Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

Forum PSX Extreme

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

własnie ukonczyłem...

Featured Replies

Opublikowano
4 minuty temu, Josh napisał(a):

Trochę smutne, że z tego trio (Jak, Ratchet, Sly) przetrwał tylko jeden zawodnik, zdecydowanie brakuje dzisiaj więcej takich kolorowych, jajcarskich gierek. Suckerom pewnie wyprodukowanie kolejnej części zajęłoby z kilka lat mniej niż zrobienie potężnej piaskownicy AAA, więc teoretycznie pomiędzy jednym, a drugim kolosem mogliby wcisnąć szopa.

Coś tam wychodzi z gierek niezależnych na PC (Demon Turfy, Spark the Electric Jester itp.), więc jest to kolejna nisza, którą zaadoptowały indyki, aczkolwiek nie siedzę w gatunku na tyle, aby się o tych gierkach mocniej wypowiedzieć.

  • Odpowiedzi 15 tys.
  • Wyświetleń 1,6 mln.
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Najpopularniejszy posty

  • Suikoden I & II HD Remaster: Gate Rune & Dunan Unification Wars [PS5] Przychodzę z sercem na dłoni. Otwarcie piszę, że dwa pierwsze Suikodeny kocham miłością szczenięcą. Drugą część kiedyś

  • Jak widze forumowych "wspierajacych" day 1:   czwartek, caly dzien, statusy na forum - gdzie ten ku.rwa kurier, zaje.bie ch.uja, juz czwartek a jeszcze go nie ma, no ku.rwa lepiej zeby byl przed we

  • Tomba! 2: The Evil Swine Return Special Edition [PS5] Wioska Rybaków, pierwsza lokacja z tej gry jest dla mnie jednym z najbardziej przytulnych zakątków, które w swoim growym życiu odwiedziłem. Uwi

Opublikowano

Prawda, w zakresie indyków można wygrzebać czasem niezłe perełki 3D, jak własnie Demon Turf, Pseudoregalia, Blue Fire czy Super Sami Roll. No, ale to już są ledwie krople w morzu jeżeli porównać to z czasami kiedy takie gry dosłownie zalewały rynek. Praktycznie co roku nowy Jak, Ratchet i Sly, kilka odsłon Ty i Taka i Raymana, Blinx, Klonoa, I-ninja Dr. Muto, Whiplash, Psychonauts, Sphinx, Haven i tona gierek na bazie znanych licencji. Masakra jak płodny był gatunek platformówek w erze PS2/GCN/Xboxa.

Za mną teraz chodzi, żeby dać kolejną szansę Evil Twin

juxtapose_ps2.jpg

Raczej taki średniaczek, ale z unikatowym klimatem przywodzącym na myśl Alicję od American McGee

Opublikowano
5 minut temu, Josh napisał(a):

Prawda, w zakresie indyków można wygrzebać czasem niezłe perełki 3D, jak własnie Demon Turf, Pseudoregalia, Blue Fire czy Super Sami Roll. No, ale to już są ledwie krople w morzu jeżeli porównać to z czasami kiedy takie gry dosłownie zalewały rynek. Praktycznie co roku nowy Jak, Ratchet i Sly, kilka odsłon Ty i Taka i Raymana, Blinx, Klonoa, I-ninja Dr. Muto, Whiplash, Psychonauts, Sphinx, Haven i tona gierek na bazie znanych licencji. Masakra jak płodny był gatunek platformówek w erze PS2/GCN/Xboxa.

Za mną teraz chodzi, żeby dać kolejną szansę Evil Twin

juxtapose_ps2.jpg

Raczej taki średniaczek, ale z unikatowym klimatem przywodzącym na myśl Alicję od American McGee

O, BF dało mi sporo frajdy, a Pseudoregalia czeka na swoją kolej. Boli też dostępność starszych gierek tego typu - wspomniane Evil Twin (nigdy nie grałem) i I-Ninja (a to akurat leży na CD wśród miliarda innych fantów w domu rodziców) chętnie bym se ograł po prostu kupując na jakimś GOG czy innym PS Store, ale wychodzi na to, że najsensowniejszą opcją pozostaje niestety emulator.

Opublikowano

w sly'u i jaku za mało strzelania to by nie przeszło u dzisiejszego sony, a ratcheta insomniac podsunął jimowi jako tpp i od biedy sie udało dostać zielone światło

Opublikowano

Sly raczej już nie wróci. Z tego co pamiętam to czwórka zrobiona po latach przez innego deva sprzedała się kiepsko, więc chyba nie ma za bardzo potencjału sprzedażowego.

