japonia i Wielka Brytania znajdują się w okresie gwałtownych przemian, a wymiar sprawiedliwości dopiero przyjmuje formę, którą znamy dzisiaj. Czuć to przez całą grę. Niektóre procedury są niedoskonałe, część zasad dopiero się kształtuje, a bohaterowie wielokrotnie muszą mierzyć się nie tylko z samą zagadką kryminalną, ale również z uprzedzeniami i ograniczeniami swoich czasów.Do tego dochodzą świetne sprawy. Szczególnie mocno zapadły mi w pamięć trzecia i piąta sprawa pierwszej części, ale prawda jest taka, że poziom przez większość czasu jest bardzo wysoki, gdzie wielki finał to chyba najlepsza sprawa z całej serii. Bohaterowie są interesujący, dialogi napisano naprawdę dobrze, a muzyka regularnie podbija najważniejsze momenty. Nawet postacie, które początkowo wydają się jednowymiarowe lub komediowe, często dostają później więcej głębi i znaczenia.Na osobny plus zasługuje też fakt, że twórcy ograniczyli elementy paranormalne. Nigdy nie byłem wielkim fanem Psy-Locków, duchów czy innych nadprzyrodzonych motywów, które z czasem zaczęły odgrywać coraz większą rolę w głównej serii. Tutaj fundamentem pozostaje śledztwo, dedukcja i praca na dowodach. Nawet najbardziej spektakularne zwroty akcji wynikają przede wszystkim z odkrywania kolejnych fragmentów układanki.Po ukończeniu pierwszej części przeczytałem wiele opinii, że tak naprawdę jest ona jedynie wstępem do wydarzeń z dwójki. Teraz, po ukończeniu drugiej części, muszę przyznać, że ludzie mieli rację.Druga część dulologii robi coś bardzo ambitnego, tj. bierze wszystkie najważniejsze wątki rozpoczęte wcześniej w jedynce i konsekwentnie prowadzi je do końca. Tajemnice, które wydawały się odłożone na bok, wracają. Pytania pozostawione bez odpowiedzi dostają wyjaśnienia. Pozornie nieistotne szczegóły okazują się elementami większej układanki. Kolejne sprawy nie sprawiają wrażenia oddzielnych epizodów, lecz części jednej dużej historii.Najbardziej imponujące jest to, jak dobrze wszystko się zazębia. Finał nie opiera się wyłącznie na szokujących zwrotach akcji. Działa przede wszystkim dlatego, że został uczciwie przygotowany przez dziesiątki godzin wcześniejszej gry.Po zakończeniu miałem dokładnie takie poczucie, jakie powinno się mieć po dobrej historii: że wszystko zostało rozegrane jak należy. Wątki zostały domknięte, bohaterowie przeszli własną drogę, a całość pozostawiła satysfakcję.Jako całość The Great Ace Attorney Chronicles bez problemu stawiam obok oryginalnej trylogii.10/10 Edytowane 14 godzin temu14 godz. przez tlas
Opublikowano 11 godzin temu11 godz. Będą drobne spoilery nie mające wpływu na najważniejsze fabularne wydarzenia. Johnny Silverhand to skurkowaniec, manipulator, cynik, egoista i często gęsto cham ogarniający sytuację tylko pod kątem własnych korzyści. Super, ale czy to źle? Wszyscy w Night City to ludzie szaro-szarzy bądź zwykle źli. Johnny jako projekcja osobowości kogoś kto już nie żyje nie ma prawa przejść jakiejkolwiek przemiany. Żaden wynalazek nie jest i nie będzie w stanie przechowywać kalki czyjegoś psyche i umożliwić temu cyfrowemu wariantowi przejść ewolucję od ciemnej strony do jasnej. A jednak Johnny potrafi pod koniec dojść do pewnych wniosków, potrafi zauważyć swoje ułomności, a nawet poświęcić się na rzecz naszego bohatera/bohaterki. Ja wybrałem Vincenta, który zawsze i wszędzie przedstawia się jako V. Jest zbirem na zamówienie. Masz kaskę? Masz i usługi V. Jeśli trzeba ukraść furę, pociągnąć za cyngiel i zdjąć klienta, sfałszować dokumenty czy dostarczyć żywą przesyłkę - V jest twoim człowiekiem. Czasem (jak to człowiek) potrafi spartolić robotę, albo podjąć decyzję nieco odmienną niż wskazywałyby instrukcje pracodawcy. I tak buja się po Night City od roboty do roboty. Pochleje, porucha, gdzieś tam wpierdoli jakiemuś troglodycie, albo wpadnie do kumpla, który uaktualni mu zwoje. Ciało V (jak i większości ludzi w Night City) przesiąknięte jest elektroniką. Grając niedawno w trylogię Mass Effect poświęciłem na końcu wszystkich syntetyków na rzecz żywych istot z prawdziwymi ludzkimi cechami. W C2077 jest odwrotnie. Bycie zwykłym jest niemal obciachem. Tylko ludzie z masą kabelków, czipów i innego żelastwa potrafią zaistnieć w tym świecie. V potrafi podwójnie. Jest głównym motorem wydarzeń. Porywa się na zadania, których nie jest w stanie zakończyć sukcesem. W ten sposób poznaje Johnny'ego, który od tego momentu staje się jego głównym krytykiem, źródłem oceny poczynań V, narratorem i po jakimś czasie...przyjacielem. Z "osobą" Johnny Silverhanda wiąże się jeszcze kilka ciekawych rzeczy, ale pozostawię to do odkrycia tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zagrać w tą niesamowicie dobrą grę. Rozgrywka bywa sztampowa, ale