Opublikowano

Kiedyś często nawet mówiło sie o bajce, ale chyba też umarło śmiercią naturalną. Medievil pewnie po porażce rimejku też zakopany na wieki a jak? No jakieś szanse pewnie ma, ale to już musi robić jakieś inne studio bo w naughty dog same smutasy robiące EMOTIONS. Oby astrobocik sobie gdzieś tam długo żył na boku

Opublikowano

No w Naughty Dog to już na pewno takich gier nie będzie. Jak to pan dickmen kiedyś powiedział u nich w pracy zabronione jest słowo fun

Screenshot_20260508_130809_Chrome.jpg

Opublikowano

Tak pamiętam ten słynny wywiad. Kazał nam płakać przy zabijaniu psów w tlou2

Opublikowano

Mejmowi by się spodobało w ND. Żadnej zabawy dla infantylnych dzieciaczków.

Opublikowano

Figaro też by mógł pójść na darmowy staż do firmy nienawidzącej graczy

Opublikowano
28 minut temu, SlimShady napisał(a):

Mejmowi by się spodobało w ND. Żadnej zabawy dla infantylnych dzieciaczków.

ND pracuje przy current genach, Mejm jako ich pracownik odpada oh_you

Opublikowano
6 minut temu, Agent_Man napisał(a):

ND pracuje przy current genach, Mejm jako ich pracownik odpada oh_you

Co tam zrobili na te current geny :D?

Opublikowano
2 godziny temu, Krzysztof93 napisał(a):

Zależy kogo nie zdąży. Ja szybko odpuściłem mimo, że byłem wstępnie napalony. Niby dużo się dzieje a tak naprawdę nic się nie dzieje + te naleciałości online, że każdą misje odpalamy z jakiegoś terminala i musimy stateczkiem polecieć na powierzchnię planety też mnie wybijało z rytmu.

2 godziny temu, Ukukuki napisał(a):

Mi się mega podobało, lubię takie gierki. Skończyłem kampanię i bawiłem się świetnie. Brakuje tylko więcej mięsa i efektów cząsteczkowych.

No dlatego mnie nie zdążył znudzić. Trochę jak by było więcej mechanik upchane w tego singla to może by było lepiej.
Natomiast ogólnie mam wrażenia jak @Ukukuki dobra rozwałka, fajnie się walczyło i taka gierka dla rozluźnienia gdzie nie trzeba za bardzo rozkminiać tylko strzelać do wszystkiego co się rusza.
Poza tym ciekawy jest ten klimat gry z jednej strony sztampowy cały czas "bracie", "for the emperor", a mimo wszystko chciało mi się grać dalej.

Szczerze mówiąc od ostatniego dooma się odbiłem, a tu grało mi się przyjemnie )

Opublikowano

Spokojnie, TLOU1 wyszło pod koniec generacji PS3.

Jeszcze jest czas.

image.png

Opublikowano
W dniu 8.05.2026 o 13:33, SlimShady napisał(a):

Mejmowi by się spodobało w ND. Żadnej zabawy dla infantylnych dzieciaczków mezczyzn w wieku okolo 40 lat.

Teraz jest ok.

Opublikowano

Ciekawe jakie kary cielesne lub finansowe przewiduje drunkman za użycie f-word

Opublikowano
  • Ta odpowiedź cieszy się zainteresowaniem.

Resident Evil Requiem [PS5]

RESIDENT EVIL requiem_20260228192840.jpg

Ok, postaram się być wyrozumiały, aby nie robić krzywdy fanom marki. Ale ta gra jest tak nierówna, że aż mnie ręka swędzi, by jej zajebać.

To oczywiście pokłosie decyzji, by dwie koncepcje rozgrywki wlać w jeden tytuł i tak je wymieszać, że gracz nie do końca wie czego twórcy od niego oczekują.

Dlaczego musi tak być, że ja chomikuję naboje do rewolweru, a wy i w połowie gry je zabieracie razem z gnatem? Dlaczego ja się cieszę ze znalezionego rozszerzenia ekwipunku, a wy za 10 minut puszczacie napisy końcowe? Po co nastawiam się na eksplorację laboratoriów, skoro wy mi dajecie trzy korytarze i cztery pomieszczenia odwiedzane liniowo? Pierwsze przejście gry to ciągłe robienie gracza w chuja i wybijanie go z rytmu. Drugie i kolejne wypadają już nieco lepiej, bo gracz w chuja się robić już nie da, ale wciąż pozostają etapy symulatora chodzenia, które zaburzają “flow” zabawy i najchętniej bym je po prostu pominął. Ale nie da się.

Fragmenty Grace są generalnie lepsze, bo lokacje mają odpowiedni nastrój i są przyjemnie pokombinowane, choć logika zdarzeń i decyzji poszła się jebać, a zagadki w sumie nie istnieją, są jedynie kolejne klucze do podniesienia. Ja wiem, że to Resident Evil i nierozsądnym jest oczekiwać jakiegokolwiek sensu w motywacjach bohaterów i nie mogło zabraknąć drzwi otwieranych rubinem, ale i tak jestem zaskoczony ile bzdur udało się tutaj wepchnąć. Żadnej innej marce nie uszłoby to w 2026 roku płazem i tak naprawdę ja już sam nie wiem, czy twórcy te głupoty wpakowali tutaj z premedytacją (niektóre z pewnością tak, ale czy wszystkie?), czy po prostu nie są zdolni wykreować wiarygodnego ciągu zdarzeń i uwielbiają drażnić inteligencję gracza. Grace, na litość boską, masz nóż, przetnij tę opaskę dostępową i zdejmij z ręki trupa - profit. Naprawdę nie musisz przez godzinę biegać za przedmiotami niezbędnymi do jego ożywienia, aby po pięciu sekundach ponownie go zabić i dopiero wtedy zdjąć mu tę jebaną opaskę.

Leon jak to Leon - uwielbiam gościa i wcale się nie dziwię, że grające kobiety do niego wzdychają, sam bym chciał, aby założył mi suplexa w pościeli. Ale lokacje przez niego odwiedzane to jakaś wizualna sraka. Praktycznie zero imponujących widoków, garść fanserwisu, bieganie po szaroburych ulicach i pomieszczeniach, mało finezyjne kill roomy (wrzucimy dziesięć Lickerów jednocześnie w ciasnym pomieszczeniu i fajrant). Odbierz etapom Leona soczyste strzelanie i zostaną tylko pozbawione charakteru miejscówki, o których za rok nikt czule nie pomyśli.

Żeby nie było, że się tylko znęcam. Bo Resident Evil Requiem nie jest złą grą. Technicznie i pod kątem mechanizmów rozgrywki jest dopracowana i dopieszczona do perfekcji. Bronie są satysfakcjonujące w użytkowaniu, wrogowie pięknie reagują na obrażenia i chwilami jest sadystycznie krwawo. Leon jest świetny, ale Grace też daje się z łatwością polubić, a jej etapy to najbardziej angażujące fragmenty gry. Filmiki są wzorowo zrealizowane. W Requiem po prostu gra się świetnie mechanicznie, szczególnie jeśli przymkniemy oko na tych kilka irytujących, albo nużących fragmentów.

Ale Requiem jednocześnie w zbyt wielu aspektach zawodzi. Fabularnie to kiszka bez wyrazu, szczególnie zakończenie (wybaczcie, że miałem OCZEKIWANIA od gry tak doświadczonych twórców, z takim budżetem; od gry, która ponoć miała być zamknięciem pewnego etapu życia marki). Lokacje są nierówne i za jakiś czas tylko początkowa klinika będzie pozytywnie wspominana. Powrót na posterunek to zmarnowany potencjał. Motyw prześladowcy Grace irytuje skryptami (ten boss fight, ech). Do tego można dorzucić wszystko, na co narzekałem powyżej i zapewne kilka innych rzeczy, o których w tej chwili już nie pamiętam.

Gra jednocześnie świetna i rozczarowująca. Aż nie chce mi się na ten temat dalej rozwodzić. Całość boli mnie tym bardziej, że ten sam Capcom za chwilę wydał Pragmatę, która jest najzwyczajniej w świecie pod wieloma względami lepiej przemyślana i spójniejsza. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszą grą.

Resident Evil 2 (1998) [PS1]

Resident Evil 2_20260410224442.jpg

Tylko dzięki tej grze będę mógł powiedzieć, że w 2026 roku zagrałem w jakiegoś udanego Residenta.