należy pamiętać, że jest tworem CD Projekt Red więc nie jest to częste. Większość zadań potrafi zawrócić w głowie mnogością rozwiązań jakimi możemy podejść do rozkminki. Zależy to od ukształtowania terenu, tempa naszego poruszania się, poziomu i zaawansowania naszych augmentacji. W przygodach V ogromne znaczenie ma build. Od niego zależy jak szybko i jak skutecznie będziemy radzić sobie z przeciwnikami, poszukiwaniem alternatywnych ścieżek czy dostaniu się do pokojów z jakimś bonusowym sprzętem. Buildy są w chuj odpalone. Można stworzyć niewidzialnego ninjasa, którego pistolet z tłumikiem przeciągnie nas przez całą mapę. Jest full melee build, którym szatkujemy przeciwników jak kapuchę na surówkę. Można stworzyć komandosa, który wpadnie do lokacji i wymaże przeciwników ze wspólnej egzystencji. Możemy również przejść grę tylko i wyłącznie hackując zarówno urządzenia jak i przeciwników. Jest tego masa. Karny fallus należy się jednak REDom za umożliwienie resetu buildu TYLKO RAZ na przejście. A NG+ nie ma na konsolach. Pierwsze 15h zajęło mi ogarnianie mechanik, jak działają linie dialogowe i jak konsekwencje naszych czynów wpływają na osoby nam bliskie i bliższe. W jednym z questów z niejaką Panam można się zgodzić na warunki jakie nam wyznacza, ale mamy też możliwość spierdolić w trakcie wykonania zadania. Przy ponownym spotkaniu dziewczę wygarnie V jakim jest chujem i tchórzem. Do Panam podbijałem bo reszta romansów to młodziutka, acz urocza i dająca się lubić, lesba oraz dwóch kolesi więc nie było wiele miejsca na manewry w tej materii.Wybory bywają mniej lub bardziej istotne. Im dalej w grze się posuwamy tym trudniejsze i bardziej znamienne one będą. Mogą doprowadzić do tego, że jakaś postać nas znienawidzi blokując dalszy progress jej wątku. Może doprowadzić do zupełnie innego zakończenia, innych zadań, a nawet kompletnie innej misji końcowej mającej miejsce w zupełnie innej lokacji. Przyznam się szczerze, że moje bogate zaplecze sejwów pozwoliło mi na manipulację przebiegiem fabuły więc zdarzały się questy, które robiłem na różne sposoby po dwa/trzy razy i wciąż nie wyczerpałem mnogości rozwiązań. REDzi wykonali mistrzowską robotę. Wszystkich ścieżek narracji jest cała masa. Wszędzie rozrzucone są notepady zarysowujące kontekst bądź zawierające jakąś ukrytą wiadomość rozjaśniającą co mogło się stać w miejscu gdzie ją znaleźliśmy, a gdzie wszędzie porozrzucane są trupy i części ciała. Druga strona przekazu to oczywiście dialogi. Tutaj napotkałem lekki zgrzyt, ale nie dlatego, że rozmowy są nudne. Czasem są po prostu za długie. Napotkałem kilka zadań, które okazały się kompletnie przegadane. Na domiar złego osoba, która jest głównym obiektem uwagi, potrafi być nudna w chuj. Jest taki jeden Kerry Eurodyne, którego miauczenia i pierdolenia znieść nie mogłem. Jedynym zajefajnym elementem w obcowaniu z jego osobą była wizyta w klubie gdzie Kerry, jako muzyk i artysta, usłyszał spod sceny: "You're breathtaking!!" Kerry odpowiedział: "No! You're breathtaking!". Chyba wszyscy wiedzą dlaczego ten moment potrafił umieścić uśmiech na moim ryju.Zakończeń jest chyba z 5 (nie licząc Phantom Liberty) i każde z nich rwie serce na części. Night City potrafi być kolorowe, ale ludzie, jak wcześniej wspomniałem, to odcienie szarej szarzyzny. Wybory prowadzą do mało wesołych wniosków. Gdzieś tam jest nutka nadziei, ale nikt nam nie powie, że będzie dobrze, że zasługujemy na więcej. Nikt nie pocieszy, nikt nie zapewni, że ma rozwiązanie ostateczne. Ostateczne bywają, ale niekompletne i pozostawiające luki emocjonalne. Żeby nie było - nie narzekam. Tylko opisuję wrażenia. Jest jedno zakończenie, które jakoś fajnie zamyka historię, jest z nami nasza dziewczyna Panam, jest nadzieja na lepszą przyszłość, itd. Ale czy V to wszystko osiągnie? Polecam ogarnąć wszystkie łącznie z Phantom Liberty, który nie tylko dostarcza kapitalnej fabuły, ale zakończenia potrafią zawrócić w głowie i sercu jak nic innego. REDzi ponownie dowieźli. Mają taki unikalny styl, w którym dokonujemy jakiegoś arcyważnego czynu, obserwujemy to co mamy przed oczami, ale w tle widać również inne główne postaci, które w zależności od tego jaki będzie nasz wybór dokonają innego czynu, albo...zginą. Jest to przytłaczająco duży świat z olbrzymią liczbą questów, zadań, łańcuchów wydarzeń, posiada drugie tyle gadżetów, broni i upgrade'ów dla naszych bohaterów więc można się bawić bez końca. Ja skończyłem jednak na 131h. Zaprosiłem Panam na randkę, pogadaliśmy, potańczyliśmy, wzięliśmy prysznic, zaraz po nim poszliśmy spać. Rano po przebudzeniu ucałowałem ją i...wykasowałem grę z dysku.9+/10
Dołącz do dyskusji
Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.