A tak poważnie, to trochę sentymentalny powrót. Bo po raz pierwszy w RE2 grałem w okolicach premiery, najpierw godzinami męcząc 10 minutowe demo, każdorazowo próbując dotrzeć nieco dalej, zobaczyć jakieś nowe pomieszczenie. To jeszcze w zeszłym wieku nie na żarty wystraszyłem się w trakcie filmiku wprowadzającego pierwszego Lickera. I choć grę ostatecznie przeszedłem, to siłą rzeczy, po prawie trzech dekadach, niewiele z niej tak naprawdę pamiętałem. Nie licząc pierwszych dziesięciu minut, bo te mogę ogrywać z pamięci, podobnie jak cytować wszystkie kwestie dialogowe z intra i scenek.

Ale poza tym teraz grałem w RE2 w prawie jak nowy tytuł, szukałem optymalnej ścieżki po pomieszczeniach i parę razy dałem się zaskoczyć zdarzeniami, o których zapomniałem. I co ja tutaj dalej się będę rozwodził, skoro gra jest w zupełności zdatna do spożycia nawet dzisiaj? Na wszelkie głupotki z racji wieku łatwo jest patrzeć przychylnym okiem, tempo gry jest doskonałe (nieśpieszne 4-5 godzin i scenariusz zaliczony), intensywność rozgrywki w sam raz. Dialogi na swój ułomny sposób wspaniałe, Leon uroczo naiwny (“Ada nigdy by czegoś takiego nie zrobiła! Znam ją!”), walki z bossami irytujące mechanicznie, ale gra generalnie jest łatwa na normalnym poziomie trudności, bo amunicji i roślinek jest tyle, że możesz zabić wszystko co się rusza i jeszcze zostaną zapasy. No i ulepszony shotgun pięknie rozrywa korpusy.

Przejście gry Leonem i Claire ma całą masę sensu, bo tylko w ten sposób poznajemy pełen obraz sytuacji, a scenariusze A i B różnią się praktycznie wszystkim, nawet uzbrojeniem postaci, więc pod tym względem jest pięknie.

Zresztą wszyscy wiedzą jak udany i ważny był drugi Resident Evil. Nadal jest. No i Leon w trakcie zakończenia stwierdza, że “to nie koniec, to ledwie początek” i kurde, teraz po blisko 30 latach trzeba przyznać, że ten żółtodziób miał rację.

Alone in the Dark (2024) [PS5]

Alone in the Dark_20260404235527.jpg

Nie potrafię wyjaśnić powodów, ale lubię tę markę. Może to jakiś głęboko zachowany sentyment, bo prekursorski Alone in the Dark (ten z 1992 roku) był jedną z pierwszych gier, które miałem okazję obserwować, jak szwagier gra. Bo sam się bałem i pewnie nawet bym nie umiał. Potem był równie sentymentalny epizod z Alone in the Dark: The New Nightmare na PS1, który udało mi się odpowiednio rozwinąć i ostatecznie zamknąć dopiero w tym roku, gdy grę wreszcie ukończyłem. Niczego nie żałuję.

Idąc za ciosem wziąłem się więc za nowożytne wcielenie cyklu.

Potencjał był niemały. Okres międzywojenny, Luizjana i jazzująca muzyka. Miejsce akcji to posiadłość Derceto, która najwyraźniej jest swoistym psychiatrykiem, bo bohaterowie tutaj rezydujący są co najmniej dziwni. Do tego garść okultyzmu, jakichś niewytłumaczalnych rytuałów i zaginiony Jeremy Hartwood. Jego odnalezienia podejmuje się Emily, siostrzenica Jeremy’ego, a pomagać jej będzie Edward Carnby, prywatny detektyw. Zgodnie z tradycją będziemy mogli wybrać kim chcemy pokierować, ale różnic tutaj nie będzie wiele. Inaczej potoczą się przede wszystkim scenki fabularne czy dialogi, ale sama rozgrywka w 90% przebiegnie dokładnie tak samo i w tej samej kolejności, dopiero pod koniec łatwo zauważymy elementy i lokacje ekskluzywne dla wybranej postaci. Trochę to rozczarowujące, ale lepsze chociaż tyle, niż nic.

Sama posiadłość jest udana i ma swój nastrój. To strefa głównie eksploracyjna i bezpieczna, choć sporadycznie zdarza się, że będziemy zmuszeni poradzić sobie z jakimś zagrożeniem. Jednak przede wszystkim próbujemy odnaleźć kolejne klucze, rozwiązać zagadki, szukamy przejść, oglądamy przedmioty, czytamy notatki. Co jakiś czas otworzymy portale do “innego wymiaru” i te fragmenty najczęściej będą wymagały od nas walki z potworami. Potem z powrotem lądujemy w Derceto i eksplorujemy kolejne pomieszczenia. Zapętlić, powtórzyć.

Wspomniane zagadki potrafią być miłym zaskoczeniem. Bywają miło pokombinowane i nie tak banalne, więc po ich rozwiązaniu czujemy pewną satysfakcję. Nie wszystkie, bo niektóre z nich (szczególnie środowiskowe) zagadkami są tylko z pozoru i są tak oczywiste, że równie dobrze mogłoby ich w ogóle nie być, bo wypadają aż niezręcznie. Kolejne pokoje posiadłości też są wystarczająco atrakcyjne wizualnie, aby chciało się z ciekawością je zwiedzać. Generalnie szperanie po Derceto to zawsze jeden z przyjemniejszych fragmentów gry i fajnie, że jest tego sporo.

Alone in the Dark_20260407165307.jpg

Kiedy trafiamy do wspomnianych portali, to pora w dłonie wziąć broń i trochę powalczyć o zachowanie życia. Strzelanie określiłbym ledwie poprawnym. Spełnia zadanie, ale nie daje satysfakcji. Od strzelania gorzej wypada jedynie walka wręcz, bo możemy podnieść jakieś łopaty, topory i inne wiosła, by wrogów trochę ponapierdalać z bliska, ale to mechanika bez polotu, niczym z jakiegoś hack and slasha w stylu Diablo. Po lokacjach walają się też przedmioty do rzucania, w tym koktajle Mołotowa, ale ich użyteczność bywa wątpliwa, bo w zasadzie nie możemy ich schować na później, jedynie rzucić z miejsca, w którym leżą.

Samej walki nie ma przesadnie dużo, bo i rodzajów wrogów jest raptem kilka, a ich design niespecjalnie porywa. Ale te etapy poza Derceto mimo pewnej toporności stanowią miłą i konieczną odskocznię, zarówno gameplayową, jak i wizualną, bo skoro mamy do czynienia z portalami, to przecież wylądować możemy dosłownie wszędzie. I bywa naprawdę ładnie i różnorodnie, a kilka urokliwych miejscówek da się z łatwością wyłuskać.

Inna sprawa, że jak na reprezentanta gatunku horroru Alone in the Dark raczej nie straszy. Nie buduje atmosfery zaszczucia i niestety częściej polega na jump scare’ach czy nagłych i głośnych dźwiękach, co rzecz jasna bardziej irytuje, niż kreuje jakiekolwiek napięcie.

Mamy tutaj alternatywne zakończenia (dobre i złe), trochę drobnych bugów (utknięcia postaci, zawieszający się dźwięk, niemożność podniesienia broni). Rozgrywki wystarczy na 5-7 godzin, ale to tylko w przypadku, gdy postanowimy wylizać wszystkie ściany, bo speedrun to kwestia 90 minut i nawet nie trzeba być profesjonalistą.

I tylko ze względu na tę niewielką inwestycję wolnego czasu napiszę, że można Alone in the Dark samodzielnie sprawdzić, bo nie zdążycie się znudzić, przesadnie zirytować, a może nawet odnajdziecie w tej grze pewien urok. Ja nie żałuję, ale jak wspomniałem - lubię tę markę.

The Punisher [PS2]

1778358381805.jpg

W opcjach tej gry są ustawienia poziomu brutalności (gore). Dostępne warianty? Wysoka, albo brak. Nie ma nic pośrodku, bo Frank Castle półśrodków nie stosuje. Chłop mógłby przeciwnika uderzyć kolbą karabinu i zaoszczędzić nabój, ale i tak preferuje strzelić wrogowi z 10 centymetrów w ryj, dla pewności. Uwielbiam Punishera.

Finezji nie oczekiwałem. Żadnego skradania i skrupułów. Drzwi otwieramy z kopa i rozdzielamy headshoty. Czasem rzucimy się za kanapę, albo schowamy za filarem, aby przeładować broń, ale nie ma sensu tam tkwić, bo zdrowie nam się nie odnowi. Jedyną metodą na odzyskanie kilku punktów życia jest torturowanie wrogów. Tradycyjne podduszanie, albo obijanie mordy pięścią jest dostępne zawsze, ale poziomy oferują też dodatkowe, atrakcyjne opcje. A to na kogoś wjedziemy wózkiem widłowym, a to podtopimy kogoś w kiblu, albo wsadzimy pod wiertarkę stołową. Wszystko to swoiste mini-gierki wymagające odrobiny wyczucia w operowaniu gałką, tak aby przesłuchiwanego przycisnąć, ale niekoniecznie zabić. Z sukcesem przeprowadzona “rozmowa” może zaprocentować również w inny sposób, niż odzyskanie części zdrowia, bo przeciwnicy czasem zdradzą miejsce tajnej skrytki z bronią, w zamian za oszczędzenie życia pomogą odwrócić uwagę grupy innych wrogów, albo ułatwią osiągnięcie celu misji (bez tego będziemy musieli podążyć okrężną drogą). Po wszystkim możemy się nimi posłużyć jak żywą tarczą, albo uhonorować ich widowiskową śmiercią, bo lokacje też miewają specjalne miejsca do egzekucji. Jedynie co mnie dziwi, to fakt, że po wyciągnięciu z ofiary niezbędnych informacji nie możemy jej zabić, choć na nic już nam się nie przyda. To znaczy możemy, ale gra nas wtedy ukarze ujemnymi punktami stylu. Musimy wyjść z trybu "przesłuchania" i dopiero wtedy możemy bezkarnie umieścić bandycie kule w głowie. Bez sensu.

Generalnie łby i członki odpadają od wrogów, krew smaruje podłogi i ściany, trupy liczone są w dziesiątkach i setkach. Punisher zabijać musi, bo tylko w ten sposób otrzymuje punkty “stylu”, a za te punkty może kupować ulepszenia. Czeka na nas kilkanaście wizualnie urozmaiconych misji, na przestrzeni których rozprawimy się z mafią rosyjską, włoską, yakuzą, chuj wie kim jeszcze, a szeroki asortyment broni raczej nie pozwoli się nudzić i każdy znajdzie swój ulubiony zestaw do mordowania. Trochę w tym wszystkim rozczarowują walki z bossami, bo często sprowadzają się do zwykłej napierdalanki w gąbkę na pociski, no może poza starciem z pewnym Rosjaninem, który bierze nas z zaskoczenia. Ale z drugiej strony czego ja oczekiwałem od gry z Punisherem? Nie przyczepię się również do kompletnego braku warstwy eksploracyjnej, bo jedyne czego Frank szuka na poziomach, to kolejnej ofiary. Znajdźki czy sekrety go nie interesują. I o to chodzi, to mi się podoba.

Trudno określić ile czasu zajęło mi ukończenie gry, bo oryginalny sprzęt nie pozwala tego wygodnie sprawdzić, a może ja nie wiem gdzie i jak szukać. Raczej na pewno było to nieco ponad dziesięć godzin i co zaskakujące - nie nudziłem się w zasadzie ani chwili. Inna sprawa, że tytuł rozsądnie sobie dawkowałem po jednej-dwie misje, więc monotonia nie zdążyła mnie dopaść.

1778358302030.jpg

Opublikowano

Hollow Knight - na wstępie robię coming out - jestem oszustem i wcale nie skończyłem gry. Ale tyle serducha w nią włożyłem, że i tak chciałem kilka słów napisać. Skończyłem przygodę już na samym końcu, finałowa walka (wiem to, bo odpaliłem YT żeby zobaczyć zakończenia). Z 2 miesiące temu zaciąłem się na 3 modliszkach, z tydzień czasu się bujałem, w końcu się udało. Ostatni tydzień zajęły mi próby pokonania żuczków bossów w watcher's spire. Tu nie było żadnego kombinowania, czysty skill I git gud. W obu przypadkach masa prób i potem ta satysfakcja, że pokazałem przed samym sobą, że ja też mogę dać radę, że coś tam potrafię. Dlaczego w takim razie odpuściłem? Rage quit? Nic z tych rzeczy. Poczułem po prostu spełnienie po dojściu do final bossa. Po jakichś 5 próbach z uśmiechem na twarzy pożegnałem się z bohaterem i usunąłem grę z dysku. Ja po prostu jestem pewien, że pokonałbym go. Dlaczego miałbym tego nie zrobić, skoro pokonałem poprzednie trudności, zrobiłem grę na 76%, zdobyłem prawie wszystkie charmy, bez 3-4 sztuk? Ukończyłem w tym momencie grę, ponieważ schowałem swoje ego do kieszeni. Uznałem, że mam ponad 50 godzin w grze, rozłożone na pół roku grania i przede mną jeszcze jakieś tydzień - dwa kolejnych prób. Zwyczajnie nie chciałem tego już ciągnąć, inne przygody czekają, a też szkoda mi życia żeby sobie udowadniać coś, czego udowadniać w zasadzie nie muszę.

To była piękna gra, wizualnie, dźwiękowo, gameplayowo. Kilka rzeczy lekko mnie irytowało: do samego końca nie mogłem zdecydować się czy grać na d-padzie czy analogu, non stop musiałem to zmieniać w zależności od sytuacji. Kolejna rzecz to wolny progres rozwoju oraz bardzo żmudne przemieszczanie się po całej mapie (przed zdobyciem odpowiednich skilli). Poziom wyzwania - rozumiem zamysł, ale pierwsze Ori pod tym względem było dla mnie idealnym balansem.

Bardzo się cieszę, że dałem po latach szansę tej grze. Czekam aż pojawi się Silksong fizycznie na S2 i z wielką chęcią kiedyś wrócę do tego świata. I być może też nie skończę, po 100+ godzinach. Ale ponownie przeżyję co moje.

Edytowane przez Manor

Opublikowano

Też tak kiedyś miałem z final bossem z Nine Sols. Po dwóch godzinach sromotnego lania pomyślałem sobie "a w sumie po co ja się męczę ? to była piękna przygoda i może warto ją zakończyć w tym momencie. Nie ma co pochodzić z tak napinką, bo na koniec dnia to tylko gra wideo. Szkoda kilku godzin życia na próbę udowodnienia sobie czegoś".

Następnego dnia wstaję rano, siadam do jajecznicy i nie smakuje mi. Potem wychodzę na spacer, bo ładna pogoda za oknem, ale czuję, że to takie wymuszone i najchętniej zostałbym w domu. Jeszcze się tak motałem przez parę godzin próbując znależć sobie jakieś zajęcie w wolny dzień, ale w końcu zrozumiałem, że nie mogę tak dalej siebie oszukiwać. Ponownie zainstalowałem Nine Sols i po trzech godzinach trudnej przeprawy z ostatnim szefem udało się dobrnąć do napisów końcowych, których widok przyniósł poczucie ulgi i spełnienia.

Porzucić grę w połowie, po ukończeniu 3/4, a nawet i na przedostatnim bossie, to jeszcze idzie jakoś przepalić, ale podczas ostatniego starcia ? no nie ma chuja. Jestem pewny, że podczas przedśmiertnych halucynacji mój mózg przypomniałby mi wizerunek ostatniego bossa z Nine Sols i dałby mi do zrozumienia, że przed opuszczeniem tego świata nie domknąłem wszystkich spraw.

Opublikowano

Znałem gościa, który miał oryginalne FF7 na PC, i tak kochał tą grę, że nigdy jej nie kończył. Przechodził 4 razy całość do ostatniego bossa, ale nie chciał jej kończyć.

Gdy o tym mówił widziałem w jego oczach prawdziwą miłość do tej gry. Nie rozumiałem kompletnie, ale może było w tym coś romantycznego.

Opublikowano

Może też tak będę miał, że za jakiś czas znowu zainstaluję i się zmierzę z końcówką. Teraz ewidentnie się już przelało.

Opublikowano

Jedi Survivor - Fallen Order wspominam bardzo dobrze, więc fakt, że były hajsy i chęci na kolejną część trzeba przyjąć z otwartymi ramionami. Chyba jest ogólna zgoda, że Cal Kestis z BD-1 to jedne z ciekawszych postaci dodanych do świata Star Wars i tutaj jeszcze mocniej się rozwijają - Cal w kierunku doświadczonego mistrza Jedi a BD-1 w kierunku żywiołowego pomagiera, który jest wsparciem zarówno do akcji jak i "pogadania". Zresztą cała plejada postaci to naprawdę mocny zestaw - Bode, Merrin, Cordova czy Rayvis jako świetny antagonista. Historia też nie jest patykiem pisana (choć naiwna jak na SW przystało) i jest miejsce na eksplorację ciekawych światów, kilka zwrotów akcji i w miarę satysfakcjonujący finał jednocześnie zamykający jak i dający otwartą furtkę do kolejnej części.

Sporo zmian zaliczył system walki, bo zwiększono liczbę mieczy świetlnych i postaw, przez co każdy może znaleźć styl, który mu naprawdę odpowiada, albo który w danym momencie będzie najlepszy. I trochę boli, że jednocześnie można mieć przypisane tylko dwie postawy, a zmienić je można dopiero przy okazji save'a. Mój faworyt to dwa miecze na raz, bo jest odpowiednio szybki, ma ciekawe kombinacje na dystans i po prostu świetny vibe.

Umiejętności jest sporo i nie ma szans przy jednym przejściu uzupełnić wszystkich, przez co trzeba nimi odpowiednio żonglować. Niektóre wyraźnie dopakowują rozgrywkę (zwiększanie powera poszczególnych postaw, rozszerzanie wachlarza mocy), inne pasywnie zwiększają moc czy zdrowie, jeszcze inne dodają dodatkowe ruchy do miecza. I tutaj pierwszy zgrzyt, bo przy kilku postawach, różnych zestawach klawiszologii do nich i unikatowych ruchach wywoływanych innymi kombinacjami klawiszy robi się festiwal napieprzania w pada, co przy walce potrafi czasem uprzykrzyć życie, bo okazuje się, że spamuję klawisz, który w danej postawie nic nie robi, bo mi się przypadkiem przełączyła. Do tego dochodzą jeszcze przyciski związane z mocą, które można i kliknąć i przytrzymać jednocześnie z jakimś innym klawiszem i momentami łapałem się, że trzeba zerknąć na pada albo do opcji żeby upewnić się, że wciskam dobrze. Wybudza to trochę z immersji, ale przy takim dopakowaniu kontentem nie dało się tego chyba uniknąć.

BD-1 został też włączony do akcji, bo ma w sumie trzy funkcje, ale z ich przydatnością jest różnie - lornetka, którą można sobie pooglądać zbliżenia (bezużyteczna), generowanie jakiejś wybuchowej mazi (która jest de facto potrzeba jedynie w kilku lokacjach przy kilku zagadkach) i generowanie ładunków z prądem, które odblokowujemy na końcu gry, i które jedynie funkcjonują jako modyfikacja eksploracji i w kilku zagadkach.

Graficznie jest pięknie, kolorowo, lokacje są zróżnicowane, czuć masywność planet i struktur imperialnych. I tutaj wchodzi mój największy zarzut - gra jest zwyczajnie za duża, zbyt rozległa i zbyt powtarzalna.

Co z tego, że baza imperium robi wrażenie rozmachem, jak spędzamy ileś godzin w takich samych korytarzach, wspinając się po sztucznie wydłużonych piętrach z różnymi przeszkadzajkami z minimalną ilością przeciwników. Z jednej strony fajnie oddaje to klimat, ale z drugiej to w pewnym momencie wszedł już srogi przesyt. Podobnie z lokacjami na zewnątrz gdzie raz, że odległości są ogromne, a dwa to zamiast przejść z punktu A do punktu B twórcy wrzucają nam drogę przez punkty A1, A2, A3, A4, A5, A6, które nic nie wnoszą poza sztucznym wydłużeniem eksploracji i wymuszeniem używania wszystkich mocy. Ktoś tutaj reżysersko nie ogarnął proporcji i odpowiedniego tempa przez co gra zamiast w większości cieszyć (w momentach, które są skondensowane i dobrze poprowadzone) to męczy i zamiast się nią cieszyć zacząłem kląć "ile jeszcze".

Z jednej strony mamy grę, która weszła już kanon i jest rewelacyjnym dodatkiem do świata Star Wars, oraz ma potencjał wprowadzić Cala jeszcze mocniej (nawet może i do jakiegoś filmu). Z drugiej strony widać, że plotki o jej zbyt szybkiej produkcji i niedopracowaniu chyba nie są wyssane z palca. Brakuje całości tej kropki nad "i", dzięki której można by powiedzieć, że jest to świetna rozrywka i rewelacyjne uzupełnienie historii i po prostu lepsza gra. Tymczasem to nadal dobra gra, ale z dość sporą ilością wad i niedoróbek i pozostawiła niedosyt. Fanów SW namawiać nie trzeba, ale dla całej reszty może być trudno się wgryźć, szczególnie w późniejsze levele. Niestety, ale parcie do open worldów nie zawsze wychodzi na dobre. 7/10

image.png

7/10

image.png

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.
Uwaga: Twój wpis zanim będzie widoczny, będzie wymagał zatwierdzenia moderatora.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

Ostatnio przeglądający 0

  • Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.